Archiwa tagu: Renata Grochal

2 mld zł na wywalenie skurwysyna

Podczas nocnej konferencji w Pałacu Prezydenckim przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański powiedział, że zarządził korespondencyjne głosowanie nad odwołaniem Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Jak stwierdził wczoraj, spośród 5 członków Rady – czworo opowiedziało się za odwołaniem Kurskiego. Dziś ponoć już wszyscy się pod tym podpisali.

Sprawa jest też żywo komentowana w sieci. – „Sprawa Kurskiego jest mało istotna w haniebnym podpisie Dudy (bo decyzja jest Kaczyńskiego). Paradoksalnie, dla Jacka Kurskiego może być to korzystne. Doprowadził TVPiS do finansowej zapaści, moralnego i etycznego dna, a teraz biorąc olbrzymią odprawę, zejdzie z linii strzału”;

„Ustawka jak stąd do San Escobar. Sam Kurski „oddał się do dyspozycji” Dudy, Duda wykazał się „asertywnością”, a prezes ciućka landrynki i wzdycha jaka ta ciemna hołota naiwna. Kurski wróci i to za jeszcze większe pieniądze niż do tej pory”; – „Odwołają go, zostanie p.o. do czasu rozstrzygnięcia „konkursu” i potem „wygra” konkurs”; – „W państwie Jarka to nie ma znaczenia, kto jest na czele TVP, bo i tak wiadomo, że wszystko będzie robione tak, żeby się Jarkowi podobało. Zresztą Rachonie, Holeckie, Ogórkowe i Ziemkiewicze zostają” – pisali internauci.

W wielu komentarzach pojawia się wątek poprzedniego – nieudanego – odwołania Jacka Kurskiego. Próbowała tego dokonać Rada Mediów Narodowych w sierpniu 2016 r. Jeszcze tego samego dnia – po spotkaniu Czabańskiego i Lichockiej z Jarosławem Kaczyńskim – decyzja została zmieniona.

„W związku z pogłoskami o dymisji Kurskiego przypominam, że podobna ustawka już była. Za Tuska dziadka z Wehrmachtu wyleciał lipnie na kilka miesięcy z PiS. Właśnie w trakcie kampanii prezydenckiej 2005. Potem go przywrócono” – przypomniał Waldemar Kuczyński jeszcze jedną sytuację sprzed lat.

Kmicic z chesterfieldem

Kampania wyborcza Dudy to nieustanne rżnięcie Polaków. Tak ma ten oszust. Co przypominają mu Obywatele RP, którzy nazywają go łgarzem i krzywoprzysięzcą.

Dudzie wspaniale się kłamie w świątyni diabelskiej, w Radiu Maryja.

Tam kłamstwo jest wartością, ledwie mówiący składnie Rydzyk te oszustwa nazywa wartościami chrześcijańskimi.

Aksjologia wartości chrześcijańskich w Polsce osiąga swoisty szczyt: próchnicę kłamstwa Ryzyka i zarażonego Dudy, który poniżył urząd prezydenta i go zdeptał.

Ponadto odnosimy sukcesy na świecie. Niemcy odmówiły wydania w polskie ręce naszego rodaka przestępcy, gdyż przez ustawę kagańcową nie wierzą w praworządność pisowską.

Tak opluł Polskę Kaczyński i jego pachołki.

Prezydent w Radiu Maryja zapewnia słuchaczy: każdy emeryt dostanie przynajmniej 70 złotych waloryzacji. To nieprawda, a wynika to wprost z ustawy, którą Andrzej Duda podpisał niecały miesiąc temu. W ten sposób prezydent oszukuje ok. 300 tys. emerytów. PiS może sobie na to pozwolić, bo 13. emerytura zamazuje obraz rosnących nierówności między emerytami.

Prezydent Duda…

View original post 381 słów więcej

 

Duda rżnie w żywe oczy ws. ochrony klimatu

W wywiadzie dla TVP Info Andrzej Duda przekonywał, że Polska jest w ograniczaniu emisji „przodującym krajem świata”. Jesteśmy „w awangardzie ochrony klimatu”. Sięgnął po bezczelną manipulację klimatyczną o kryptonimie „Kioto”

Od czasu, gdy prezydent Duda wygrał plebiscyt na klimatyczną bzdurę roku 2018 („Opieranie na węglu bezpieczeństwa energetycznego nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu”; zobacz też „13 bzdur Dudy”), trudno z powagą traktować jego wypowiedzi o ochronie klimatu. Nie poprawił swych notowań opuszczając we wrześniu 2019 tzw. szczyt sekretarza generalnego ONZ – zamiast tego wybrał konferencję Donalda Trumpa o wolności religii. I to pomimo tego, że Polska sprawowała wtedy prezydencję COP.

Ale mimo wszystko przedświąteczna argumentacja prezydenta w TVP Info budzi zdumienie:

Duda wskazuje na zmniejszenie emisji porównując stan obecny z trującą gospodarką późnego PRL i pomijając dane z okresu transformacji, a w szczególności od 2015 roku, kiedy rządzi PiS. Prezydent używał tego chwytu już wcześniej, także podczas COP w Katowicach w 2018 roku. W czerwcu 2019 argumentu „Kioto” użył premier Morawiecki. Ale nie szli tak daleko w retoryce sukcesu, nie padały słowa o „awangardzie”.

Protokół z Kioto to ratyfikowane przez 141 krajów porozumienie przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Zostało wynegocjowane w grudniu 1997. Traktat wszedł w życie 16 lutego 2005 roku, a wygasł 31 grudnia 2012.

Tak jak powiedział prezydent Duda, Polska została w nim zobligowana do obniżenia emisji CO2 o 6 proc. w stosunku do 1990 roku. I z tego zadania rzeczywiście się wywiązała z nawiązką. Obrazuje to poniższy wykres przygotowany przez serwis Wysokie Napięcie.

Polska od 1990 do 2012 roku obniżyła emisję o blisko 30 proc. Ale rzut oka na powyższy wykres pokazuje, że nie był to taki sukces, jakim go prezydent maluje.

Nasza redukcja emisji CO2 była najniższa w całym byłym bloku wschodnim.

