Archiwa tagu: Zygmunt Solorz

Inflacja pożera nasze pieniądze

O ryzyku rosnącej inflacji mówi się w mediach od jakiegoś czasu. Choć w maju ceny wzrosły o 2,3% rok do roku, to mimo wszystko, jak alarmowała choćby “Gazeta Wyborcza”, w sektorze żywności sytuacja była o wiele gorsza, ponieważ tu ceny wzrosły o aż 5%. Jednak wartości procentowe nie działają na wyobraźnię tak, jak sytuacja na półkach w sklepie na naszym osiedlu. Tutaj zaś wspomniane wskaźniki zaczęły być coraz bardziej zauważalne i to nawet w słynących z najniższych cen dyskontach. Jak wynika z raportu dlahandlu.pl, koszyk podstawowych produktów w wiodących sieciach sklepów podrożał w sposób istotny, a wszystko w ciągu ostatniego miesiąca.

W przypadku Lidla mowa o wzroście cen o aż 20 zł za “koszyk” produktów, a w Biedronce o 14 zł. W zestawieniu wzięto pod uwagę takie produkty pierwszej potrzeby jak jajka, śmietana, ziemniaki, cukier, chleb, masło, margaryna. W kwietniu w Lidlu za “koszyk” trzeba było zapłacić 253 zł, a w maju już 273 zł. W Biedronce analogicznie 252 i 266 zł. Co ciekawe, wzrosty cen z ostatniego miesiąca przekraczają poziom z ostatnich 12 miesięcy. Kiedy bowiem w Lidu w miesiąc wydajemy o 20 zł więcej, to w ujęciu rocznym jest to 14 zł.

Liderami już wieloletniego wzrostu cen są jajka, które w 2014 r. kosztowały średnio 3,3 zł, a dziś już prawie 4 zł. Za nimi idzie symboliczne dla inflacji masło, które w pięć lat zdrożało z 3,6 zł do 4,49 zł.

Opisane podwyżki pokazują, jak bardzo złudne są oficjalne statystyki inflacji. Ta według GUS w maju w stosunku do kwietnia wyniosła zaledwie 0,2%. W realiach polskich domów sytuacja jest zgoła odmienna. Warto mieć bowiem na uwadze, że w koszyku inflacyjnym GUS znajduje się dużo produktów niebędących towarami pierwszej potrzeby, a często o wyższej wartości niż żywność, przez co stabilność ich cen potrafi zaburzyć postrzeganie ogólnej sytuacji na rynku. Zjawiskiem zresztą od lat występującym w Polsce jest wyprzedzanie inflacji przez wzrost cen samej żywności, co najbardziej uderza w konsumentów, zwłaszcza tych najbiedniejszych, którzy największą część budżetu domowego przeznaczają na produkty spożywcze.

Rosnące ceny są w tym przypadku konsekwencją m.in. strat w rolnictwie, które dotknęła susza. Nie bez znaczenia są także same ceny paliw. W końcu i oparty na konsumpcji wzrost gospodarczy także jest czynnikiem sprzyjającym inflacji. Wysoki wzrost wynagrodzeń w Polsce przekracza obecnie tempo wzrostu wydajności pracy, co sprawia, że powstaje presja inflacyjna ze strony pracowników. Nie bez znaczenia na sytuację w przyszłości może mieć także podwyższenie płacy minimalnej, którego koszty zostaną przerzucone na konsumentów, o czym niedawno pisaliśmy.

Widać zatem wyraźnie, że jakkolwiek ogólne wskaźniki inflacji prawdopodobnie nie wyrwą się z przyjętych ram w najbliższych miesiącach, to mimo to znaczna część wzrostu wynagrodzeń Polaków może zostać pożarta przez wzrost cen podstawowych produktów. Jeśli sytuacja w rolnictwie latem ulegnie dalszemu pogorszeniu i w wyniku nieurodzaju ceny dalej będą rosły, to rząd PiS będzie musiał liczyć się z tym, że społeczeństwo może zacząć obarczać dobrą zmianę odpowiedzialnością za panującą na półkach drożyznę tuż przed samymi wyborami parlamentarnymi.

Szarańcza PiS ogołaca Polskę. Hołota.

xerofas

Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji, postanowiła pożegnać się z kanałem po tym, jak jego zarząd zdecydował, że odtąd w stacji nie będzie miejsca na programy publicystyczne o tematyce politycznej. Michalik twierdzi, że bez tego nie wyobraża sobie dalszej pracy. Odchodzi.

Niepokojąca jest deklaracja zarządu Superstacji, w której ten powołując się na badania, stwierdza, że rezygnuje z formatów politycznych, ponieważ jego widzowie po politykę sięgać będą, ich zdaniem, gdzieś indziej.

Powiedzmy, że możemy przyjąć to wyjaśnienie za wystarczające. Czy nie jest jednak trochę tak, że ta sytuacja obrazuje początek być może niepokojącego trendu, mianowicie, wychodzenia telewizji komercyjnych z formatów politycznych w obawie budzenia ewentualnej, spodziewanej niechęci rządzących. Jest już bowiem niemal pewne, że PiS weźmie drugą kadencję i prawdopodobnie weźmie ją w cuglach, a Platformy, PSele, kulejąca lewica i rozentuzjazmowany Biedroń z Wiosną na doczepkę, ciągnąć się będą w ogonie, przez kolejne cztery lata dramatycznie usiłując być opozycją o skuteczności polskiego napastnika…

View original post 1 920 słów więcej

 

Reklamy

PiS jest śmiertelnym zagrożeniem, w tym dla małżeństwa Brejzów

Krzysztof Brejza przyzwyczaił swoich wyborców do tego, że od dawna demaskuje nieścisłości w poczynaniach rządu PiS. Dorota nie pozostaje w tyle za mężem, choć miejscem jej działania jest nie sala sejmowa, lecz Twitter i media.

