Archiwa tagu: Tomasz Poręba

Za katastrofy PiS zapłacimy cenę większą niż Grecy za swoich populistów

>>>

Prezes PiS ogłosił, że słynna fabryka autobusów Autosan zmieni właściciela. Jeszcze dwa lata temu jej przyszłością miała być Polska Grupa Zbrojeniowa i produkcja dla wojska, teraz przyszłością jest Polska Grupa Energetyczna i autobusy elektryczne – informuje portal gazeta.pl.

Jeszcze w 2016 r. premier Beata Szydło podczas uroczystości podpisywania umowy na zakup Autosanu przez firmy PIT-Radwar oraz Huta Stalowa Wola mówiła: – „Nie tylko autobusy, ale także jest plan, żeby produkowane były tutaj również pojazdy dla wojska. Ale ten czas pewnie przed nami”.Plan był taki, że najpierw fabryka z Sanoka miała stanąć na nogi dzięki swojej tradycyjnej produkcji cywilnych autobusów, a potem wejść na rynek zbrojeniowy. Łącznie na sanocką fabrykę państwowa zbrojeniówka wydała około 40 milionów złotych – powiedział w rozmowie z portalem Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”. W taki oto sposób PiS zrealizował obietnicę wyborczą z 2015 roku, złożoną na newralgicznym dla niego Podkarpaciu.

Dzisiaj widać, że ze „zbrojeniowego” zwrotu Autosanu nic nie wyszło. PGZ rzuciło kasą, ale Autosan dla wojska produkuje w śladowych ilościach (głównie kontenery, które montuje się na ciężarówkach i wypełnia elektroniką dla łączności czy obsługi radarów). Wprawdzie w 2016 roku mówiono, że fabryka ma produkować takież kontenery na potrzeby programu zbrojeniowego Wisła (zakup systemów Patriot z USA), ale poza listem intencyjnym żadnej umowy nie podpisano.  Największym kontraktem na rzecz wojska pozostaje ten z 2017 roku na wyprodukowanie 28 cywilnych autobusów do przewożenia żołnierzy, za 18 milionów złotych.

Przyszłość pod skrzydłami zbrojeniówki najwyraźniej nie rysowała się jednak zbyt pięknie, skoro teraz Autosanem ma się zająć PGE. „Autosan ma wielką przyszłość, a to jest niemała część przyszłości Sanoka” – stwierdził prezes PiS. Rzeczywiście w 2017 roku sanocka fabryka podpisała kontrakt na dostawę czterech autobusów elektrycznych do Niemiec. PGE ma wesprzeć ten kierunek rozwoju sanockiej fabryki, choć nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia. Nieważne, skoro na horyzoncie błyszczy ambitny premiera Mateusza Morawieckiego dotyczący pojazdów elektrycznych: „do 2025 roku na polskich drogach będzie ich milion” i będą „kołem zamachowym polskiej reindustrializacji”.

Tylko że nie wszyscy podzielają ten entuzjazm. – „Zmiana koncepcji rozwoju co dwa lata na pewno Autosanowi nie pomoże” – twierdzi Cielma. Poza tym od przejęcia fabryki przez państwo w 2016 roku, zarządza nią już trzeci prezes. – Osobiście uznaję to za deklarację polityczną. Autosan to stosunkowo niewielka, ale bardzo szeroko znana firma. Ma więc być i ma produkować” – puentuje naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu – mówi Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). Pytamy też o sytuację w LOT i uchwalonym właśnie święcie 12 listopada. – Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna – mówi Marek Tatała.

JUSTYNA KOĆ: Podoba się panu pomysł, by 12 listopada był dniem wolnym?

MAREK TATAŁA: Przede wszystkim takie rzeczy nie dzieją się bezkosztowo. Według różnych szacunków koszt takiego dnia wolnego dla gospodarki to 4-6 mld złotych. To, co jeszcze bardziej oburza, poza samym kosztem, to tryb, w jakim jest to uchwalane. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna.

„Solidarność” oburzała się, że będzie możliwość otwierania sklepów, więc Senat przyjął poprawki. Kolejne posiedzenie Sejmu planowane jest na 7-9 listopada, więc prezydent podpisywać będzie ustawę zaraz po tym, a może i 13 listopada, już po święcie.

Prezydent pokazał, że potrafi podpisać ustawę nawet w kilka godzin.
To prawda. Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Proces legislacyjny nie wyglądał dobrze już za poprzednich  rządów, które bywały za to krytykowane, niemniej teraz mamy jeszcze więcej przykładów takich skandali legislacyjnych, które są nieprzemyślanymi bublami, przeprowadzanymi w zawrotnym tempie, a jednocześnie, jako projekty poselskie, nie mają oceny skutków regulacji. To powoduje, że nikt nie dyskutuje o skutkach, chociażby gospodarczych.

W tym przypadku chodzi nie tylko o te 6 mld, ale też np. o zaplanowanie produkcji w zakładach przemysłowych czy dostaw towarów. Gdyby taki dzień był znany kilka miesięcy temu, przedsiębiorcy mogliby się do niego dostosować. Tymczasem my jeszcze dziś nie wiemy, czy ten dzień wolny będzie, czy nie.

Biuro Legislacyjne Sejmu również ma wątpliwości, wydało opinię, że zapis jest niezgodny z konstytucją.
Myślę, że to, co jest tu najgorsze, to ten pośpiech, w sytuacji kiedy mówimy o dniu wolnym za kilka tygodni i nikt nie ma możliwości się do tego przygotować. To zaburza działalność gospodarczą, ale i plany ludzi. Problemy pojawia się też w wymiarze sprawiedliwości. Taki dzień wolny skutkować będzie koniecznością przeniesienia wielu rozpraw. Będą to sprawy gospodarcze, rozwodowe, dotyczące opieki do dziećmi i wiele innych, a konsekwencje będą trudne do zmierzenia. Ludzkie szkody mogą być znaczne, bo może się okazać, że ktoś będzie się borykać ze sprawą następne kilka miesięcy, czekając ponownie na termin rozprawy.

Jeżeli partia rządząca narzeka na opieszałość w sądach, a jednocześnie wyrywa kolejny dzień, kiedy można by część rozpraw zakończyć, to jest to działanie sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami.

Od zeszłego tygodnia mamy poważny kryzys w LOT. Jak pan to ocenia?
W ostatnich latach w LOT nastąpiła poprawa kondycji spółki. W propagandzie, szczególnie mediów publicznych, pojawiały się hasła, że to obecny rząd uratował LOT. Tymczasem ta restrukturyzacja rozpoczęła się za poprzedniego prezesa. To, co jest teraz, to kontynuacja wcześniejszych dobrych zmian, które pozwoliły na to, że ta spółka rzeczywiście finansowo wyszła na prostą.

Kiedy słyszymy taką propagandę sukcesu, to nie dziwi, że pracownicy danej branży czy firmy występują z postulatami dotyczącymi ich wynagrodzeń. To przecież nie tylko LOT, ale i np. administracja publiczna.

W wielu miejscach pojawiły się postulaty zwiększenia wynagrodzeń, kiedy ludzie słyszeli, że sytuacja w Polsce jest doskonała. Co nie do końca jest zgodne z rzeczywistością. To, co dzieje się w LOT, jest ewidentną wizerunkową klęską zarządu, który z jednej strony chwali się świetnymi wynikami, a z drugiej zwalnia ludzi w sposób, który na pewno uderza wizerunkowo w samą spółkę i prezesa. Pamiętajmy, że LOT jest tzw. narodowym przewoźnikiem, choć moim zdaniem nie ma potrzeby, aby państwo posiadało linie lotnicze. Wiele dużych grup lotniczych za granicą jest całkowicie prywatnych albo udziały państwa są tam szczątkowe. Są to spółki notowane na giełdzie, co powoduje, że są bardziej przejrzyste, jeżeli chodzi o działalność. Polski LOT jest całkowicie kontrolowany przez państwo, a więc przez polityków.

Warto tu podkreślić, że kiedy pojawia się spór płacowy w prywatnej firmie, to jest to spór między pracownikami a właścicielem i zarządem firmy. Tutaj automatycznie w ten spór wchodzą politycy, bo oni są tak naprawdę przełożonymi prezesa.

