Archiwa tagu: Waldemar Mystkowski

Morawiecki i Piotrowicz. Dwie strony tej samej pisowskiej monety z tombaku

Mateusz Morawiecki postanowił stanąć w obronie Stanisława Piotrowicza, kandydata PiS na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. – „My nie odcinamy od nas ludzi, którzy chcą reformować Polskę, kochają Polskę, nikomu tego prawa nie odmawiamy. Co do Stanisława Piotrowicza – zapoznałem się z jego działalnością w pierwszych latach stanu wojennego. Rzeczywiście był prokuratorem, ale w tych sprawach, które przez jego ręce przechodziły zachował się przyzwoicie” – stwierdził premier w Polsat News.

Morawiecki dodał, że dokładnie sprawdził przeszłość Piotrowicza, który był także członkiem PZPR, więc – jak to określił – „nie skreśla człowieka”. – W PZPR pod koniec epoki Gierka było ok. 3 mln osób. Pewnie, żebym chciał, żeby wszyscy byli patriotami po 1945 r., po 1981 r. i żeby zero ludzi należało do PZPR-u, ale rzeczywistość była inna” – powiedział dodał Morawiecki.

– „Mateusz, jesteś hipokrytą, jeździłeś po świecie i opowiadałeś bajki o komunistach w SN, a kiedy masz w swoich szeregach aparatczyka, oportunistę, Piszczyka, to go bronisz i chcesz go na sędziego TK”; – „Dobry komuch, bo nasz komuch”; – „Komuchy z PZPR uważały podobnie, jak Morawiecki, i dlatego komuchy dawały tow. Piotrowiczowi pochwały, nagrody i medale. Teraz PZPR+ również docenia służalczość” – komentowali internauci słowa Morawieckiego.

Dodajmy, że podczas posiedzenia sejmowej komisji sprawiedliwości, opiniującej kandydaturę Pawłowicz i Piotrowicza do TK, posłanka PiS Anna Milczanowska wręcz wychwalała byłego prokuratora.

Zacytujmy fragment, który wywołał salwy śmiechu posłów opozycji: – „Po wprowadzeniu stanu wojennego był szykanowany. W konsekwencji tego złożył wypowiedzenie z pracy na piśmie. Jako „uciekinier” z prokuratury w stanie wojennym nie mógł jednak znaleźć żadnej pracy. Za namową bliskich autorytetów cofnął wypowiedzenie”. Zaiste, pusty śmiech ogarnia…

Przed Gwiazdką dostajemy od PIS-u prezent w postaci sędziów TK. Komitet polityczny PiS uznał, że duet Pawłowicz-Piotrowicz nąjlepiej pokaże charakter, cele i wiarygodność partii Kaczyńskiego. A przy okazji zniszczy do końca reputację Trybunału. Dżuma i cholera! Cieszycie się lewaki?

Kmicic z chesterfieldem

Europa doceniła Donalda Tuska. Stając do wyborów na szefa europejskiej Partii Ludowej, jako jedyny kandydat, mówił: „Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”

20 listopada 2019 w Zagrzebiu Donald Tusk został wybrany szefem Europejskiej Partii Ludowej. 491 osób było za, 37 – przeciw. Zastąpił na stanowisku Francuza Joseph Daula. Były polski premier jest pierwszym przedstawicielem Europy Wschodniej na czele największej partii politycznej w Unii Europejskiej.

„Stańmy razem na tym najważniejszym polu politycznej bitwy, przeciwstawiając się nieodpowiedzialnym populistom, będąc partią odpowiedzialną i popularną.

Po pięciu latach mam dość bycia głównym europejskim biurokratą. Jestem gotowy do walki, mam nadzieję, że wy też”,

mówił Tusk podczas przemówienia przed głosowaniem.

„Wierzę, że tylko ci, którzy dają ludziom poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie przestrzegają praw i wolności, mają prawo sprawować władzę. Pod żadnym pozorem nie…

View original post 4 098 słów więcej

 

Czy Kaczyński weźmie ze sobą Polskę do grobu?

Stanowisko i apel podpisały m.in. Stowarzyszenie Sędziów „Iustitia”, Stowarzyszenie Sędziów „THEMIS”, Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”, Wolne Sądy, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Archiwum Osiatyńskiego

„Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym. Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i ‍uznawania w innych państwach członkowskich UE” – napisało w oświadczeniu kilkanaście organizacji zrzeszających sędziów i prokuratorów, organizacji społecznych i inicjatyw obywatelskich broniących praworządności.

Ich „Wspólne stanowisko w sprawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z dnia 19 listopada 2019 roku w sprawach połączonych A.K. (C-585/18), CP (C-624/18) i DO (C-625/18)” dotyczy wyroku TSUE w odpowiedzi na pytania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, kiedy sąd jest niezależny i niezawisły w rozumieniu prawa europejskiego.

Sygnatariusze przypominają, że „pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej” a „państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ‍ponadnarodowej integracji europejskiej”.

Stanowisko zostało wypracowane przez zespół wybitnych znawców prawa polskiego i europejskiego. W poukładany, klarowny sposób, krok po kroku, paragraf po paragrafie, wyjaśnia kluczowe elementy wyroku i jego skutki, zarówno dla postępowań, w ramach których zostały zadane pytania prejudycjalne, jak i skutki wykraczające poza te postępowania.

Stanowisko i apel podpisały

  • Amnesty International Polska,
  • nasze Archiwum Osiatyńskiego,
  • członkowie Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego,
  • Forum Obywatelskiego Rozwoju FOR,
  • Helsińska Fundacja Praw Człowieka,
  • Instytut Prawa i Społeczeństwa „INPRIS”,
  • Ogólnopolskie Stowarzyszenie Sędziów Sądów Administracyjnych,
  • Stałe Prezydium Forum Współpracy Sędziów,
  • Stowarzyszenie im. prof. Zbigniew Hołdy,
  • Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”,
  • Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”
  • oraz Stowarzyszenie Sędziów „Themis” i Inicjatywa „Wolne Sądy”.

Apel

W związku z ogłoszonym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu ws. KRS i Izby Dyscyplinarnej, podkreślamy, że pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej.

Wskazujemy, że państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ‍ponadnarodowej integracji europejskiej. Trybunał Sprawiedliwości uważa bowiem niezawisłość sędziowską za element wartości praworządności w rozumieniu art. 2 TUE, która jest nieodzowna dla funkcjonowania systemu prawnego Unii Europejskiej, a także do tego, by inne państwa członkowskie i instytucje unijne miały zaufanie do polskich sądów i ‍do polskiego systemu sądowniczego.

Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym.

Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i ‍uznawania w innych państwach członkowskich UE.

Wskazujemy na to, że na prezesach sądów, sędziach, a także na ustawodawcy, KRS i pozostałych władzach państwowych ciąży ogromna odpowiedzialność, by w jak najszybszym czasie wykonać wyrok TSUE, by zagwarantować bezpieczeństwo prawne wszystkich obywateli UE.

Skutki wyroku

Całe, piętnastostronicowe Stanowisko jest dostępne w Archiwum Osiatyńskiego, wraz z Załącznikiem zawierającym dodatkową argumentację.

Poniżej przedstawiamy kilka punktów stanowiska dotyczących wybranych skutków wyroku TSUE.

