Archiwa tagu: Policja

Tusk może 100. lecie odzyskania niepodległości odzyskać dla Polek i Polaków

Były premier i szef Rady Europejskiej szykuje swoje przesłanie na kluczowy weekend 10–11 listopada.

„Donald Tusk: Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje” – to tytuł wykładu, który w sobotę rano Donald Tusk wygłosi w ramach „Igrzysk Wolności” – corocznej konferencji organizowanej w Łodzi. Można spodziewać się ważnego politycznego wystąpienia, które ma być kolejnym elementem szerszego przesłania towarzyszącego stopniowemu powrotowi byłego premiera do bieżącej polityki.

– Tusk pokaże kontrast między tym, co robi władza w kontekście 11 listopada, a europejską i liberalną alternatywą. Pokaże wyraźną alternatywę dla tego stylu patriotyzmu. Będzie też chciał dać przez to do zrozumienia, że opozycji do wygrywania nie wystarczy zjednoczenie i bycie anty-PiS, ale że potrzebna jest spójna, pozytywna wizja całego państwa. Tusk uważa, że potrzebna jest konfrontacja ideowa – twierdzi nasz rozmówca znający sytuację. I podkreśla, że było to widać już w trakcie przesłuchania Tuska przed komisją ds. Amber Gold. Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że między uszczypliwymi uwagami były premier mówił m.in. o braku efektywności PiS po 1000 dniach rządów w rozliczaniu rzekomych afer PO. I bronił mocno np. rozdzielenia prokuratury od Ministerstwa Sprawiedliwości.

Tusk już kilka tygodni temu, w trakcie spotkania z mieszkańcami Krakowa, mówił o potrzebie politycznego pojednania na 11 listopada. – Gdyby tak liderzy polskich partii politycznych, bez wyjątku, mogli razem zamanifestować nieudawaną przyjaźń, to byłoby ważniejsze niż wszystkie fajerwerki i festiwale – podkreślał. Tusk mówił też, że nie ma żadnej potrzeby, aby Polacy nienawidzili się wzajemnie. – Nie zrealizujemy żadnego projektu, jeśli będziemy gotować sobie piekło – mówił wtedy. Można się spodziewać, że w swoim przemówieniu nawiąże i do tych tematów. – Tusk zawsze planował na kilka ruchów naprzód – mówi nam teraz o krakowskim przemówieniu Tuska jeden z ważnych polityków PO.

W niedzielę były premier rozpocznie dzień od złożenia kwiatów pod pomnikiem marszałka Józefa Piłsudskiego. W południe ma uczestniczyć w uroczystościach państwowych przed Grobem Nieznanego Żołnierza. W czwartek na Facebooku pojawiło się nawet specjalne wydarzenie „100-lecie świętuję wspólnie z PDT”. W analogiczny sposób – poprzez komunikaty w mediach społecznościowych – zapowiadane było między innymi spotkanie i „spacer” Donalda Tuska w Krakowie. Były premier oświadczył już wcześniej, że nie przyjął zaproszenia prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by być tego dnia z liderami Zachodu w Paryżu. – Bardzo bym nie chciał, żeby było takie wrażenie, że Polska jest kompletnie osamotniona – stwierdził.

Grzegorz Schetyna zapowiedział już, że przed Grobem Nieznanego Żołnierza się nie pojawi. PO będzie reprezentować wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska.

– To są rzeczy bez precedensu w Warszawie. Jak odbywały się marsze i były hasła rasistowskie, a ratusz zgłaszał wnioski rozwiązujące te demonstracje, to rządzący usprawiedliwiali, to co się działo. W tej chwili mamy większe zagrożenie. Policja sama mówiła, kilka dni temu, że nie jest w stanie tego nadzorować. Rok temu czy dwa lata temu, to wyglądało tak, że raczej policja dostawała rozkaz żeby zajmować się tymi, którzy protestowali przeciwko rasistowskim hasłom, a nie tym, którzy takie hasła propagowali – stwierdził Rafał Trzaskowski w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

– Będziemy o 9 [11 listopada] przed pomnikiem Piłsudskiego przed Belwederem z przyjaciółmi z Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną. Będziemy na grobach bohaterów narodowych. Mamy swój pomysł w jaki sposób w skupieniu ten dzień świętować. My będziemy razem przed pomnikiem Piłsudskiego – dodał przyszły prezydent Warszawy.