Były plany, aby sprzedać część udziałów LOT-u, zainteresowany był m.in. Wizz Air, ale po dojściu PiS do władzy zaniechano tych planów.
To jest część ogólnego trendu, który obserwujemy, a który jest nazywany repolonizacją gospodarki, co oznacza tak naprawdę renacjonalizację i utrzymywanie nadmiernej obecności państwa w różnych sektorach. Warto przypomnieć – bo trochę protest dotyczący związkowców LOT-u to przysłonił – że powstaje jednocześnie coś takiego jak Polska Grupa Lotnicza, która jest konsorcjum LOT-u z różnymi spółkami. Ukazała się właśnie analiza Forum Obywatelskiego Rozwoju, która pokazuje, jak ta grupa została dokapitalizowana z Funduszu Reprywatyzacji.

To środki, które miały być przeznaczone na zupełnie inne cele i może to wskazywać, że sytuacja finansowa w LOT nie jest tak doskonała, jak widzimy w medialnej propagandzie. W sposób oficjalny państwo polskie nie może dokonywać pomocy publicznej w LOT, bo ta pomoc została udzielona kilka lat temu, a przepisy unijne zakazują powtórnego działania tego typu.

Powstaje więc kolejny państwowy moloch, w którym być może będzie można ukrywać gorsze wyniki finansowe poprzez połączenie różnego rodzaju spółek związanych z działalnością lotniczą. „Repolonizacja” to nie tylko kupowanie czy przejmowanie prywatnych przedsiębiorstw, ale tworzenie też jeszcze większych państwowych molochów, które przez to, że nie są notowane na giełdzie, a ich zarządcy twierdzą, że nie dotyczy ich ustawa o dostępie do informacji publicznej, są nieprzejrzyste.

Rozumiem, że ma pan serce po stronie przedsiębiorców, a nie pracowników i związków zawodowych, ale musi pan przyznać, że gdy 67 osób dostaje zwolnienia dyscyplinarne za to, że strajkują, przypomina to raczej PRL i lata 80., a nie XXI wiek w jednym z krajów członkowskich UE.
Myślę, że to nie jest kwestia położenia mojego serca i nie zgadzam się na stwierdzenie, że moje serce sprzyja jednej ze stron tego i innych podobnych sporów.

To, na co watro spojrzeć, to przepisy prawa i czy według nich te zwolnienia były zgodne z prawem. Gdy obserwujemy, w jaki sposób zostało to zrobione, to jest podejrzenie, że mogą tam być nieprawidłowości.

Dlatego warto podkreślić jeszcze jeden aspekt tej sprawy i coś o czym dyskutujemy od 3 lat: po co nam wolne od nacisków polityków sądy? Pamiętajmy, że jeżeli sprawy pracowników LOT-u trafią do sądów, to będzie to spór między pracownikiem a spółką kontrolowaną przez państwo i polityków. Dlatego sędzia, który będzie się sprawą zajmował, nie powinien być zależny od tych samych polityków, aby ten spór mógł rozstrzygnąć niezależny arbiter. Kiedy pojawiają się pytania, np. przy okazji protestów, czy warto wychodzić na ulice w obronie niezależnego sądownictwa, to jest to kolejny dobry przykład, dlaczego warto.

Każdy pracownik spółki Skarbu Państwa mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji co teraz pracownicy LOT-u i nie chciałby, aby sędzia był kontrolowany przez tych samych polityków, którzy kontrolują państwowe przedsiębiorstwo, w którym pracuje.

Premier Morawiecki, kiedy był jeszcze wicepremierem i ministrem rozwoju, a następnie finansów mówił, że wreszcie LOT wstaje z kolan, że spółka przynosi zyski. Tymczasem okazało się, że te zyski wypracowano m.in. zabierając etaty i przenosząc pracowników na zatrudnienie B2B. To nieuczciwe?
To pytanie bardziej porównawcze, jak działają inne linie lotnicze na świecie. Na pewno składnikiem takiego wyniku finansowego jest też składnik kosztów, ale źródłem sukcesu LOT jest także poprawa koniunktury. Jeżeli na świecie i w Polsce dzieje się lepiej, to ludzie mają więcej pieniędzy i chcą więcej podróżować, firmy wykonują więcej lotów w celach biznesowych.

Na pewno fakt, że przez długi okres utrzymywały się dość niskie ceny paliw, pomagał liniom lotniczym.

To, co widzimy w tej chwili, czyli próba budowania państwowego molocha, wiąże się z różnymi mocarstwowymi zapędami partii rządzącej. Zresztą „wielki LOT” jest automatycznie łączony z wielkim lotniskiem, które ma powstać. To lotnisko miałoby sens tylko wówczas, kiedy będzie z niego korzystać duża linia lotnicza. Pytanie, czy taką linię państwo i politycy są w stanie zbudować. Myślę, że nie i mam wrażenie, że mówimy tu o takim śnie o potędze, który może nigdy się nie ziścić.

Nie uważa pan, że to jest niemoralne, że w spółkach Skarbu Państwa pracownicy są zatrudniani na tzw. śmieciówkach?
Nie posługuję się terminem „umowa śmieciowa”, bo traktuję to jako pewnego rodzaju mowę nienawiści. Umowy cywilnoprawne są zgodne z prawem. Oczywiście dobrą sytuacją byłoby, gdyby sektor publiczny stanowił pewien wzór zachowań. Czasami nawet w spółkach Skarbu Państwa nie stosuje się umów o pracę, co wynika z charakterystyki naszego rynku pracy. Umowy cywilnoprawne były kiedyś częściej wybierane przez pracodawców niż dziś, kiedy sytuacja w gospodarce i na rynku pracy była gorsza.

Myślę, że byłoby dobrze zwiększyć elastyczność tradycyjnego prawa pracy, przy jednoczesnym zmniejszeniu obciążeń podatkowo-składkowych tak, aby te elementy nie zniechęcały do tradycyjnych umów, a forma umowy była zależna przede wszystkim od formy pracy.

Widzę tu konsekwencję błędnej polityki państwa, która wypchnęła w gorszych czasach gospodarczych część osób na umowy cywilnoprawne.

Skoro jesteśmy przy złych i dobrych czasach, to słychać coraz częściej, że koniunktura się kończy, gospodarka nie będzie się już w takim tempie rozwijać. Dobrze już było?
Na pewno tych sygnałów napływa coraz więcej, szczególnie z gospodarki światowej. W Stanach Zjednoczonych widzimy różnego rodzaju zawirowania na rynkach finansowych. Pamiętajmy, że przez wiele lat USA, jak i inne wielkie gospodarki, utrzymywały bardzo niskie stopy procentowe, teraz od nich powoli odchodzą. Ważnym czynnikiem, który warto obserwować, jest też fala protekcjonizmu i rosnąca presja na wojny handlowe: USA i Chiny to dwa najważniejsze punkty zapalne, ale prezydent Trump atakuje też UE, a UE odpowiada na działania USA.

To, co powinniśmy obserwować jako obywatele, to jak politycy przygotowują się na gorsze czasy i czy są na nie gotowi. Myślę, że ostatnie 3 lata były czasem, kiedy wielu z nas sytuacja mogła wydawać się dobra i poprawa faktycznie, choć nie nazywałbym tego zasługą rządu.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, które są silnie powiązane z koniunkturą, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu.

Wielkim osiągnięciem Polski po 1989 roku jest nie tylko fakt, że osiągaliśmy wysokie tempo wzrostu, najszybsze wśród krajów regionu, ale także to, że uniknęliśmy recesji. Jednak to, że udało się uniknąć jej przez tyle lat, nie znaczy, że zawsze tak będzie.

Kiedy możemy się spodziewać, że odczujemy to pogorszenie?
Na podstawie dzisiejszych informacji wszystko wskazuje, że nie powinniśmy się na razie spodziewać gwałtownego załamania w polskiej gospodarce, raczej coraz wolniejszego tempa wzrostu. Im tempo będzie wolniejsze, tym wolniej będziemy doganiać bogatsze kraje Zachodu. Myślę, że gwałtownego pogorszenia nie będzie przed wyborami parlamentarnymi, a te są już za rok.