„TSUE wskazał, że nieprawidłowości w procedurze powoływania sędziów wpływają na niezależność sądów wymaganą przez prawo unijne, stąd wyrok ten ma dużo szersze znaczenie w kontekście polskiego systemu prawnego. Stanowisko TSUE będzie miało również wpływ na status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz kilkuset sędziów orzekających w sądach w całej Polsce, którzy nominację sędziowską albo awans otrzymali dzięki rekomendacji nowej KRS.

W ‍razie niespełnienia kryteriów opisanych w wyroku, wszystkie te nominacje sędziowskie będą mogły zostać uznane za dokonane z naruszeniem prawa unijnego, tj. zasady skutecznej ochrony sądowej. Wszystkie sądy krajowe – niezależnie od ich właściwości, rodzaju i ‍szczebla – mogą bowiem potencjalnie orzekać o ‍kwestiach związanych z prawem UE”.

„Wyrok TSUE daje możliwość kwestionowania statusu wszystkich sędziów powołanych i awansowanych przez KRS w obecnym składzie, a nie tylko sędziów ID.

Ponieważ nie istnieje oddzielny system sądownictwa polskiego powołany tylko do rozstrzygania spraw z ‍elementem unijnym, skutki wyroku dotyczą wszystkich spraw rozpoznawanych przez sędziów powołanych przy udziale KRS w obecnym składzie i wydawanych w tych sprawach orzeczeń. Jest tak dlatego, że potencjalnie w ‍każdej sprawie występować może zagadnienie wymagające wykładni lub stosowania prawa UE.

Oznacza to, że interpretacja prawa UE przyjęta w wyroku TSUE oddziałuje na ocenę legalności powołania sędziów przy udziale KRS w ‍obecnym składzie.

Jako, że wszystkie funkcje sędziowskie w Polsce wiążą się z potencjalnym stosowaniem prawa UE w rozumieniu wyroku w sprawie ASJP, wszystkie nominacje dokonane przy udziale nowej KRS będą mogły być uznane za naruszające prawo unijne.

Do oceny sądów należy kwestia weryfikacji spełniania przez sędziów powołanych z udziałem nowej KRS kryteriów niezależności określonych w orzeczeniu TSUE. Kluczową rolę w tym procesie odegra Sąd Najwyższy, wydając orzeczenie w postępowaniach, w których zadano TSUE pytania prejudycjalne.

Z tego względu sędziowie nominowani przy udziale KRS w obecnym kształcie, od momentu wydania omawianego orzeczenia powinni w ‍interesie bezpieczeństwa obrotu prawnego i poszanowania prawa jednostki do niezależnego sądu powstrzymać się od orzekania i podejmowania innych czynności sędziowskich”.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

 

Kasta prezesa, państwo mafijne. Takiej doczekaliśmy Polski banasiowej. Burdel

Odmowa wszczęcia śledztwa przez prokuraturę ws. „dwóch wież” spółki Srebrna i roli, jaką odegrał Jarosław Kaczyński podczas negocjacji wartego 1,3 mld zł projektu, to kpiny z państwa prawa. I najjaskrawszy przykład partyjnej oligarchizacji Polski.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie po cichu odmówiła wszczęcia śledztwa ws. oszustwa, jakiego miał się dopuścić Jarosław Kaczyński podczas tajnych negocjacji z austriackim biznesmenem w sprawie budowy drapacza chmur przez spółkę Srebrna. I tego, że wymusił na Geraldzie Birgfellnerze 50 tys. zł dla ks. Rafała Sawicza, bez którego zgody nie dało się rozpocząć projektu.

Na potwierdzenie wszystkiego są świadkowie i różne dokumenty. Są nagrania, które opublikowaliśmy w „Wyborczej” w styczniu br. Jest wreszcie oświadczenie pełnomocnika ks. Sawicza, który nie zaprzeczył, że duchowny pieniądze dostał. I dodał, że Sawicz jest do dyspozycji organów ścigania, jeśli tylko będą chciały go przesłuchać. Bo po naszym pierwszym artykule zniknął.

W normalnej sytuacji, gdyby sprawa dotyczyła Jana Kowalskiego, prokuratura działałaby bardzo szybko. Ale to nie była sprawa zwykłego Kowalskiego.

Związana z PiS spółka Srebrna to oczko w głowie prezesa Kaczyńskiego, którego polityczne środowisko uwłaszczyło się na początku lat 90. podczas likwidacji komunistycznego molocha medialnego RSW Prasa-Książka-Ruch. Dziś właścicielem Srebrnej jest Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (minimalne udziały ma też zaufana asystentka Kaczyńskiego Barbara Skrzypek wraz z synem). Przez lata spółka była przechowalnią ludzi prezesa PiS, gdy partia była w opozycji.

Ale najważniejsza jest w tej historii osoba samego Kaczyńskiego. Zwykły poseł rządzi Polską z tylnego szeregu i kroi państwo pod swoje potrzeby. I nic nie może stanąć mu na przeszkodzie, a sam, jeśli trzeba, ma być ponad prawem.

Po to były zmiany w prokuraturze, która dziś jest upolitycznionym ramieniem PiS. Po to ma być dokończona „reforma” wymiaru sprawiedliwości. A jeśli już zapadną wyroki, które władzy się nie podobają, to się je lekceważy – jak w przypadku Naczelnego Sądu Administracyjnego i nakazu opublikowania list poparcia dla członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Po to była repolonizacja banku Pekao SA, by jego szef Michał Krupiński był na partyjne wezwania – osobiście przyjeżdżał do centrali PiS przy ul. Nowogrodzkiej, by zapewniać Kaczyńskiego, że sfinansuje „dwie wieże”.

Obóz władzy lubi powtarzać slogany o różnych kastach stawiających się ponad prawem i niszczących Polskę. Sprawa „dwóch wież” pokazuje, że rzeczywiście jedna kasta naprawdę istnieje – to kasta ludzi nietykalnych z Kaczyńskim na czele.

Zastanawiam się, czy jeżeli PiS przeliczy głosy i nagle, cudem, odzyska senat, następnie powoła, wbrew wyborcom, do sejmu Piotrowicza, czy Polaków wreszcie szlag trafi i wyjdą na ulicę, czy pozostaniemy przy towarzyskim narzekaniu, jaki ten PiS zły?

>>>

Joachim Brudziński mógłby służyć jako logo PiS, jedna z najbardziej zakłamanych postaci życia publicznego. Etyczny i estetyczny rynsztok, przed którym przestrzegał Zbigniew Herbert w „Potędze smaku”.

Kmicic z chesterfieldem

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym…

View original post 4 939 słów więcej

 

Czy Banaś, Ziobro i Kamiński mają nagrania na pisowskich kumpli?

Czy boję się hejtu? Już mnie dotknął, już witałam CBA o szóstej rano w domu. Bezradności? Iwona Hartwich śpiąca na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi też wyglądała na bezradną. A jej upór spowodował wiele zmian.

Aleksandra Lewińska: Czytam w komentarzach, że wygrała pani na „ładną buzię”.

Magdalena Łośko: Jeśli by tak było, to, nie ujmując oczywiście urodzie kolegów z lepszymi wynikami, w Bydgoszczy powinnam wygrać w cuglach (śmiech).

A ponad 11 z 14 tys. głosów zawdzięcza pani mieszkańcom Inowrocławia i powiatu inowrocławskiego.

