Archiwa tagu: wybory samorządowe 2018

PiS jak małpa z brzytwą i odbezpieczonym granatem

Legislacja PiSu, to tak jakby dać małpie brzytwę lub odbezpieczony granat

Depresja plemnika

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa…

View original post 2 388 słów więcej

Kaczyński nie wierzy, że odniósł sukces, więc zlecił badanie przegranej w wyborach samorządowych

PiS – między innymi ustami prezesa – odtrąbił „wygraną” w wyborach samorządowych. Jednak zaklinanie rzeczywistości nie zmienia faktu, że w miastach partia Jarosława Kaczyńskiego poniosła spektakularną klęskę.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, PiS zamierza zamówić dokładne badania, które pokażą, co doprowadziło do tej „sromotnej wygranej”. Według rozmówcy gazety, mają one być zarówno ilościowe, jak i jakościowe, a partia zamierza przeznaczyć na nie duże środki.

Poza dowiedzeniem się, dlaczego PiS przegrał w tak wielu miastach (także tych, w których długo rządził), władze partii chcą także wiedzieć, dlaczego w wyborach zanotowano tak wysoką frekwencję. Według rp.pl, w PiS ma się także odbyć audyt działań sztabu oraz działań struktur w tych wyborach, w tym zaangażowania i osiągniętych wyników.

„Ale, że jak? Będą badać dlaczego osiągnęli tak wspaniałe, historyczne, epokowe zwycięstwo?”; – „Co Wy w tym PiS w jakimś matrixie żyjecie? Bez badań Wam powiem. Brak szacunku do ludzi objawiający się ciągłymi tępymi kłamstwami z nadzieją, że ciemny lud to kupi!!!”; – „Szukanie winnego „zwycięstwa”?”; – „A pamięta ktoś jeszcze czasy, gdy PiS „ujawniał”, że PO zamawia badania opinii publicznej i oburzał się, że swoje działania Platforma koryguje od ich wyników ? Dziś wg PiSu to dowód na „wsłuchiwanie się w głos Suwerena”; – „Zacząłbym od badań psychiatrycznych” – komentowali internauci.

Polska pod rządami PiS zmienia się w zacofanego, niedouczonego, chamskiego i agresywnego prostaka. Choćbym miała paść na twarz, nie zostawię jej w takim stanie.

Depresja plemnika

Komisja Europejska nadal rozpatruje skargę, którą kilkanaście miesięcy temu złożył niedoszły student Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej i Medialnej w Toruniu. Twierdzi, że uczelnia nie powinna była domagać się od niego zaświadczenia od proboszcza.

Działacz SLD i radny miejski w Chełmży Marek Jopp dwa lata temu dostał się na podyplomowe studia na kierunku „Polityka ochrony środowiska” na Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej i Medialnej w Toruniu, został jednak skreślony z listy z powodu niedostarczenia opinii od proboszcza.

Odwołania i sprawy sądowe nie przyniosły rezultatu. Kilka miesięcy temu Jopp zadeklarował, że będzie szukał pomocy w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu.

Gdy uczelnia zarządzana przez o. Tadeusza Rydzyka domagała się w ubiegłym roku podobnego dokumentu przy rekrutacji na inny kierunek dofinansowywany przez unijny Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój (POWER), Jopp wysłał skargę do Komisji Europejskiej. – Nie może być tak, że przyjęcie na dotowane z publicznych pieniędzy studia uzależnia się od wiary – podkreślał w rozmowie…

View original post 1 546 słów więcej

Leszek Miller radzi pisowcom z komisji Amber Gold

„Milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał Leszek Miller do członków komisji ds. Amber Gold. Sam nazwał się „weteranem komisji śledczych”.

Leszek Miller to polityk słynący z ciętych ripost. Jedna z nich stała się słynna – a jej popularność była tak ogromna, że prawdopodobnie zaskoczyła samego autora – dzięki komisji śledczej. – Pan jest zerem, panie Ziobro – powiedział ówczesny premier do Zbigniewa Ziobry 15 lat temu, podczas przesłuchania Millera przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina.

Ale to nie jedyna komisja, przez którą przesłuchiwany był Miller – w 2004 roku zeznawał przed komisją ds. PKN Orlen, rok później przed komisją ds. PZU, a jeszcze pięć lat później – przed komisją hazardową.

Również niektóre wypowiedzi Donalda Tuska podczas przesłuchania na komisji śledczej ds. Amber Gold zapewne zostaną zapamiętane na dłużej:

Przy dzisiejszych standardach moje wnuki byłyby w radzie nadzorczej Orlenu

Uśmiechnąłem się do pani przewodniczącej, dodając jej otuchy

Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: rozumiem pani zły nastrój

Mogę się zwracać bezpośrednio do kamery jak pani przewodnicząca? – pytał Tusk. – Wiemy, że pan to lubi – mówił członek komisji. – Ja to umiem – odpowiedział były premier.

Leszek Miller zwrócił się do komisji śledczej z nieco złośliwą radą. „Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał na Twitterze były premier.

Działacze PiS są rozczarowani wynikami drugiej tury w miastach. Porażka źle wróży przed wiosennymi wyborami europejskimi. I kolejnymi – do parlamentu.

Kandydaci spod szyldu PiS wygrali w czterech miastach, ci w barwach Koalicji Obywatelskiej – w co najmniej 22. Dwa miasta dla SLD, po jednym dla Kukiz’15 i PSL. Resztę wzięli kandydaci startujący z własnych komitetów. Łącznie wybraliśmy 107 prezydentów.

W PiS nieoficjalnie przyznają, że na powodzenie kandydatów w Krakowie czy Gdańsku nie liczyli. Bolesna jest jednak strata miast, w których do tej pory partia rządziła.

– To były punkty, gdzie na papierze powinniśmy wygrać – mówi jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego. Na liście są Biała Podlaska, Ostrołęka, Nowy Sącz czy Świebodzice.

Te porażki partia przeanalizuje szczegółowo. Na przykład Siedlce. Przegrał – jak mówią w PiS – „ukochany syn ministra energii” Karol Tchórzewski. – Zawiodła analiza polityczna w sztabie – mówi polityk PiS. – Tchórzewski wygrał w pierwszej turze, a przegrał w drugiej. To znak, że kampania nie była tam prowadzona jak należy.

Leszek Miller do pisowców z komisji Amber Gold: Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem.

Depresja plemnika

Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury – mówi socjolog prof. Jadwiga Staniszkis. – Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska – mówi o przesłuchaniu szefa Rady Europejskiej.

KAMILA TERPIAŁ: PiS przegrał w II turze wyborów samorządowych prawie we wszystkich miastach. Nawet w swoich matecznikach: Radomiu i Nowym Sączu. To jasny sygnał – Polacy nie chcą tej władzy?

JADWIGA STANISZKIS: PiS ewidentnie przegrał te wybory. To jest bardzo istotne. Po pierwsze, wszyscy oportuniści, którzy wspierali pisiaków dla stanowisk, spostrzegli, że oportunizm…

View original post 7 728 słów więcej

Pisowskie pokolenie „Spieprzaj dziadu”

Skandal podczas wieczoru wyborczego Kacpra Płażyńskiego. Sztab kandydata „zadbał”, by nie wpuścić na sale dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, reporterki radia Eska i Radia Tok FM.

Pokolenie spieprzaj dziadu.

Płażyński oczekiwał na wyniki w restauracji Mantra, przy ul. Krynickiej na Przymorzu. Towarzyszyli mu m.in. Janusz Śniadek, Andrzej Gwiazda, wojewoda pomorski Dariusz Drelich oraz spora grupa dziennikarzy. Niestety, zabrakło miejsca dla tych, którzy reprezentowali niewygodne dla kandydata i jego partii, media.

Dziennikarze musieli więc czekać pod drzwiami aż pojawi się Płażyński i zadecyduje, co z nimi zrobić. Sprawę załatwiła krótko jego żona, która z uśmiechem zaproponowała, aby „wystawić za drzwi i do widzenia”. Usunięto również z sali fotoreporterkę „Wyborczej” i jak tłumaczył jeden z ochroniarzy, taka była decyzja „góry”.

 Ta sytuacja wzbudziła powszechne oburzenie. Na Twitterze zawrzało. Adrianna Halman skomentowała zachowanie żony Płażyńskiego, pisząc „Nie została też wpuszczona red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli też, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii odzwierciedla więc szerszy problem”.

Reporter Kamil Dziubka również usłyszał co nieco. „Nie mogliśmy się wpiąć tam z dźwiękiem, bo pan dźwiękowiec powiedział, że nas nienawidzi i jesteśmy „ścierwami”. Ale poradziliśmy sobie”.