Dotychczasowe dobre wyniki sondażowe partii rządzącej były związane z tym, że była dobra koniunktura, a część osób wiąże poprawę swojego stanu portfela z obecnym rządem, co jest myśleniem błędnym, ale do wyborów może się nie zmienić.

A premier Morawiecki chwali się, że rząd PiS dzięki uszczelnieniu VAT zdobył więcej pieniędzy niż wynoszą środki, które dostajemy z Unii Europejskiej.
Jeżeli chodzi o poprawę wpływów VAT, to należy przypomnieć, że nie są to tylko skutki uszczelnienia systemu, które były potrzebne. Warto jednak obserwować śrubę podatkową, którą politycy dokręcają. Jeżeli dokręcą ją za mocno, to mogą pozyskać jakieś środki, ale jednocześnie zniechęcić niektórych do prowadzenia produktywnej działalności, która przynosiłaby zyski gospodarce.

Poprawa wpływów z VAT to także zasługa dobrej koniunktury w Polsce, zależnej od koniunktury na świecie. Wpływy z VAT-u, w dobrych czasach, rosną bardziej niż gospodarka, ale w kiepskich spadają bardziej, niż pogarsza się wzrost gospodarczy.

Jeśli chodzi o same porównania, to są fałszywe, bo są to nieporównywalne kategorie. To nie powinno padać z ust premiera, który przez wiele lat działał w sektorze bankowym i zajmował się polityką gospodarczą. Pamiętajmy też, że wpływy z UE to tylko jeden z pozytywów naszego członkostwa. Inne korzyści są o wiele istotniejsze niż same fundusze europejskie. Nasza obecność na wspólnym rynku, to że nasi przedsiębiorcy mogą na nim konkurować, jest niezwykle istotną rzeczą.

To, że mamy wolny przepływ dóbr, osób, kapitału i usług, jest nawet ważniejsze, niż fundusze, które są wydawane na różnego rodzaju publiczne inwestycje. One w końcu przeminą, bo nie będą już nam przysługiwać.

Ciężki do zmierzenia, ale bardzo ważny jest też aspekt bezpieczeństwa. Jak Polska mogłaby być narażona na zewnętrzne niebezpieczeństwa, gdybyśmy nie byli członkiem UE? Polska jest krajem granicznym z Rosją Putina. Wielka Brytania może sobie pozwolić na wyjście z UE, choć widzimy, jak to trudne, bo jest krajem o wiele silniejszym gospodarczo, jest wyspą, ma większą populację, broń atomową i może wydawać więcej na obronność.

Poza tym porównania, których dokonuje Morawiecki i budowanie na nich narracji, że jest dobry polski rząd, który zwiększa VAT i łaskawa Unia, która rzuca trochę pieniędzy, to szkodliwa komunikacja.

Odpowiedzialni politycy powinni budować przywiązanie Polaków do UE i szacunek do europejskiej wspólnoty, w której jesteśmy.

Prezydent ostatnio stwierdził, że dla wielu Unia to zakazy w kupnie zwykłej żarówki, bo wspólnota tego zabrania.
Tego typu wypowiedzi uderzają w wizerunek Polski.

I prezydenta?
Też, ale przede wszystkim w wizerunek kraju, podobnie jak inne słowa i działania PiS w niektórych obszarach, m.in. praworządności. To przebija się do mediów zagranicznych i uderza w coś, co było ogromnym polskim osiągnięciem po 1989 roku. Mianowicie, udało nam się zbudować wizerunek kraju sukcesu, który był stawiany jako wzór. Na Ukrainie, kiedy trwał Majdan i rewolucja przeciwko Janukowyczowi, Polska pojawiała się często jako przykład kraju, który wszedł szybko się rozwijał, wszedł do NATO i Unii Europejskiej, miał coraz lepsze instytucje.Byliśmy wzorem w wielu krajach na wschód od Polski. Takie były też przekazy w prasie zagranicznej. Pojawiały się duże artykuły, specjalne dodatki do największych tygodników i gazet światowych. Z okazji 25-lecia transformacji „The Economist wypuścił specjalny dodatek. Zagraniczny inwestorzy, politycy czy turyści czytali dobre rzeczy o Polsce publikowane w Nowym Jorku,  Frankfurcie, Londynie czy Paryżu.

Teraz większość artykułów, które czytamy o Polsce, to jest pokazywanie tego, co złego rządzący robią w kwestii praworządności, w tym sądownictwa.

Ponadto tego typu wypowiedzi prezydenta, które są odbierane jako dyskredytowanie UE, abstrahując od naszej opinii odnośnie do dyrektywy dotyczącej żarówek, to robienie złego PR Polsce. Robienie czegoś takiego na zagranicznej konferencji przy zagranicznych gościach i dziennikarzach jest antydyplomacją.

Kaczyński zarządza strachliwymi i niedomytymi Piszczykami, prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.

Reklamy

Morawiecki nic sobie nie robi z prawa, bo nie po to PiS reformuje sądownictwo, aby przestrzegać prawo

„Chcemy, aby już nigdy więcej nie było sędziów na telefon, żeby nie było sędziego Łączewskiego i innych, którzy mają pewne karty, których nie powinien mieć sędzia orzekający, wydający sprawiedliwe wyroki” – powiedziała Joanna Kopcińska – rzeczniczka PiS–owskiego rządu. Tak uzasadniała potrzebę przeprowadzenia reformy sądownictwa.

Zaatakowany w ten sposób sędzia – znany wcześniej z wydania wyroku skazującego na Mariusza Kamińskiego – zażądał od premiera Mateusza Morawieckiego wyjaśnienia tych słów.

Sędzia zapytał jakie konsekwencje służbowe zamierza wyciągnąć wobec swojej rzeczniczki premier, a jeżeli jest to stanowisko całego rządu, to czy działania wobec niego zlecali ministrowie: Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, których w 2015 roku sędzia skazał na karę więzienia.

Mija już trzeci miesiąc od momentu, gdy pismo sędziego wpłynęło do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a pozostaje ono bez odpowiedzi.

„Z ubolewaniem przyjmuję bezczynność jednego z najważniejszych urzędów i osób w tym kraju. Tego rodzaju zaniechanie powoduje, że czuję się obywatelem drugiej kategorii” – mówi Łączewski.

Podkreśla, że szef rządu ma obowiązek na jego pismo odpowiedzieć, bo tak stanowi kodeks postępowania administracyjnego, a jeśli nie może tego uczynić – powinien poinformować autora pisma o powodach zwłoki w udzielaniu odpowiedzi.

Wojciech Łączewski zapowiedział, że w tej sytuacji skieruje do szefa rządu ponaglenie i jeśli w ciągu tygodnia nie nadejdzie odpowiedź, złoży skargę do sądu administracyjnego.

Ludzie, ratuj się kto może! Szczepionki wywołują epidemię masturbacji! 🙃

PiS z państwa zrobił piaskownicę

Dzień wolny 12 listopada wprowadzony przez PiS jest wręcz symbolem braku profesjonalizmu stanowienia prawa w naszym kraju. W tej inicjatywie wszystko nie działało jak należy – brak racjonalnych przesłanek, przesadnie ekspresowe tempo i zero myślenia o konsekwencjach swoich działań. Tymczasem te ostatnie mogą okazać się dla wielu Polaków bardzo poważne i mogę oni nie prędko zapomnieć władzy to, co uczyniła. Sprawę głębiej naświetlił Roman Giertych, który wskazał jak bardzo destrukcyjny może się okazać nowy dzień wolny dla działania wymiaru sprawiedliwości:

“Co ma zrobić pracodawca (jak chociażby autor tych słów), który nie wie, czy 12.11 ma zaplanować pracownikom pracę i czy będzie można przyjmować klientów, czy nie. Nie wiemy, czy będą sądy czynne, czy nie. Czy terminy posiedzeń sądowych na ten dzień są aktualne, czy nie. Nie wiemy nawet, czy terminy procesowe np. apelacji, kasacji, odpowiedzi na pozew będą przedłużone do 13.12, jeśli wypadają na 11 lub 12.11. Na terminy w sądach ludzie czekają wiele miesięcy. Te wyznaczone na 12.11 zostaną zniesione, a następne wyznaczone pewnie na luty, marzec. Czy ktoś pomyślał o tych ludziach? O ich problemach?”