– Znają mnie i jestem pewna, że nie postawili krzyżyka za ładne oczy. Od 2010 r. jestem inowrocławską radną, od kilku lat wiceprzewodniczącą rady. Jestem społeczniczką, podejmowałam wiele inicjatyw lokalnych, ważnych dla mieszkańców. Cieszy mnie, że to dostrzegli, docenili i dali mi szansę na to, by działać także dla szerszej społeczności.

Bydgoszczanie nie znają. Wielu ma wrażenie, że wchodzi pani do Sejmu jako „skrzydłowa Krzysztofa Brejzy”. Jego asystentka.

– Przez wiele lat byłam dyrektorką biura poselskiego Krzysztofa Brejzy. Tam miałam okazję przyglądać się polityce krajowej i obserwować ją „od kuchni”. Jest fascynująca. Obserwowałam poselską pracę i zaangażowanie Krzysztofa. Szybko jednak zaczęłam pracować na własny rachunek. Niemal dziesięć lat pracy w samorządzie wiele mnie nauczyło. Ale jak ktoś chce nazywać mnie „asystentką”, jego sprawa.

Asystentka w ustach złośliwych bardziej „upupia”.

– Jasne. Ale obrażalska nie jestem. I mam poczucie, że nie muszę wybijać się na niepodległość, niczego udowadniać. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, z jakim zaangażowaniem pracowałam w samorządzie. Wśród ważnych tematów, którymi zajmowałam się przez lata, jest choćby walka o obwodnicę Inowrocławia. Ja także mam w tym swój udział. Było też wiele innych inicjatyw interesujących bardziej społeczność lokalną, więc pewnie to nie miejsce na ich wymienianie. A teraz przede mną czas rozwijania działalności, rozszerzania terytorium, na którym działam.

Ale poparcie Brejzy pomogło.

– Bardzo je sobie cenię. Zaufał mi, wierzy w moje możliwości. Dla mnie to duża nobilitacja.

Przyjaźnicie się?

– Tak zwyczajnie, po ludzku – tak. Ale przede wszystkim współpracujemy zawodowo. Poseł Brejza jest wymagający, ja zaangażowana i pracowita. Myślę, że to zdecydowało o jego wsparciu.

Nie boi się pani, że ta ścisła współpraca szybko uczyni z pani kolejną czarną postać prezentowaną regularnie w Wiadomościach?

Jako samorządowiec doświadczyłam już hejtu nie raz i nie dwa. Od opluwania mnie w internecie, po seksistowskie komentarze. Nagonka w TVP na posła Brejzę też uderzyła we mnie rykoszetem. O 6 rano otwierałam drzwi panom z CBA, którzy weszli do mieszkania na przeszukanie i po sprzęt elektroniczny.

To szalenie smutne, że telewizja, która nazywa się publiczną, która powinna realizować misję, stać na straży obiektywizmu i rzetelności przekazu, w istocie jest tubą propagandową partii rządzącej, źródłem hejtu, platformą wykluczania wszystkich, którym nie po drodze z PiS.

Coś w tym sprzęcie CBA znalazło?

– Nic, bo nie mieli czego w nich szukać. Nie mam nic do ukrycia.

Gdy CBA postanowiło grzebać w telefonach dzieci, nie miała pani ochoty rozstać się z polityką? Żeby oszczędzić takich chwil rodzinie?

– Przemknęło mi to przez głowę. Ale zaraz potem przyszła inna refleksja. Mam za sobą dziesięć lat pracy na szczeblu samorządowym, zaufanie wyborców, bliskość, chęć rozwiązywania ich problemów. Za dużo przeszłam, za dużo osiągnęłam, by myśleć o wycofywaniu się. To byłoby poddanie się. Druga sprawa: w sytuacji gdy CBA, z powodów czysto politycznych, puka do twoich drzwi o 6 rano, z jednej strony pojawia się myśl: „polityka to bagno, to nie dla mnie”. Z drugiej: „polityka potrzebuje więcej takich jak ja, by standardy w niej panujące wreszcie się zmieniły”. Przedyskutowaliśmy temat z mężem, zdecydowaliśmy, że nie kapitulujemy.

I zdobyła pani trzeci wynik na liście Koalicji w naszym okręgu. Zaskoczona?

– Jasne! Mimo że wiedziałam, że jestem poważnym zawodnikiem. Już trzecią kadencję pracuję w radzie miasta. W każdych kolejnych wyborach zdobywam coraz więcej głosów. W ostatnich – miałam najlepszy wynik w swoim okręgu, pomimo silnej konkurencji. Ale w polityce niczego nie można być pewnym. Z pokorą czekałam na wyniki w niedzielę. Spływające częściowe dane szalenie cieszyły, okazało się, że Inowrocław to bastion, w którym Koalicja wygrywała niemal dwukrotną przewagą nad kandydatami PiS.

Z naszego okręgu do Sejmu dostały się tylko trzy kobiety. Mało.

– Ale z całej Polski już 131. To nieźle, choć wciąż, oczywiście, dużo za mało. Polska polityka, co widać obecnie tak wyraźnie, jak nigdy przedtem, potrzebuje kobiet.

Tylko niech pani nie mówi, że „złagodzą obyczaje”?

– Nie zubażajmy naszej roli. Tu nie o łagodność, ale o determinację i zaangażowanie chodzi. Kobiety patrzą z innej perspektywy. Coraz donośniej upominają się o swoje prawa, o prawa najsłabszych. Mają pomysły na uzdrowienie edukacji, o której matki przecież naprawdę dużo wiedzą. Nasza wrażliwość, wyczulenie na problemy społeczne, są polskiej polityce, szczególnie dziś, bardzo potrzebne. Myślę, że najbliższe lata będą czasem kobiet.

Serio? Przy większości PiS w Sejmie?

– To nie ułatwia sprawy. Ale nie zakładam, że podczas tej kadencji będę bezradną posłanką. Wierzę, że determinacja przynosi efekty. Przykładem niech będzie pani Iwona Hartwich z Torunia, która nocowała na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi. Też wyglądało na to, że jest bezradna. Ale jej upór spowodował wiele zmian.

Dziś w internecie krąży symboliczne zdjęcie, na którym Iwona Hartwich biegnie za Bernadetą Krynicką, prosząc ją o uwagę i zainteresowanie ważkim problemem niepełnosprawności. Wszyscy wiemy, jak obie panie zostały zweryfikowane w wyborach. Buta i arogancja PiS otrzyma prędzej czy później rachunek od Polaków.

Protestowała pani w ostatnich czterech latach?

– Oczywiście. Współorganizowałam Czarny Protest w Inowrocławiu, pikiety w obronie wolnych sądów i niezależnych mediów. Sprawy kobiet są mi oczywiście bliskie.

Teraz będzie pani walczyć w Sejmie, nie na ulicy. O co?

– O to, czego potrzebują ludzie. Taką strategię przyjęłam w samorządzie. I sprawdziła się. Tylko takie uprawianie polityki daje prawdziwą satysfakcję. Jako radna starałam się być tak blisko ludzi, jak to możliwe. Mam za sobą liczne spotkania, dyżury, wiele problemów, często niełatwych, które udało się rozwiązać. Słucham ludzi, nie tracę kontaktu z rzeczywistością.

Przykład?

– Choćby sprawa z masztem telekomunikacyjnym, który miał stanąć na jednym z osiedli w Inowrocławiu. Zatrzymanie tej inwestycji wymagało ogromnego zaangażowania. Rozmawiałam z ludźmi, słałam w ich imieniu pisma do urzędów, prokuratury. Stanęłam po stronie mieszkańców.