Do sprawy odniósł się też Bartosz T. Wieliński, a Szymon Sorokiew, komentując jego post, nie ukrywał, że „(…) żona KP, Natalia Nitek (de domo), ma ultra mocny odjazd w prawo. Jeśli ktoś uważa, że Płażyński to umiarkowana twarz PiS, to polecam przesledzenie działalności jego żony. Totalny beton i ostra antyniemiecka fobia (procesowała się ze swoim niemieckim szefem)”.

Jak słusznie zauważył kolejny komentator tej skandalicznej sytuacji, Płażyński „udowodnił (przy pomocy żony) że po prostu na to stanowisko się nie nadaje. Gdańszczanie poznali się na fircyku robiącym karierę na nazwisku ojca”. Nic dodać nic ująć.

Nie została też wpuszczona do sztabu Kacpra Płażyńskiego red. Bakura z ESKI i red. Knapik z TVN. Usłyszeli, że „nikt tu Niemców nie zapraszał”. Klasa pani Natalii Płażyńskiej odzwierciedla więc szerszy problem.

Depresja plemnika

Sromota PiS w II turze wyborów samorządowych

Wszyscy trzej kandydaci Koalicji Obywatelskiej w Krakowie, Gdańsku i Kielcach odnieśli miażdżące zwycięstwa.

Więcej >>>

„Po wyborach samorząd w dużych pol miastach Jaki kram, taki pan… Widać jak głęboko udało się poprzednim władzom PL zdemoralizować mieszkańców miast, jakie wzorce zakorzenić Tylko Polski żal. A teraz 11 XI cd wojny: duże opozycyj miasta – central władze państwa” [pisownia oryg – przyp. red.] – napisała po ogłoszeniu sondażowych wyników II tury wyborów Krystyna Pawłowicz. Później dodała: – „W dużych miastach Suweren zwykle był średnio patriotyczny”.

Pawłowicz najwyraźniej ma duży kłopot z przyjęciem do wiadomości, że kandydaci PiS na burmistrzów i prezydentów miast w zdecydowanej większości przegrali w II turze wyborów. Jak zwykle, jedyną jej reakcją jest obrażanie tych, którzy mają inne zdanie niż jej partia.

„Dlaczego Pani odmawia patriotyzmu ludziom, którzy zagłosowali inaczej niż Pani?”;  – „Pani Krystyno, jedynymi, którzy demoralizują Polskę jesteście wy. Wy…

View original post 2 256 słów więcej

Czy ks. Oko jest ćpunem?

Czy ks. Dariusz Oko jest ćpunem? O to podejrzewa go ks. Stanisław Walczak.

Przyłębska hańbi imię Polski

Mimo wielkich starań męża – PiS–owskiego ambasadora w Berlinie – Andrzeja Przyłębskiego, ustanowiona przez partię rządzącą na stanowisku prezesa Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska, jest w stolicy Niemiec – persona non grata – podaje wyborcza. pl.

„Nie chcemy robić niczego, co mogłoby świadczyć, że uznajemy panią Przyłębską jako prezesa polskiego Trybunału Konstytucyjnego. W tej sprawie są zbyt wielkie wątpliwości” – powiedział „Wyborczej” rozmówca z berlińskich kręgów dyplomatyczno-rządowych. Podkreślił, że jej mąż, Andrzej Przyłębski, nie ustaje w wysiłkach, by to zmienić.

O pozycji PiS–owskiej prezes w świecie europejskiej dyplomacji najlepiej świadczy fakt, jej zaproszenie do Warszawy na zorganizowaną z okazji 100-lecia niepodległości uroczystą dyskusję pt. „Rola sądu konstytucyjnego we współczesnym państwie” przyjęli jedynie prezesi sądów konstytucyjnych z Mołdawii, Ukrainy, Litwy, Węgier i Gruzji.

Oficjalnych kontaktów Przyłębskiej z zachodnimi środowiskiem prawników konstytucyjnych nie ma, bo powszechnie wiadomo, że to jej rękami PiS wygaszał w 2016 r. Trybunał Konstytucyjny, od czego zaczął się spór z Komisją Europejską o naruszenie praworządności. Kwestionowany jest też przez wielu prawników jej wybór na prezesa TK.

PiS–owska prezes spędza dużo czasu w Berlinie, ale jak można sądzić z informacji pochodzących ze strony internetowej ambasady, jej oficjalna działalność w Niemczech jest dość ograniczona. Pani prezes może się wylegitymować dość antyeuropejskim wykładem wygłoszonym rok temu na Uniwersytecie Nauk Stosowanych we Frankfurcie…

We wrześniu Przyłębska zorganizowała w ambasadzie spotkanie poświęcone nierównościom ekonomicznym. Wzięły w niej udział m.in. żony ambasadorów kilkunastu krajów, m.in. z Ukrainy, Gruzji, Ghany.

W stolicy Niemiec Przyłębska jest jednak głównie, żeby nie powiedzieć wyłącznie żona ambasadora. We wrześniu władze Berlina zaprosiły A. Przyłębskiego na uroczystości związane z obchodzoną 3 października rocznicą zjednoczenia Niemiec. Organizatorzy poprosili, by przybył jednak sam. Oficjalnie tłumaczyli się brakiem wolnych miejsc. Rozmówcy dziennika twierdzą, że powodem odmowy była funkcja Przyłębskiej i oceniają, że „Odmówić ambasadorowi sąsiedniego kraju? To więcej niż afront. Tego nie robi się bez powodu”.

Ale to nie koniec wiele mówiących afrontów.

Andrzej Przyłębski proponował ponoć co najmniej dwóm fundacjom niemieckich partii politycznych zorganizowanie debaty z jego żoną na temat sytuacji w Polsce. Jej partnerami mieli być politycy zajmujący się stosunkami polsko-niemieckimi i zasiadający w polsko-niemieckiej grupie parlamentarnej. Fundacje odmówiły, bo nie chciały legitymizować Przyłębskiej.

Oboje Przyłębscy niestrudzenie, ale i bezowocnie próbują jednak nawiązywać inne kontakty, takie jak np. ostatnio z sędziami Federalnego Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału Federalnego (odpowiednik naszego Sądu Najwyższego) – obie te instytucje mają siedziby w Karlsruhe.

„Tymczasem „na oficjalne spotkanie nie ma w obecnej sytuacji żadnych szans – mówi źródło „Wyborczej” w Federalnym Trybunale Konstytucyjnym. Oficjalnie jego rzecznik napisał: „kontakty ze stroną polską są utrzymywane”, jednak spotkań z prezes Przyłębską się nie planuje w najbliższej przyszłości. Podobnie ma się rzecz z Trybunałem Federalnym. Trudno się temu wszystkiemu dziwić.

Kiedy w lipcu, PiS przepychał przez Sejm kolejne ustawy pozwalające na przejęcie Sądu Najwyższego, Trybunał Federalny w Karlsruhe gościł pierwszą prezes SN Małgorzatę Gersdorf. Wówczas Przyłębska przyłączyła się do nagonki na prezes prowadzonej przez polityków PiS i wspierające ich media publiczne.

Na dobitkę, jej mąż jesienią 2016 r. zaatakował szefa niemieckiego TK Andreasa Vosskuhle, zarzucając mu mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski, jako że Vosskuhle w wywiadzie ostro skrytykował wygaszanie polskiego TK. Nie przybył on też na organizowane w polskiej ambasadzie spotkanie z polskimi prawnikami wspierającymi rząd PiS.

Biuro prasowe Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Trybunału Konstytucyjnego poproszone o komentarz do tej sytuacji nabrało wody w usta i milczy.

Julia Przyłębska w Berlinie persona non grata … Instytucje Unii Europejskiej NIE UZNAJĄ ŻADNYCH wyroków i orzeczeń fasadowego Trybunału Konstytucyjnego …

Depresja plemnika

11 listopada zapowiada się na wielką kompromitację Polski pisowskiej.

„Proponuję wyłączyć Święto Niepodległości spod ustawy o zgromadzeniach. Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski” – pisze b. minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Obywatele RP, KOD i Strajk Kobiet będą tego dnia blokować narodowców z Konstytucją w ręku.

Jak obchodzić 11 listopada?

„To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność” – pisze Bartłomiej Sienkiewicz w apelu, który 2 listopada 2018 opublikował na Facebooku. „Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym…

View original post 3 663 słowa więcej

Nieudolność PiS i fałszywa twarz. Orżnąć Polaków

>>>

Marsz 11 listopada pod znakiem neofaszystów. Będzie prelekcja włoskiej organizacji oskarżonej o zabójstwa na tle rasowym, a dla relaksu koncert z pieśnią: „Mein Kampf drogę nam wskazało, na której końcu czeka ład aryjskiego człowieka”

Rok temu w Marszu Niepodległości faszyści śpiewali o „białej Europie”, nieśli ksenofobiczne transparenty. Nikt nie został za to ukarany. W tym roku ich „program” będzie jeszcze bardziej rozbudowany.