Donald Tusk ma szanse, aby obchody 100. lecia odzyskania niepodległości uczynić normalnymi świętami wszystkich Polaków.

Depresja plemnika

„Wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie prawa, prawo do zgromadzeń jest chronione konstytucją” – powiedział w uzasadnieniu orzeczenia sędzia Michał Jakubowski. Dodał, że decyzja o zakazie „jest możliwa po starannym zbadaniu sprawy i musi zawierać przekonujące uzasadnienie”. Jak podkreślił sędzia, Gronkiewicz-Waltz nie uprawdopodobniła, że w związku z marszem może dojść do zagrożenia życia, zdrowia i mienia w znacznych rozmiarach, a to była główna przesłanka wydanego zakazu. Stronom przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego w ciągu 24 godzin. Sąd apelacyjny rozpoznaje zażalenie w ciągu 24 godzin od złożenia pisma.

Marsz narodowców czy państwowy?

Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała decyzję o zakazie organizacji Marszu Niepodległości w środę. Demonstracja organizowana jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, współtworzone przez m.in. przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy.

„Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – tłumaczyła prezydent Warszawy. Dodała, że w czerwcu skierowała pismo do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości organizowanych w Warszawie 11 listopada. Pismo to zostało zignorowane.

Orzeczenie sądu o uchyleniu zakazu jeszcze bardziej komplikuje…

View original post 1 547 słów więcej

Reklamy

Morawiecki – kołek Kaczyńskiego – dyma rolników

Wbrew powszechnemu wrażeniu, że główny front wyborczej walki w niedzielnych wyborach obejmuje pojedynek partii rządzącej z Koalicją Obywatelską, na wsiach sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tu zacięta walka toczy się pomiędzy ugrupowaniem Jarosława Kaczyńskiego a Polskim Stronnictwem Ludowym. Walka o głosy rolników jest bardzo zacięta, tym bardziej że Prawo i Sprawiedliwość przez ostatnie trzy lata dało wiele powodów, by rolnicy uznali, że głos oddany na tę partią nie przysłuży się interesowi polskiej wsi. Coraz więcej mieszkańców zaczyna zdawać sobie sprawę, że główne źródło poprawy ich finansowej sytuacji czyli unijne dopłaty bezpośrednie mogą być zagrożone przez nieodpowiedzialną konfrontację rządu z unijnymi instytucjami.

Dzisiejsze doniesienia dziennika “Super Express” mogą natomiast ostatecznie pogrzebać nadzieje na dobry wynik partii rządzącej. Okazuje się bowiem, że już w przyszłym roku wiele rodzin na wsi może stracić flagowe rządowe świadczenie na pierwsze dziecko, bowiem większość rodziców jedynaków przekroczy kryterium dochodowe i wypadnie z programu. Jak podał ostatnio GUS w 2017 r. znacząco, wzrósł bowiem dochód z jednego hektara, a właśnie według tego przelicznika oblicza się budżet jakim dysponuje rodzina rolnika. Wskaźnik za ubiegły rok wynosi już 3399 zł czyli jest wyższy o ponad 800 zł niż przed rokiem. Dla rządu takie okoliczności są sprzyjające, gdyż pozwoli zaoszczędzić spore pieniądze na flagowym świadczeniu, które w przyszłym, wyborczym roku będzie można wykorzystać na kolejne programy z plusem. Dla mieszkańców wsi, do których płynie 60% środków z programu “Rodzina 500+” oznacza to jednak spory zawód.

Sprawę dla “SE” skomentował prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, Władysław Kosiniak-Kamysz.

– To oznacza, że próg dochodowy przekroczy większość rodzin na wsi posiadających jedno dziecko. Świadczenie wcześniej utraciło już 250 tys. dzieci, a teraz dołączą do nich kolejne tysiące ubogich rodzin na wsi. Wciąż nie rozumiem, dlaczego 500 plus przysługuje rodzinie z dwójką dzieci, która ma 20 tys. zł dochodu miesięcznie, a nie może otrzymać go rodzic jedynaka w zdecydowanie gorszej sytuacji finansowej. Jeżeli rząd nie podniesie progu dochodowego dla wszystkich, niedługo milion Polaków znajdzie się poza programem – oburzył się.