Maszty szkodzą?

– A wiemy, że na pewno nie szkodzą? Moim zdaniem prawo jest zbyt liberalne dla firm telekomunikacyjnych. Wspólnie z samorządowcami zebraliśmy 4 tys. podpisów sprzeciwiających się mieszkańców. Byliśmy skuteczni.

Czym się pani zajmie jako posłanka?

– Dla mnie bardzo ważna jest edukacja, służba zdrowia i ekologia. Wiem, że reforma edukacji, z punktu widzenia wielu rodziców, była błędem. Powinniśmy się skupić na zmianach w programie nauczania. Dzieci są niezmiernie obciążone. Ciężkimi jak ołów plecakami, ale też ciągłymi zmianami. Do tego dochodzą niepokojące zjawiska społeczne. Przecież hejt to nie tylko polityka w internecie. Dotyka też uczniów, wchodzi do szkół. To są realne problemy edukacji. Realnym problemem jest też wykształcenie odpowiedniej liczby lekarzy i zatrzymanie ich w kraju, jeśli nie chcemy zamykać kolejnych szpitalnych oddziałów. Zostając przy temacie służby zdrowia, najbardziej na sercu leży mi kwestia dostępności do nowoczesnych metod leczenia. Każdy z nas ma lub miał wśród bliskich osobę chorą onkologicznie. Ja również. I bardzo boli, że w Polsce nie mają dostępu do nowoczesnych leków. Że chory pewnie żyłby dłużej, gdyby urodził się gdzie indziej. W tym zakresie jest bardzo dużo do zrobienia.

Podobnie jak w kwestii ekologii.

– Choć partia rządząca uważa, że np. problemu smogu nie ma… Rozmawiam z ludźmi i wiem, że oni go dostrzegają. I martwią się zanieczyszczonym powietrzem. Na szczeblu samorządowym zabiegałam o to, by dotacje na wymianę „kopciuchów” były większe. I podniesiono je w Inowrocławiu z 25 do 50 proc. W Sejmie będę walczyć o to, by rząd wsparł samorządy w walce ze smogiem. Bez tego polegną. A to ostatni dzwonek, by podjąć realne działania.

Magdalena Łośko – uzyskała w wyborach do Sejmu, startując z piątego miejsca, 14 407 głosów. To trzeci wynik w Koalicji Obywatelskiej w naszym okręgu. Od 2008 była szefową biura poselskiego Krzysztofa Brejzy, dwa lata później została inowrocławską radną, a w 2014 – wiceprzewodniczącą rady miasta. Pięć lat później – naczelnikiem wydziału kultury i promocji Starostwa Powiatowego w Inowrocławiu. Ma 35 lat, jest mężatką, mamą bliźniaczek, ukończyła pedagogikę na UKW w Bydgoszczy.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Pisowski burdel

18 października 1851 roku ukazał się „Moby Dick” Hermana Melville’a

Mężczyzna z drabiną miał zainstalować kamery w każdym pokoju. Pozostali mieli czerwone zasłony, żeby było bardziej intymnie i zegar. Bo pokoje w siedzibie NIK mają być wynajmowane na godziny.

Do siedziby Najwyższej Izby kontroli w Warszawie wchodzi kilka osób. To przedstawiciele pracowni architektonicznej Lupanar. – Mamy tu przenieść wyposażenie z kamienicy z Krakowa – informuje na portierni jedna z kobiet. – Ja tu mam ulubiony kryształ Mariana, zasłonki czerwone też są – dodaje kolejna. Portierzy robią zdziwione miny. – To nie jest prywatny folwark – odpowiada im jeden, a drugi sięga po telefon. W tym czasie w drzwiach pojawia się kolejny mężczyzna. W rękach trzyma dwa materace do spania. – Dzień dobry, szefuniu, gdzie te materace zostawić? Mamy ponad trzysta – mówi.

Portierzy są coraz bardziej skonsternowani. – Pan zadzwoni do Banasia – mówi mężczyzna z drabiną, który przyszedł do siedziby NIK, by założyć kamery w pokojach. – Ja zegar przywiozłem. Bo podobno pokoje na godziny będą wynajmowane – dodaje kolejny.

„Możemy przyjechać w nocy”

– Pana Banasia dziś nie ma i nie będzie. Nie wiem, po co państwo przyjechali – pyta zdziwiony portier.

– Pokoje urządzać – odpowiada jeden z mężczyzn. – Jak się wstydzicie, to przyjedziemy w nocy – dodaje, po czym wszyscy wychodzą z budynku.

Cała akcja w siedzibie NIK to happening przygotowany przez nieformalną grupę Lotna Brygada Opozycji wyłonioną z uczestników antyrządowych protestów. – W ten sposób chcieliśmy zwrócić uwagę na niemoralne zachowanie szefa NIK i pomóc mu w podjęciu decyzji o dymisji – komentuje Arkadiusz Szczurek, opozycjonista uliczny, a na filmie człowiek z drabiną.

Prezes NIK Marian Banaś w czwartek stawił się w pracy. Wrócił z bezpłatnego urlopu, który sam sobie przyznał, gdy wybuchła afera z jego kamienicą. Dzień wcześniej Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia z lat 2015-18. Biuro sprawdzało je od kwietnia 2019 r. Wyników nie ujawniło, czeka na wyjaśnienia Banasia. Prezes NIK ma na to siedem dni.

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny…

View original post 5 180 słów więcej

 

Klesza instrukcja pedofilska

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie ks. Romana Kneblewskiego. Chodzi o jego wpis umieszczony w sieci w ubiegłym roku. Pod zdjęciem dziecka przyjmującego komunię, ks. Kneblewski napisał: – „Po katolicku: na kolanach i do ust. A na rękę co najwyżej trzciną”.

Według Ośrodka, to nawoływanie do przemocy wobec dzieci. – „Ksiądz chce, by dziecko było przy tej czynności dodatkowo poniżane i upokarzane. Zgodnie z instrukcją dziecko ma przy wymierzaniu takiej kary klęczeć i ma być bite kijem trzcinowym po wyciągniętych rękach. W naszej opinii ksiądz Kneblewski, który opublikował instrukcje znęcania się nad dziećmi, powinien stanąć przed sądem za publiczne nawoływanie i pochwalanie przestępstwa” – napisano na Facebooku Ośrodka. Przypomniano, że duchowny był zatrudniony w szkole i pracował z dziećmi.

Szef Ośrodka Konrad Dulkowski tłumaczy „GW”, dlaczego dopiero teraz zawiadamiają prokuraturę. – „Podobnie jak większość odbiorców, w pierwszym momencie zwróciliśmy uwagę na podtekst seksualny wypowiedzi. Później dotarło do nas, że druga jej część jest równie ważna. Zachęca do znęcania się nad dziećmi, co jest nawoływaniem do przestępstwa” – powiedział Dulkowski.

– „Księdza to ja sama mogłabym potraktować tak, jak on chce traktować dzieci”; – „Chodzące miłosierdzie z trzciną w ręku”; – „Oj, obiłbym po tym ryju skur***na… Serio… Już nawet nie za tą trzcinę, a za coś znacznie gorszego, bo godzącego w dopiero rozwijające się poczucie własnej wartości małego człowieka – za owo poniżanie i upokarzanie!” – komentowali internauci.

Kneblewski – bydgoski kapłan ksenofobii i nacjonalizmu”. On też zrównał pary żyjące bez ślubu kościelnego i homoseksualistów z pedofilami.