Autonomiczni Nacjonaliści, jedna z grup, która podpięła się pod marsz sprzed roku, zapowiada: „Obowiązuje czarny ubiór i strój. Chusty, szaliki i kominy [kominiarki] mocno wskazane”, „flagi, banery i wszelkie symbole organizacji, ekip i kolektywów mogą być swobodnie prezentowane”. To ostatnie z zastrzeżeniem, że usuwane będą te, które wymierzone są w „bratnie narody”.

Ale już dzień przed marszem, w Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym przy ul. Wilczej, w centrum stolicy, neofaszyści organizują konferencję, na której wystąpią działacze skrajnej prawicy z Serbii, Czech i Włoch. Ostatnich reprezentować będzie Nicola Piscopello, działacz organizacji CasaPound oskarżanej we Włoszech o organizowanie ataków na imigrantów, Żydów i zabójstwa na tle rasowym. Jej lider Gianluca Iannone, muzyk faszystowskiego zespołu, mówił w jednym z wywiadów: – Jesteśmy faszystami i koniec. Mussolini na całe życie.

>>>

Premier Giuseppe Conte i jego zastępcy z Ruchu 5 Gwiazd i Ligi Północnej mówią: „Jesteśmy populistami i bronimy ludu włoskiego”. Wicepremier Salvini tweetuje cytaty z Mussoliniego, np. „Wielu wrogów, wielki zaszczyt”. A wspierająca go skrajna prawica odbija kolejne bastiony lewicy.

Nadruk na koszulce przedstawia ogrodzenie obozu w Auschwitz i tory prowadzące do jego bramy. „Auschwitzland” – głosi zrobiony disneyowską czcionką podpis. W koszulkę ubrana jest Selene Ticchi. Ma też czapkę z krzyżem celtyckim. To wszystko Selene prezentuje z uśmiechem, a dopytującemu reporterowi odpowiada, że to manifestacja „czarnego humoru”.

Predappio, północno-wschodnie Włochy, miejsce urodzin Benito Mussoliniego. 28 października 2018 r. dwa tysiące faszystów – wielu z nich w czarnych koszulach, wykonując tzw. salut rzymski i niosąc portrety Duce – celebruje kolejną rocznicę „marszu na Rzym”.

Selene należy do straży porządkowej tego wydarzenia. Narzeka, że próbowano do niego nie dopuścić. – To byłby zamach na demokrację! – wykrzykuje.

96 lat temu w wyniku faszystowskiego zamachu stanu władzę we Włoszech objął Benito Mussolini. Potem uwikłał kraj w wojnę po stronie hitlerowskich Niemiec i podpisał ustawy rasowe, na mocy których włoskich Żydów wysłano do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

4 listopada w polskich kościołach zostanie odczytany list pasterski Episkopatu na stulecie niepodległości. Według biskupów główne zagrożenie dla naszego kraju to „odstępowanie od wiary chrześcijańskiej i katolickich zasad jako podstawy funkcjonowania państwa”. Wyliczamy manipulacje i przekłamania

Czy Polak w ogóle może być patriotą, nie będąc katolikiem? Na to pytanie – i wiele innych frapujących zagadnień – odpowiada list pasterski Episkopatu z okazji święta niepodległości.

Dokument episkopatu, datowany na 14 marca 2018, ale opublikowany 29 października, można przeczytać w całości na stronie tej instytucji (tutaj). Dla każdego, kto zna historię Polski ostatnich dwóch stuleci – o niej głównie mówią autorzy – jest to lektura poruszająca, przede wszystkim ze względu na zawarte w nim przekłamania i manipulacje przeszłością. Ale nie tylko. Ważne jest także zupełnie aktualne przesłanie biskupów – „pasterzy Kościoła katolickiego w Polsce”, jak podpisali się pod listem.

Do przodków katolików

Zacznijmy od historii: według biskupów odzyskanie wolności przez Polskę to „dar Bożej Opatrzności”. 

Biskupi składają w liście hołd „naszym przodkom”, którzy w czasach zaborów dali przykład miłości ojczyzny. Piszą:

„Życiową postawą potwierdzili, że droga do odzyskania przez Naród Polski swego niepodległego i suwerennego państwa wiodła nie tylko poprzez walkę zbrojną, starania polityczne, dyplomatyczne i pracę kilku pokoleń Polaków, ale przede wszystkim przez miłość do Boga i bliźniego, wytrwałą wiarę oraz modlitwę”.

Przy odrobinie wysiłku można to zdanie uznać za opinię. Duchowni mają prawo myśleć, że rola modlitwy w odzyskaniu niepodległości jest ważniejsza niż walka zbrojna czy dyplomatyczna. Jest to pogląd trudny do obrony, ale być może dla kogoś głęboko wierzącego możliwy do zaakceptowania.

W istocie jednak to zdanie zawiera daleko idące historyczne przekłamanie. Polacy walczący o wolność wcale nie wszyscy byli wierzący, a ci wierzący nie wszyscy byli katolikami: byli wśród nich protestanci, prawosławni i Żydzi. 

Niesłychanie krytyczny stosunek do Kościoła – zwłaszcza do jego roli społecznej – mieli socjaliści, z których wywodził się Józef Piłsudski, i którzy byli jedną z głównych sił niepodległościowych. Krytykowali Kościół za wspieranie władz zaborczych oraz za popieranie wyzysku chłopów i robotników w kraju (tak, używali takiego słownictwa). Także narodowcy Romana Dmowskiego mieli często dystans wobec Kościoła, który uważali za wsparcie dla sił konserwatywnych, związanych z tradycyjną arystokracją i ziemiaństwem – podczas gdy sami uważali się za radykałów. Dmowski sojusz polskiego nacjonalizmu z Kościołem ogłosił później, w książce „Kościół, naród i państwo” wydanej w 1927 roku. Bardzo wpływowe na wsi było także krytyczne wobec Kościoła i jego pozycji wśród ludu skrzydło ruchu ludowego. 

Nie jest więc prawdą, że polski patriotyzm był nierozerwalnie związany z wiarą katolicką. 

Dodajmy również, że Kościół często krytykował w XIX w. polskie zrywy niepodległościowe. Pisaliśmy o tym w maju 2018 roku, kiedy zapomniał o tym abp. Stanisław Gądecki (tutaj). 

Dzieła Mickiewicza na katolickim indeksie zakazanym

Oczywiście, nie brakowało księży, którzy cierpieli za wolną ojczyznę – jak arcybiskup warszawski Zygmunt Szczęsny Feliński, kanonizowany przez Jana Pawła II, który został przez władze carskie zesłany nad Wołgę za słowa protestu wobec brutalnego tłumienia powstania styczniowego (1863-1864). Ks. abp. Feliński spędził w Jarosławiu nad Wołgą 20 lat.

Ale w liście czytamy: „Kolejne zrywy narodu do walki zbrojnej o niepodległość Ojczyzny – poczynając od insurekcji kościuszkowskiej, poprzez okres napoleoński, Wiosnę Ludów, powstanie listopadowe i styczniowe – nie przynosiły rezultatów i powodowały nasilające się represje ze strony zaborców oraz niszczenie polskiej kultury i prześladowanie Kościoła, który zawsze wspierał narodowe zmagania o odzyskanie wolności”.

Otóż nie. Kościół nie zawsze „wspierał narodowe zmagania”.

Watykan potępiał wszystkie ruchy, które uważał za radykalne i godzące w monarchie europejskie – w tym Konstytucję 3 Maja, Powstanie Listopadowe (1830-1831) oraz Powstanie Styczniowe (1863-1864). Biskupi zachęcali poddanych zaborczych mocarstw do lojalności wobec władców, których prawa do rządzenia ziemiami polskimi nie kwestionowali. W kościołach modlono się za zaborczych monarchów.

Biskupi skwapliwie zawłaszczają dla Kościoła największych polskich twórców XIX w., zapominając, że wielu z nich miało z Kościołem relacje bardzo skomplikowane i często napięte. 

Na pierwszym miejscu wśród „chrześcijańskich” twórców wymieniają Adama Mickiewicza, którego dzieła w 1848 roku Kościół wpisał na indeks ksiąg zakazanych. Mickiewicz był mesjanistą i religijnym radykałem, który uważał, że Kościół porzucił oryginalne ideały chrześcijaństwa.

Przypomnijmy, że za czytanie dzieł znajdujących się na indeksie groziła katolikowi ekskomunika. Niektóre dzieła Mickiewicza były na indeksie jeszcze sto lat później. 