Sytuację mogłoby zmienić wprowadzenie progu dochodowego dla najbogatszych lub waloryzacja progów dochodowych przy świadczeniu na pierwsze dziecko. Resort rodziny, pracy i polityki społecznej pozostaje jednak głuchy na takie postulaty.

Tysiące godzin w IPN, Bibliotece Narodowej i Archiwum Akt Nowych. Dziesiątki rozmów ze świadkami historii. Ponad 400 dni spędzonych nad starymi dokumentami, pisanymi niejednym alfabetem.

Tomasz Piątek kontynuuje swoje śledztwo. Szuka odpowiedzi na pytanie: jak to się stało? Skąd na polskiej scenie politycznej i w gabinetach ministerialnych wziął się Antoni Macierewicz?

To, co Piątek odkrywa, zaskoczy nawet tych, którzy przeczytali książkę „Macierewicz i jego tajemnice”. Jak się okazuje, w komunistycznej Służbie Bezpieczeństwa działała grupa wybitnie inteligentnych i bezwzględnych funkcjonariuszy ściśle związanych z Moskwą. Ich specjalnością było rozbijanie opozycji i tworzenie posłusznej łże-prawicy na komunistycznej smyczy. Otaczali szczególną opieką niektórych młodych buntowników.

Czy liczne koincydencje, które łączą byłego ministra obrony z ludźmi Kremla, powstały ot tak? Czy są wynikiem przypadku? Nie zrozumiemy dzisiejszej działalności Macierewicza, jej istoty i przyczyn, jeśli nie sięgniemy do przeszłości. To właśnie zrobił Tomasz Piątek, który przedstawia swoje ustalenia w nowej książce „Macierewicz. Jak to się stało”.

Czyżbysmy wreszcie widzieli na horyzoncie koniec władzy PiS. Wybory to zweryfikują. Jeżeli PiS osiągnie kiepski wynik, zacznie się wzajemne oskarżanie – rebelia w PiS.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Pisowska gra nie jest obliczona na żaden dialog ani dogadanie się z kimkolwiek.

Mamy prawo się śmiać z tego, że Jarosław Kaczyński – chory na kolano – uskutecznia na Mierzei Wiślanej filozofię PiS: do trzech kołków sztuka. Bo trzeci raz wbijana jest łopata w przyszły przekop, choć nie ma dokumentacji na budowę, nie rozpisano żadnego przetargu, zaś ekonomiści uważają, że inwestycja zwróci się za 500 lat.

Pisowskie teatrum trwa, żaden Bareja tego by nie wymyślił, a Mrożek poległby przy tak kreowanej przez PiS grotesce. Mateusz Morawiecki naprawia swój wizerunek za państwowe pieniądze – 40 baniek (milionów) popłynie do jakiejś stajni wyścigowej, bo Morawiecki cieszył się na taśmie z podsłuchu w „Sowie…”, że Robert Kubica złamał rękę.

PiS jednak przymierza się do długiego trwania przy korycie. Politycy tej partii władzy nie oddadzą ot tak za pomocą kartki wyborczej, gdy przegrają. Testują różne metody, jak choćby w…

View original post 1 170 słów więcej

Pisowcy jak stalinowcy poprawiają historię na swoje kopyto. Vide: Tusk

„Polska przepisuje historię”- oznajmił na swoich łamach Playbook, codzienny biuletyn informacyjny POLITICO, informując o zniknięciu tablicy upamiętniającej uroczyste otwarcie stałego polskiego przedstawicielstwa w Brukseli.

Przez lata, poczynając od 23 maja 2011 widniała tuż przy wejściu do placówki. Tego dnia bowiem ówczesny premier Rzeczpospolitej Donald Tusk w obecności Jerzego Buzka – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Hermana Van Rompuya – przewodniczącego Rady Europejskiej i José Manuela Barroso – przewodniczącego Komisji Europejskiej, otworzyli siedzibę stałego przedstawicielstwa Polski przy Unii Europejskiej.

Teraz raziło w niej nazwisko było premiera i przewodniczącego Rady Europy Donalda Tuska, więc w poniedziałek po tablicy pozostały tylko otwory na kołki, a we wtorek nie było już po niej śladu.

Co najmniej dwóch świadków widziało jak polski przedstawiciel w Unii Europejskiej Ambasador Andrzej Sadoś, osobiście ją odkręcał.