Kmicic z chesterfieldem

BEATA I MAŁOLATA

Jeśli matka powie swojej 17-letniej córce o tym, co to jest prezerwatywa i że niekoniecznie używa się jej podczas balu maskowego, może dostać pięć lat więzienia. Takie kary za „edukację seksualną skierowaną do osoby poniżej 18 roku życia” przewiduje popierany przez PiS projekt, fałszywie przedstawiany jako oręż do „walki z pedofilią”.

Ciekawe, co na ten temat powie Beata „Brocha” Szydło, której syn ksiądz, jak głosi internetowa „wieść gminna”, uwiódł 16-letnią parafiankę i zrobił jej dzidziusia?

W rodzinie Szydło pewne zamieszanie, ale przecież z księdzem to nie grzech, a poza tym jaka radość, bo w Brzeszczach urodzi się kolejny wyborca PiS! Może Prezes, dla ocieplenia swego wizerunku zgodzi się być matką chrzestną potomstwa?

JANUSZ W RUI

Zakała polskiej polityki Janusz Korwin Mikke, po latach wraca do parlamentu i to w otoczeniu dziarskiej młodzieży. Gdy po ogłoszeniu wyników wyborów TVN nadawał relacje z siedziby Konfederacji, byłem przekonany, że to…

View original post 2 213 słów więcej

Małgorzata Kidawa-Błońska ma skąd brać przykład

Myśl o innych, nie o sobie. Używaj języka, który nie dzieli, bo ludzie mają dość konfliktów. Zachowuj spokój w publicznej debacie. Tak jak słowacka prezydent Zuzana Czaputova

Nastał ponury czas dla tych, którzy troszczą się o rządy prawa w USA, i dla tych, którzy w ogóle martwią się o przyszłość demokracji w tym kraju. Prezydent jawnie łamie nie tylko prawo, ale też zasady przyzwoitości. Wykorzystuje media społecznościowe do przechwałek, z każdym tweetem obniżając autorytet sprawowanego przez siebie urzędu i umniejszając szacunek dla niego. Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, jakiego należałoby użyć języka, jaką przeprowadzić kampanię polityczną, żeby przekonać jego najbardziej zatwardziałych zwolenników.

W Słowacji luty 2018 r. był równie ponury. Krajem kierował populistyczny rząd, mający powiązania ze światem korupcji i ze zorganizowaną przestępczością. Jan Kuciak, młody dziennikarz, który starał się je zbadać, został brutalnie zamordowany wraz ze swoją narzeczoną; krążyły pogłoski o udziale władz w tej zbrodni. Masowe protesty uliczne zmusiły premiera do rezygnacji, ale trudno sobie było wyobrazić, jaki język, jaka kampania polityczna mogłyby przekonać najbardziej zatwardziałych zwolenników jego partii.

Niespodziewana odpowiedź pojawiła się znikąd – a ściśle mówiąc, z Pezinoku, małego miasta w południowo-zachodniej Słowacji, w którym Zuzana Czaputova, prawniczka walcząca o ochronę środowiska naturalnego i zwolenniczka liberalizmu społecznego, od lat prowadziła walkę ze składowiskiem odpadów, które mogłyby zanieczyścić powietrze i wodę w tamtym regionie. Rozgniewana tymi morderstwami, Czaputova postanowiła wziąć udział w wyborach prezydenckich jako kandydatka malutkiej partii Postępowa Słowacja. W marcu 2019 r. wybory wygrała.

Ona była jakaś inna

Jak to zrobiła? Parę tygodni temu Czaputova była w Nowym Jorku i miałam okazję ją o to zapytać. Powiedziała mi, że rozpoczęła karierę polityczną, starając się zrozumieć, dlaczego ludzie głosowali na partię, która używała antyimigracyjnej retoryki i była przeciwna cudzoziemcom, a także atakowała media i „elity”, aby uzasadnić trwanie przy władzy. Mówiła: „Ludzie obawiają się nieznanego, obawiają się zmian. Populiści wykorzystują te lęki, żeby przedstawiać bardzo proste, jasne rozwiązania”.

Czaputova zauważyła jednak także, że sondaże wskazują na inny jeszcze skutek polityki lęku: „Ludzie są zmęczeni konfliktami”. Postanowiła „unikać rozgrzewania dyskusji”, przedstawiać nie tylko swoje poglądy, ale także przesłanki moralne będące ich podstawą. W debatach telewizyjnych inni kandydaci kłócili się ze sobą, ona tymczasem prezentowała się jako osoba spokojna i umiarkowana.

Zamiast podsycać wrogość, starała się „budować mosty między ludźmi wyznającymi wspólne wartości. Starałam się bardzo szukać języka, który jednoczy ludzi zamiast ich dzielić”. Wydawała się też inna. W Słowacji polityka od dawna była wojną, toczoną przez zapatrzonych w siebie mężczyzn. Czaputova dążyła do tego, żeby zaproponować wolną od miłości własnej alternatywę. Starała się nie traktować polityki osobiście, nie wpadać w gniew i zawsze pamiętać, że „tu nie chodzi o mnie”. Uważa, że dzięki zachowywaniu dystansu do siebie samej, a także dzięki brakowi profesjonalnego marketingu – „a młodzi ludzie odnoszą się do niego podejrzliwie” – sprawia wrażenie autentycznej.

Odpowiednio też wybrała moment. Po zabójstwie Kuciaka problem „sprawiedliwości” – przez co rozumiano korupcję i upolitycznienie sądów – znalazł się w Słowacji w centrum uwagi. Ludzie uważali także za ważne zagadnienia ochrony środowiska – spadek po ciężkim przemyśle funkcjonującym dawniej na Słowacji. Tak się złożyło, że Czaputova od dawna mówiła o reformie sądownictwa i o przepisach dotyczących ochrony środowiska.

W konserwatywnej Słowacji szczególnym wyzwaniem były prawa gejów. Populistyczna prasa słowacka wywołała dyskusję wokół kwestii, czy pary tej samej płci mogą adoptować dzieci; opinia publiczna była temu zdecydowanie przeciwna.

Wszyscy pozostali kandydaci albo unikali udzielenia odpowiedzi na to pytanie, albo sprzeciwiali się tej idei. „Starałam się wyjaśnić, że najlepiej, jeżeli dziecko ma dwoje rodziców. Ale dla dzieci żyjących w zakładach opiekuńczych lepiej jest, jeżeli dorastają przy dwojgu kochających rodzicach, nawet jeżeli są tej samej płci”. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale „spotykałam się z ludźmi noszącymi krzyżyki na szyi, którzy mówili: »Rozumiemy to, rozumiemy, co pani mówi« i w końcu moje argumenty przyjmowali”.

I ty zostaniesz Czaputovą

Czy płyną stąd nauki dla reformatorów w innych krajach, w których pełna emocji polityka doprowadziła do polaryzacji społeczeństwa? W debacie między tymi, którzy mówią: „Walcz i mobilizuj swoich zwolenników” a tymi, którzy przekonują: „Używaj haseł, które jednoczą”, doświadczenia Czaputovej są argumentem na rzecz tych drugich.

Prezentowana przez nią samodyscyplina, fakt, że potrafiła nie ulegać gniewowi ani prowokacji, to coś, co mogłoby się przydać także innym kandydatom. Politycy w dzisiejszych czasach są przedmiotem niezliczonych inwektyw, kampanii trollingu na masową skalę, fałszywych oskarżeń. Jeżeli potrafią sprawiać wrażenie spokojnych i opanowanych, to część tego gniewu może po prostu się od nich odbić.