Dzisiaj Adam Mickiewicz w liście biskupów staje się przykładem twórcy katolickiego. Zabawne, prawda? Mickiewicz był autorem głęboko wierzącym, ale z Kościołem było mu często nie po drodze. Przed zawłaszczaniem Mickiewicza biskupom wypadałoby najpierw powiedzieć „przepraszamy”, ale tego słowa nie udało im się napisać.

Katolicki Naród Polski?

W całym tekście listu pasterskiego biskupi utożsamiają wiarę katolicką, patriotyzm oraz „Polski Naród” (pisany wielką literą). Wzmianka o „innych wyznaniach chrześcijańskich” pojawia się raz:

„Drogi Polaków do niepodległości motywowane wiarą katolicką prowadziły najpierw do umocnienia wiary i odrodzenia moralnego, a następnie do pogłębienia świadomości narodowej. Nastąpiło upodmiotowienie społeczne, narodowe i religijne szerokich warstw społeczeństwa polskiego, przede wszystkim ludności wiejskiej, rzemieślników oraz robotników. Prześladowania ze strony zaborców doprowadziły do jeszcze głębszego związania Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich z Polskim Narodem”.

Jest to, powtórzmy, całkowite zafałszowanie historii: ani Kościół nie wspierał bez zastrzeżeń polskich zrywów niepodległościowych, ani Polacy nie byli bez wyjątku wierzący.

W cytowanym fragmencie znajduje się jeszcze jedno nieuprawnione utożsamienie – odrodzonej RP z „Polskim Narodem”. Przypomnijmy, że II RP była państwem wielonarodowościowym, w którym mniejszości narodowe stanowiły ok. 30-40 proc. obywateli (spis powszechny 1931 roku pytał o języki ojczyste, co zaniżało w danych faktyczny odsetek mniejszości narodowych: według niego polski był językiem ojczystym 68,91 proc. obywateli). 

Bez katolicyzmu nie ma wolności

Sedno listu pasterskiego dotyczy jednak przesłania na przyszłość. Biskupi są tu bezkompromisowi: odejście od zasad katolickich to zagrożenie dla „suwerennego bytu” Polski. Przytoczmy:

„Odstępowanie od wiary katolickiej i chrześcijańskich zasad jako podstawy życia rodzinnego, narodowego i funkcjonowania państwa, to najpoważniejsze z zagrożeń, które doprowadziły już raz w przeszłości do upadku Rzeczypospolitej.

Szerzące się zniewolenia szczególnie wśród młodej generacji Polaków – alkohol, narkotyki, pornografia, zagrożenia płynące z Internetu, hazard, itd., prowadzą do osłabienia moralnego i duchowego narodu.

Spośród wad narodowych coraz bardziej dochodzą do głosu prywata, egoizm jednostek i całych grup, brak troski o dobro wspólne, szkalowanie i znieważanie wiary katolickiej, polskiej tradycji narodowej i tego wszystkiego, co stanowi naszą Ojczyznę”.

Nie ma tu rozróżnienia pomiędzy pornografią, hazardem a kwestionowaniem „chrześcijańskich zasad życia rodzinnego” (a więc zapewne np. dopuszczeniem związków jednopłciowych czy liberalizacją prawa do przerywania ciąży) oraz „brakiem troski o dobro wspólne” – tak jakby wszystkie były jednym rodzajem „zniewolenia”.

Oto i w całości przesłanie biskupów na stulecie niepodległości: Polaku, bez katolicyzmu nie istniejesz, nie ma Polski bez Kościoła. Polacy-niekatolicy są w tej optyce w najlepszym wypadku gorszym sortem obywateli, a w najgorszym – wypisują się sami z polskości. Naprawdę, w czasach rzeczywistych zagrożeń dla Polski, Europy, świata i planety, spodziewalibyśmy się po najważniejszych dostojnikach polskiego Kościoła czegoś więcej.

Hojnie wspierany z publicznych środków, produkowany przez twórców „Smoleńska” rocznicowy film o Legionach Piłsudskiego, premierę będzie miał najpewniej dopiero w 2019 roku. Państwo, jak się okazuje, nie jest w stanie zorganizować ponadpartyjnych, prawdziwie otwartych dla wszystkich, uroczystych obchodów.

Wszystko to pod rządami formacji, która o rocznicy 1918 roku mówiła przez ostatnia trzy lata bez przerwy. Której przedstawiciele przy każdej okazji powtarzają, że w przeciwieństwie do swoich politycznych konkurentów, będą prowadzić politykę historyczną przywracającą Polakom dumę z ich państwa i jego historii.

Organizacyjny chaos na stulecie Niepodległości

Pokaz nieudolności

Tymczasem w trakcie wyjątkowej, zdarzającej się raz na stulecie rocznicy, władza, zamiast okazji do przeżycia dumy z polskiej historii daje rodakom pokaz własnej nieudolności. Rocznica 11.11. zaskoczyła ją, jak przysłowiowa zima drogowców. Przy tym, o ile w naszym klimacie czasem faktycznie trudno przewidzieć dokładny początek zimy, to o tym, że w niedzielę 11.11. przypadnie setna rocznica odrodzenia państwa po latach zaborów, wiadomo było od dawna i naprawdę można było się przygotować.

Najbardziej nieudolnie w tym wszystkim wypada ośrodek prezydencki i prezydent Duda osobiście. To od prezydenta, jako głowy państwa, można było oczekiwać zorganizowania uroczystości, otwartych dla wszystkich niezależnie od poglądów i partyjnych sympatii. Pałac Prezydencki nie wywiązał się z tego zadania, choć z okazji setnej rocznicy 11.11. 1918 roku obiecywał wiele.

Prezydent Duda planował referendum, w którym Polacy mieli dostać szansę, by wypowiedzieć się w sprawie ewentualnych zmian w ustawie zasadniczej. Konsultacje konstytucyjne z obywatelami trwały miesiące. Ostatecznie, głowa państwa do idei referendum nie była nawet w stanie przekonać nawet swojej byłej partii – inicjatywę utrącił kompletnie zdominowany przez PiS Senat. Senatorowie bez wątpienia ośmieszyli wtedy prezydenta, choć mogli oszczędzić mu jeszcze większego upokorzenia – do jakiego doszłoby, gdyby referendum przyciągnęło do urn zaledwie garstkę wyborców, podobnie jak referendum ogłoszone w 2015 roku przez prezydenta Komorowskiego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.

Prezydent Duda upokorzył się jednak sam, gdy zaczął negocjować z Ruchem Narodowym warunki swojej obecności na tzw. Marszu Niepodległości. Negocjacje spełzły na niczym – narodowcy wyprosili głowę państwa ze swojego marszu. Nie wiadomo, co jest bardziej smutne i groteskowe w całej tej sytuacji. Czy fakt, że prezydent należącego do Unii Europejskiej, demokratycznego państwa serio rozważa udział w marszu skrajnej prawicy, gdzie padają rasistowskie hasła? Czy to, że głowa państwa, wybrana w drugiej turze przez 8,6 miliona osób negocjuje z politycznym marginesem, notującym poparcie na poziomie błędu statystycznego? Czy może to, że grupa dziarskich chłopców z Ruchu Narodowego pokazała prezydentowi miejsce w szeregu, wysyłając wszystkim sygnał, że w setną rocznicę odrodzenia państwa polskiego to skrajna prawica będzie rządzić polską stolicą?

Czy potrafilibyśmy w ogóle wspólnie świętować?

Chaos wokół 11.11. pokazuje przy tym na problem znacznie głębszy, niż nieudolność obecnej władzy. Zastanówmy się bowiem przez chwilę, co byłoby, gdyby prezydent (albo rząd) nie przespali rocznicy i faktycznie zorganizowali pełne rozmachu, państwowe uroczystości, na które zaproszeni zostaliby wszyscy? Czy potrafilibyśmy wtedy wspólnie świętować niezależnie od podziałów? KODowiec z PiSowcem? Zandberg z Balcerowiczem? Nowacka z prawnikami Ordo Iuris? Jacek Kurski z Jackiem Żakowksim? Trudno to sobie wyobrazić – nie udało się przecież przy okazji obchodów 550-lecia polskiego parlamentaryzmu, ani święta wojska polskiego.

W Polsce podziały polityczne przybrały tak głęboko toksyczną formę, że nie jest ich w stanie zawiesić największe nawet święto. Można się obawiać, czy byłby w stanie zawiesić je największy nawet, zagrażający przetrwaniu państwa kryzys. Niezależnie, czy taki kryzys nadejdzie, czy nie toksyczność polskich podziałów to fatalna perspektywa dla polskiej demokracji. Demokracja nie ogranicza się bowiem do zasady rządów za zgodą większości. Wymaga ona czegoś jeszcze: uznania prawomocności opozycji. Tego, że także przeciwny naszemu obóz polityczny jest pełnoprawnym uczestnikiem życia politycznego, a nie siłą zła, od której trzeba ocalić ojczyznę, jak od potopu szwedzkiego, lub inwazji bolszewików.