Nowe wolne uderzy zatem w nikogo innego jak zwykłych ludzi, którzy mogą spóźnić się teraz z dostarczaniem do sądów dokumentów, albo których sprawy będą rozpatrywane z wielomiesięcznym opóźnieniem. Jest to nie tylko stracony czas, ale także często koszty, opóźnienie decyzji sądu, to najczęściej bowiem zatrzymanie do czasu rozstrzygnięcia wielu innych decyzji.

Jednak nie ma wątpliwości, że podobnych zawirowań będzie więcej. Widać to na przykładzie zakazu handlu, który z racji kolizji przepisów nie powinien 12 listopada obowiązywać.

Roman Giertych podsumowuje twardo jakie świadectwo o sobie wydaje dobra zmiana opisanym bublem prawnym:

Postępowanie PiS świadczy o tym, że ludzie ci nigdy nie prowadzili własnych firm, nie wystawiała faktur, nie zatrudniali pracowników, nie wiedzą co to znaczy odpowiedzialność za termin itd. Rządzą nami skrajni ignoranci. Nawet dnia wolnego nie potrafią przegłosować w terminie, który umożliwiałby jego zaplanowanie.”

Zdaniem prawnika konsekwencją powstałego chaosu mogą być masowe pozwy, które skończą się ogromnymi odszkodowaniami, za które nie zapłaci PiS, ale wszyscy podatnicy. Możemy zatem mówić o wielkim marnotrawstwie. Chyba nie tak miało wyglądać słynne “dotrzymywanie słowa” przez PiS w rządzie.

“Co ma zrobić pracodawca (jak chociażby autor tych słów), który nie wie, czy 12.11 ma zaplanować pracownikom pracę i czy będzie można przyjmować klientów, czy nie. Nie wiemy, czy będą sądy czynne, czy nie. Czy terminy posiedzeń sądowych na ten dzień są aktualne, czy nie. Nie wiemy nawet, czy terminy procesowe np. apelacji, kasacji, odpowiedzi na pozew będą przedłużone do 13.12, jeśli wypadają na 11 lub 12.11. Na terminy w sądach ludzie czekają wiele miesięcy. Te wyznaczone na 12.11 zostaną zniesione, a następne wyznaczone pewnie na luty, marzec. Czy ktoś pomyślał o tych ludziach? O ich problemach?”

Polexit – nie dajmy sobie wmówić, że Kaczyński nie wyprowadza Polski z UE

>>>

>>>

„Urocze…” – tak na Twitterze prezydent skomentował wspólną fotografię przywódców Francji, Niemiec, Rosji i Turcji. Zdjęcie Angeli Merkel, Emmanuela Macrona, Recepa Tayyipa Erdogana i Władimira Putina zostało wykonane podczas sobotniego szczytu w Stambule, poświęconego rozwiązaniu kryzysu syryjskiego.

Szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer tak skomentowała wpis Dudy: – „Nie sądzę, żeby taki komentarz w imieniu Prezydenta RP był na miejscu. Chyba, że równa Pan do poziomu żarówki. Albo stracił kontrolę nad kontem”. To oczywiście nawiązanie do tłumaczeń Pawła Kukiza po zamieszczeniu przez niego skandalicznych wpisów w internecie.

Oburzenia wpisem Dudy nie kryli internauci. – „W Syrii zginęło ponad pół miliona ludzi. Spotykają się głowy państw, podejmując próbę rozmów rozwiązania tego dramatu, a pan Duda pisze „urocze”….to jest „polityka” (?!) Chyba tylko znana w waszych kręgach. Żenada”; – „Proszę usunąć ten wpis. Pan ma reprezentować majestat Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, nie partykularyzm i prowincjonalizm”;

Szukanie rozwiązania konfliktu w Syrii, gdzie codziennie giną niewinni ludzie, dla naszego chłoptasia, udającego prezydenta jest „urocze”. Pewnie, ważniejsze jest pieprzenie głupot o żarówkach. Ten człowiek to pomyłka”; – „Ja już wolałam jak Pan rozmawiał z leśnym ruchadłem. Serio”; – „Pana następca w 2020 roku będzie miał sporo pracy, aby przywrócić powagę i godność urzędu prezydenta. Na szczęście do końca kadencji coraz bliżej”.

Dziennikarz Kuba Wątły i internauci skomentowali słowa Pawła Kukiza po jego kompromitujących wpisach na Twitterze.

Tusk byczy się

Z kolei „Rzeczpospolita” informuje, że Szydło wciąż ma ochronę jak premier, czyli porusza się w kolumnie dwóch samochodów ochronnych.

Dotychczasowe zasady były proste i nie przewidywały wyjątków. Premier po ustąpieniu z urzędu ma ochronę BOR przez sześć miesięcy ? z jednym samochodem i jednym oficerem. Tak jak jeździ dziś Szydło, w czasach rządu PO?PSL poruszali się tylko premierzy, a Donald Tusk dodatkowo nie zgadzał się na używanie aut pancernych. To bezsensowny koszt, za który płaci podatnik

Co za niegodziwość, żeby tak wypominać. Parafrazując – te samochody im się po prostu należały!

>>>

Były szef MSZ przypomina – dziś Kaczyński mówi, że plotki o Polexicie to kłamstwo, a jeszcze niedawno to samo mówił o stanowisku ministra obrony narodowej dla Antoniego Macierewicza.

Tymczasem możliwe, że właśnie rozpoczyna się proces repolonizacji mediów. Radio ZET, dziś należące do Czech Media Invest ma zostać sprzedane. Jak wieść gminna niesie, kupić je chce m.in. spółka Fratria, w której udziały mają m.in. bracia Karnowscy i senator PiS Grzegorz Bierecki. Fratria jest wydawcą periodyku „W Sieci”.

Sęk w tym, że kapitał Fratrii to około 5,5 mln, a cena wywoławcza Radia ZET wyniesie około 315 mln zł. Z pomocą kredytową ma przyjść bank Pekao S.A. z prezesem Michałem Krupińskim, który kojarzony jest ze Zbigniewem Ziobrą. Ładnie się panowie bawią…

Pierwszy raz słyszę o pośle i nie jest to najlepszy pierwszy raz. Jak podaje serwis rzeszow-news.pl do szpitala w Brzozowie w niedzielę wieczorem trafił krośnieński poseł PiS Piotr Babinetz. Potrącił dwóch chłopców w wieku 15 i 16 lat. Jak nieoficjalnie podaje portal poseł mógł być pod wpływem alkoholu. Poseł nie poddał się badaniu alkomatem.

Dudzie się odmawia, to produkt prezydentopodobny

>>>

W grudniu 2002 r. zakończyły się negocjacje w sprawie warunków naszego członkostwa w UE. W czerwcu 2003 r. Polacy w referendum powiedzieli Unii „tak”. 1 maja 2004 r. Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Ale jeszcze w listopadzie 2002 r., gdy negocjacje z Unią były na ostatniej prostej, członkostwo Polski w UE nie było takie oczywiste. Jarosław Kaczyński zaczął wątpić w sens naszej akcesji.

Były prezydent Lech Wałęsa poinformował, że został zaproszony do udziału w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości, ale odmówił.

Radio ZET poinformowało w tym tygodniu, że na oficjalne obchody stulecia niepodległości nie zostali zaproszeni ani Aleksander Kwaśniewski, ani Bronisław Komorowski.

Tego samego dnia doniesienia te skomentował prezydencki minister Wojciech Kolarski. Powiedział, że zaproszenia nie zostały jeszcze wysłane, ale trafią do obu prezydentów. 

– Prezydent Andrzej Duda co roku zaprasza wszystkich byłych prezydentów i premierów Polski. Zaproszenia wysyłane są zwykle na dwa, trzy tygodnie przed świętem. Zapewniam, że w tym roku jest tak samo – przekazał.

– Ufam, że w tym roku te zaproszenia zostaną przyjęte – dodał.

Jak się okazało, w obchodach nie weźmie udziału Lech Wałęsa. „Ja otrzymałem, ale odmawiam” – poinformował były prezydent.

O zbliżających się obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości mówił w rozmowie z „Plusem Minusem” prezydent Andrzej Duda.

– Jeśli opozycja uważa, że nie może być razem z innymi choćby przy części uroczystości 11 listopada, to jest mi ogromnie przykro – powiedział prezydent.