„Ludzie z PiS zawsze mają jakieś ale. Głosują, ale się nie cieszą. Piją, ale się nie fraternizują. Potępiają, ale rozumieją. Mają wyroki, ale zatarte, biją żony, ale co tam, dają ciumka, ale nie molestują. Ale – słowo klucz tej władzy. #hipokryci” – napisała ostatnio. To przytyk do licznych rozbieżności w wypowiedziach polityków PiS: począwszy od Jarosława Kaczyńskiego, który zarzekał się, że jego brat nie pił z komunistami (choć są nagrania, na których widać jak to robił), poprzez obronę księdza z Tylawy w wykonaniu Stanisława Piotrowicza, czy aferę z posłem Łukaszem Zbonikowskim, który miał być agresywny w stosunku do swojej żony.

Z kolei w wywiadzie, udzielonym niedawno portalowi naTemat.pl Dorota Brejza mówila: „Przykład Srebrnej i Birgfellnera jak w soczewce pokazuje, do jakiego paraliżu doprowadziła deforma Ziobry, a w szczególności połączenie urzędu Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego. To co dzieje się wokół tego postępowania byłoby zabawne, gdyby nie było tragiczne”.

W jej ocenie – poprzez tę sprawę – widoczna jest „kompletna niemoc państwa do wyjaśnienia potencjalnie przestępnego zdarzenia, a to wszystko tylko dlatego, że w orbicie sprawy pojawia się Jarosław Kaczyński”. Z drugiej strony, jak zauważyła, „nadaktywność państwa w ściganiu domniemanych przestępstw osób związanych z opozycją i rozumowanie na zasadzie daj mi człowieka, a paragraf się znajdzie. Przerażające”.

Depresja plemnika

Media informują o wzroście cen produktów w sklepach, które są coraz bardziej odczuwalne dla portfeli Polaków.

Wojciech Mann może mieć problemy w pracy po tym, jak subtelnie skrytykował na antenie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Złożymy pozew o ochronę dóbr osobistych wraz z zapłatą zadośćuczynienia na rzecz organizacji dobroczynnej, np. WOŚP” – zapowiedział Jarosław Marciniak, sekretarz zarządu KOD. To reakcja na wypowiedź Marka Suskiego, szefa gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego.

Suski w TVP Info komentował przemówienie Donalda Tuska w Gdańsku podczas obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca. – Mówił do ludzi pod sztandarami KOD-u, że to wy jesteście ci dobrzy, uwierzcie w to. A tam wielu ludzi w KOD-zie to są osoby, które służyły obcemu mocarstwu i jeszcze mają przeszłość różnych służb PRL-owskich. Do takich ludzi, którzy tworzyli ścieżki zdrowia, bili robotników i byli po tamtej stronie okrągłego stołu, mówi, że to wy jesteście ci dobrzy i obalcie władzę, sugerując, że jest…

View original post 894 słowa więcej

 

Eliza Michalik ofiarą właściciela Polsatu, który pochodzi z Zadupia intelektualnego, ale przeprowadza się do Kaczej Wólki

Superstacja nie będzie zajmować się polityką ani zapraszać polityków do programów publicystycznych. Ta nagła decyzja zaskoczyła pracowników telewizji, a Eliza Michalik rozstała się już z nadawcą.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zareagował na zmiany w telewizji Superstacja. Władze Polsatu, które są właścicielem telewizji, zdecydowały o wyrzuceniu z ramówki programów politycznych.

Konstytucja nie jest przestrzegana, więc zabroniona

„Zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego jest publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną” – napisano w uchwale przyjętej przez nową Krajową Radę Sądownictwa. Została ona – jak wiadomo – wybrana przez PiS i Kukiz’15.

W związku z tym prawnik Oskar Sobolewski zapytał na Twitterze: – Czy to jest jedna z takich zakazanych infografik?” i dołączył napis „Konstytucja”.

Odpowiedź zastępcy rzecznika nowej KRS Jarosława Dudzicza brzmiała: – „Jest utożsamiana z określoną opcją polityczną. A sędzia – przypominam – ma być apolityczny i swoją postawą nie wzbudzać podejrzeń, że tak nie jest”.

„Przeciwnicy demokracji usiłują upolitycznić słowo „Konstytucja”. Dla nas „Konstytucja” jest aktem prawnym, który szanujemy. Koszulka z „Konstytucją” nie kojarzy się z żadnym ugrupowaniem politycznym, ale z organizacjami społeczeństwa obywatelskiego. Ja jako sędzia mam prawo taką koszulkę zakładać. Ta uchwała to przejaw bezradności politycznego organu, który jako ramię rządu próbuje pacyfikować sędziów. W naszym sądzie rozprowadziliśmy już ponad 400 takich koszulek. Po tej uchwale będziemy mieć dodatkową motywację” – powiedział „GW” sędzia Waldemar Żurek. A sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia skomentował: – „Panu Dudziczowi Konstytucja kojarzy się z polityką” – skomentował.