Oczywiście nie wszędzie znajdziemy czekającego za kulisami prawnika, który zajmuje się ochroną środowiska i gotów jest do wkroczenia na narodową scenę. Jednak sukces Czaputovej świadczy przynajmniej o tym, że nawet wtedy, kiedy polityka wydaje się najbardziej mroczna i niebezpieczna, istnieje nadzieja, że nowy projekt polityczny, którego nikt wcześniej się nie spodziewał, mimo wszystko podbije społeczną wyobraźnię.

przeł. Andrzej Ehrlich

Koalicja Obywatelska przegrała wybory parlamentarne. W niewielkim stopniu, ale jednak zwiększyła swoje poparcie w porównaniu z 2015 rokiem – w sumie zagłosowało na nią ponad 5 milionów ludzi. Zdobyła je pomimo swojej kampanii, a nie dzięki niej. PiS w kampanii działał jak rozpędzona maszyna. KO grzęźnie w błocie, w które wpada na własne życzenie

Uformowany latem sztab wyborczy KO był widoczny tylko na początku, potem jego szefowie zniknęli i w zasadzie dziś nie wiadomo, kto odpowiadał za kampanię Koalicji. Popełniono kilka strategicznych błędów, a kilka mniejszych dodatkowo utrudniło docieranie do wyborców.

Te błędy trzeba pokazać – bo za chwilę przed demokratami kolejna walka o głosy, tym razem w kampanii prezydenckiej, a powtórzenie tegorocznych grzechów może skończyć się porażką. Oto zestawienie siedmiu największych błędów marketingowych w zakończonej przed kilkoma dniami kampanii wyborczej.

1. Brak wizji jutra

Spróbujcie na chwilę zamknąć oczy i przypomnieć sobie kampanię Koalicji Obywatelskiej. A teraz odpowiedzcie na pytanie, o czym była. O tym, że PiS trzeba odsunąć od władzy? To prawda. Mamy więc odpowiedź negatywną.

A jakie było przesłanie pozytywne? Mnie kojarzy się jedno z haseł: „Jutro może być lepsze”. Slogan średniej mocy, ale pytanie brzmi jednak, czy dotarł do nas przekaz, jakie konkretnie to jutro ma być?

Przyznaję, że do mnie dotarł. Tyle że z wystąpień… Jarosława Kaczyńskiego. Niestety, to jeden z fundamentalnych błędów, jakie popełniła Koalicja Obywatelska podczas tej kampanii: nie zbudowała prostego i nośnego przekazu pozytywnego, aby Polacy wiedzieli, za czym mają głosować, odsuwając PiS od władzy.

A PiS taki przekaz, pozytywny dla siebie, stworzył. Jego wyborcy głosowali za „polską wersją państwa dobrobytu”. To PiS odpowiadał na pytanie o przyszłość, nie KO. Mimo szóstek Schetyny, książeczki z programem pokazywanej przez Małgorzatę Kidawę-Błońską na konwencji (gdy już ta książeczka się znalazła) – w pamięci odbiorców nie zapisał się obraz tej lepszej Polski, która ma zaistnieć dzięki Koalicji.

Skojarzenia w świadomości odbiorców, które mają wpłynąć na podejmowane przez nich decyzje, buduje się najskuteczniej właśnie za pomocą obrazów – dlatego w reklamach wykorzystuje się grafikę. Potrzebna jest też spójność części wizualnej z przekazową: obraz ma podbić emocje,  wizualizować marzenia, sprawić, że uwierzymy, iż dzięki konkretnemu produktowi zmieni się nasze życie (np. staniemy się idealną panią domu lub szczęśliwym ojcem rodziny).

Marketingowcy sprzedają więc nie tyle produkt, co obietnicę kryjącą się za tym produktem, która budzi silne emocje i pragnienia. Tak samo działa to w marketingu politycznym, a produktem jest partia.  Czy tego rodzaju obietnica, emocjonalna wizja „lepszego jutra”, możliwa do zrealizowania dzięki partii, pojawiła się w kampanii KO na tyle wyraziście, by ją zapamiętać?

Odpowiedzią może być historia jednego z najpopularniejszych spotów wyborczych Koalicji „Zwykła rodzina”.

To klip, w którym rodzina dziękuje premierowi Morawieckiemu za 500 plus, ale jednocześnie uświadamia mu, w jak niekorzystny sposób zmieniła się ich rzeczywistość. Na tym etapie spot się kończy, prezentując planszę z hasłem „Jutro może być lepsze”.

Pokazano w nim jedynie negatywny obraz rzeczywistości, od której wyborcy mają chcieć uciec. Ok, tylko do czego mają uciekać? Jak będzie wyglądać to obiecane lepsze jutro? Taki spot w kampanii można zaakceptować, jeśli jest częścią całości.

Tego rodzaju rozwiązania reklamowe są dość popularne: najpierw pojawiają się np. billboardy z dość zagadkowym napisem, a dopiero po jakimś czasie, z kolejnych billboardów dowiadujemy się, o co naprawdę chodzi. Tak samo mogło być i tutaj: mamy pierwszy spot ze zniechęconą do polskiej rzeczywistości rodziną, mamy obietnicę, że jutro będzie lepsze (gdy wybierzemy KO) – teraz czas to jutro pokazać, np. w drugiej części klipu.

Niestety, drugiej części nie było. Spot wypuścił natomiast PiS, ten z Januszem Rewińskim w roli głównej. I pokazał w nim to, jakie będzie jutro. Oczywiście była to już kreacja wg PiS: zestawiono przyszłość za rządów KO i przyszłość (niemal anielską) w wersji PiS.

Tak właśnie dzieje się w kampaniach. Zostawianie pytań otwartych, niedokończonych haseł, niedopisanych narracji kończy się zazwyczaj tym, że odpowiada na nie i dopisuje brakujące części konkurent. PiS skorzystał z tej okazji: narysował własny obraz Polski w miejscu, które KO zostawiła puste.

2. Lekceważenie własnego przekazu

To jednak nie był jedyny błąd KO, związany z budowaniem narracji. Koalicja od kilku kampanii sprawia wrażenie, jak gdyby lekceważyła swój własny przekaz, zwłaszcza ten programowy. Schemat jest zazwyczaj ten sam: mamy dużą konwencję partyjną, na której ogłaszany jest program (tym razem pierwsza była w lipcu, druga na początku września).

Cieszy się ona sporym zainteresowaniem w mediach i w sieci, zdobywa solidne zasięgi, program jest dyskutowany. Ale po kilku dniach temat zamiera. Nikt z polityków opozycji nie przypomina o nim, nie rusza wielka ofensywa prezentująca założenia programowe w regionach.

Nie ma przypominania własnych tez w programach publicystycznych, a sami politycy, przepytywani po jakimś czasie przez dziennikarzy, nie bardzo te założenia pamiętają (czego koronnym przykładem była w  tej kampanii wypowiedź Grzegorza Schetyny w Radiu Zet na początku września).

A przecież jedna z podstawowych zasad marketingu brzmi: odbiorcy zapamiętają przekaz tylko wtedy, gdy zostanie on powtórzony setki razy. Tę zasadę realizował Jarosław Kaczyński, powtarzając na każdej konwencji swoją opowieść o „polskiej wersji państwa dobrobytu” i dogonieniu Niemiec w ciągu 21 lat. Niestety, politycy Koalicji zapominają o tym regularnie.