„Zbrodnia ze strony tablicy polega na tym, że widnieje tam nazwisko @donaldtusk i mógłby ją dzisiaj zobaczyć PMM” – napisał Michał Broniatowski na Twitterze

Playbook, czytany przez unijnych polityków, dyplomatów i urzędników w Brukseli, nazwał ambasadora „utalentowanym rzemieślnikiem” i dodał: „Wtedy, w 2011 roku Polska była wielkim unijnym graczem”.

Florian Eder, redaktor Playbooka napisał: „Sądzić należy, że tablica nie podoba się jego /ambasadora/ nowym szefom. Zadanie to wykonał w samą porę, bo przed kolejną wizytą premiera Mateusza Morawieckiego w Brukseli na dzisiejszy szczyt ws. brexitu”.

Na pytanie, dlaczego do tego doszło i czy może jest to próba przepisywania historii, czy też odrzucenie estetyki z początków XXI wieku? – polskie przedstawicielstwo odmówiło komentarza.

Morawiecki ma przyjechać do Brukseli, więc tablica upamiętniająca otwarcie polskiego przedstawicielstwa z nazwiskiem Donalda Tuska została osobiście odkręcona i zdjęta przez ambasadora Sadosia. Hańba!

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Premier zyskuje wizerunek człowieka, który nie ma ludzkich odruchów.

Jedyny nasz kierowca jeżdżący w Formule 1 Robert Kubica nie dorósł do patriotyzmu Mateusza Morawieckiego, a przynajmniej nie cieszył się jego sympatią, gdy jeszcze nie uległ wypadkowi. Taśma z podsłuchu z „Sowy & Przyjaciele” odkrywa psychologiczną prawdę o premierze. Już wcześniej poznaliśmy jego knajacki język – kiedyś nazywany: spod budki z piwem – a teraz także brak empatii do ciężko poszkodowanego kierowcy. W tym kontekście zrozumiałe jest, iż Morawiecki ma gdzieś niepełnosprawnych, którzy protestowali w Sejmie oraz głodujące pielęgniarki.

Ależ bezwzględnym okazuje się być człowiekiem. Gdy Kubica uległ wypadkowi, a przed wypadkiem załatwiono jego przejście do teamu Ferrari, Morawiecki cieszył się jak dziecko, że jednak do tego nie dojdzie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi”. Taka radość zapanowała u Morawieckiego, ówczesnego prezesa BZ WBK, który to bank w wyniku sprzedaży stał się częścią hiszpańskiego banku…

View original post 1 092 słowa więcej

Do trzeciego kołka sztuka. Filozofia Kaczyńskiego

>>>

Na Mierzei Wiślanej wbicie kołka przez prezesa K. rozpoczęło dramattej partii: Łopatologia PiS.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Grunt to mieć strategię na życie. PiS taką ma – żyć w kłamstwie. Politykom nie przeszkadza taka amoralność, a jak jest z elektoratem partii Kaczyńskiego? Czy to ci spośród Polaków, którzy żyją w kłamstwie rodzinnym, towarzyskim, zawodowym? Jeszcze inaczej: jak ktokolwiek z nas czułby się w towarzystwie kłamcy, miał za przyjaciela chronicznego oszusta? Wydaje mi się, że z kimś takim nie można przebywać, ja nie napiłbym się piwa, bo po pierwszym łyku zwróciłbym.

Kłamcy są zdani na przebywanie wśród swoich, zdani na swoja małość, odizolowanie od innych i od świata. I to jest sposób uprawiania polityki przez PiS. Człowiek wyalienowany, alternatywny zaproponuje innym tylko taki surogat, namiastkę rzeczywistości – nierzeczywistość. Joachim Brudziński –  którego poziom intelektualno-emocjonalny raczej znamy – użycie policji podczas Marszu Równości w Lublinie tłumaczy agresją obydwu stron. Na Twitterze określił to: „chuliganeria jednej i drugiej strony”.

Faszyzujące bojówki, które zaatakowały legalny pokojowy marsz…

View original post 1 258 słów więcej

Za PiS wstyd. Za PO-PSL duma

Katarzyna Zdanowicz: Jest pan patriotą?