Znacząco zabrzmiał wpis Jacka Barcika: – „Uchwała opublikowana 13 grudnia. Pseudo-KRS, duchowy dziedzic marionetek z PRON ma znakomite wyczucie czasu. Cóż, dla przypomnienia: zima wasza, wiosna nasza! 1981 r. – wolność i suwerenność; 2018 r. – KONSTYTUCJA, przyzwoitość, normalność i zdrowy rozsądek”.

Zakazane słowo Konstytucja, tak mają okupaci – zakazują. Hitlerowcy zakazywali śpiewać. Nowi okupaci zakazują t-shirtów.

Depresja plemnika

Do fundacji „Nie lękajcie się” zgłosiły się trzy kolejne ofiary księdza Henryka Jankowskiego. – Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – mówi prezes fundacji w rozmowie z „Super Expresem”.

Jak informuje „Super Express”, do fundacji „Nie lękajcie się” od momentu nagłośnienia sprawy prałata Jankowskiego zgłaszają się kolejne ofiary, które opisują, że w przeszłości były przez niego molestowane.

Henryk Jankowski. Kolejne zarzuty o pedofilię

Zgłoszenia od kolejnych ofiar księdza Jankowskiego przychodzą do fundacji „Nie lękajcie się” między innymi w formie listów. Nie wszystkie z ofiar chcą ujawniać swoje dane osobowe. W ostatnich dniach do „Nie lękajcie się” zgłosiło się trzech mężczyzn z Gdańska, Anglii i Niemiec, którzy opisują, że byli przez niego molestowani.

– To trzech dorosłych mężczyzn, którzy na przełomie lat 80. i 90. mieli po kilkanaście lat – mówi prezes fundacji „Nie lękajcie się” Marek Lisiński w rozmowie z „Super Expressem”.

Jak dodaje…

View original post 1 251 słów więcej

Kościół kopie sobie grób. Nikt nie złapał Jankowskiego in flagranti gwałcącego dzieci

O pedofilii, zmowie milczenia i braku zdecydowanego stanowiska hierarchów kościoła w Polsce mówi się już od dłuższego czasu. Na światło dzienne wychodzą kolejne, wstrząsające fakty, a opinia publiczna żąda, by wreszcie przestano zamiatać problem pod dywan. Teraz, gdy o swoich przeżyciach zdecydowały się opowiedzieć ofiary legendy „Solidarności”, księdza Henryka Jankowskiego, kościół znalazł się w szczególnie trudnej sytuacji. Czy to już ten czas, by wreszcie przestał chować głowę w piasek i wziął odpowiedzialność za zaistniałą sytuację na swoje barki?

Ksiądz Krzysztof Szerszeń, delegat do spraw ochrony dzieci i młodzieży archidiecezji gdańskiej, twierdzi, że same doniesienia prasowe to za mało, by podjąć jakiekolwiek działania w tej sprawie. Zgodnie bowiem z prawem kanonicznym punktem wyjścia jest zgłoszenie się osoby poszkodowanej i złożenie przez nią skargi. Jednocześnie zaznacza, że trudno jest rozpocząć procedurę wyjaśniającą wobec osoby, która nie żyje.

Wydaje się więc, że kuria, kierowana przez arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia chowa się za wewnętrznymi przepisami i lekceważy doniesienia medialne. A już stwierdzenia, że arcybiskup ma ważniejsze sprawy na głowie, na pewno nie wzbudzi zrozumienia opinii publicznej.

Internauci przypominają, że „przecież to Gludz ukrywal pedofila przed policja, klecha pedofil byl juz skazany , ale ukryl sie u Gludzia, to czego sie spodziewaliscie od niego , empatii. Czlowiek ktory traktuje innych ksiezy jak popychla nie bedzie sie litowal nad ofiarami”(zachowana oryginalna pisownia) , a co niektórzy ironizują, pisząc – „Brawo!!! Słuszna reakcja. Trzeba zaprzeczać, zrzucać winę na dzieci i rodziców. Trzeba usprawiedliwiać księży pedofilów i przenosić ich dalej do innej parafii, by zakosztowali nowego mięska. I doić suwerena ile wlezie, traktować ludzi jak niewolników i idiotów. Taka postawa kościoła mi się podoba”.

A w Kościele śpiewają tę samą hosannę: „Biskup nie złapał Jankowskiego in flagranti, więc sprawy nie będzie”.

Depresja plemnika

Prokuratura Regionalna we Wrocławiu postawiła zarzuty Markowi P., byłemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego. Chodzi o defraudację 96 tys. zł, które szef fundacji „SOS dla życia” ks. Tomasz Jegierski pożyczył „Solidarności Walczącej”, której liderem jest ojciec premiera – informuje onet.pl. Pieniądze nigdy nie wróciły do fundacji.

O sprawie zrobiło się głośno w marcu tego roku, o czym w artykule „Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany?”.

„Tak, poinformowano mnie, że Marek P. ma status podejrzanego. Wybieram się do Wrocławia na konfrontację” – powiedział w rozmowie z onet.pl ksiądz Jegierski. W oświadczeniu, które na Twitterze udostępnił reporter Radia Zet Mariusz Gierszewski, szef fundacji „SOS dla życia” napisał: – „Od agenta CBA wiem, że zabezpieczono już majątek Marka P. (…) Z CBA była zrobiona wizja lokalna i ustalono, gdzie Marek P. z Kornelem Morawieckim rozwieźli tę gotówkę, którą otrzymali ode mnie w mojej obecności. Wierzę, że wkrótce premier Morawiecki…

View original post 2 584 słowa więcej

Rechot historii. Tak wygląda polityka PiS

Środki z Funduszu Reprywatyzacji stworzonego przez rząd premiera Jerzego Buzka w 2000 r., z przeznaczeniem na odszkodowania dla osób pozbawionych majątku przez bezprawne nacjonalizacje w czasach PRL, w PiS–owskiej rzeczywistości mogą znaleźć zgoła inne, praktyczniejsze dla rządzących zastosowanie.