3. Chowanie głowy w piasek w sytuacjach kryzysowych

Podobny problem pojawiał się w sytuacjach kryzysowych. Podstawy reagowania w takich momentach, zwłaszcza w kampanii wyborczej, to przede wszystkim jak najszybsze ucięcie tematu, przez – w zależności od kryzysu – przyznanie się do błędu i przeproszenie, narzucenie własnej narracji, wejście z innym tematem.

Kluczem do sukcesu jest spójna reakcja w mediach oraz szybkość działania. Tymczasem Koalicja w takich przypadkach najchętniej chowała głowę w piasek. Zwlekała, zastanawiała się, udawała, że nic się nie stało – gdy zarówno PiS, jak i media zajmowały się tematem. Dopiero po jakimś czasie reagował np. Grzegorz Schetyna i podejmowano działania, by sprawę uciąć – ale mleko już dawno się rozlało, a nawet zdążyło wyschnąć i plamy nie dało się niczym zasłonić.

Tak było choćby z kandydatką KO (a obecnie już posłanką) Klaudią Jachirą, której z założenia satyryczne wypowiedzi obśmiewały w sposób mało przyjemny osoby religijne i te o bardziej konserwatywnych poglądach, silnie szkodząc KO – wrócę do tego w dalszej części tekstu.

Tak było też choćby z wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat Kornela Morawieckiego w czasie konwencji. Gdyby zareagowano od razu, można by zminimalizować szkody. KO wolała poczekać. Zaś jej politycy, proszeni przez media o komentarze, tworzyli wielogłosowy, niezharmonizowany chór, z którego dochodziły tak różne opinie, że nigdy nie było wiadomo, które należy uznać za wytyczające główną ścieżkę przekazową.

4. Zwlekanie z kampanią Kidawy-Błońskiej

Kolejny błąd to zbyt późne ogłoszenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kandydatką KO na premiera. Zrobiono to 3 września. Ruch był dobry, ale nie wystarczyło czasu na wykreowanie jej jako liderki ugrupowania. Zwłaszcza że podjęto kilka decyzji, które tę kreację utrudniły.

Po pierwsze: kampania wizerunkowa polityczki pod hasłem „Współpraca, nie kłótnie” ruszyła dopiero 13 września, czyli po 10 dniach od ogłoszenia decyzji.

Po drugie: aby ta zmiana personalna była wiarygodna w oczach ludzi, dotychczasowy lider Grzegorz Schetyna powinien rzeczywiście się schować, a nie stać obok Kidawy-Błońskiej podczas prawie każdej konferencji prasowej.

Nawet jeśli PiS przez pierwszych kilka dni miał problem z tym, jak zareagować na Kidawę-Błońską, dzięki obecności Schetyny mógł wciąż kierować uwagę wyborców na lidera PO, w pewnym stopniu lekceważąc kandydatkę na premiera.

Opóźnienie w uruchomieniu kampanii wizerunkowej dało też PiS-owi czas na zbudowanie swojej strategii, a gdy wreszcie ruszyła akcja „Współpraca, nie kłótnie”, PiS znalazł sposób, by podważyć wiarygodność zmiany personalnej w KO.

Tym sposobem stała się Klaudia Jachira. Jej wypowiedzi obśmiewające niektóre środowiska w naturalny sposób podważały wiarygodność tezy, że KO dąży do zawieszenia broni i współpracy wszystkich Polaków.

Co prawda Jachira nie była twarzą kampanii, ale sprzyjająca PiS-owi TVP postarała się, by tę twarz z niej zrobić i zbudować kontrast z koncyliacyjną i spokojną Kidawą-Błońską. O Jachirze przypominali też oczywiście wszyscy politycy PiS, na swoich kanałach socialmediowych czy w czasie wystąpień w mediach.

Już po tygodniu kampanii wizerunkowej Kidawy-Błońskiej, ok. 21-22 września w sieci było więcej wzmianek na temat Klaudii Jachiry niż na temat kandydatki na premiera, i ten układ utrzymywał się przez długi czas.

PiS za pomocą drugorzędnej na liście warszawskiej kandydatki do Sejmu zniszczył narrację KO na temat Kidawy-Błońskiej. Kiedy wreszcie Schetyna przyznał, że zwrócił uwagę Jachirze, a temat przygasł, PiS swój cel zdążył osiągnąć.

Jednocześnie TVP zrobiła młodej kandydatce na tyle dużą reklamę, że zdobyła ona mandat do Sejmu i dziś jest posłanką. Jej kontrowersyjna kampania okazała się jej osobistym sukcesem. Niestety, jednocześnie skutecznie utrudniła narrację całego ugrupowania.

Ale nawet gdyby nie było takiej sytuacji, pomysł z Małgorzatą Kidawą-Błońską wymagałby więcej czasu. Polityczka budowała swój wizerunek w oparciu o wartości pozytywne, a jednocześnie – trudno sprzedawalne w krótkim okresie.

Koncyliacja, słuchanie ludzi, współpraca, empatia – te wartości budują zaufanie i wiarygodność, ale potrzebują czasu, by zaistnieć. Pozwalają na stworzenie długotrwałych relacji z ludźmi, a te nie powstają w ciągu miesiąca.

Jeśli kampania Kidawy-Błońskiej była tylko wstępem do czegoś większego, np. do kampanii prezydenckiej – miała sens i powinna być kontynuowana bez żadnej przerwy aż do wyborów. Jeśli natomiast była pomysłem tylko na kampanię parlamentarną, nie mogła przynieść znaczących efektów.

5. Trzy hasła, totalny bałagan

Zupełnie niezrozumiałe marketingowo było natomiast wykorzystanie w kampanii aż trzech haseł, ujawnionych w odstępie zaledwie kilku dni od siebie.

  • 6 września KO ogłosiła, że hasło jej kampanii brzmi „Jutro może być lepsze”.
  • 13 września, czyli zaledwie tydzień później, ruszyła kampania wizerunkowa Kidawy-Błońskiej z hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.
  • A już 16 września sztab ogłosił rozpoczęcie akcji „Silni razem”.

W rezultacie nastąpił chaos. Kandydaci na banerach i plakatach występowali z hasłem „Jutro może być lepsze”, ale np. na Facebooku promowano Kidawę-Błońską hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.

I tu znów kłaniają się podstawy marketingu: przekaz dociera do odbiorców tylko wielokrotnie powtórzony. Który przekaz miał do nich dotrzeć? Nie bardzo wiadomo. Oczywiście, w kampaniach wyborczych stosuje się czasem dwa hasła, ale wtedy jedno wykorzystywane jest w pierwszej części kampanii, a następne – w drugiej. Trzy slogany ogłoszone niemal jednocześnie to nie strategia, lecz bałagan.

6. Dominacja Facebooka jako kanału komunikacji

Kolejny element to kampania na Facebooku. Wydano na nią aż 1,65 mln zł. KO, jak można przypuszczać, nie miała nieograniczonych zasobów finansowych, przeznaczenie takiej kwoty na jeden tylko kanał dotarcia do odbiorców musiało silnie zmniejszyć środki na pozostałe kanały.