I co ważniejsze, obniżka nie jest szczególną zasługą kolejnych rządów, zwłaszcza obecnego. Wynika po prostu z tego, że po upadku komunizmu w latach 90. wygaszono ciężki przemysł, który w krajach realnego socjalizmu był głównym emitentem CO2. I to cała tajemnica.

Już nie redukujemy CO2. Emitujemy więcej

Skoro było tak wspaniale, to może jest nadal? Dlaczego prezydent nie użył aktualnych danych? Bo nie wyglądają tak różowo, wręcz przeciwnie są mocno brunatne i nie pomogą w propagandzie sukcesu.

Według szacunkowych danych Eurostatu z maja 2019 w 2018 roku emisja CO2 w Europie spadła w stosunku do 2017 roku. Ale w Polsce wzrosła o 3,8 proc.:

Polska jako jedyny duży kraj znalazła się w „zaszczytnym” gronie 8 państw, w których emisja CO2 rośnie. Jesteśmy na piątym miejscu, przed nami tylko Litwa, Malta, Estonia i Luksemburg.

Dogonimy Niemcy?

Według danych Eurostatu za 2018 rok jesteśmy już trzecim emitentem CO2 w Europie, za Niemcami i Wielką Brytanią. Gospodarka niemiecka wyemitowała do atmosfery 22,5 proc. CO2 całej UE i jest absolutnym liderem. Uderzające jest zestawienie poziomu emisji i udziału w ludności całej UE. Widać, że tylko Niemcy i Polska trują wyraźnie (1,4 raza) bardziej niż wynikałoby z liczby ludności, ale emisja w Niemczech spada (w 2018 roku aż o 5,4 proc.).

Udział sześciu największych krajów UE w emisji CO2 całej wspólnoty oraz odsetek liczby ludności Unii (w proc.)

Szacunki Global Carbon Project (GCP) przedstawione podczas COP 25 w Madrycie w grudniu 2019 roku wskazują, że polska emisja CO2 w 2018 roku była najwyższa od końca lat 90., gdy dokonano restrukturyzacji polskiego przemysłu ciężkiego:

Według przeglądu statystycznego BP w 2018 roku Polska wypuściła do atmosfery 322,5 mln ton dwutlenku węgla i jesteśmy na czwartym miejscu w rankingu największych emitentów CO2 w Unii Europejskiej, piątym w Europie i 19. miejscu na świecie (wg tych danych – za Niemcami, Wielką Brytanią i Włochami, ale przed Francją).

Emisje CO2 w Polsce były w 2018 roku o 7,1 mln ton wyższe niż w 2017. To największy – w liczbach bezwzględnych – przyrost w Unii Europejskiej i szesnasty największy na świecie.

W przeliczeniu na mieszkańca polski przyrost (188 kg CO2)  był wyższy nawet niż w Chinach (144 kr) i Indiach (121 kg).

Na ostatnim szczycie UE Polska jako jedyny kraj nie zobowiązała się do osiągnięcia w 2050 roku neutralności klimatycznej, co budzi wątpliwości nawet doradcy rządu. Prof. Philip Alston, wybitny ekspert ONZ, ostrzegał w OKO.press, czym grozi redukcja emisji – jak to ujął premier Morawiecki – „w swoim tempie”.

Kmicic z chesterfieldem

– Ekologizm to zjawisko bardzo niebezpieczne, bo to nie jest tylko pod postacią nastolatki, to coś co się narzuca, a ta aktywistka staje się wyrocznią dla wszystkich sił politycznych, społecznych – uważa abp Marek Jędraszewski.

O ekologizmie, który stoi w sprzeczności z nauką Kościoła Katolickiego mówił w rozmowie z Telewizją Republika abp Marek Jędraszewski.

– Skwituję to krótko: powrót do Engelsa i do jego twierdzeń, że małżeństwo to kolejny przejaw ucisku, a w imię równości trzeba zerwać z całą tradycją chrześcijańską, bez której my – Europejczycy nie zrozumiemy się, bo jesteśmy w niej wychowywani od tysiącleci. To się kwestionuje przez różne nowe ruchy, a także próbuje się narzucać jako obowiązującą doktrynę – powiedział duchowny.

Więcej >>>

Jako nauczyciel jestem przerażony. Wychodzę do uczniów z Herbertem, Miłoszem i Szymborską a oni do mnie z przekazem TVP. Ja o wartościach a uczniowie o urojonych zagrożeniach lub nieistniejących sukcesach.

Robert Kasiak – nauczyciel…

View original post 198 słów więcej

 

Olga Tokarczuk: wykład noblowski

„Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst szeroko wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję. Marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice”. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk przepisany słowo w słowo z relacji na żywo

„Gdzieś toną jacyś ludzie, gdzieś toczy się jakaś wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury. Zlew obrazów przemocy, mowy nienawiści rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie dobre wiadomości. Coś jest ze światem nie tak”, mówiła Olga Tokarczuk w swoim wykładzie noblowskim „Czuły narrator”, wygłoszonym w Sali Giełdy Akademii Szwedzkiej w sobotę 7 grudnia.

„Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, który ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.

Literatura jest zbudowana na czułości. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć, i któremu pragniemy się przeciwstawić ratując świat nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji, ekonomicznych, społecznych, światopoglądowych, w tym i religijnych.

Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności, sprowadziły nasz świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego jednocześnie małą i potężną częścią”.

Publikujemy cały wykład, przepisywany przez maszynistkę OKO.press Wandę Ostrowską


Olga Tokarczuk, Czuły narrator, Sala Giełdy Akademii Szwedzkiej, 7 grudnia 2019 roku


Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, zanim mnie jeszcze urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe. Chyba wiosenne. I najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku.

Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła. Jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu Kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje: Warszawa, Londyn, Luksemburg, albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem, czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie, jako kilkuletnia dziewczynka, byłam przekonana, że mama szukała mnie kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obrazy Kosmosu, próbując dowiedzieć się kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór, duży dekolt w łódkę, wskazują kiedy zrobiono to zdjęcie. To początek lat 60. ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje. To fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna. Kiedy ją potem pytałam o ten smutek, a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo, mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni. Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem strachu. Ale może być też odwrotnie – odpowiadała – jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań, gdzieś na zachodniej, polskiej prowincji pod koniec lat 60. XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną, materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek, oraz poza prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności.

Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: jestem nieobecna, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się jestem. Najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób, niereligijna, młoda kobieta – moja mama – dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

Brakuje nam języka

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach w informacji, w dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny. Za sprawą internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i co chyba ważniejsze, jak o nim opowiadamy ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także, a może przede wszystkim, wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść, rządzi.

Dziś problem polega na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne teraz, na ultra szybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzegnąć do wizji przyszłości. Może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś, niż nowe nic. Albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc pierwszoosobowe, mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi tworzone wokół ja twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z ja, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję ja i świat, a ta bywa alienująca. Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata.

Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu ja, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd, mimo że jeden z wielu, traktowany jest zawsze z uwagą i z powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej. Jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś ja i słuchamy świata w jego imieniu buduje więź z narratorem, jak żaden inny i każe postawić siebie w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji. Przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów, czy bóstw, na które nie mamy wpływu.

Na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym, jak my, na dodatek z takimi samymi, jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu to między narratorem opowieści, a czytelnikiem, czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie bazujące na empatii. Ta zaś, ze swej natury zbliża i niweluje granice. Bardzo łatwo jest zatrzeć w opowieści granice między ja narratora i ja, czytelnika. A powieść, która wciąga, wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona i to czytelnik dzięki empatii stanie się na jakiś czas narratorem.

Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los, albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna. Każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji głosu, który mówi. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książek widzę, jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego, autorskiego ja. Instynkt ekspresji może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu „opowiem ci moją historię”, „opowiem ci historię mojej rodziny”, albo „opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie.

Jest to fenomen na wielką skalę, także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażania siebie samego w słowie i opowieści.

Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów. Głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko. Jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie, jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego ja nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to jak się zdaje parabolicznego wymiaru opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności. Być może żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne, lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy, jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki, jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże. Odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej, czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy, czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze.

Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty. Ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczenia wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle. I zupełnie wykluczając z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki.

Dobra książka nie musi opowiadać się za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Czas seriali

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles, czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię.

Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania i przez to też rozumienia świata jest rewolucyjny. Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie narracji w czasie, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza, jak najdłużej, narracja serialowa mnoży wątki splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób, tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę – deus ex machina. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną. Postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do którego zdążyliśmy się już przywiązać traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji. Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, było satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści.

Taki rodzaj komplikowania i nie kończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne skutki psychologiczne, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność.

Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formy. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami jej przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości. Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Spełnione marzenia rozczarowują

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To czego według nich brakowało światu, to była powszechna mądrość płynąca z wiedzy. Jan Amos Komeński, wielki pedagog XVII w. ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł ideę możliwej omniscencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie, możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu.

Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał internet wydawało się, że idee te będą mogły wreszcie zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram mogłaby się wydać Komeńskiemu podobnie, jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości. Oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie, albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących. Na dodatek internet poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom, monopolistom steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie pansoficznie, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analitica, zamiast więc usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu, jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości, internet to coraz częściej opowieść idioty, pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komeńskiego opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa.

Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność powoduje powstawanie różnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Mit dzieje się zawsze

Kategoria fejk newsów i fejk upów stawia nowe pytania o to czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, dezinformować, czy wyprowadzić w pole nabierają powoli specyficznej, nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukcesu literatury non fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy do nas ponad naszymi głowami: opowiadam wam prawdę, moja opowieść oparta jest na faktach. Fikcja straciła zaufanie czytelników odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: czy to prawda, co pani napisała? Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury. To niewinne z punktu widzenia pytanie czytelnika dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam mu odpowiedzieć, jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego, konkretnego, historycznego, ale też symbolicznego i symbolicznego i mitycznego uczestnictwa w łańcuchu wydarzeń zwanych naszym życiem.

Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć, nadać im sens zamieniają się one w doświadczenie.

Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie.

Wierzę, że rolę takiej kultury pełni mit. Mit, jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do „Dynastii”, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non fiction. W morzu wielu definicji fikcji najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy. Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Foster. Pisał on, że kiedy mówimy umarł mąż, a potem umarła żona, to jest to relacja, kiedy zaś mówimy umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona, to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania co było potem, do próby jego zrozumienia opartym na naszym, ludzkim doświadczeniu dlaczego tak się stało? Literatura zaczyna się od owego dlaczego, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy, zwyczajnym nie wiem.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii. Wykracza bowiem za same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia kina, fotografii, virtual reality, augmented reality stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając, najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej odkodowanie na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej, a przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia. Od oralności zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian.

Największym osiągnięciem tej przemiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii, czy symboli. Dziś, to jasne, stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego. Nie ma już potrzeby prowadzenia dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać listu, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się z przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę, sięgnąć po autobiografię, nie ma sensu, skoro śledzi się życie celebrytów na instagramie i wie się o nich wszystko. Na wykładach nagrywa się zamiast robić notatki.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX w., martwiąc się wpływem kina i telewizji. Dziś to zupełnie inny wymiar doświadczania świata, oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

Co jest nie tak ze światem

Nie chcę szkicować tu całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje, że doświadczając go poprzez szybę ekranu, poprzez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące ktoś, coś, gdzieś, kiedyś może być dziś bardziej niebezpieczne niż wygłaszanie z absolutną pewnością bardzo konkretnych i określanych idei, ziemia jest płaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. Gdzieś toną jacyś ludzie próbujący przeprawić się przez morze, gdzieś od jakiegoś czasu trwa jakaś wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie dobre wiadomości, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować, coś jest ze światem nie tak. To poczucie zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze psychologiczna, skupia się bowiem na wewnętrznych relacjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępny dla drugiego człowieka, lub też zwyczajnie prowokuje czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań.

Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, zrozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los. Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu, nawet jeżeli nie wyraża tego wprost.

Nawet, kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii poszukując nowych środków wyrazu.