Dziś niemal nikt tak nie postrzega przeciwnika politycznego. Główną winę ponosi za to PiS. I to nie tylko dlatego, że sam konsekwentnie, od swojego powstania, oskarża ciągle swoich przeciwników o złe intencje, zepsucie, mroczne powiązania, a nawet o mord na ofiarach katastrofy w Smoleńsku. Problem ten poprzedza zresztą PiS, kryminalizacja politycznego przeciwnika i absolutyzacja politycznego konfliktu była podstawową techniką mobilizowania własnego elektoratu przez Jarosława Kaczyńskiego już w czasach Porozumienia Centrum. Jeszcze większym problemem jest stosunek rządzącej partii do polskiej konstytucji i państwa, jakie ukształtowało się po roku ’89. Trudno mieć do opozycji pretensje, że nie chce świętować wspólnie z władzą, która oskarża ją o najgorsze, a przy tym wyraźnie zmierza do zniszczenia instytucji, stanowiących instytucjonalne rusztowanie, konieczne do tego, by demokracja nie miała wyłącznie fasadowego charakteru.

Państwo bez narracji

Zwłaszcza, że trudno wyobrazić sobie narrację, jaka nawet przy tak niekontrowersyjnej uroczystości, jak 11.11. byłaby w stanie włączyć faktycznie szeroką grupę obywateli, niezależnie od ich politycznych afiliacji. Przy okazji setnej rocznicy niepodległości doskonale widać problem, z jakim w ciągu prawie 30 lat nie potrafiła poradzić sobie III RP: brak narracji, wiążącej wszystkich obywateli i obywatelki z państwem. Nie mamy żadnej opowieści tworzącej obywatelską wspólnotę wyobrażoną.

Widać wyraźnie, że wbrew obietnicy PiS jej nie zbuduje – i chyba mu nawet nie bardzo na tym zależy. Cały wysiłek rządzącej partii na froncie narracji i symboli skierowany jest bowiem na budowanie narracji partyjnych. Konstruowane są one wokół tak kontrowersyjnych symboli jak martyrologia smoleńska, kult Lecha Kaczyńskiego, czy tzw. Żołnierzy Wyklętych.

Gdy 11.11. stolicą znów zawładnie skrajna prawica, środowiska przestępczo-kibolskie, rasiści i neofaszyści z Marszu Niepodległości przekonamy się raz jeszcze do jakiego zdziczenia prowadzi sferę publiczną sytuacja, gdy w próżnię wywołaną przez brak obywatelskiej narracji wkracza ta partyjna.

PiS desperacko próbuje rozpuszczać efekty trzech lat wojny z Unią Europejską. Nieobecny od dawna w mediach Adam Lipiński w rozmowie z „Wyborczą” opowiedział się za rezygnacją przez PiS z ostrej polityki i za marszem w stronę centrum

Samo pojawienie się Adama Lipińskiego w przestrzeni publicznej jest sygnałem, że przed drugą turą wyborów samorządowych rządząca partia zrobi wszystko, by zmyć konsekwencje prowadzenia polityki starcia z Unią Europejską.

Jednak to, że Lipiński wypowiedział się publicznie nie oznacza wcale, że jego wypowiedzi są prawdziwe.

Dwie wpadki przed I turą

Nogę Prawu i Sprawiedliwości tuż przed wyborami samorządowymi dwukrotnie podstawili ludzie pracujący dla PiS.

Po pierwsze, był to wyemitowany na kilka dni przed I turą wyborów kłamliwy, agresywnie antyuchodźczy i antysamorządowy spot, a m.in. rolę straszliwego muzułmańskiego uchodźcy, który pod wpływem alkoholu i narkotyków kopnięciem zrzucił kobietę ze schodów prowadzących na peron metra w Berlinie, „zagrał” w nim 27-letni obywatel Bułgarii.

Po wyborach spot skrytykował, m.in. Jarosław Gowin. „To był zły spot. Wstydziłem się” – mówił wicepremier i minister szkolnictwa wyższego w rządzie Mateusza Morawieckiego.

Z motyką na Trybunał Sprawiedliwości UE

Dużo większym echem odbiło się jednak to, co zmalował minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. W sierpniu postanowił skierować do skolonizowanego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego wniosek o sprawdzenie, czy zgodny z Konstytucją RP jest art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który pozwala sądom krajowym zadawać Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytania prejudycjalne.

Ale na początku października – czyli krótko przed I turą wyborów samorządowych – rozszerzył wniosek, zadając TK pytanie, czy TSUE w ogóle wolno orzekać „w sprawach dotyczących ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej oraz postępowania przed organami władzy sądowniczej państwa członkowskiego UE”.

Podjęcie przez Trybunał Konstytucyjny wyroku zgodnego z oczekiwaniami Ziobry oznaczałoby de facto wycofanie się Polski z Unii Europejskiej, ponieważ bez Trybunału Sprawiedliwości UE nie ma mowy o jednolitej przestrzeni prawnej, która jest jednym z fundamentów Unii Europejskiej.

Tym krokiem Ziobro podał rękę opozycyjnej Koalicji Obywatelskiej, która dużo energii poświęcała na pokazanie konsekwencji wrogiej Unii Europejskiej polityki PiS. Już w połowie września Grzegorz Schetyna pisał na Twitterze:

Rozszerzenie wniosku było więc wodą na młyn opozycji. 17 października na wspólnej konferencji prasowej z Rafałem Trzaskowskim (PO) posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz (.N) nazwała wniosek „wypchnięciem Polski z Unii Europejskiej”, a Borys Budka (PO) domagał się jasnej deklaracji od premiera Mateusza Morawieckiego, czy „odetnie się od próby wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, czy zdymisjonuje ministra Ziobrę” – podkreślał poseł PO Borys Budka.

Politycy opozycji nie musieli jednak naciągać rzeczywistości, żeby oskarżyć PiS o demolowanie stosunków Polski ze zjednoczoną Europą. Jak pisaliśmy w OKO.press, Polska po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości miałaby problemy z przyjęciem do UE, ponieważ nie tylko nie spełnia kryteriów kopenhaskich, ale również nie ma żadnych politycznych sojuszników w UE (poza Węgrami, które również są w Unii na cenzurowanym).

Dzwon od wyborców

Wybory boleśnie dla PiS zweryfikowały, gdzie leżą sympatie Polaków. Choć partia Kaczyńskiego wygrała wybory, to nie udało się jej poszerzyć elektoratu w stopniu pozwalającym pokazać wynik jako potwierdzenie poparcia Polek i Polaków dla polityki PiS.

Jednocześnie przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego bardzo się zmobilizowali, szczególnie w dużych miastach, gdzie PiS przekonało się, że nie ma czego szukać – na 39 miast o liczbie mieszkańców ponad 100 tys. w zaledwie jednym – Katowicach – kandydat niezależny popierany przez PiS wygrał wybory. Jak na złość był to Marcin Krupa, którego popiera nie tylko PiS, ale również SLD.

Również na wsi wyniki nie spełniły oczekiwań – nieco ponad 12 proc., które osiągnęło PSL mimo zmasowanego ataku PiS na partię, oznacza, że poza dużymi miastami antyeuropejska retoryka szkodzi notowaniom prezesa.

Zwrot przez rufę

Po pierwszej turze wyborów rządząca partia robi dobrą minę do złej gry. Oficjalnie cieszy się ze zwycięstwa i zapowiada kontynuację dotychczasowej polityki, ale jednocześnie stara się osłabić skutki sporu z Unią Europejską.

Zaczął Jarosław Kaczyński, przekonując podczas konwencji PiS w Radomiu, że jego partia i rząd będą przestrzegać unijnego prawa oraz opowiadając, że „wielu mieszkańców dużych miast zostało okłamanych, zostało zmanipulowanych i w centrum tej manipulacji jest jedno twierdzenie, że PiS przygotowuje polexit”.

„To kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo” – powtarzał prezes.

Ma to nawet pewien wymiar praktyczny – MSZ w stanowisku przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego zmieszał argumentację Zbigniewa Ziobry z błotem.

Dzień później jednak szef MSZ Jacek Czaputowicz zmienił zdanie i wydał specjalne oświadczenie, w którym ogłosił, że „w pełni popiera wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego”, a swoje stanowisko zredukował do „charakteru informacyjnego i eksperckiego”.

Lipiński z odsieczą

PiS dysponuje niewieloma politykami, którzy mogą zapewniać o swoim zbliżeniu do pozycji centrowych i nie zostać rozniesieni przez media za hipokryzję – jak to jest na przykład w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, który mówi zwykle to, co pasuje do obecnego przekazu politycznego partii.