Andrzej Saramonowicz*:  – Tak, jestem. Jestem Polakiem, który kocha swój kraj i jako świadomy obywatel czuje się za niego odpowiedzialny. Właśnie dlatego, kiedy mam przekonanie, że w mojej ojczyźnie dzieje się coś niedobrego, mówię o tym głośno i przedstawiam racje, jakie stoją za moją postawą obywatelską. Zadając mi to pytanie, pomyślała być może pani: „być patriotą, jakie to pisowskie”. Dla mnie to jedna z najgorszych rzeczy, jakie PiS zrobił w Polsce, a przecież zrobił złych rzeczy bez liku. Zawężenie pojęcie „patriota” tylko do obskuranckiej wersji miłości do ojczyzny, jaką partia Jarosława Kaczyńskiego od kilku lat prezentuje, jest w mej ocenie jedną z największych niegodziwości, jakie ci ludzie wyrządzili polskiej wspólnocie. Nie wolno się na to godzić, nie wolno przyjmować tej ich prymitywnej wykładni patriotyzmu, bo jeśli patriotyzm ma się kojarzyć wyłącznie z ciemnogrodem, wymachiwaniem symboliczną szabelką i marszami łysych troglodytów w oparach dymu z rac, pozostali ludzie, przyzwoici obywatele, będą się od Polski i miłości do niej odsuwać. Więc mówię wyraźnie: PiS to partia nastawiona wyłącznie roszczeniowo. Jej elity uznały, że populizm to najlepszy wehikuł, by sięgnąć po władzę, rozumianą przez nie jako państwowe łupy. By to osiągnąć, wykorzystują hasła pseudopatriotyczne, bo na nie znaczna cześć elektoratu jest wrażliwa. Ale to, co robi Kaczyński, i idące za nim hordy politycznych barbarzyńców – to nie jest miłość do Polski. To bezwzględna walka o łupy.

Pańskim zdaniem, jest aż tak źle?

– Myślę, że jest bardzo źle, a skutki rządów PiS-u, za które przyjdzie Polsce zapłacić, będą naprawdę opłakane. Także materialne, bo za populistyczne rozdawnictwo, którego jedynym celem jest kupno głosów wyborczych, zawsze płaci się dramatycznym regresem gospodarczym.

Wszelako mnie przeraża bardziej dewastacja narodu jako wspólnoty. Podział, który Jarosław Kaczyński zbudował i nadal buduje, jest dla mnie porównywalny ze skutkami zaborów. Polska wspólnota – bardzo krucha, bo przecież nigdy w historii ludzie zamieszkujący Rzeczpospolitą nie byli zwartym narodem – jest dziś dramatycznie popękana. Być może już nie ma jednego narodu. Być może są już dwa narody, czy plemiona, mówiące jednym językiem, ale nieczujące ze sobą żadnej więzi. I to pęknięcie z każdym miesiącem agresywnej propagandy się pogłębia. Jestem przerażony, że zostawiamy przyszłym pokoleniom spuściznę nienawiści. I dlatego właśnie – zamiast zajmować się tym, czym zajmować się lubię najbardziej, czyli kręceniem filmów i pisaniem powieści – zabieram głos w publicznej debacie o kondycji polskiego życia społeczno-politycznego. Są momenty w życiu kraju, kiedy nie można siedzieć z założonymi rękami. Czasami – nawet jak to się, mówiąc trywialnie, „nie opłaca” – trzeba wyjść poza strefę własnego komfortu i zająć stanowisko. Tak rozumiem patriotyzm właśnie.

Dlatego powstała pańska nowa powieść „Pokraj”? Groteska, która w gruncie rzeczy ośmiesza Polaków?

– „Pokraj” nie ośmiesza Polaków w najmniejszym stopniu. „Pokraj” pokazuje nasze przywary, które są śmieszne. Moja powieść jest tylko lustrem, które odbija to, co jest. Owszem, jako groteska „Pokraj” bywa też krzywym zwierciadłem, ale nadal jego centrum jest podmiot odbijany, a nie przedmiot odbijający. „Pokraj” pokazuje, jak daliśmy się omamić, co zafundowali nam dziś rządzący, wmawiając milionom obywateli, że właśnie takiego kraju potrzebują.

Może dostali to, czego potrzebowali, i jest im po prostu dobrze?