W ostatnich dniach kampanii widać było reklamy KO zarówno w telewizji, jak i na portalach informacyjnych ogólnopolskich (np. na Onet.pl) i regionalnych (publikowano tam list Kidawy-Błońskiej do wyborców). Ale to działania podjęte na sam koniec.

Być może przesunięcie części środków na emisję spotów w telewizji lub na tzw. reklamy displayowe w sieci byłoby lepszym rozwiązaniem – oba rodzaje reklam wykorzystano, ale nie były one głównym kanałem dotarcia.

Druga kwestia to targetowanie reklam na FB. W pierwszej części kampanii targetowano je podobnie jak w czasie kampanii do Parlamentu Europejskiego: niewielkie kwotowo promocje miały docierać do konkretnych regionów i określonych grup społecznych.

W rezultacie reklam było bardzo dużo, ale taki układ dawał większą kontrolę nad tym, komu FB wyświetlało promowane posty.

Natomiast w ostatnich tygodniach coś się zmieniło i zamiast dbania o dotarcie do właściwych grup docelowych postawiono na wielkie i drogie reklamy „na całą Polskę”. Czyli np. jeden post promowano za ponad 10 tys. zł, do mieszkańców wszystkich województw i w każdym wieku.

Oczywiście, taki post ma dużo wyświetleń, wg statystyk FB zazwyczaj ponad milion, ale absolutnie nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jakim stopniu dociera on do zainteresowanych, a w jakim do osób, które w ogóle nie zareagują na promocję. To częściowe wyrzucanie pieniędzy w błoto, choć Facebook takie reklamy na pewno lubi najbardziej, bo doskonale na nich zarabia.

7. Nieumiejętność współpracy z zaangażowanymi wyborcami

Ostatni grzech kampanijny to błąd, wynikający z nieuwzględnienia zmian w strukturze społecznej, jakie zachodzą w Polsce (i nie tylko). Żyjemy w społeczeństwie sieciowym. To banalne stwierdzenie, ale tym razem nie chodzi o proste wykorzystanie internetu, lecz o sposób organizowania się społeczeństwa.

Coraz częściej zamiast w grupach, działamy w sieciach. Główne różnice, istotne z politycznego punktu widzenia, polegają na tym, że w grupach (którymi są np. partie) istotna jest hierarchia, a w sieciach relacje są partnerskie i hierarchia traci na znaczeniu; sieci są nietrwałe, powstają głównie w celu realizacji konkretnego projektu, a po jego zakończeniu każdy idzie w swoją stronę, zaś grupy potrafią trwać niezależnie od podejmowanych działań lub ich braku.

Sieci dzięki swoim cechom są oczywiście bardziej rozległe geograficznie, bo lokalizacja ma w nich niewielkie znaczenie, a jednocześnie łatwo w nich uzupełnić puste miejsca w zakresie każdego rodzaju wiedzy, bo dzięki rozległości kontaktów zawsze da się znaleźć właściwego eksperta.

Po zaangażowanych w politykę Polakach popierających opozycję widać (np. na Twitterze), że funkcjonują oni właśnie w społecznej strukturze sieciowej i tego samego oczekują od reprezentujących ich polityków.

Co to oznacza w praktyce? Że np. politycy będą bardziej partnerscy wobec zwykłych obywateli, interesujących się polityką;

  • że będą potrafili tworzyć krótkotrwałe struktury projektowe, zaś w trakcie realizacji liczyć się będzie współpraca, a nie hierarchia;
  • że będą włączać osoby spoza partii w swoje projekty, dając im możliwość wpływu na podejmowane decyzje;
  • że wreszcie politycy sami włączą się w inicjatywy podjęte przez sieć, na tych samych zasadach co reszta uczestników.

Doskonałym przykładem była akcja #SilniRazem, zorganizowana na Twitterze przez osoby wspierające partie opozycyjne. Chcieli wspierać kandydatów, chcieli skoordynować swoje działania – i zrobili to, bez wybierania liderów i bez oglądania się na polityków, którzy dopiero po kilku miesiącach akcji postanowili skorzystać z jej hashtagu, a potem także z możliwości, które dawała. Dużo wcześniej w podobny sposób zafunkcjonował wśród kobiet Czarny Protest.

To właśnie z tej strukturalnej zmiany wynikają artykułowane bezpośrednio oczekiwania wobec partyjnych liderów. Zewnętrzni uczestnicy polityki chcą mieć wpływ na sposób tworzenia list kandydatów, wyboru kandydata na Marszałka Senatu czy na przewodniczącego partii.

Na Twitterze mnożą się tweety z opiniami na wszystkie te tematy, pojawiają się propozycje pomocy i akcji, jednak partie wolą działać tak jak dotychczas: podejmować decyzje we własnym gronie, za zamkniętymi drzwiami, bez włączania osób niebędących członkami ugrupowania.

To oczywiście prostsze, ale po pierwsze trzeba być potem nastawionym na krytykę decyzji w sieci, po drugie politycy tracą szansę zbudowania głębszych więzi ze swymi najbardziej oddanymi wyborcami. W biznesie więzi z klientami buduje się, wydatkując na ten cel ogromne pieniądze, a partie wręcz opierają się przed skorzystaniem z okazji.

Współpraca w nowej formie – niezbędna!

Właśnie takie sieciowe myślenie było podstawą propozycji Obywateli RP, którzy chcieli w tej kampanii doprowadzić do  debaty dwóch warszawskich kandydatów opozycji do Senatu, w zamian za zrezygnowanie z kandydowania tego, który przegra.

To nie „wymysł” ruchu obywatelskiego, lecz wyraz coraz silniejszej potrzeby współpracy – ale sieciowej, a nie w tradycyjnej strukturze zamkniętej grupy. Można tę potrzebę realizować na wiele sposobów, na razie jednak politycy opozycji usiłują jej po prostu nie zauważyć.

Tymczasem w sieci kryje się znacząca siła wsparcia, czego przykładem w tej kampanii była choćby akcja banerowa KO. To dzięki sieciowej strukturze działania do partii zgłaszały się setki osób chętnych do powieszenia baneru na swoim płocie czy balkonie.

Oczywiście, byli kandydaci, którzy potrafili wykorzystać ten nowy sposób organizowania się wyborców w swojej kampanii znacznie szerzej, ale były to przypadki indywidualne, a nie centralna strategia.

Tak rozumiana sieciowość jest dziś znacznie ważniejsza w środowiskach liberalnych niż konserwatywnych, które wciąż jeszcze koncentrują się w grupach. Dlatego też odpowiedzieć na potrzebę tej formy współpracy powinni właśnie demokraci. Dla PiS ma ona dziś niewielkie znaczenie, w ugrupowaniach opozycyjnych może w sposób fundamentalny zmienić sposób strategicznego myślenia o kampanii i w ogóle o uprawianiu polityki.

Jeśli Koalicja Obywatelska kampanię prezydencką w 2020 roku poprowadzi w ten sam sposób, co parlamentarną, znacząco utrudni swemu kandydatowi (lub kandydatce) zdobywanie poparcia.

Bez zauważenia, że zmieniają się oczekiwania i potrzeby wyborców oraz sposób komunikacji z nimi, bez przestrzegania podstawowych zasad marketingu nie da się przeprowadzić przynajmniej poprawnej kampanii wizerunkowej kandydata, nawet gdyby ten był chodzącym ideałem.

Dlatego po pierwsze: nie grzeszyć. Przynajmniej marketingowo.

Kmicic z chesterfieldem

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej…

View original post 4 933 słowa więcej