Biorąc pod uwagę potrzebę mieszania wyborcom w głowach przed II turą (4 listopada) nic dziwnego, że wiceprezes PiS Adam Lipiński nagle pojawił się w przestrzeni publicznej – i to udzielając wywiadu wideo znienawidzonej przez PiS „Gazecie Wyborczej”.

Tam ogłosił, że „wyniki wyborcze pokazują, że jeśli chcemy zdobyć znacznie większe poparcie niż mieliśmy, to się musimy bardziej do centrum przesunąć, to jest oczywiste”.

Jego odpowiedzi na pytania dziennikarki „Wyborczej” Justyny Dobrosz-Oracz o sprawy europejskie najlepiej pokazują, że to, co jego zdaniem jest „oczywiste”, jest w zasadzie niewykonalne – bo PiS nie jest w stanie zachować obecnego elektoratu, zbudowanego na wojnie z III RP i jej osiągnięciami (m.in. wejściem do Unii Europejskiej i poparciu dla pogłębiania integracji europejskiej), wojnie z Unią Europejską, a jednocześnie wędrować w stronę politycznego centrum.

Ta wypowiedź jest nie tylko fałszywa, ale również sprzeczna. Wiceprezes PiS może oczywiście opowiadać, że jego partia jest gorącym zwolennikiem Unii Europejskiej (mając pewnie na myśli przede wszystkim euro, które płyną z Brukseli), co jakoś łączy z „walką o podmiotowość”.

Niezależnie od tego, jak bardzo PiS lubi transfery z unijnego budżetu, udawać „gorącego zwolennika” UE jest mu tym trudniej, że od objęcia rządów aktywnie zwalcza to, na czym zbudowana jest Unia Europejska.

Występuje nie tylko przeciwko opisanym w traktatach wartościom, ale również przeciwko instytucjom, które powołały państwa członkowskie i dobrowolnie przekazały im część swoich kompetencji, aby umożliwić zaistnienie choć częściowo zjednoczonej w sensie prawnym, politycznym i gospodarczym Europy.

Tę sprzeczność wyraźnie widać u Adama Lipińskiego, kiedy Justyna Dobrosz-Oracz pyta go, czy Polska zastosuje się do decyzji Trybunału Sprawiedliwości.

Pokrętna mowa ani tak, ani nie

Zamiast zadeklarować wprost, że tak będzie, Lipiński odpowiada: „Na pewno podejmiemy decyzję racjonalną. Nie mogę powiedzieć jaką, polityka ma swoje dyskretne strony. Jest druga tura wyborów i nie powinniśmy wprowadzać tematów mega politycznych do obiegu publicznego”.

„To nie my zaczęliśmy”

Tłumacząc tę polityczną nowomowę na język polski Adam Lipiński powiedział, że PiS chętnie da centrowemu elektoratowi nadzieję na to, że rząd Mateusza Morawieckiego podporządkuje się decyzji i przestanie kombinować nad przejęciem Sądu Najwyższego, ale nie może zadeklarować tego otwarcie, żeby nie demobilizować antyunijnego elektoratu, który PIS właściwie w całości zagarnęło dla siebie.

Drugim elementem tej strategii narracyjnej jest próba zmycia przez polityków PiS z siebie odpowiedzialności za wojnę polityczną z instytucjami unijnymi. To oczywisty fałsz – nikt nie zmuszał Jarosława Kaczyńskiego ani do rozpoczynania wojny o sędziów Trybunału Konstytucyjnego już pod koniec 2015 roku, od czego krok po kroku upór PiS doprowadził do wszczęcia przez Komisję Europejską przeciwko Polsce procedury naruszenia praworządności z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej.

Nikt nie zmuszał też do pozwalania nadzorowanym przez rząd Lasom Państwowym na wycinanie Puszczy Białowieskiej, co skończyło się miażdżącym dla PiS wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE), ani do rozpoczęcia frontalnego ataku na instytucje niezależności sądownictwa – od Krajowej Rady Sądownictwa po Sąd Najwyższy, w obronie którego stanął ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE.

Fałszywa łagodność

Wywoływaniu wrażenia, że PiS jest zróżnicowaną partią, w której wrodzy integracji Europy politycy tacy jak Antoni Macierewicz i Krystyna Pawłowicz są równoważeni przez rozsądnych, bardziej centrowych, chcących korekty Czaputowicza i Lipińskiego, służy również łagodne skrytykowanie ministra sprawiedliwości przez wiceprezesa PiS.

O wniosku do TK Lipiński mówi, że Ziobro może „nie zdawał sobie sprawy z tego, jak to może zostać wykorzystane przez naszych przeciwników, ale w polityce trzeba sobie [z tego] zdawać sprawę”.

Zaraz dodaje jednak, że „dymisja Ziobry to raczej są bajki” – podobnie jak w przypadku Czaputowicza, który jako „liberalne” skrzydło PiS może starać się łagodzić skutki ostrej polityki, ale nie w taki sposób, który przeszkodzi mobilizacji żelaznego elektoratu partii.

To daje jakąś wskazówkę co do tego, jak PiS się zachowa, gdy przestanie im zależeć na wynikach kampanii wyborczej.

MSZ skierował do Trybunału Konstytucyjnego stanowisko do wniosku prokuratora generalnego o zbadanie przez TK, czy unijny przepis o pytaniach prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE jest zgodny z konstytucją. Wynika z niego, że rząd – bo MSZ w Trybunale prezentuje stanowisko rządu – uważa, iż polskie sądy mają pełną autonomię w kierowaniu pytań do TSUE, mogą zawieszać stosowanie przepisów, o które pytają do czasu otrzymania od TSUE odpowiedzi, a TSUE jest jedynie właściwy do interpretowania prawa UE.

Tymczasem to właśnie kwestionował w swoim wniosku prokurator generalny Zbigniew Ziobro, domagając się uznania tych uprawnień sądów za sprzeczne z konstytucją. MSZ w swoim stanowisku przytaczał też głosy doktryny kwestionujące prawo Trybunału Konstytucyjnego do badania traktatu o UE. A także kwestionujące nadrzędność polskiej konstytucji wobec traktatu. Wyglądało na to, że PiS kwestionuje nie tylko stanowisko Ziobry – uznane powszechnie za zapowiedź polexitu – ale w ogóle paradygmat, według którego działa od trzech lat: wyższości woli politycznej nad władzą sędziów i prawa Polski do własnej interpretacji unijnych przepisów.

W kilka godzin po nagłośnieniu przez media stanowiska MSZ (rządu) premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że Trybunał Konstytucyjny „może i powinien badać zgodność traktatów z naszą konstytucją”. Zaś szef MSA Jacek Czaputowicz – że w pełni popiera stanowisko prokuratora generalnego wyrażone we wniosku do TK.

O co tu chodzi?

W warstwie politycznej zapewne o to, że media nagłośniły rozdźwięk w rządzie PiS, co PiS uznał za zagrożenie i postanowił zewrzeć szyki. Tak jak stanowisko MSZ mogło być pomyślane jako uspokojenie nastrojów społecznych dotyczących polexitu, jakim groził wniosek prokuratora Ziobry, tak „przedefiniowanie” stanowiska MSZ mogło by służyć uspokojeniu nastrojów przed wyborczą dogrywką. Tym bardziej że niepisowskie media donosiły o sprawie w tonie sensacyjnym: że MSZ „zmiażdżył” wniosek Ziobry, że uznał go za „bezpodstawny”.

A w warstwie faktycznej i prawnej? Kto ściemnia w sprawie wniosku MSZ?

Obie strony. Niepisowskie media rzeczywiście go nadinterpretowały. Nie pada tam bowiem wprost żadna ocena wniosku prokuratora generalnego, a tym bardziej sformułowanie, że jest on „bezpodstawny”. Jednak cały przeprowadzony przez MSZ wywód i cytaty z orzeczeń polskiego TK i TSUE prowadzą do takiego wniosku. Stanowisko MSZ jest pod tym względem nietypowe dla stanowisk posyłanych przez rząd do TK. Zwykle bowiem strona rządowa zajmowała stanowisko wprost.

Minister Czaputowicz wydał w środę wieczorem oświadczenie. Pisze w nim: „Dokument nie zawiera konkluzji ani wniosków, jakie sugerują niektóre media. Dokument nie kwestionuje w szczególności dopuszczalności wniosku złożonego przez prokuratora generalnego i nie polemizuje z tezami zawartymi w tym wniosku”.