To okrągłe 3 mld zł, które już raz zostało „szarpnięte” gdy dwa lata temu rząd PiS zmienił przepisy i zdecydował, że pieniądze gromadzone dla ofiar komuny będzie można wykorzystać także na dokapitalizowanie i pożyczki dla spółek kontrolowanych przez państwo. Najbardziej na tej zmianie przepisów skorzystała wówczas TVP kierowana przez Jacka Kurskiego – za rządów premier Beaty Szydło przyznano jej 800 mln zł pożyczki z Funduszu.

Dziś na tapecie jest zupełnie nowy pomysł. We wtorek rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym.

Na jego mocy powstanie stworzony przez premiera Mateusza Morawieckiego Fundusz Inwestycji Kapitałowych gromadzący ok. 2 mld zł rocznie, z przeznaczeniem na zakupy akcji spółek dla skarbu państwa.

Na przewidywane wpływy FIK może liczyć dopiero za kilka miesięcy, a czas nagli i Mateusza Morawieckiego nie chce zwlekać z inwestycjami, dlatego w dwóch najbliższych latach na zakup akcji dla państwa przez premiera Morawieckiego będzie można wykorzystać także pieniądze z Funduszu Reprywatyzacji – podaje wyborcza.pl

Konta FIK ma zasilać 30 proc. od dywidendy wypłacanej państwu przez spółki – podaje wyborcza.pl. czyli średnio ok. 1,4 mld zł rocznie. Ponadto FIK ma dostawać wypłaty z zysków od państwowych przedsiębiorstw i spółek, których jedynym akcjonariuszem jest państwo. Ponadto na konto FIK firmy będą zwracać pożyczki przyznawane wcześniej w ramach pomocy publicznej przez rządowy Fundusz Restrukturyzacji Przedsiębiorców. FIK może też dostać dotacje z budżetu państwa. Dysponentem FIK będzie osobiście premier Mateusz Morawiecki,

Jak podaje wyborcza.pl, w praktyce FIK będzie rządowym funduszem inwestycyjnym stworzonym kosztem budżetu państwa – bo na razie do budżetu przekazuje się wpływy z dywidend i wypłat z zysków spółek należących jedynie do państwa.

W tym roku rządowy Polski Fundusz Rozwoju, którym kierują menedżerowie z kręgu premiera Morawieckiego, kupił już zakłady taboru kolejowego PESA i Polskie Koleje Linowe oraz uzgodnił zakup 35 proc. akcji producenta autobusów Solaris przejętego przez hiszpańską firmę CAF.

W nowej sytuacji może na przykład kupić na giełdzie akcje banku pogrążonego w chwilowych tarapatach finansowych lub zwiększyć udziały państwa w Orlenie, aby ułatwić połączenie tego koncernu z Lotosem.

Jest w stanie kupić też od koncernu Fiat Chrysler część akcji fabryki w Tychach, aby na jej niewykorzystanych taśmach montażowych produkować zapowiadane przez rząd PiS „polskie samochody elektryczne”.

Przyjęty przez rząd projekt wprowadza także zmiany w ustawie o zasadach zarządzania mieniem państwowym, którą zaledwie dwa lata temu wprowadził rząd premier Beaty Szydło. Przyjęty teraz projekt ma zwiększyć wpływy obecnego premiera Mateusza Morawieckiego na spółki z udziałem państwa.

Zgodnie z projektem premier Morawiecki dostanie prawo do zakupu akcji spółek w imieniu skarbu państwa i będzie mógł zatwierdzać instrukcje dla przedstawicieli państwa na głosowania we wszystkich spółkach. Premier będzie mógł też żądać informacji dotyczących wykonywania uprawnień skarbu państwa i działalności spółek od wszystkich organów i podmiotów wykonujących prawa z państwowych akcji.

Rząd ogłosi też rozporządzenie z wykazem 347 spółek, nad którymi nadzór został przekazany przez premiera ministrom, rządowym pełnomocnikom lub państwowym instytucjom i spółkom. Rozporządzenie będzie też precyzować zakres nadzoru przyznany tym osobom. Do tej pory taki podział nadzoru nie był określony jasno i precyzyjnie.

W praktyce te zmiany oznaczają umocnienie władzy nad państwowymi spółkami w rękach premiera Morawieckiego. To świadoma decyzja rządu. rozwijających się spółek państwowych” – napisano w uzasadnieniu rządowego projektu.

Depresja plemnika

„Zmienił on formację na Koalicję Obywatelską wrogą Bogu, Krzyżowi, Ewangelii i Kościołowi i pokazał to na bilbordach, gdzie kandydował w wyborach. Radny już nie jest katolikiem i nie może być radnym, bo będzie nam mieszał w naszej wierze. Przez to sam się wyłączył z Boga” – mówił w kościele podczas mszy ksiądz Józef Wędzikowski, proboszcz parafii w Stróżewie koło Poznania. Chodzi o Adriana Urbańskiego, który był kandydatem Koalicji Obywatelskiej na radnego powiatu chodzieskiego.