Czytając najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść nie potrafimy powstrzymać się od pytań dlaczego tak się dzieje, co to znaczy, jaki jest tego sens, do czego to prowadzi? Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści, jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż niezmordowanie snuje swoje narracje.

Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum i emocje. Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści było fatum, które oprócz tego, że zawsze jawiło się ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy

Szanowni państwo, kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze nie było, kilka lat później czytała mi baśnie. W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi. Pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho, a przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego, przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że  przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta, były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt. Były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał i słońce, i księżyc, i wszystkie ciała niebieskie, cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukując w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym, jak za sprawą jednego kliknięcia wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze.

Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów, męczący, biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość w jakiej żyjemy w tym nas upewnia. Lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, nasz obiad nijak się ma do wielki ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku. Żeby łatwiej nam to było znieść, dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania, jakiejś jednej, jedynej cząstki tej całości, którą już przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani cudzymi decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił, historii, czy przypadku. Nasza duchowość zanika, albo staje się powierzchowna i rytualna, albo wręcz stajemy się wyznawcami prostych sił fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami, jak byśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu. Te wszystkie mosty, śruby, stawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy, jestem o tym przekonana, pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości. Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść żeby mogła unieść tę wielką, konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust, utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej. Znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata. Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 r., odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka. Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 mln z blisko 60 mln. rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 proc. całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała latami i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadniane w wyrafinowany sposób pola uprawne wróciła dzika roślinność. Prawie 60 mln hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę. Roślinność regenerując się pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla przez co osłabł efekt cieplarniany, to zaś obniżyło globalną temperaturę ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI w. przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu. Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa, produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia, najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc związać swojej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd.  Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorszy, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii. Dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe.

Znaczące ochłodzenie, szczególnie dotkliwie było odczuwane tutaj, w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatki. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrost na południe, wdając się w wojny z Polską, zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii i angażując się w wojnę 30-letnią w Europie.

Wysiłki naukowców próbujących lepiej zrozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęstą powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny efekt motyla, który, jak wiemy, polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł ciągle w ruchu, potężna fala życia, która wędruje poprzez czas. Odkrycia efektu motyla kończy, według mnie, epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy, jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż mogło się człowiekowi zdawać i, że on jest małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasami bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu. Jesteśmy wszyscy my, rośliny, zwierzęta, przedmioty zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk, to wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makro skala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją, na innym poziomie, jego nieustannych procesów przemiany.

Marzy mi się metafora

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą. Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego ja, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego, oczywistego i banalnego centrum powszechnie podzielanych opinii i potrafiła spojrzeć na sprawy ekscentrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, do prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst szeroko wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję. Marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice i w końcu marzy mi się gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie pokochają czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora, czwartoosobowego, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu dramatycznego, ale potrafił zawrzeć w sobie zarówno perspektywę zarówno każdej postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem „na początku było słowo”, który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku, który śledzi serial powstawania Kosmosu, który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „i uznał Bóg, że to było dobre”.

Kim jest to, które wie, co sądził Bóg? Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko, to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas rozpoznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest tu jest powiązany z gestem tam. Że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części. Że rozróżnienie na moje i twoje, zaczyna być dyskusyjne.

Zaufać fragmentowi

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór. Odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Opowiadać ignorując przerażenie upływem czasu i innością dalekich przestrzeni, snuć historie żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym, wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej. Z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki, zrezygnować z określenia literatury narodowe wiedząc dobrze, że Kosmos literatury jest jeden, niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś autor i czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji. Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie pojęcia realizmu i poszukiwanie takiej jego odmiany, która pozwoliłaby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy dziś świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie, jak ta tutaj. Może to, co nieuchronnie nas czeka to jakiś neo-surrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo-skutkowego.

O tak, nasza rzeczywistość już dziś stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych, intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować. Co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu.

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni. Porzucimy stare, krępujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W „Doktorze Faustusie” Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki, będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego na czym miałaby polegać ta muzyka. Stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć, stworzyć wyobrażenie. A to, co wyobrażone jest pierwszym stadium istnienia.

Czułość

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssane z palca. Kiedy piszę muszę wszystko czuć wewnątrz siebie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nie obdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy czułość. Czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdywania podobieństw.

Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawanie istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić. Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach, ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów, ani symboli, nie prowadzi do zbrodni, ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ja. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna. Wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest świadomym, choć może trochę melancholijnym współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, który ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący i od siebie współzależny.

Literatura jest zbudowana właśnie na czułości. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu. Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć, i któremu pragniemy się przeciwstawić ratując świat nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji, ekonomicznych, społecznych, światopoglądowych, w tym i religijnych. Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności, sprowadziły nasz świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego jednocześnie małą i potężną częścią.

Dziękuję.

Bandyckie metody Ziobry

Ziobro załatwia swoje porachunki z sędzią Wojciechem Łączewskim, stosując bandyckie metody.

Xerofas

460 posłów i 100 senatorów zainaugurowało dzisiaj swoje czteroletnie prace. Obie izby wybrały marszałków, a parlamentarzyści złożyli ślubowania. Uwagę przykuły przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy i marszałka seniora Antoniego Macierewicza, a także słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego o „końcu totalnej opozycji”.

  • Marszałkiem Sejmu została Elżbieta Witek z PiS, a marszałkiem Senatu Tomasz Grodzki z KO
  • Andrzej Duda podczas orędzia w Sejmie przestrzegał, że „ryba psuje się od głowy”. – Głowa jest tutaj – zwracał się do posłów
  • Marszałek senior Antoni Macierewicz podkreślał znaczenie konstytucji i wskazał jej trzy artykuły, które uważa za „podstawę naszego ładu państwowego”
  • Barbara Borys-Damięcka relacjonowała zaproszenie Olgi Tokarczuk na pierwsze posiedzenie Senatu. Noblistka je odrzuciła
  • Wicemarszałków wybrał już Sejm. Wciąż nie zrobił tego jeszcze Senat

Marszałkiem Sejmu została posłanka PiS Elżbieta Witek, która piastowała to stanowisko od sierpnia 2019 r. Jej kandydaturę poparła zdecydowana większość – „za” głosowało 314 posłów. Z kolei marszałkiem Senatu został Tomasz…

View original post 3 063 słowa więcej

Czy Banaś, Ziobro i Kamiński mają nagrania na pisowskich kumpli?