To prawda i nieprawda zarazem. Rzeczywiście nie ma tam zdań w rodzaju: „MSZ uważa wniosek za bezzasadny” albo „postuluje oddalenie wniosku” czy „umorzenie sprawy z powodu niedopuszczalności orzekania”. Nie ma też polemiki z tezami Ziobry w stylu: „w przeciwieństwie do prokuratora generalnego MSZ uważa, że…” albo „nie sposób zgodzić się z twierdzeniem prokuratora generalnego…”.

Z drugiej strony stanowisko MSZ cytuje wyłącznie wyroki TK i TSUE, które zaprzeczają tezom zawartym we wniosku Ziobry.

Dlatego kolejne stwierdzenie środowego „oświadczenia” ministra Czaputowicza: „W pełni popie‎ram wniosek prokuratora generalnego do Trybunału Konstytucyjnego”, jest nieprawdą w stosunku do stanowiska, które przesłał do TK. Choć być może jest prawdą o stanie woli ministra w środę 31 października, gdy pisał swoje „oświadczenie”. Wolę ministra tego dnia ukształtowało zapewne polecenie premiera, a może nawet samego prezesa.

Dalej minister oświadcza: „Polski Trybunał Konstytucyjny ma pełne prawo oceniać konstytucyjność poszczególnych elementów traktatów europejskich i ich stosowania w praktyce”. Takie stwierdzenie może być uznane za prawdziwe w odniesieniu do tego, co napisał w stanowisku do TK. Choć prawdziwe może być też stwierdzenie przeciwne: że w tym stanowisku podważa to prawo polskiego TK, bo przytacza polemiczne głosy doktryny.

„Stanowisko MSZ w tej sprawie przedstawia jedynie stan orzecznictwa polskiego i europejskiego w podobnych sprawach” – pisze dalej w oświadczeniu. I jest to prawda. Ale już następne zdanie prawdą nie jest: „Nie ma wobec tego żadnych podstaw, by traktować je jako podważające podstawy wniosku złożonego przez prokuratora generalnego”, bo całe jego stanowisko składa się cytatów i omówień wyroków i stanowisk zaprzeczających wnioskowi prokuratora Ziobry. Jeśli minister nie chciał „podważać”, to po co w ogóle posłał do TK to stanowisko? Po to, by wyręczyć służby prawne Trybunału w gromadzeniu orzecznictwa TK i TSUE na temat pytań prejudycjalnych i relacji między prawem Unii a prawem krajów członkowskich?

Cała sprawa koniec końców wygląda na kpinę z opinii publicznej, którą PiS manipuluje zależnie od chwilowych potrzeb. Manipuluje mocno nieudolnie, choć, z drugiej strony, żeruje na tym, że opinia publiczna, łącznie z dziennikarzami, nie wgryza się szczegółowo w wielostronicowe prawne wywody, powtarzając sformułowania – jak to o „bezzasadności wniosku” – za innymi, którzy najpewniej też dokładnie nie przeczytali.

Co z tego wynika?

Wniosek Ziobry i polemiczne stanowisko MSZ są w Trybunale Konstytucyjnym. Oznacza to zapewne, że póki co Trybunał nie zajmie się sprawą, bo sam rząd nie wie, jakiego chciałby rozstrzygnięcia. A inne niż to, jakiego chciałby rząd, w tym Trybunale zapaść nie może.

Do Komisji Europejskiej i TSUE poszedł sygnał, że rząd nie będzie – przynajmniej na razie – ich zwalczał za pomocą TK. Czyli że – chwilowo – gotów jest do negocjacji. A więc np. TSUE może nie spieszyć się z rozpatrywaniem pytań prejudycjalnych polskich sądów dotyczących „reformy” sadownictwa. W szczególności pytania Sądu Najwyższego o prawomocność powołania i działania nowej KRS, gdzie wchodzi w grę zastosowanie zabezpieczenia tymczasowego, które oznaczałoby zawieszenie działalności Rady, nazywanej Komitetem Rekomendowania Spolegliwych (sędziów). Jej przejęcie przez PiS było i jest kluczem tej „reformy”.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim i Morawieckim.

Mateusz Morawiecki wyrasta na dziwny typ polityczny, który ma na bakier z prawdomównością i z prawem, co w demokracji powinno wykluczyć z przestrzeni publicznej, lecz w Polsce mamy coraz mniej demokracji, dzięki temu ma się on całkiem dobrze, choć wątpię, czy z nim będzie w porządku, gdy Jarosław Kaczyński odejdzie.

Słynna była szefowa amerykańskiej dyplomacji Madeleine Albright mogła Morawieckiego nie dostrzegać, ale jego szef Jarosław Kaczyński to dla niej postać, która jest godna szerokiego odnotowania w książce „Faszyzm. Ostrzeżenie”, która ukazała się w ubiegłym miesiącu na polskim rynku wydawniczym.

Co? – prezes PiS w pozycji o faszyzmie. Nie róbmy wielkich oczu, bo tak już nas widzą na szerokim świecie, a świat amerykański ma dla nas wymiar największy, tuż zaraz po unijnym. Albright jest szczególnie wrażliwa na nasz region, wszak urodziła się w czeskiej Pradze.

Amerykanka pisze wprost o kontakcie Kaczyńskiego z ludem polskim: „Wydaje się, że znajduje lepsze porozumienie ze swoimi kotami niż z obywatelami”. Choć ten „lud polski” powinienem zamienić na „ciemny lud”, tak prezes traktuje swój elektorat, a do innych wyborców mając pogardę, którą dobrze poznaliśmy przez trzy lata rządów jego partii.

Brak kontaktu Kaczyńskiego z Polakami – z tego wypływają problemy jego partii, prezes PiS postrzega rodaków w perspektywie kuwety. To jest nieuniknione psychologicznie, gdy ktoś taki porusza się za żelaznymi barierkami, otoczony kordonem policjantów i prywatnych ochraniarzy.

Cienka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną, to cienizna jest zauważalna u Kaczyńskiego, nawet w jego przemówieniach, w których wydaje się być dla siebie mądrym, gdy wklei do wygłaszanych zdań jakieś trudniejsze słówko ze słownika wyrazów obcych.

W kuwecie nie tylko załatwiają się koty, z którymi prezes ma bliższy kontakt niż „z obywatelami”, odizolowany od świata taki osobnik innych tym bardziej postrzega na podobnej zasadzie, bo innych perspektyw nie odczuwa, utracił kontakt z normalnym życiem. Wspomniany na początku Morawiecki to dla Kaczyńskiego odpowiednio większy kot, bynajmniej nie tygrys ani lew salonowy.

I Morawiecki tak siebie traktuje, wygłasza pisowskie frazesy, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Tuż przed dniami zadusznymi premier był w Telewizji Republika wygłosić wprost frazesy, jakby znajdował się w kuwecie i za wszelką cenę chciał się przypodobać swojemu panu.

Morawiecki o mediach wyraził się: „Media zostały wyprzedane. Straciliśmy na tym ogromnie dużo. Dzisiaj media są w rękach zagranicznych, w bardzo dużym stopniu w rękach niemieckich”. Nieładnie, premierze, tak grzebać w piasku silikonowym i sypać nam po rozumie, aby ze swej pozycji przypodobać się swemu panu – Kaczyńskiemu, bo ani TVP nie została sprzedana, ani kanały radia publicznego, ani owa TV Republika, w których zostały wygłoszone takie kalumnie przeciw rozsądkowi. Oglądalność programów informacyjnych w mediach publicznych przewyższała o wiele te w najlepszych mediach prywatnych, jak choćby w TVN, ale podobni politykom PiS funkcjonariusze, a nie dziennikarze, je zdewastowali.

Inaczej niż miauczeniem trudno nazwać głos premiera o Trybunale Sprawiedliwości UE: „Nie ma czegoś takiego jak bezpośrednia władza UE nad prawodawstwem Polski. Reformy wymiaru sprawiedliwości należą do krajów członkowskich”. Ani Komisja Europejska, ani TSUE nie reformują polskiego sądownictwa, lecz zajmują się demolowaniem sądownictwa –  w tym wypadku Sądu Najwyższego – w Polsce, które przestaje być niezależne, a staje się partyjne, czyli bezprawne wg wszelakich standardów demokratycznych.

Używanie w polityce kłamstwa dewastuje psychicznie polityka, jak wszystko co jest niemoralne. Złodziej, który raz ukradł, zaznał łatwości bogacenie się kosztem innych, drugi raz złodziejstwo idzie mu łatwiej i nie wie, kiedy staje się psychicznie zależny. Tak jest z politykami PiS. Prezes oderwał się od obywateli, bliżej mu do kotów, tak samo dzieje się z politykami PiS, kłamią i mataczą jak najęci, bo to dla nich stało się „normalne”. Tę cienizną moralną Morawiecki wielokrotnie przekroczył i nie można się spodziewać, aby tak zarządzana Polska była normalna.