Ks. Wędzikowski na tym nie poprzestał. Stwierdził, że ci, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską też mogą być „wyłączeni z wiary”. Dla wielu słowa proboszcza były nie do zaakceptowania – część wiernych opuściła kościół.

„Skandalem jest dzielić mieszkańców względem opcji politycznych. Jest mi ogromnie przykro, że mieszkańcy naszej parafii, którzy poparli mnie w wyborach samorządowych, tak jak i ja, zostali uznani przez naszego proboszcza za ludzi, którzy wyparli się swej religii” – napisał na Facebooku Adrian Urbański. Do…

View original post 2 778 słów więcej

Za katastrofy PiS zapłacimy cenę większą niż Grecy za swoich populistów

>>>

Prezes PiS ogłosił, że słynna fabryka autobusów Autosan zmieni właściciela. Jeszcze dwa lata temu jej przyszłością miała być Polska Grupa Zbrojeniowa i produkcja dla wojska, teraz przyszłością jest Polska Grupa Energetyczna i autobusy elektryczne – informuje portal gazeta.pl.

Jeszcze w 2016 r. premier Beata Szydło podczas uroczystości podpisywania umowy na zakup Autosanu przez firmy PIT-Radwar oraz Huta Stalowa Wola mówiła: – „Nie tylko autobusy, ale także jest plan, żeby produkowane były tutaj również pojazdy dla wojska. Ale ten czas pewnie przed nami”.Plan był taki, że najpierw fabryka z Sanoka miała stanąć na nogi dzięki swojej tradycyjnej produkcji cywilnych autobusów, a potem wejść na rynek zbrojeniowy. Łącznie na sanocką fabrykę państwowa zbrojeniówka wydała około 40 milionów złotych – powiedział w rozmowie z portalem Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”. W taki oto sposób PiS zrealizował obietnicę wyborczą z 2015 roku, złożoną na newralgicznym dla niego Podkarpaciu.

Dzisiaj widać, że ze „zbrojeniowego” zwrotu Autosanu nic nie wyszło. PGZ rzuciło kasą, ale Autosan dla wojska produkuje w śladowych ilościach (głównie kontenery, które montuje się na ciężarówkach i wypełnia elektroniką dla łączności czy obsługi radarów). Wprawdzie w 2016 roku mówiono, że fabryka ma produkować takież kontenery na potrzeby programu zbrojeniowego Wisła (zakup systemów Patriot z USA), ale poza listem intencyjnym żadnej umowy nie podpisano.  Największym kontraktem na rzecz wojska pozostaje ten z 2017 roku na wyprodukowanie 28 cywilnych autobusów do przewożenia żołnierzy, za 18 milionów złotych.

Przyszłość pod skrzydłami zbrojeniówki najwyraźniej nie rysowała się jednak zbyt pięknie, skoro teraz Autosanem ma się zająć PGE. „Autosan ma wielką przyszłość, a to jest niemała część przyszłości Sanoka” – stwierdził prezes PiS. Rzeczywiście w 2017 roku sanocka fabryka podpisała kontrakt na dostawę czterech autobusów elektrycznych do Niemiec. PGE ma wesprzeć ten kierunek rozwoju sanockiej fabryki, choć nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia. Nieważne, skoro na horyzoncie błyszczy ambitny premiera Mateusza Morawieckiego dotyczący pojazdów elektrycznych: „do 2025 roku na polskich drogach będzie ich milion” i będą „kołem zamachowym polskiej reindustrializacji”.

Tylko że nie wszyscy podzielają ten entuzjazm. – „Zmiana koncepcji rozwoju co dwa lata na pewno Autosanowi nie pomoże” – twierdzi Cielma. Poza tym od przejęcia fabryki przez państwo w 2016 roku, zarządza nią już trzeci prezes. – Osobiście uznaję to za deklarację polityczną. Autosan to stosunkowo niewielka, ale bardzo szeroko znana firma. Ma więc być i ma produkować” – puentuje naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu – mówi Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). Pytamy też o sytuację w LOT i uchwalonym właśnie święcie 12 listopada. – Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna – mówi Marek Tatała.

JUSTYNA KOĆ: Podoba się panu pomysł, by 12 listopada był dniem wolnym?

MAREK TATAŁA: Przede wszystkim takie rzeczy nie dzieją się bezkosztowo. Według różnych szacunków koszt takiego dnia wolnego dla gospodarki to 4-6 mld złotych. To, co jeszcze bardziej oburza, poza samym kosztem, to tryb, w jakim jest to uchwalane. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna.

„Solidarność” oburzała się, że będzie możliwość otwierania sklepów, więc Senat przyjął poprawki. Kolejne posiedzenie Sejmu planowane jest na 7-9 listopada, więc prezydent podpisywać będzie ustawę zaraz po tym, a może i 13 listopada, już po święcie.

Prezydent pokazał, że potrafi podpisać ustawę nawet w kilka godzin.
To prawda. Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Proces legislacyjny nie wyglądał dobrze już za poprzednich  rządów, które bywały za to krytykowane, niemniej teraz mamy jeszcze więcej przykładów takich skandali legislacyjnych, które są nieprzemyślanymi bublami, przeprowadzanymi w zawrotnym tempie, a jednocześnie, jako projekty poselskie, nie mają oceny skutków regulacji. To powoduje, że nikt nie dyskutuje o skutkach, chociażby gospodarczych.