Czy boję się hejtu? Już mnie dotknął, już witałam CBA o szóstej rano w domu. Bezradności? Iwona Hartwich śpiąca na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi też wyglądała na bezradną. A jej upór spowodował wiele zmian.

Aleksandra Lewińska: Czytam w komentarzach, że wygrała pani na „ładną buzię”.

Magdalena Łośko: Jeśli by tak było, to, nie ujmując oczywiście urodzie kolegów z lepszymi wynikami, w Bydgoszczy powinnam wygrać w cuglach (śmiech).

A ponad 11 z 14 tys. głosów zawdzięcza pani mieszkańcom Inowrocławia i powiatu inowrocławskiego.

– Znają mnie i jestem pewna, że nie postawili krzyżyka za ładne oczy. Od 2010 r. jestem inowrocławską radną, od kilku lat wiceprzewodniczącą rady. Jestem społeczniczką, podejmowałam wiele inicjatyw lokalnych, ważnych dla mieszkańców. Cieszy mnie, że to dostrzegli, docenili i dali mi szansę na to, by działać także dla szerszej społeczności.

Bydgoszczanie nie znają. Wielu ma wrażenie, że wchodzi pani do Sejmu jako „skrzydłowa Krzysztofa Brejzy”. Jego asystentka.

– Przez wiele lat byłam dyrektorką biura poselskiego Krzysztofa Brejzy. Tam miałam okazję przyglądać się polityce krajowej i obserwować ją „od kuchni”. Jest fascynująca. Obserwowałam poselską pracę i zaangażowanie Krzysztofa. Szybko jednak zaczęłam pracować na własny rachunek. Niemal dziesięć lat pracy w samorządzie wiele mnie nauczyło. Ale jak ktoś chce nazywać mnie „asystentką”, jego sprawa.

Asystentka w ustach złośliwych bardziej „upupia”.

– Jasne. Ale obrażalska nie jestem. I mam poczucie, że nie muszę wybijać się na niepodległość, niczego udowadniać. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, z jakim zaangażowaniem pracowałam w samorządzie. Wśród ważnych tematów, którymi zajmowałam się przez lata, jest choćby walka o obwodnicę Inowrocławia. Ja także mam w tym swój udział. Było też wiele innych inicjatyw interesujących bardziej społeczność lokalną, więc pewnie to nie miejsce na ich wymienianie. A teraz przede mną czas rozwijania działalności, rozszerzania terytorium, na którym działam.

Ale poparcie Brejzy pomogło.

– Bardzo je sobie cenię. Zaufał mi, wierzy w moje możliwości. Dla mnie to duża nobilitacja.

Przyjaźnicie się?

– Tak zwyczajnie, po ludzku – tak. Ale przede wszystkim współpracujemy zawodowo. Poseł Brejza jest wymagający, ja zaangażowana i pracowita. Myślę, że to zdecydowało o jego wsparciu.

Nie boi się pani, że ta ścisła współpraca szybko uczyni z pani kolejną czarną postać prezentowaną regularnie w Wiadomościach?

Jako samorządowiec doświadczyłam już hejtu nie raz i nie dwa. Od opluwania mnie w internecie, po seksistowskie komentarze. Nagonka w TVP na posła Brejzę też uderzyła we mnie rykoszetem. O 6 rano otwierałam drzwi panom z CBA, którzy weszli do mieszkania na przeszukanie i po sprzęt elektroniczny.

To szalenie smutne, że telewizja, która nazywa się publiczną, która powinna realizować misję, stać na straży obiektywizmu i rzetelności przekazu, w istocie jest tubą propagandową partii rządzącej, źródłem hejtu, platformą wykluczania wszystkich, którym nie po drodze z PiS.

Coś w tym sprzęcie CBA znalazło?

– Nic, bo nie mieli czego w nich szukać. Nie mam nic do ukrycia.

Gdy CBA postanowiło grzebać w telefonach dzieci, nie miała pani ochoty rozstać się z polityką? Żeby oszczędzić takich chwil rodzinie?

– Przemknęło mi to przez głowę. Ale zaraz potem przyszła inna refleksja. Mam za sobą dziesięć lat pracy na szczeblu samorządowym, zaufanie wyborców, bliskość, chęć rozwiązywania ich problemów. Za dużo przeszłam, za dużo osiągnęłam, by myśleć o wycofywaniu się. To byłoby poddanie się. Druga sprawa: w sytuacji gdy CBA, z powodów czysto politycznych, puka do twoich drzwi o 6 rano, z jednej strony pojawia się myśl: „polityka to bagno, to nie dla mnie”. Z drugiej: „polityka potrzebuje więcej takich jak ja, by standardy w niej panujące wreszcie się zmieniły”. Przedyskutowaliśmy temat z mężem, zdecydowaliśmy, że nie kapitulujemy.

I zdobyła pani trzeci wynik na liście Koalicji w naszym okręgu. Zaskoczona?

– Jasne! Mimo że wiedziałam, że jestem poważnym zawodnikiem. Już trzecią kadencję pracuję w radzie miasta. W każdych kolejnych wyborach zdobywam coraz więcej głosów. W ostatnich – miałam najlepszy wynik w swoim okręgu, pomimo silnej konkurencji. Ale w polityce niczego nie można być pewnym. Z pokorą czekałam na wyniki w niedzielę. Spływające częściowe dane szalenie cieszyły, okazało się, że Inowrocław to bastion, w którym Koalicja wygrywała niemal dwukrotną przewagą nad kandydatami PiS.

Z naszego okręgu do Sejmu dostały się tylko trzy kobiety. Mało.

– Ale z całej Polski już 131. To nieźle, choć wciąż, oczywiście, dużo za mało. Polska polityka, co widać obecnie tak wyraźnie, jak nigdy przedtem, potrzebuje kobiet.