– Uważam, że Prawo i Sprawiedliwość – jak każda partia populistyczna o ambicji autorytarnej – zawłaszcza pojęcia, wynaturzając ich znaczenie. Sama nazwa jej formacji jest kpiną i z prawa i ze sprawiedliwości. Tak jak kpiną była nazwa „Prawda” dla sowieckiej gazety, która wciskała mieszkańcom Związku Radzieckiego kłamstwo za kłamstwem. To samo dzieje się w dzisiejszej Polsce ze słowami „polskość” i „patriotyzm”. I dlatego właśnie nazwałem powieściową Polskę Pokrajem. By chronić pojęcia „Polska” i „polskość”. By nam się nie kojarzyły z czymś wulgarnym, kłamliwym, opartym na hipokryzji i bucie. Pokraj jest dla mnie kwintesencją pisowskiego państwa.

Kraj, jaki serwuje nam PiS, idealnie wpisuje się w baśń Andersena „Nowe szaty króla”. Naród myśli, że jego władca (czyli uosobienie państwa) ma piękny i bogaty strój, tymczasem król (czyli – jeszcze raz powtórzę – państwo) jest nagi. Uważam, że nie możemy wmawiać sobie tej pisowsko-polskiej niby-strojności, bo ona jest tylko iluzją. Zza tych wszystkich biało-czerwonych sztandarów, haseł, marszów, trąb, litanii, modlitw, zapewnień o wielkości, tupań nogą, dętych przemów i wszelkiej maści obiecanek cacanek, wystaje goła dupa.

„Pokraj” kpi z Polaków, którzy dają się wodzić za nos?

– „Pokraj” nie kpi, tylko pokazuje, jak śmiesznie się wygląda, kiedy się daje wodzić za nos. To wielka różnica. Główni bohaterowie tej powieści, czyli inżynier Sebastian Rawa i jego przyjaciel Adaś Rembelski, są zwykłymi ludźmi. Pochłonięci codziennością, nie zauważają, jak łatwo można wykorzystać ich niewiedzę, naiwność, swoisty daltonizm na sprawy ogółu, na kondycję państwa, w którym mieszkają. Gdyby choć na chwilę się zatrzymali w swojej codziennej krzątaninie i rozejrzeli dookoła, z łatwością dostrzegliby, jak pokrajska władza doprawia narodowi gębę, dopieszcza fałszywe obrazy, nagradza nikczemne czy służalcze postawy. I jak z tego wszystkiego wypływa zło. W dzisiejszej Polsce jest podobnie. Krew mi się w żyłach gotuje, kiedy chuligani w koszulkach z napisem „Pamiętamy” stawiani są za wzór patriotów, a prezydent podlizuje się im, mówiąc, że „są solą naszej ziemi”. Jak niezależność sądów niszczona jest przez niskich karierowiczów i potakiwaczy. Jak chamstwo podnosi głowę i rozpycha się łokciami. Jak preferuje się ludzi „miernych, ale wiernych”. Jak niszczone są autorytety. Jak przedefiniowuje się cnoty, by niegodziwość stała się cechą pozytywną. Jak zakłamuje się historię, niczym w „1984” Orwella. To wszystko jest trucizną, która systematycznie – dawka po dawce – niszczy Polskę.

Jaka powinna być według pana Polska ?

– Sto lat temu, kiedy Polska odradzała się po rozbiorach, ścierały się ze sobą dwie koncepcje patriotyzmu: państwowy Józefa Piłsudskiego i etniczny Romana Dmowskiego. Politycznie zwyciężył początkowo Piłsudski, ale jego koncepcja patriotyzmu państwowego – opartego na lojalności w stosunku do państwa i jego instytucji – nie powiodła się. Piłsudski chciał odbudowania Rzeczpospolitej jako federacji narodów: polskiego, litewskiego, białoruskiego, ukraińskiego i mniejszości narodowych. W jego rozumieniu Polakiem miał być każdy, kto wierzył w sens odrodzonej Rzeczpospolitej i chciał być jej lojalnym obywatelem. Tymczasem Roman Dmowski optował za nacjonalizmem etnicznym, w którym polskość była dana przez urodzenie, przez związki krwi. To fundamentalna różnica, bo polskość Piłsudskiego była inkluzywna (czyli zakładała, że Polakiem jest się z wolnej woli i lojalności wobec państwa), a Dmowskiego ekskluzywna (czyli mówiła, że Polakiem nie można się stać, nawet jak się bardzo chce i jest się lojalnym wobec państwa).