W tym przypadku chodzi nie tylko o te 6 mld, ale też np. o zaplanowanie produkcji w zakładach przemysłowych czy dostaw towarów. Gdyby taki dzień był znany kilka miesięcy temu, przedsiębiorcy mogliby się do niego dostosować. Tymczasem my jeszcze dziś nie wiemy, czy ten dzień wolny będzie, czy nie.

Biuro Legislacyjne Sejmu również ma wątpliwości, wydało opinię, że zapis jest niezgodny z konstytucją.
Myślę, że to, co jest tu najgorsze, to ten pośpiech, w sytuacji kiedy mówimy o dniu wolnym za kilka tygodni i nikt nie ma możliwości się do tego przygotować. To zaburza działalność gospodarczą, ale i plany ludzi. Problemy pojawia się też w wymiarze sprawiedliwości. Taki dzień wolny skutkować będzie koniecznością przeniesienia wielu rozpraw. Będą to sprawy gospodarcze, rozwodowe, dotyczące opieki do dziećmi i wiele innych, a konsekwencje będą trudne do zmierzenia. Ludzkie szkody mogą być znaczne, bo może się okazać, że ktoś będzie się borykać ze sprawą następne kilka miesięcy, czekając ponownie na termin rozprawy.

Jeżeli partia rządząca narzeka na opieszałość w sądach, a jednocześnie wyrywa kolejny dzień, kiedy można by część rozpraw zakończyć, to jest to działanie sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami.

Od zeszłego tygodnia mamy poważny kryzys w LOT. Jak pan to ocenia?
W ostatnich latach w LOT nastąpiła poprawa kondycji spółki. W propagandzie, szczególnie mediów publicznych, pojawiały się hasła, że to obecny rząd uratował LOT. Tymczasem ta restrukturyzacja rozpoczęła się za poprzedniego prezesa. To, co jest teraz, to kontynuacja wcześniejszych dobrych zmian, które pozwoliły na to, że ta spółka rzeczywiście finansowo wyszła na prostą.

Kiedy słyszymy taką propagandę sukcesu, to nie dziwi, że pracownicy danej branży czy firmy występują z postulatami dotyczącymi ich wynagrodzeń. To przecież nie tylko LOT, ale i np. administracja publiczna.

W wielu miejscach pojawiły się postulaty zwiększenia wynagrodzeń, kiedy ludzie słyszeli, że sytuacja w Polsce jest doskonała. Co nie do końca jest zgodne z rzeczywistością. To, co dzieje się w LOT, jest ewidentną wizerunkową klęską zarządu, który z jednej strony chwali się świetnymi wynikami, a z drugiej zwalnia ludzi w sposób, który na pewno uderza wizerunkowo w samą spółkę i prezesa. Pamiętajmy, że LOT jest tzw. narodowym przewoźnikiem, choć moim zdaniem nie ma potrzeby, aby państwo posiadało linie lotnicze. Wiele dużych grup lotniczych za granicą jest całkowicie prywatnych albo udziały państwa są tam szczątkowe. Są to spółki notowane na giełdzie, co powoduje, że są bardziej przejrzyste, jeżeli chodzi o działalność. Polski LOT jest całkowicie kontrolowany przez państwo, a więc przez polityków.

Warto tu podkreślić, że kiedy pojawia się spór płacowy w prywatnej firmie, to jest to spór między pracownikami a właścicielem i zarządem firmy. Tutaj automatycznie w ten spór wchodzą politycy, bo oni są tak naprawdę przełożonymi prezesa.

Były plany, aby sprzedać część udziałów LOT-u, zainteresowany był m.in. Wizz Air, ale po dojściu PiS do władzy zaniechano tych planów.
To jest część ogólnego trendu, który obserwujemy, a który jest nazywany repolonizacją gospodarki, co oznacza tak naprawdę renacjonalizację i utrzymywanie nadmiernej obecności państwa w różnych sektorach. Warto przypomnieć – bo trochę protest dotyczący związkowców LOT-u to przysłonił – że powstaje jednocześnie coś takiego jak Polska Grupa Lotnicza, która jest konsorcjum LOT-u z różnymi spółkami. Ukazała się właśnie analiza Forum Obywatelskiego Rozwoju, która pokazuje, jak ta grupa została dokapitalizowana z Funduszu Reprywatyzacji.

To środki, które miały być przeznaczone na zupełnie inne cele i może to wskazywać, że sytuacja finansowa w LOT nie jest tak doskonała, jak widzimy w medialnej propagandzie. W sposób oficjalny państwo polskie nie może dokonywać pomocy publicznej w LOT, bo ta pomoc została udzielona kilka lat temu, a przepisy unijne zakazują powtórnego działania tego typu.

Powstaje więc kolejny państwowy moloch, w którym być może będzie można ukrywać gorsze wyniki finansowe poprzez połączenie różnego rodzaju spółek związanych z działalnością lotniczą. „Repolonizacja” to nie tylko kupowanie czy przejmowanie prywatnych przedsiębiorstw, ale tworzenie też jeszcze większych państwowych molochów, które przez to, że nie są notowane na giełdzie, a ich zarządcy twierdzą, że nie dotyczy ich ustawa o dostępie do informacji publicznej, są nieprzejrzyste.

Rozumiem, że ma pan serce po stronie przedsiębiorców, a nie pracowników i związków zawodowych, ale musi pan przyznać, że gdy 67 osób dostaje zwolnienia dyscyplinarne za to, że strajkują, przypomina to raczej PRL i lata 80., a nie XXI wiek w jednym z krajów członkowskich UE.
Myślę, że to nie jest kwestia położenia mojego serca i nie zgadzam się na stwierdzenie, że moje serce sprzyja jednej ze stron tego i innych podobnych sporów.