– To święto samo w sobie jest tak ważne, symboliczne i wyjątkowe, że powinniśmy wspólnie je obchodzić. Przecież we wspólnym świętowaniu nie chodzi o to, żeby nagle pan prezes Jarosław Kaczyński miał poglądy jak pan przewodniczący Grzegorz Schetyna, a Schetyna jak ja. To jest niemożliwe – ocenił.

Były prezydent Bronisław Komorowski uważa, że zaproszenie PiS-u do wspólnego świętowania 100-lecia odzyskania niepodległości jest nieszczere.

O wspólne świętowanie 11 listopada zaapelował m.in. prezydent Andrzej Duda. Do udziału w oficjalnych obchodach zaproszono byłych prezydentów. Lech Wałęsa już poinformował, że z zaproszenia nie skorzysta.

O wspólnym uczestnictwie w obchodach mówił w TVN24 Bronisław Komorowski. – Chciałbym bardzo, żebyśmy doczekali w Polsce takiego momentu, kiedy będzie możliwe obchodzenie święta niepodległości w jak najszerszym składzie – mówił były prezydent.

– Nie można obrażać wszystkich, a potem ich zapraszać na wspólne świętowanie – dodał. Komorowski powiedział, że nadal pamięta oskarżenia o zdradę i słowa „zdradzieckie mordy”.

– Nie muszę niczego grać, niczego udawać, tworzyć fałszywych sytuacji, udawać, że się z kimś dobrze czuję, jeśli wiem, że jest między nami bariera nie do pokonania – ocenił.

– Jak mogę świętować z prezydentem, premierem, z ludźmi z tamtego układu, kiedy wiem, że oni naruszyli drugi, niesłychanie ważny filar naszej niepodległości jakim jest mocne członkostwo w Unii Europejskiej – dodał.

Zarówno przedsiębiorcy, jak i pracownicy, trwają w niepewności w związku

z 12 listopada. W piątek Senat przyjął projekt ustawy, czyniącej ten dzień wolnym od pracy. Teraz wróci do Sejmu, który będzie obradował dopiero 7 listopada. Po tym dokument musi podpisać jeszcze prezydent Andrzej Duda. I jeśli nie zrobi tego natychmiast, wolnego nie będzie.

Zaledwie dwa tygodnie dzielą nas od 100-lecia niepodległości, a projekt ustawy, według którego 12 listopada byłby dniem wolnym nadal nie przeszedł procesu legislacyjnego. W piątek co prawda Senat przyjął Ustawę o Święcie Narodowym z okazji 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości, ale nałożone zostały poprawki – m.in. przepis ograniczający handel tego dnia (analogicznie do „niehandlowych” niedziel).

12 listopada wolnym dniem. Senatorowie „pod ścianą”

Jak podawało jeszcze przed głosowaniem w Senacie RMF FM, sami senatorowie z PiS mieli zastrzeżenia co do sposobu procedowania tego projektu. Niektórzy z nich przyznali dziennikarzom, że „zostali podstawieni pod ścianą”. Mówiło się nawet o tym, że z powodu braku czasu ustawa przejdzie bez poprawek.

Tak się jednak nie stało, poprawki są, a więc projekt wraca teraz do Sejmu. I tu się robi ciekawie, bo izba niższa najbliższe posiedzenie ma 7 listopada, a więc, jak zauważa dziennikarz w materiale „Faktów”, na biurko prezydenta dokument może trafić 8 listopada.

Podpis prezydenta 8 listopada

Na złożenie podpisu pod ustawą prezydent Andrzej Duda ma 21 dni, a więc gdyby chciał wykorzystać przysługujący mu czas, prawo o wolnym 12 listopada weszłoby w życie pod koniec miesiąca. Nawet marszałek Senatu Stanisław Karczewski powiedział w rozmowie z dziennikarzami, że nie wie „czy prezydent podejmie decyzję w czasie do 11 listopada”. Niemniej jednak, wprowadzanie nowego prawa „za pięć dwunasta” sprawia wrażenie, jakby posłowie PiS o tym, że Andrzej Duda podpisze tę ustawę wiedzieli już na etapie wniesienia projektu.

Na ostatnią chwilę

Dla wszystkich pracowników i przedsiębiorców oznacza to przede wszystkim niepewność – czy aby ten 12 listopada będzie na pewno dniem wolnym. Niepewność będzie niemal do końca – o tym, czy do pracy pójdziemy, czy zrobimy zakupy i czy badanie u lekarza się odbędzie, dowiemy się zapewne jakieś 4 dni przed zapowiadanym dniem wolnym.

Co więcej, ustawa o ograniczeniu handlu wymienia konkretne dni, w które obowiązuje wolne. Wśród nich nie ma 12 listopada. Należałoby więc zmienić zapisy ustawy, ale ten „szczegół” umknął legislatorom.

Pomysł „uszczęśliwienia” obywateli spotyka się głównie z krytycznym odbiorem. Do sprawy odniósł się również w swoim wpisie na facebooku Roman Giertych. „Robienie dnia wolnego w ten sposób, że się go wymyśla dwa tygodnie wcześniej, a następnie prowadzi procedurę, która się zakończy lub nie na kilka dni przed tym dniem, to świadectwo tego, że ludzie z PiS nie żyją w realnym świecie” – czytamy m.in. we wpisie.

>>>

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o tym, do jakiej manipulacji posuwają się politycy PiS.

Prawda nie musi już wynikać z faktów, bo to fakty muszą się podporządkować rzeczywistości wykreowanej przez władzę.

Główni aktorzy sceny politycznej odtrąbili sukces, choć trafniej byłoby ocenić, że jedni wygrali z kretesem, a drudzy ponieśli sromotne zwycięstwo.  Radują się niemal wszyscy uczestnicy wyborczych zmagań i już wybiegają myślami w przyszłość, prognozując sobie kolejne sukcesy w następnych wyborach. Niesiony falą powszechnej szczęśliwości też bym się cieszył, gdyby nie myśl przewrotna: a co będzie, jeśli opozycja wygra maraton wyborczy? Bo mniej więcej wiadomo, co się stanie z Polską, jeśli PiS zwycięży. Ale jeśli PiS przegra, to czy pozwoli się pokonać?

Tylko naiwni i prostoduszni wierzą, że wszechmocnie dzisiaj rządzący z godnością przyjmą porażkę, pogratulują zwycięzcom i grzecznie wycofają tysiące swoich ludzi z lukratywnych stanowisk. Tak mogą prognozować tylko ci, którzy uwierzyli w zapewnienie prezesa, że rząd podporządkuje się decyzji unijnego trybunału i zapewniają, że rząd cofnie całą „reformę” sądownictwa. Ale nie po to wymyślili nową Izbę Sądu Najwyższego kontrolującą prawidłowość wyborów, by zaakceptować ich wynik w przypadku klęski. Trzeba też sporej dawki optymizmu, by gwarantować, że PiS wspólnie ze swoją związkową przybudówką, nie zechce wyprowadzić ludzi na ulicę pod hasłem sfałszowanych wyborów. Ilu Polaków da się poprowadzić?

Czytam wyniki wyborów samorządowych i myślę o tej ogromnej rzeszy ludzi, dzięki którym możliwe było dotąd demolowanie struktur demokratycznych, zawłaszczanie kraju, międzynarodowe awanturnictwo polityczne, odpychanie przyjaciół Polski i wspieranie nieprzyjaciół. Nie chodzi mi o odwiecznych koniunkturalistów, cyników owijających się polską flagą, pazernych kaznodziejów występujących w imieniu Boga, samozwańczych strażników Honoru i Ojczyzny. Pal sześć politycznych chuliganów i zwykłych przestępców, którzy świadomie uczestniczą w demolce państwa, bo widzą w niej swoją szansę, swój interes, swoją korzyść, nawet krótkotrwałą, a potem choćby potop. Nie myślę o animatorach „dobrej zmiany”, o manipulatorach i zwyczajnych oszustach, którzy powiedzą i zrobią wszystko co każą, dla kasy i zaszczytów. Myślę o tych, którzy nie potrafią albo nie lubią rozumować samodzielnie, którzy ulegli lub polegli w propagandowym zgiełku, pozwolili się oszołomić, dali się nabrać na wyborcze manipulacje i kłamstwa. Niestety jest ich dużo za dużo. A w każdym razie zbyt mało, by postawić tamę dyktatorskim zapędom Kaczyńskiego.