Tylko niech pani nie mówi, że „złagodzą obyczaje”?

– Nie zubażajmy naszej roli. Tu nie o łagodność, ale o determinację i zaangażowanie chodzi. Kobiety patrzą z innej perspektywy. Coraz donośniej upominają się o swoje prawa, o prawa najsłabszych. Mają pomysły na uzdrowienie edukacji, o której matki przecież naprawdę dużo wiedzą. Nasza wrażliwość, wyczulenie na problemy społeczne, są polskiej polityce, szczególnie dziś, bardzo potrzebne. Myślę, że najbliższe lata będą czasem kobiet.

Serio? Przy większości PiS w Sejmie?

– To nie ułatwia sprawy. Ale nie zakładam, że podczas tej kadencji będę bezradną posłanką. Wierzę, że determinacja przynosi efekty. Przykładem niech będzie pani Iwona Hartwich z Torunia, która nocowała na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi. Też wyglądało na to, że jest bezradna. Ale jej upór spowodował wiele zmian.

Dziś w internecie krąży symboliczne zdjęcie, na którym Iwona Hartwich biegnie za Bernadetą Krynicką, prosząc ją o uwagę i zainteresowanie ważkim problemem niepełnosprawności. Wszyscy wiemy, jak obie panie zostały zweryfikowane w wyborach. Buta i arogancja PiS otrzyma prędzej czy później rachunek od Polaków.

Protestowała pani w ostatnich czterech latach?

– Oczywiście. Współorganizowałam Czarny Protest w Inowrocławiu, pikiety w obronie wolnych sądów i niezależnych mediów. Sprawy kobiet są mi oczywiście bliskie.

Teraz będzie pani walczyć w Sejmie, nie na ulicy. O co?

– O to, czego potrzebują ludzie. Taką strategię przyjęłam w samorządzie. I sprawdziła się. Tylko takie uprawianie polityki daje prawdziwą satysfakcję. Jako radna starałam się być tak blisko ludzi, jak to możliwe. Mam za sobą liczne spotkania, dyżury, wiele problemów, często niełatwych, które udało się rozwiązać. Słucham ludzi, nie tracę kontaktu z rzeczywistością.

Przykład?

– Choćby sprawa z masztem telekomunikacyjnym, który miał stanąć na jednym z osiedli w Inowrocławiu. Zatrzymanie tej inwestycji wymagało ogromnego zaangażowania. Rozmawiałam z ludźmi, słałam w ich imieniu pisma do urzędów, prokuratury. Stanęłam po stronie mieszkańców.

Maszty szkodzą?

– A wiemy, że na pewno nie szkodzą? Moim zdaniem prawo jest zbyt liberalne dla firm telekomunikacyjnych. Wspólnie z samorządowcami zebraliśmy 4 tys. podpisów sprzeciwiających się mieszkańców. Byliśmy skuteczni.

Czym się pani zajmie jako posłanka?

– Dla mnie bardzo ważna jest edukacja, służba zdrowia i ekologia. Wiem, że reforma edukacji, z punktu widzenia wielu rodziców, była błędem. Powinniśmy się skupić na zmianach w programie nauczania. Dzieci są niezmiernie obciążone. Ciężkimi jak ołów plecakami, ale też ciągłymi zmianami. Do tego dochodzą niepokojące zjawiska społeczne. Przecież hejt to nie tylko polityka w internecie. Dotyka też uczniów, wchodzi do szkół. To są realne problemy edukacji. Realnym problemem jest też wykształcenie odpowiedniej liczby lekarzy i zatrzymanie ich w kraju, jeśli nie chcemy zamykać kolejnych szpitalnych oddziałów. Zostając przy temacie służby zdrowia, najbardziej na sercu leży mi kwestia dostępności do nowoczesnych metod leczenia. Każdy z nas ma lub miał wśród bliskich osobę chorą onkologicznie. Ja również. I bardzo boli, że w Polsce nie mają dostępu do nowoczesnych leków. Że chory pewnie żyłby dłużej, gdyby urodził się gdzie indziej. W tym zakresie jest bardzo dużo do zrobienia.

Podobnie jak w kwestii ekologii.

– Choć partia rządząca uważa, że np. problemu smogu nie ma… Rozmawiam z ludźmi i wiem, że oni go dostrzegają. I martwią się zanieczyszczonym powietrzem. Na szczeblu samorządowym zabiegałam o to, by dotacje na wymianę „kopciuchów” były większe. I podniesiono je w Inowrocławiu z 25 do 50 proc. W Sejmie będę walczyć o to, by rząd wsparł samorządy w walce ze smogiem. Bez tego polegną. A to ostatni dzwonek, by podjąć realne działania.

Magdalena Łośko – uzyskała w wyborach do Sejmu, startując z piątego miejsca, 14 407 głosów. To trzeci wynik w Koalicji Obywatelskiej w naszym okręgu. Od 2008 była szefową biura poselskiego Krzysztofa Brejzy, dwa lata później została inowrocławską radną, a w 2014 – wiceprzewodniczącą rady miasta. Pięć lat później – naczelnikiem wydziału kultury i promocji Starostwa Powiatowego w Inowrocławiu. Ma 35 lat, jest mężatką, mamą bliźniaczek, ukończyła pedagogikę na UKW w Bydgoszczy.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Pokonać PiS

Nieoficjalne informacje z Brukseli wskazują na to, że Komisja Europejska, po apelu 50 organizacji społecznych z Polski, w tym Akcji Demokracji, skierowała dziś na posiedzeniu do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę na system dyscyplinowania sędziów w Polsce.

Więcej o Małgorzacie Kidawa-Błońskiej >>>

Ta najbliższa niedziela

Naprawdę niezwykła jest ta zwykłość czasu poprzedzającego wydarzenie, które – to wiadomo – będzie miało konsekwencje liczne i zdecydowanie mało zwykle.

Choć w niedzielę, to wiem – sam będę miał poczucie niezwykłości chwili. Zresztą mam je zawsze, gdy wchodzę do lokalu wyborczego, daję dowód osobisty, biorę kartkę wyborczą i oddaję głos. Śmiejcie się z patosu, ale zawsze jestem wzruszony, zawsze pamiętam o moich rodzicach, dziadkach, prababciach i pradziadkach, którzy o tych kilku chwilach marzyli tak długo, często większość życia, często do śmierci i bezskutecznie.