To, na co watro spojrzeć, to przepisy prawa i czy według nich te zwolnienia były zgodne z prawem. Gdy obserwujemy, w jaki sposób zostało to zrobione, to jest podejrzenie, że mogą tam być nieprawidłowości.

Dlatego warto podkreślić jeszcze jeden aspekt tej sprawy i coś o czym dyskutujemy od 3 lat: po co nam wolne od nacisków polityków sądy? Pamiętajmy, że jeżeli sprawy pracowników LOT-u trafią do sądów, to będzie to spór między pracownikiem a spółką kontrolowaną przez państwo i polityków. Dlatego sędzia, który będzie się sprawą zajmował, nie powinien być zależny od tych samych polityków, aby ten spór mógł rozstrzygnąć niezależny arbiter. Kiedy pojawiają się pytania, np. przy okazji protestów, czy warto wychodzić na ulice w obronie niezależnego sądownictwa, to jest to kolejny dobry przykład, dlaczego warto.

Każdy pracownik spółki Skarbu Państwa mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji co teraz pracownicy LOT-u i nie chciałby, aby sędzia był kontrolowany przez tych samych polityków, którzy kontrolują państwowe przedsiębiorstwo, w którym pracuje.

Premier Morawiecki, kiedy był jeszcze wicepremierem i ministrem rozwoju, a następnie finansów mówił, że wreszcie LOT wstaje z kolan, że spółka przynosi zyski. Tymczasem okazało się, że te zyski wypracowano m.in. zabierając etaty i przenosząc pracowników na zatrudnienie B2B. To nieuczciwe?
To pytanie bardziej porównawcze, jak działają inne linie lotnicze na świecie. Na pewno składnikiem takiego wyniku finansowego jest też składnik kosztów, ale źródłem sukcesu LOT jest także poprawa koniunktury. Jeżeli na świecie i w Polsce dzieje się lepiej, to ludzie mają więcej pieniędzy i chcą więcej podróżować, firmy wykonują więcej lotów w celach biznesowych.

Na pewno fakt, że przez długi okres utrzymywały się dość niskie ceny paliw, pomagał liniom lotniczym.

To, co widzimy w tej chwili, czyli próba budowania państwowego molocha, wiąże się z różnymi mocarstwowymi zapędami partii rządzącej. Zresztą „wielki LOT” jest automatycznie łączony z wielkim lotniskiem, które ma powstać. To lotnisko miałoby sens tylko wówczas, kiedy będzie z niego korzystać duża linia lotnicza. Pytanie, czy taką linię państwo i politycy są w stanie zbudować. Myślę, że nie i mam wrażenie, że mówimy tu o takim śnie o potędze, który może nigdy się nie ziścić.

Nie uważa pan, że to jest niemoralne, że w spółkach Skarbu Państwa pracownicy są zatrudniani na tzw. śmieciówkach?
Nie posługuję się terminem „umowa śmieciowa”, bo traktuję to jako pewnego rodzaju mowę nienawiści. Umowy cywilnoprawne są zgodne z prawem. Oczywiście dobrą sytuacją byłoby, gdyby sektor publiczny stanowił pewien wzór zachowań. Czasami nawet w spółkach Skarbu Państwa nie stosuje się umów o pracę, co wynika z charakterystyki naszego rynku pracy. Umowy cywilnoprawne były kiedyś częściej wybierane przez pracodawców niż dziś, kiedy sytuacja w gospodarce i na rynku pracy była gorsza.

Myślę, że byłoby dobrze zwiększyć elastyczność tradycyjnego prawa pracy, przy jednoczesnym zmniejszeniu obciążeń podatkowo-składkowych tak, aby te elementy nie zniechęcały do tradycyjnych umów, a forma umowy była zależna przede wszystkim od formy pracy.

Widzę tu konsekwencję błędnej polityki państwa, która wypchnęła w gorszych czasach gospodarczych część osób na umowy cywilnoprawne.

Skoro jesteśmy przy złych i dobrych czasach, to słychać coraz częściej, że koniunktura się kończy, gospodarka nie będzie się już w takim tempie rozwijać. Dobrze już było?
Na pewno tych sygnałów napływa coraz więcej, szczególnie z gospodarki światowej. W Stanach Zjednoczonych widzimy różnego rodzaju zawirowania na rynkach finansowych. Pamiętajmy, że przez wiele lat USA, jak i inne wielkie gospodarki, utrzymywały bardzo niskie stopy procentowe, teraz od nich powoli odchodzą. Ważnym czynnikiem, który warto obserwować, jest też fala protekcjonizmu i rosnąca presja na wojny handlowe: USA i Chiny to dwa najważniejsze punkty zapalne, ale prezydent Trump atakuje też UE, a UE odpowiada na działania USA.

To, co powinniśmy obserwować jako obywatele, to jak politycy przygotowują się na gorsze czasy i czy są na nie gotowi. Myślę, że ostatnie 3 lata były czasem, kiedy wielu z nas sytuacja mogła wydawać się dobra i poprawa faktycznie, choć nie nazywałbym tego zasługą rządu.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, które są silnie powiązane z koniunkturą, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu.

Wielkim osiągnięciem Polski po 1989 roku jest nie tylko fakt, że osiągaliśmy wysokie tempo wzrostu, najszybsze wśród krajów regionu, ale także to, że uniknęliśmy recesji. Jednak to, że udało się uniknąć jej przez tyle lat, nie znaczy, że zawsze tak będzie.