Tym, którzy pozostali przyzwoici i którzy protest przeciw niszczeniu demokracji traktują jak patriotyczną powinność, zwolna puszczają nerwy.  W publicznym obiegu roi się od pytań o stan umysłów naszego społeczeństwa. Co się stało z Polakami? Skąd trwałe poparcie dla politycznych troglodytów i przyzwolenie na rządy marginalnego do niedawna plemienia cynicznych prymitywów, osobników pazernych i wbrew pozorom absolutnie bezideowych? Czemu dotychczas zaradni, myślący i solidarni stali się nagle bezmyślnie obojętni? Internet aż kipi od autoinwektyw, jakby nie obowiązywało już prawo chroniące Polaków przed pomówieniami. Czytam: Polacy to naród idiotów. Sprzedaliśmy się za 500 plus – plus obiecanki cacanki. Sami na siebie ukręciliśmy pisowski bat. Dajcie Polakom rządzić, to sami się wykończą. Kiedy opada nas szarańcza, wtedy sami zamieniamy się w szarańczę… itp., itd. To opinie desperackie i często nieprawdziwe. Prawdą jest natomiast, że ostatnimi czasy w naszym społeczeństwie wystąpił niepokojący deficyt wyobraźni i wielu Polaków okazało się nieodrodnymi dziećmi Nadziei. Tej matki, która niegdyś kazała głosować na niejakiego Tymińskiego, wcześniej nieznanego hochsztaplera, emigranta z czarną teczką pełną rzekomych kwitów kompromitujących bohaterów zwycięskiej wojny z komuną. Ta sama Nadzieja powiodła Polaków pod prysznic, gdzie zamiast ciepłej wody chlusnął wrzątek.  A potem „matka głupich” wpadła w szpony inżynierów dusz, zwerbowanych na rynku medialnym przez zwycięską partię.  Nadzieja na usługach rządzących zmieniła nasze naiwne dzieciństwo w koszmarne bachorstwo.  Polacy stali się obiektem Wielkiej Manipulacji, której od wieków doświadczają narody zniewolone i podbite. Jej scenariusz jest powszechnie znany i sprawdzony przez wielu dyktatorów:

ETAP 1 – ogłosić, że do politycznych przeciwników nie wolno mieć zaufania. Zalać medialny rynek potokiem cuchnących pomówień, przytłoczyć odbiorców aferami kręconymi z drobiazgów lub wprost z kapelusza, zarzucić przeciwnikom dokładnie to, co u Polaków budzi szczególną niechęć: zdradę rodzimych interesów, rozkradanie kraju lub wyprzedaż majątku narodowego (do wyboru), służalczość, koniunkturalizm, nepotyzm i inne -izmy. W kampanię opluskwiania tych, którzy myślą inaczej, zaangażować też można Wehrmacht, komunistów, esbeków, ruskich, homoseksualistów, genderowców, hitlerowców, lewaków i Żydów.  A wszystko po to, by jak najszerzej rozniosło się po kraju, że IM nie wolno ufać. Nie trzeba nawet dodawać, że NAM zaufać można. Bo skoro my się tym oburzamy, to znaczy, żeśmy tak przyzwoici, że aż strach…

ETAP 2 – wzbudzić podejrzenia, że to, co ludzie widzą, to złudzenie, że Polska którą znamy to fata morgana. Że fasada rozkwitającej ojczyzny skrywa pod spodem brud, rdzę, syf, malarię i kornika drukarza. I od razu trzeba wskazać winnych. Za Polskę w ruinie odpowiada więc tamta władza, to ugrupowanie, ten układ, ta nadzwyczajna kasta, grupa kolesi oraz pogrobowcy esbeków.

ETAP 3 – teraz już można objawić swój Wielki Projekt jako jedyną skuteczną metodę uratowania znękanej ojczyzny: wywalić tamtych, rozpieprzyć ich układziki i struktury, unieważnić niesłuszne prawa, a na ruinach złego systemu zbudować nowe, uczciwe i legalne państwo. A dla uniknięcia podejrzeń, że celem projektu jest dobro grupy trzymającej władzę, zapewnienie jej bezkarności i zdobycie nieograniczonego dostępu do budżetowej kasy, wystarczy sypnąć ludowi groszem sugerując, że to są dokładnie te pieniądze, które dotąd kradli poprzednicy, a teraz idą w dobre ręce całego narodu.

Nie ubywa wyznawców „dobrej zmiany”, którzy pozwolili się uwieść i uwierzyli w wielką cywilizacyjną misję Prezesa Tysiąclecia. Tak jak kiedyś wielu Polaków wierzyło w sprawiedliwy ustrój komunistyczny, tak i dziś wielu dało się nabrać na fantasmagorię troskliwego państwa opiekuńczego i mocarnego kraju, któremu kłaniają się sąsiedzi, na wizję bogatej Rzeczpospolitej zarządzanej przez dobrego gospodarza – Naczelnego Patriotę. Nie zawsze jest to miłość ślepa i bezkrytyczna, więc w każdym projekcie Wielkiej Manipulacji znaleźć można zestaw sprawdzonych argumentów, przygotowanych na wypadek, gdyby odbiorca dostrzegł kłamstwa czy oznaki bezprawia: – Niestety to, co musimy zrobić dla waszego i Ojczyzny dobra, jest rewolucją, której nigdy nie da się przeprowadzić w pełni uczciwie ani całkiem lege artis – mrugają porozumiewawczo rządzący do swoich wyborców.  – Żeby zbudować w pełni uczciwe i sprawiedliwe państwo prawa, którego domaga się 85% rodaków, musimy trochę nagiąć dzisiejsze niedoskonałe przepisy i trochę inaczej zinterpretować wadliwą konstytucję …

Wielka Manipulacja zwana „dobrą zmianą” przyznaje swoim autorom licencję na kłamstwa.   W miarę postępów procesu zawłaszczania państwa manipulatorzy nabierają wprawy i w końcu łżą jak mój pies, który nażarty po czubek nosa trwa przy pustej misce dając do zrozumienia, że od dawna nic nie jadł, a przecież zasługuje na drugi obiad z deserem. Kłamstwo przestaje być kłamstwem, a staje się narzędziem nawiązania kontaktów, rozwiązywania konfliktów, naturalną metodą sprawowania i utrzymania władzy.  Dobro partii jest dobrem narodu, a nepotyzm – usprawiedliwioną formą doboru kadr, gwarantującą prawidłowy przebieg dobrej zmiany. Wielu ludzi z prowincjonalnym stażem kierowniczym, o nikłej wiedzy i zaściankowych poglądach, którzy otrzymali ważne stanowiska w gospodarce i administracji, naprawdę wierzy, że są lepsi od doświadczonych fachowców z poprzedniego rozdania.

Wielką Manipulację wieńczy moment, gdy w wyborcach rodzi się przekonanie, że prawda nie musi już wynikać z faktów, bo to fakty muszą się podporządkować rzeczywistości wykreowanej przez władzę. I już nie trzeba naginać prawa, bo prawo samo ma się giąć – i to w lansadach – przed rządzącymi. W imię przyszłej Wielkiej Polski wolno już wszystko.  Demokrację definiuje partia rządząca. Mniej więcej tak: Wyście nas wybrali, więc teraz Polska jest nasza. Nasze są wasze podatki i wydamy je na co chcemy. Nasza jest opłata TV, wiec mamy prawo nadawać to, co uważamy za korzystne dla nas. Bo wszystko co korzystne dla nas jest automatycznie korzystne i dla was. Tak jak wszystko, co wasze, jest nasze. Państwo to my, PiS, więc sprzeciw wobec posunięć PiS jest działalnością antypaństwową i musi być karana. Tego chciał Naród, a my jesteśmy emanacją narodu. Dlaczego ta upiorna definicja demokracji wciąż podoba się tak wielu Polakom? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że pobudkę dla nich trąbić trzeba znacznie głośniej niż dotąd. Bo o przyszłość warto się martwić jak najwcześniej.