>>>

Państwo PiS abdykowało. Obudźcie się!

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

Piotr Szczęsny – bez wolności nie umiał i nie chciał żyć

Ten szczególny listopadowy czas chcemy poświęcić na wspomnienie jednej osoby. Siebie samego określił mianem Szary Człowiek. Bez wolności nie chciał i nie umiał żyć. 19 października 2017 r. na pl. Defilad podpalił się w akcie protestu przeciw zabieraniu jemu i nam wszystkim tego, co uznawał za najcenniejsze. Być może ostatnimi dźwiękami, które Piotr Szczęsny słyszał, były słowa odtwarzanego przez niego utworu „Wolność kocham i rozumiem”. Kilka dni potem zmarł nie odzyskawszy przytomności…

Piotr Szczęsny zostawił nam manifest. – „A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi” – napisał. Czy po ponad roku obudziliśmy się?

Niepokojąco aktualne po ponad roku są słowa Piotra Szczęsnego zarówno z manifestu, jak i z jego listu skierowanego do mediów. W tym ostatnim pisał, że wstydzi się, że „mam prezydenta, który jest prezydentem tylko swojej partii i jej zwolenników, i który łamie Konstytucję”. Andrzej Duda przez ostatni rok przysporzył jeszcze wiele powodów do wstydu.

Piotr Szczęsny wstydził się za premiera, którym wtedy była Beata Szydło. – „Wstydzę się, że mam premier, która realizuje wydawane jej „po linii partyjnej” polecenia” – pisał. Jednak jego słowa równie dobrze można odnieść do obecnego prezesa Rady Ministrów, czyli Mateusza Morawieckiego. Chyba jednak Szaremu Człowiekowi nie przyszłoby to głowy, że premier polskiego rządu może posunąć się do kłamstw, za które – na mocy wyroku sądowego – musiał przepraszać.

Pisał też, że wstyd mu, kiedy „znajomym z Zachodu muszę tłumaczyć, że Polska to nie to samo, co polski rząd”. Nie do zniesienia dla niego byłoby pewnie to, że z powodu pisowskich działań Komisja Europejska i unijny Trybunał Sprawiedliwości muszą zajmować się ratowaniem naszej praworządności i niezależności polskich sędziów.

Szary Człowiek nie mógł też znieść, że „opluwani są ludzie, którym należy się szacunek za to, co zrobili dla wolnej Polski”. Miał na myśli Lecha Wałęsę i sędziów ówczesnego Trybunału Konstytucyjnego. Po roku to grono – niestety – znacznie się powiększyło. Bezpardonowe ataki pisowskich funkcjonariuszy na sędziów Sądu Najwyższego i sądów powszechnych (łącznie z grożącymi im dyscyplinarkami) jeszcze rok temu nikomu nie przychodziły do głowy.

Przede wszystkim jednak nie straciło na aktualności jego wezwanie: Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”. Chciałoby się wierzyć, że m.in. dlatego tak gremialnie poszliśmy głosować w ostatnich wyborach? Pamiętajmy o ofierze Szarego Człowieka, kiedy w 2020 r. w maju wybierać będziemy europosłów, a jesienią odbędą się wybory do Sejmu.

Poświęćmy jeszcze chwilę na przeczytanie całego manifestu Piotra Szczęsnego – niech to będzie symboliczne zapalenie znicza na jego grobie.

  1. Protestuję przeciwko ograniczaniu przez władze wolności obywatelskich.
    2. Protestuję przeciwko łamaniu przez rządzących zasad demokracji w szczególności przeciwko zniszczeniu (w praktyce) Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów.
  2. Protestuję przeciwko łamaniu przez władzę prawa, w szczególności Konstytucji RP. Protestuję przeciwko temu, aby ci, którzy są za to odpowiedzialni (m.in. Prezydent) podejmowali jakikolwiek działania w kierunku zmian w obecnej konstytucji – najpierw niech przestrzegają tej, która obecnie obowiązuje.
    4. Protestuję przeciwko takiemu sprawowaniu władzy, że osoby na najwyższych stanowiskach w państwie realizują polecenia wydawane przez bliżej nieokreślone centrum decyzyjne związane z prezesem PiS, nieponoszące za swoje decyzje odpowiedzialności. Protestuję przeciwko takiej pracy w Sejmie, kiedy ustawy tworzone są w pośpiechu, bez dyskusji i odpowiednich konsultacji, często po nocach, a potem muszą być prawie od razu poprawiane.
    5. Protestuję przeciwko marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej i ośmieszaniu naszego kraju.
  3. Protestuję przeciwko niszczeniu przyrody, szczególnie przez tych, którzy mają ją bronić (wycinka Puszczy Białowieskiej i innych obszarów cennych przyrodniczo, forowanie lobby łowieckiego, promowanie energetyki opartej na węglu).
  4. Protestuję przeciwko dzieleniu umacnianiu i pogłębianiu tych podziałów. W szczególności protestuję przeciwko budowaniu „religii smoleńskiej” i na tym tle dzieleniu ludzi. Protestuję przeciwko seansom nienawiści, jakimi stały się „miesięcznice smoleńskie”, przeciwko językowi ksenofobii i nienawiści wprowadzanemu przez władze do debaty publicznej.
  5. Protestuję przeciwko obsadzaniu wszystkich możliwych do obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, którzy w większości nie mają odpowiednich kwalifikacji.
    9. Protestuję przeciwko pomniejszaniu dokonań, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów, takich jak Lech Wałęsa, czy byli prezesi TK.
  6. Protestuję przeciwko nadmiernej centralizacji państwa i zmianom prawa dotyczącego samorządów i organizacji pozarządowych zgodnie z doraźnymi potrzebami politycznymi rządzącej partii.
  7. Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych i innych LGBT, muzułmanów i innych.
  8. Protestuję przeciwko całkowitemu ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej i niemal całego radia i robieniu z nich tub propagandowych władzy. Szczególnie boli mnie niszczenie (na szczęście jeszcze nie całkowite) Trójki – radia, którego słucham od czasów młodości.
  9. Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służb specjalnych, policji i prokuratury do realizacji swoich własnych (partyjnych bądź prywatnych) celów.
    14. Protestuję przeciwko nieprzemyślanej, niekonsultowanej i nieprzygotowanej reformie oświaty.
  10. Protestuję przeciwko ignorowaniu ogromnych protestów służby zdrowia.

Protestów pod adresem obecnych władz mógłbym sformułować dużo więcej, ale skoncentrowałem się na tych, które są najbardziej istotne, godzące w istnienie i funkcjonowanie całego państwa i społeczeństwa.

Nie kieruję żadnych wezwań pod adresem obecnych władz, gdyż uważam, że nic by to nie dało. Wiele osób mądrzejszych i bardziej znanych ode mnie, podobnie jak wiele instytucji polskich i europejskich wzywało już te władze do różnych działań i niezmiennie te apele były ignorowane, a wzywający obrzucani błotem. Najpewniej i ja za to, co zrobiłem też takim błotem zostanę obrzucony. Ale przynajmniej będę w dobrym towarzystwie.

Natomiast chciałbym, żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach.

Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych, którzy decydują o tym, kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję.

I nie dajcie się zwieść temu, że co jakiś czas działalność władz uspokaja się i daje pozór normalności (jak choćby ostatnio) – za kilka dni czy tygodni znowu będą kontynuować ofensywę, znowu będą łamać prawo. I nigdy nie cofną się i nie oddadzą tego, co już raz zdobyli.

Wprawdzie to już dość wyświechtane powiedzenie, ale bardzo tutaj pasuje: Jeśli nie my, to kto? Kto jak nie my, obywatele ma zrobić porządek w naszym kraju? Jeśli nie teraz, to kiedy?

Każda chwila zwłoki powoduje, że sytuacja w kraju staje się coraz trudniejsza i coraz trudniej będzie wszystko naprawić.

Przede wszystkim wzywam, aby przebudzili się ci, którzy popierają PiS – nawet jeśli podobają się wam postulaty PiS-u, to weźcie pod uwagę. że nie każdy sposób ich realizacji jest dopuszczalny. Realizujcie swoje pomysły w ramach demokratycznego państwa prawa, a nie w taki sposób jak obecnie.

Tych, którzy nie popierają PiS, bo polityka jest im obojętna albo mają inne preferencje, wzywam do działania – nie wystarczy czekać na to co czas przyniesie, nie wystarczy wyrażać niezadowolenia w gronie znajomych, trzeba działać. A form możliwości jest naprawdę dużo.

Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej. Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj; zanim całkowicie pozbawi nas wolności.

A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać, aż wszystko zrobią za was politycy – bo nic nie zrobią! Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”.

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!