Kiedy możemy się spodziewać, że odczujemy to pogorszenie?
Na podstawie dzisiejszych informacji wszystko wskazuje, że nie powinniśmy się na razie spodziewać gwałtownego załamania w polskiej gospodarce, raczej coraz wolniejszego tempa wzrostu. Im tempo będzie wolniejsze, tym wolniej będziemy doganiać bogatsze kraje Zachodu. Myślę, że gwałtownego pogorszenia nie będzie przed wyborami parlamentarnymi, a te są już za rok.

Dotychczasowe dobre wyniki sondażowe partii rządzącej były związane z tym, że była dobra koniunktura, a część osób wiąże poprawę swojego stanu portfela z obecnym rządem, co jest myśleniem błędnym, ale do wyborów może się nie zmienić.

A premier Morawiecki chwali się, że rząd PiS dzięki uszczelnieniu VAT zdobył więcej pieniędzy niż wynoszą środki, które dostajemy z Unii Europejskiej.
Jeżeli chodzi o poprawę wpływów VAT, to należy przypomnieć, że nie są to tylko skutki uszczelnienia systemu, które były potrzebne. Warto jednak obserwować śrubę podatkową, którą politycy dokręcają. Jeżeli dokręcą ją za mocno, to mogą pozyskać jakieś środki, ale jednocześnie zniechęcić niektórych do prowadzenia produktywnej działalności, która przynosiłaby zyski gospodarce.

Poprawa wpływów z VAT to także zasługa dobrej koniunktury w Polsce, zależnej od koniunktury na świecie. Wpływy z VAT-u, w dobrych czasach, rosną bardziej niż gospodarka, ale w kiepskich spadają bardziej, niż pogarsza się wzrost gospodarczy.

Jeśli chodzi o same porównania, to są fałszywe, bo są to nieporównywalne kategorie. To nie powinno padać z ust premiera, który przez wiele lat działał w sektorze bankowym i zajmował się polityką gospodarczą. Pamiętajmy też, że wpływy z UE to tylko jeden z pozytywów naszego członkostwa. Inne korzyści są o wiele istotniejsze niż same fundusze europejskie. Nasza obecność na wspólnym rynku, to że nasi przedsiębiorcy mogą na nim konkurować, jest niezwykle istotną rzeczą.

To, że mamy wolny przepływ dóbr, osób, kapitału i usług, jest nawet ważniejsze, niż fundusze, które są wydawane na różnego rodzaju publiczne inwestycje. One w końcu przeminą, bo nie będą już nam przysługiwać.

Ciężki do zmierzenia, ale bardzo ważny jest też aspekt bezpieczeństwa. Jak Polska mogłaby być narażona na zewnętrzne niebezpieczeństwa, gdybyśmy nie byli członkiem UE? Polska jest krajem granicznym z Rosją Putina. Wielka Brytania może sobie pozwolić na wyjście z UE, choć widzimy, jak to trudne, bo jest krajem o wiele silniejszym gospodarczo, jest wyspą, ma większą populację, broń atomową i może wydawać więcej na obronność.

Poza tym porównania, których dokonuje Morawiecki i budowanie na nich narracji, że jest dobry polski rząd, który zwiększa VAT i łaskawa Unia, która rzuca trochę pieniędzy, to szkodliwa komunikacja.

Odpowiedzialni politycy powinni budować przywiązanie Polaków do UE i szacunek do europejskiej wspólnoty, w której jesteśmy.

Prezydent ostatnio stwierdził, że dla wielu Unia to zakazy w kupnie zwykłej żarówki, bo wspólnota tego zabrania.
Tego typu wypowiedzi uderzają w wizerunek Polski.

I prezydenta?
Też, ale przede wszystkim w wizerunek kraju, podobnie jak inne słowa i działania PiS w niektórych obszarach, m.in. praworządności. To przebija się do mediów zagranicznych i uderza w coś, co było ogromnym polskim osiągnięciem po 1989 roku. Mianowicie, udało nam się zbudować wizerunek kraju sukcesu, który był stawiany jako wzór. Na Ukrainie, kiedy trwał Majdan i rewolucja przeciwko Janukowyczowi, Polska pojawiała się często jako przykład kraju, który wszedł szybko się rozwijał, wszedł do NATO i Unii Europejskiej, miał coraz lepsze instytucje.Byliśmy wzorem w wielu krajach na wschód od Polski. Takie były też przekazy w prasie zagranicznej. Pojawiały się duże artykuły, specjalne dodatki do największych tygodników i gazet światowych. Z okazji 25-lecia transformacji „The Economist wypuścił specjalny dodatek. Zagraniczny inwestorzy, politycy czy turyści czytali dobre rzeczy o Polsce publikowane w Nowym Jorku,  Frankfurcie, Londynie czy Paryżu.

Teraz większość artykułów, które czytamy o Polsce, to jest pokazywanie tego, co złego rządzący robią w kwestii praworządności, w tym sądownictwa.

Ponadto tego typu wypowiedzi prezydenta, które są odbierane jako dyskredytowanie UE, abstrahując od naszej opinii odnośnie do dyrektywy dotyczącej żarówek, to robienie złego PR Polsce. Robienie czegoś takiego na zagranicznej konferencji przy zagranicznych gościach i dziennikarzach jest antydyplomacją.

Kaczyński zarządza strachliwymi i niedomytymi Piszczykami, prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.