>>>

Fragment felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Oddajcie demokrację Polakom – tak można interpretować słowa prezesa unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

(…)

Po wyborach samorządowych jeszcze PiS nie ogłosiło, że suweren (czyli my, Polacy) daje mu prawo do reformowania sądownictwa, ale już ustami szefa kampanii wyborczej Tomasza Poręby stwierdziło: – „Wyniki wyborów samorządowych to gigantyczny sukces PiS”.

Ta gigantomachia PiS jest zniewalająca. W procentach PiS do Koalicji Obywatelskiej ma się jak 34 do 27, jeżeli do 27 dodamy wynik PSL, SLD bądź lokalnych komitetów to wynik ten rzeczywiście będzie się przedstawiał jak w Warszawie zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego nad Patrykiem Jakim – 56 do 28.

Gdzie tu zatem gigantyczne zwycięstwo? A piszę o tej pisowskiej gigantomachii w kontekście autora wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego ministra sprawiedliwości Ziobry, który walczy z Morawieckim o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. Zakładnikiem w tej walce o przywództwo na prawicy jest „być albo nie być” Polski w UE.

Ziobro okazuje się być za kulisami lepszy od Morawieckiego, bowiem w kluczowych sejmikach wojewódzkich dla PiS ma swoich radnych, którzy zadecydują, czy w nich będzie rządzić prawicowa większość. Ziobro szachuje Morawieckiego, który miał się pozbyć ministra sprawiedliwości. Ta walka odbywa się kosztem przyszłości Polski, stąd takie kategoryczne ostrzeżenie prezesa TSUE.

Więcej >>>

Kornel Filipowicz, wiersz z tomu „Powiedz to słowo” (1984):

Kaczyński odchodzi, ale wcześniej da popalić, nawet zechce wyprowadzić Polskę z UE

Nie wiem, czy w zalewie komentarzy powyborczych kogokolwiek zainteresują jeszcze moje uwagi na ten temat. Czyż nie mam jednak grona wiernych czytelników, gotowych łyknąć każde nudziarstwo?

Lecz czy mam do powiedzenia cokolwiek, czego nie mówiliby inni? O, z pewnością nie. To samo dotyczy zresztą pozostałych komentatorów. Każdy się wypowiada, żeby wyrazić opinię i tyle. Ja też.

Przede wszystkim trzeba się cieszyć, że PiS nie dostał więcej. A nie dostał, bo sam sobie zaszkodził Jakim, faszystowskimi spotami, taśmami i czym tam jeszcze. Gdyby nie to, mielibyśmy się dziś z pyszna.

Na szczęście PiS to tacy sami nieudacznicy jak reszta. Niemniej nie ma co narzekać, bo mogło być znacznie gorzej. PiS słabnie i będzie słabnąć nadal. Czy względnie dobry wynik PO (KO) zachęci Schetynę to kontynuacji obecnej linii w przyszłych wyborach, czy też może uwierzy, że w szerszej koalicji poszłoby znacznie lepiej? Obawiam się, że to pierwsze, a to tym bardziej że na lewicy, także w SLD, nie ma „w strukturach” wielkiej chęci do łączenia się z kimkolwiek. Świetny wynik PSL pokazuje zaś, że sondaże w przypadku tego elektoratu są mało wiarygodne, a stara partia wciąż jara i śmiało może sobie iść do wyborów sama. SLD ma akurat tyle, na ile liczą starzy działacze. Samorządowe eldorado skończyło się, bo musiało, ale na mały klub w Sejmie można liczyć. Wielu SPD-owcom to wystarczy. Własna tożsamość im droższa niż kilka mandatów więcej w koalicji z centroprawicową Platformą. No i jest jeszcze przyszły „Biedroń”, któremu trudno zaczynać od wstępowania w koalicję, wobec czego będzie skubał to tu, to tam (także w PiS). Nie będzie to wielki projekt, bo ani lider nie jest już bardzo świeży, ani pieniądz się na jego głowę nie posypie, niemniej będzie się liczył.

Ogólnie jest więc tak sobie. Niby wyniki wyborów wskazują, że wielka koalicja się arytmetycznie opłaca, a jednak niezależność kusi. Bo rządzenie w kupie nie jest bardziej komfortowe niż bycie opozycją „na swoim”. Siła konformizmu w polityce jest wielka.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby od dwóch lat opozycja szła razem i wspólnie pokazywała Polakom, co będzie zrobione w 2019 r., aby odwrócić skutki rządów PiS, zawiązana w ten sposób naturalna wielka koalicja sił demokratycznych zmiotłaby PiS w minionych właśnie wyborach samorządowych. Stało się, jak się stało. Wciąż jest szansa, że odpowiedzialność za kraj i kalkulacja arytmetyczna (d’Hondta) wezmą górę i w wyborach do Sejmu oraz prezydenckich wystąpi zjednoczona opozycja. Zależeć to będzie od zimowych sondaży i od tego, czy PiS przykręci śrubę, czy też trochę odpuści. Jeśli to pierwsze, to nacisk na jednoczenie opozycji będzie większy, jeśli zaś to drugie – będzie, jak jest.

A jak będzie, jak jest, to PiS wygra wybory i znowu będzie rządzić – z Kukizem i paroma zdrajcami z planktonu sejmowego. Niestety, wciąż ten wariant jest bardziej prawdopodobny niż obalenie Kaczyńskiego. Cała prawie nadzieja w błędach, które popełni PiS, i w walce buldogów pod dywanem. Tak się bowiem składa, że sezon wyborczy przypada na powolny zmierzch władzy Kaczyńskiego nad partią. No i nie zapominajmy o wielkim powrocie Tuska. Gremialne „Tusku, ratuj!” może odjąć PiS-owi kilka punktów. A więc poker trwa.

Nasuwają się nie tylko te najbardziej oczywiste pytania – o poziom wyszkolenia oraz co równie ważne, mentalność (odpowiedzialność, dojrzałość, rozsądek itp.) funkcjonariuszy ochrony oficjeli (nazywanych obecnie Służbą Ochrony Państwa). Lecz także o przestrzeganie procedur (czy może ich nieprzestrzeganie). Oraz o mentalność samych VIP-ów. Bo przecież jeśli ci Bardzo Ważni Pasażerowie nie reagują na brawurę swoich kierowców (a może do niej wręcz nakłaniają?), to ponoszą współodpowiedzialność za karamabole, narażające czasem było nie było życie: nie tylko swoje, ale i zwykłych obywateli.

Echa wypadku kolumny rządowej

Nienormowany czas pracy ważnych członków rządu

I wreszcie: nikt nie wymaga od członków rządu, by odbijali kartę na portierni przy przychodzeniu i opuszczaniu gmachu przy Alejach Ujazdowskich. Ważne bez wątpienia zadania i wyzwania, jakim muszą sprostać, wymagają nienormowanego czasu pracy. Nikt też nie może mieć za złe pani premier przywiązania do wartości rodzinnych w postaci pozostawionego w domu i tęskniącego męża.

Będzie proces w sprawie wypadku premier Szydło

Premier Szydło – zawsze blisko domu, w dodatku dwoma autami

I tylko złośliwi zwracali uwagę, że jeszcze stojąc na czele gabinetu, tak dobierała sobie tzw. spotkania w terenie, że kiedy tylko zbliżał się weekend, wypadały one akurat w okolicy jej posiadłości w Brzeszczach. Teraz też tak się jakoś stało, że Beata Szydło wyrwała się ze stolicy już w czwartek przed południem i ruszyła na południe, by ok. godz. 13 zaliczyć – jak to określiła – „drobną stłuczkę” w śląskim Imielinie. Po czym przesiadła się zaraz do drugiego przysługującego jej – tu akurat nie wiedzieć, czemu – samochodu i odjechała.

A było już blisko, bo ledwie 22 km, do jej ulubionego gniazdka. Zapewne po to, oczywiście, by tam dalej ciężko harować dla Polski.

Jak to naprawdę było z wypadkiem Antoniego Macierewicza

Kaczyński odchodzi, ale wcześniej ukradnie Polakom demokrację.

Polish vodka

Ostatni tekst Waldemara Mystkowskiego.