A ze wzruszeniem sąsiaduje poczucie odpowiedzialności. Że to nie jest epizodzik, akt nieistotny, ale że jest to chwila ważna i wybór istotny szalenie, że w związku z tym trzeba się poważnie zastanowić nad tym dlaczego ta chwila jest tak ważna, nad tym co robię, na kogo i na jaką Polskę głosuję.

W jakimś sensie niedzielne wybory są oczywiste, a niedzielny wybór bardzo prosty. Chcę demokratycznej Polski, Polski praworządnej, Polski tolerancyjnej, Polski, która nikogo nie wyklucza, Polski, która szanuje prawa kobiet i mniejszości, Polski, w której życiorysy, losy i kariery nie zależą od posiadania określonej legitymacji partyjnej albo odpowiednio głośnego wyznawania określonej wiary, ale od pracy i talentu, Polski, która pamięta o przeszłości, ale nie jest jej więźniem, która szanuje dawnych bohaterów, ale nie jest ślepa na ich błędy, Polski, która nie boi się rywalizacji z innymi państwami i narodami, ale też Polski, która zawsze szuka przyjaciół i jest gotowa przyjaźń okazywać, Polski, która ma wielkie serce dla gości z zagranicy i dla słabszych w Polsce, dla biednych i poniewieranych, Polski, która jest dumna z przeszłości ale z odwagą patrzy w przyszłość, Polski, na którą inni patrzą z szacunkiem, Polski, którą traktują jak wiarygodnego partnera, a nie jak problem, Polski uśmiechniętej, w której najważniejszymi słowami są szacunek, wspólnota, solidarność i odpowiedzialność. I na taką Polskę będę w niedzielę głosował, bo o takiej zawsze marzyłem i z tym marzeniem nigdy się nie rozstanę.

Gdy będę szedł do lokalu wyborczego będę szukał wzrokiem młodych ludzi, mając nadzieję, że zobaczę ich jak najwięcej, przejętych, mających poczucie, że i dla nich to bardzo ważna chwila. Co chciałbym tym młodym ludziom powiedzieć dziś? Może parafrazowałbym słowa amerykańskiego prezydenta. Czy pozwolilibyście, by ktoś wybierał Wam jakiej muzyki słuchać, czego szukać w internecie, jak się ubierać, jak i z kim spędzać czas, kogo kochać? Nie. To nie pozwalajcie w takim razie, by ktoś wybierał za Was Waszą przyszłość. Bo są tacy, którzy chcą Wam urządzić życie. A na końcu Was urządzą. I nie będzie to miłe. Będę też myślał o moich córkach, starszej, która będzie w wyborach parlamentarnych głosowała drugi raz i młodszej, która posłów i senatorów będzie wybierała po raz pierwszy. Jestem z nich bardzo dumny. W ostatnich tygodniach szczególnie z tego, że absolutnie same z siebie, postanowiły przekonywać młodych do głosowania, bo ich samych do tego przekonywać nie trzeba. Ale będę też myślał o przyszłości, ich i ich rówieśników. Jaką Polskę im wybieramy, jaką Polskę im zostawimy, czy będzie to fajne miejsce do życia. Takie, w którym można oddychać wolnością, a nie smogiem.

Będę też myślał o moim ojcu. Chodził w średniej wielkości mieście na wszystkie chyba demonstracje w obronie wolnych sądów, uważa, że w Polsce dzieje się bardzo źle, nie chce ostatnich – jak mówi – lat życia, spędzić w kraju, który zamiast kwitnąć marnieje. Takich jak on, starszych Polaków, dla których te wybory są ważne szalenie, którzy już teraz boją się nie tylko porażki, ale smutku oraz rozpaczy w razie przegranej, jest bardzo wielu. Chciałbym ich wszystkich przytulić, dodać otuchy i wiary w przyszłość, może w jakimś stopniu niezależnie od niedzielnego wyniku.

Będę też myślał o moich rodakach, którzy w niedzielę będą szli głosować na Prawo i Sprawiedliwość, tych, których wizja Polski i sympatie są tak różne od moich. I tak, będę o nich myślał z serdecznością, bo oni też będą głosowali z myślą o dobru Polski. Nadejdzie czas, oby niedługo, że wszyscy zobaczymy jak wiele nas łączy, nawet jeśli dziś tak wiele nas dzieli. W naszym domu musi być dobre miejsce dla każdego, każdy musi się w nim czuć dobrze.

Ale tak, mam, nawet jeśli nie wielką, to szczerą nadzieję, że wygrają te wybory ci, którzy chcą Polski zupełnie innej niż państwo budowane teraz. Bez drugich sortów, kanalii i mord zdradzieckich, bez epitetów, kłamstw, paskudnej partyjnej propagandy i codziennego szczucia Polaków na siebie.

A gdyby się nawet okazało, że ta wizja w niedzielę przegra, to i tak będę jej wierny, bo ani Polska w tę niedziele nie umrze, ani marzenia nie umrą, a ludzie, nawet mający poczucie porażki, będą potrzebowali nadziei, optymizmu i wiary, że jak nie teraz, to następnym razem, za jakiś czas, wreszcie się uda.

Idźcie, kochani głosować. Przekonajcie do tego słowem i uśmiechem kogo się da, pomóżcie głosować komu trzeba.

Bądźmy razem, teraz, w niedzielę, w poniedziałek, w następnych dniach, miesiącach i latach. Jeśli praworządna, tolerancyjna, szanująca prawo i prawdę Polska nie wygra w niedzielę, to i tak prędzej czy później wygra, jeśli tylko się nie poddamy, nie opuścimy rąk, nie zrezygnujemy.
Ta chwila nadejdzie. Trzeba tylko robić swoje. Zróbmy swoje. Do zobaczenia w lokalu wyborczym w najbliższą niedzielę.