Oddajcie demokrację Polakom – tak można interpretować słowa prezesa unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Nieprzypadkowo prezes Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Koen Lenaerts sformułował pod adresem Polski (ciągle trzeba podkreślać przymiotnikiem: pisowskiej) kategoryczne ostrzeżenie: – „Państwo, które nie jest gotowe do dalszego podporządkowywania się orzeczeniom TSUE, wpisuje się w proces podobny do brexitowego, w proces wyjścia. To decyzja o tym, czy być, czy nie być w UE”.

Hamlet z czaszką Yoricka wypowiada najsłynniejszy dylemat: „być albo nie być”. Tą czaszką jest Polska, są aspiracje cywilizacyjne Polaków.

Prezes Koen Lenaerts odbiera niepokojące sygnały z Warszawy, która zwleka z podporządkowaniem się decyzji TSUE o zawieszeniu czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym. „Orły” w Polsce, jak Jarosław Gowin, nawet wyrażają się na temat negocjowania z TSUE. Ależ Trybunał nie jest stroną, wydaje postanowienia, jak wszystkie sądy na świecie, które są niezależne. Prezes Kaczyński nawet zapowiedział odwołanie się. Do kogo? Nie ma w tym wypadku…

View original post 296 słów więcej

Cezary Gmyz – standard PiS

„Złodzieje używają różnych technik by kogoś okraść. Na wnuczka, na policjanta, na agenta CBA, to słyszałem, ale słyszeliście o metodzie „na Niemkę”? Tę metodę wdraża @cezarygmyz – dziennikarz (wiem, ze beka, ale jednak) TVP.” -napisał na Twitterze internauta, na wieść o tym, że „gwiazdor” prawicowych mediów Cezary Gmyz chwali się publicznie, iż dopuścił się pospolitego fałszerstwa, wykradając prenumeratę internetowego wydania „Gazety Wyborczej”.

„Od ponad miesiąca korzystam z darmowej, cyfrowej prenumeraty wyborczej dla studentów. A właściwie studentek, bo zarejestrowałem się przy użyciu generatora PESEL jako studentka Gudrun Maschingewehr czy jakoś tak” – oznajmił dziennikarz na Twitterze.

Oburzeni internauci pytają, czy po takiej deklaracji berlińskiemu korespondentowi włos z głowy nie spadnie? Czy zainteresuje się nim wymiar sprawiedliwości? Co na to Zbigniew Ziobro? I sami odpowiadają na te pytania: „PiS to sprawił, że drobni oszuści stają się dumni ze swoich oszustw; Zbudowali nowe elity na miarę kiboli. Chamstwo stało się cnotą” – komentują postawę Gmyza.

I najwyraźniej wcale się nie mylą, bo on sam oświadcza bez żenady, że nie ma tej kwestii najmniejszych wyrzutów sumienia.

Stępka Morawieckiego i kołek Kaczyńskiego, czyli jak zrobić w bambuko ciemny lud

Od pewnego czasu w mediach społecznościowych krąży wiadomość, że słynna szczecińska stępka to jedno z bardziej bezczelnych oszustw Prawa i Sprawiedliwości, osobiście firmowane przez samego szefa rządu Mateusza Morawickiego. Zaczęło się od tego, że podejrzenie bacznych obserwatorów wzbudził fakt, iż to „coś” jakoś dziwnie rdzewieje…

Czerwcowy „teatr” z premierem w roli głównej, w ramach którego uroczyście poświęcono potężny stalowy element, pod budowę promu dla Polskiej Żeglugi Morskiej okazał się w istocie nie być żadną stępką tylko na gwałt ściągniętym elementem z położonej nieopodal fabryki morskich elektrowni wiatrowych.

„Przyjechaliśmy tutaj, żeby dać z powrotem nadzieję na rozwój Stoczni Szczecińskiej i dać konkretne zamówienia, stworzyć popyt na okręty, na statki, może też na okręty, które będą tutaj budowane” – mówił bez mrugnięcia powieką Morawiecki, przybijając pamiątkową tabliczkę, po której nawiasem mówiąc wszelki ślad już zaginął.

„Pierwsze na świecie położenie stępki jeszcze przed rozpoczęciem projektowania” – już wtedy komentował internauta na Twitterze.

Dowodów na blagę daleko szukać nie trzeba. Jak ujawnił na Twitterze senator PO Tomasz Grodzki, nieszczęsny element został przywieziony na chwilę przed tym, jak Morawiecki miał wizytować stocznie.

Nie był to więc element statku, ale… rekwizyt i to z kiepskiej komedii adresowanej do „głupich ludzi”, równy tylko słynnemu słupkowi wkopanemu ostatnio przez Kaczyńskiego na Mierzei Wiślanej.

Internauci kpią bez litości: Gierek lepiej potrafił – piszą i z goryczą przypominają słowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona o liderach Polski oraz Węgier: „Oni okłamują swoje narody”.

Kołek wkopany przez J. Kaczyńskiego w piach mierzei zniknął. (Info Wirtualnej Polski)
A ostrzegałem i radziłem, by postawić wartę w strojach regionalnych …

Pisowskie zniknięcie parówek: stępka i kołek

Jakub Stefaniak (PSL) i internauci zareagowali na kolejne słowa rzeczniczki PiS Beaty Mazurek na temat Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Wybory samorządowe osłabiły Z. Ziobrę. W partii uważają, że gdyby nie wywołał dyskusji wokół polexitu, wynik PiS byłby lepszy. Ale Ziobro nie chce zostać kozłem ofiarnym. W najnowszym „Newsweeku” polecam tekst Renaty Grochal o powyborczych rozliczeniach w PiS.

Repolonizacja, czyli dać swoim pisolubnym

Jarosław Kaczyński od dawna nie ukrywa, że chciałby wreszcie rozwiązać problem z prywatnymi, niezależnymi od rządu, mediami. Marzy mu się model węgierski, bo przecież w jego Polsce nie ma miejsca dla tych, którzy oceniają rządy PiS krytycznie i patrzą tej partii na ręce.

Po porażce wyborczej w miastach, Krystyna Pawłowicz napisała na Twitterze, że „teraz jednak CZAS NA MEDIA!  Moim zd. OPCJA ZERO na rynku RTV! Odbudowa przez WYGASZENiE WSZYSTKICH wydanych KONCESJI rtv i budowa rynku na zasadach UE,takich,jak obowiązują np w Niemczech Repolonizacja i ucywilizowanie ! Dość zewn partii TVN czy onet!” i już wczoraj wieczorem podano informację, że na sprzedaż ma pójść Radio ZET.

https://twitter.com/PSzubartowicz/status/1055903212329406470

Radio ZET, według badania Radio Track w III kwartale br. miało 12,3 %. udziału w rynku słuchalności (inne stacje z grupy – Antyradio – 2,1%, Meloradio – 0,9%, a Chillizet – 0,3%), a według badania Gemius/PBI w sierpniu br. serwis RadioZET.pl zanotował 4,34 mln realnych użytkowników i 29,33 mln odsłon (Antyradio.pl – 1,48 mln użytkowników i 6,31 mln odsłon, a ChilliZET.pl – 1,21 mln. użytkowników i 3,63 mln odsłon).

Wśród zainteresowanych kupnem wymienia się właściciela Cyfrowego Polsatu Zygmunta Solorza, należącą do Zbigniewa Benbenka Grupę ZPR Media oraz spółkę Fratria braci Karnowskich.

Eliza Michalik zastanawia się „jak spółka braci Karnowskich (Fratria), która w 2017 roku zarobiła na czysto 3,2 mln zł, może być zainteresowana kupnem Radia Zet, którego wartość rynkowa wynosi co najmniej 73 miliony euro?’.

Odpowiedź wydaje się prosta. Bracia Karnowscy mogą dostać pożyczkę z PKO BP lub PKO SA, czyli z banków, które znajdują się pod całkowitą kontrolą PiS. Może też ich wesprzeć Polska Fundacja Narodowa lub jakiś inny podmiot, ściśle związany z „dobrą zmianą” partii rządzącej.

Jeden z internautów napisał – „Kupią PiSowcy i marka Radio Zet oficjalnie pogrzebana. Fascynujący przebieg upadku radia, które było swego czasu świetne. Ciszej nad tą trumną”.

Zniknął słupek wbity przez Jarosława Kaczyńskiego
pod budowę przekopu
Mierzei Wiślanej
😜🤣😂 i po ściemie.