Kmicic z chesterfieldem

To jeden z wielu komentarzy po debacie wyborczej w TVN 24. Wzięli w niej udział Marcin Horała z PiS, Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej, Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL, lider Lewicy Razem Adrian Zandberg oraz Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Horała w ostatniej chwili zastąpił wyznaczonego przez PiS do udziału w tej debacie Jacka Sasina: „Pierdyknęło” rzekł w debacie wyborczej wicepremier J. Sasin – „Nowe elyty…”. Niewiele brakowało, a nikt z PiS nie pojawiłby się w studiu TVN, o czym przebąkiwał wicerzecznik partii Radosław Fogiel.

W trakcie wczorajszej debaty Horała skarżył się, że pozostali uczestnicy mieli… więcej czasu niż on. – „Jedno w PiS jest stałe i niezmienne: narracja oparta na kłamstwie”; – „I prawie płacze, że tak się wszyscy uwzięli na niego. No cóż, warunki cieplarniane dla PiS tylko w TVP”; – „Biedak przyszedł do niezależnej telewizji i okazało się, że musi odpowiadać na konkretne pytania, a nie bajki…

View original post 1 781 słów więcej

 

Czy PiS odbije się oranżada z pierwszej komunii?

Prawnik prof. Jerzy Zajadło na temat bieżących spraw politycznych w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych.

O aferze prezesa NIK: Proszę Państwa, to już naprawdę jest jakieś horrendum. Facet piastujący stanowiska szefa administracji skarbowej, ministra finansów i prezesa NiK publicznie przyznaje, że oszukiwał Skarb Państwa i nie widzi w tym nic złego. Zaniżając wysokość czynszu najmu i przerzucając, to do rozliczenia w cenie sprzedaży nieruchomości zaniża wysokość płaconych podatków. Dla nie wtajemniczonych – od przychodów z najmu zapłaci podatek, od sprzedaży nieruchomości ani grosza, ponieważ nabył ją dawno temu. Przyznanie się do tego publicznie może oznaczać tylko jedno – albo całkowitą nieznajomość prawa podatkowego – mimo piastowanych stanowisk, albo całkowite poczucie bezkarności z powodu określonej opcji politycznej.

Atak PiS na sądownictwo: Za chwilę nowy rok akademicki i trzeba będzie wykładać Wstęp do prawoznawstwa dla młodych przyszłych prawników. Co im powiedzieć, by nie wyrośli na klony Kanthaków, HorałówAstówSzaramów czy Kaletów? Nie mam wyjścia, muszę ich skonfrontować z ponurą rzeczywistością i jasno przekazać: Zobaczcie, tak oto jest, a tak oto być powinno i tym się różni bezprawie od prawa. Przez cztery lata PiS zdemolował państwo i różne jego elementy w coś zamienił. Trybunał Konstytucyjny zamienił w pustą atrapę, Sejm i Senat – w kompletną farsę. To smutne i żałosne. Jest jednak pewien fragment aparatu państwowego, którego metamorfoza wydaje się szczególnie niebezpieczna – to prokuratura. W tym przypadku mamy bowiem do czynienia ze zmianą charakteru organu, który z definicji ma stać na straży prawa, a tymczasem stał się kompletnie posłusznym narzędziem tworzenia pozorów legalizmu. To samo PiS ciągle próbuje uczynić z sądami, ale jak na razie, na szczęście, jeszcze mu się nie udało.

O Kornelu Morawieckim: Przepraszam z góry – mam ogromny szacunek dla majestatu śmierci. Jednak oprawa uroczystości pogrzebowych Kornela Morawieckiego w porównaniu z tym, co miało miejsce w porównaniu z pożegnaniem np. Karola Modzelewskiego, biorąc pod uwagi uwagę ich życiowy dorobek i zasługi dla niepodległości Polski, przyprawia mnie niestety o poczucie zażenowania. Trudno, nic poradzę, tak to czuję. To wszystko jest niestety żenujące.

Wybory: Marszałek Karczewski jest po prostu nieoceniony. Na pytanie red. Piaseckiego o przyczynę rozdźwięku pomiędzy obietnicami programu PiS z 2014 roku a obecną zapaścią systemu ochrony zdrowia po czterech latach rządów, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Nie bądźmy naiwni – czytaj: obietnice wyborcze to jedno, a rzeczywiste rządzenie to drugie. Trafił w sedno, rzeczywiście: nie bądźmy naiwni 13 października. Nie wiem kto wygra wybory, mam nadzieję, że opozycja. A jeśli wygra, to jej współczuję – ciężko będzie posprzątać ten burdel po PiS-ie. Jest jednak pewien bardzo prozaiczny, ale jednocześnie głęboko antropologiczny powód, dla którego trzeba wziąć udział w wyborach parlamentarnych, a później prezydenckich i zagłosować w określony sposób – chociażby po to, by wizerunkiem Polski przestała być nienawistna twarz Kaczyńskiego, kłamliwa facjata Morawieckiego i głupawa mimika Dudy. Na początek to i tak dużo, nawet bardzo dużo.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio >>>

Kmicic z chesterfieldem

 „Ale to już jest masakra. Minister kultury sporego europejskiego kraju w telewizorze przyznaje, że nie zna książek swojej rodaczki, która ma spore szanse na Nobla. O nominacji wiadomo od kilku miesięcy. Nie zna, bo jej nie lubi. I się nie wstydzi, a nawet jest dumny” – to tylko jeden z wielu komentarzy internautów po wypowiedzi Piotra Glińskiego na temat twórczości jednej z najlepszych polskich powieściopisarek. – „Próbowałem przeczytać książki Olgi Tokarczuk, nigdy nie dokończyłem” – powiedział wicepremier w TVN 24.

Gliński stwierdził także, że jedna z najbardziej prestiżowych polskich nagród literackich, czyli Nagroda Nike, to też nie jest szczególnie dla niego istotna. – „Ja szczególnie nie śledzę, bo jest środowiskowo zogniskowana. To nie jest moje środowisko, więc mniej się interesuję tymi sprawami” – powiedział minister kultury.

A Olga Tokarczuk znalazła się w ścisłej czołówce pisarzy typowanych do najważniejszej światowej nagrody literackiej. Nazwiska laureatów Nobla za 2018 i 2019 r…

View original post 3 422 słowa więcej