Mnie bliższa jest koncepcja Piłsudskiego. Niestety, Polska PiS-u jest w swoim fundamencie ideowym państwem endeckim. Myślę, że Piłsudski patrzyłby ma poczynania Kaczyńskiego i jego ludzi z obrzydzeniem, bo oni realizują wszystko, czym on się brzydził. Uważam za prawdziwą tragedię, że polskość jest dziś koncepcją zamkniętą. To się skończy dla nas tragicznie. Nie wspominając już o tym, że powszechna niechęć Polaków do inności, tak haniebnie objawiająca się we wrogości wobec przyjmowania uchodźców, jest głęboko niechrześcijańska.

Ale czy można winić  Polaków za to, że boją się zamachów terrorystycznych?  Że nie chcą, tak jak we Francji, podwyższonego poziomu zagrożenia, żołnierzy na ulicach?

– W 2015 roku, kiedy przez Europę przechodził niekontrolowany pochód setek tysięcy uchodźców, lęk przed zachwianiem porządku publicznego i zmniejszeniem bezpieczeństwa, był niejako uzasadniony. Ale PiS i Jarosław Kaczyński postanowili wykorzystać ten lęk jako jeden z wehikułów, które pomogą im zdobyć władzę. I rozpętali histeryczną akcję, która ów lęk zamieniła w nienawiść i pogardę do innego. Hańbą pisowskiego rządu, oraz – nie ma co tego ukrywać – katolickich hierarchów jest to, że już po uregulowaniu kwestii uchodźców w Europie, Polska nie przyjęła nikogo. To było pokłosie antyislamskiej histerii. Jednocześnie dziś ten sam rząd ściąga dziesiątki tysięcy obcokrajowców z Azji, w tym również muzułmanów, bo polski rynek pracy po prostu obcokrajowców potrzebuje. To jest wyjątkowa hipokryzja PiS-u. Niestety, nikczemność z góry rodzi nikczemność na dole. To wstyd, że zapomnieliśmy, że kiedy Polacy musieli opuszczać swoją ojczyznę, w wielu krajach spotykali się z pomocą i opieką. Nie znoszę tej naszej obecnej amnezji. Władza powinna wydobywać z obywateli to, co najlepsze, a nie animować to, co podłe i małe.

Po co rządzący mieliby zmieniać definicję polskości, skoro ona się sprawdza? Wygrane wybory, duże poparcie społeczne.

– Pisowskie elity, które w 2015 roku przejęły władzę i które traktują państwo jak obszar do złupienia, korzystają z tragicznego podziału, jaki Jarosław Kaczyński zbudował między Polakami. I będą go konsekwentnie pogłębiać, bo to daje im osobiste korzyści. Dlatego tak ważne jest mówienie, że Polska i polskość to pojęcia całkowicie różne od ich propagandowej wykładni, którą wciska nam PiS.

Opozycja próbuje łączyć się, mówi o wspólnocie i w sondażach przegrywa.

– Opozycja w dzisiejszym kształcie jest całkowicie bezideowa. I intelektualnie miałka. Przegrywa, bo próbuje prowadzić walkę na boisku, które wytyczył Kaczyński i wedle reguł gry, którą stworzył. Trzeba wyznaczać własne pola sporu. Zdefiniować na nowo Polskę, polskość, patriotyzm czy obywatelskość. Żeby zbudować własną narrację, trzeba najpierw wyznaczyć i zdefiniować słowa klucze. Nie jest wcale jakąś rzeczą obiektywną, że patriotyzm ma się wiązać z oddawaniem życia za ojczyznę, walką, bohaterstwem wojennym i tego typu rzeczami, którymi karmi nas dziś pisowska narracja historyczna. Nigdzie nie jest powiedziane, że naukowiec, który całe życie pracuje w laboratorium i tworzy na przykład nowe lekarstwa, czy inżynier, który konstruuje mosty, jest mniejszym patriotą niż żołnierz, który oddaje życie w czasie wojny. Ale dopóki będziemy się biernie godzić, że to propagandziści PiS-u tworzą pojęcia klucze, dopóty będziemy przegrywać w walce o polską świadomość. A bez pobudzenia świadomości nie można wygrać wyborów. Zwłaszcza w czasach, gdy polityka ogranicza się niemal wyłącznie do emocji, a nie programów.

Wyłącznie do emocji?

Dziś, w dobie niezwykle rozwiniętych mediów, dla których oglądalność i klikalność jest podstawowym celem, bo dzięki temu zarabiają na reklamach, rodzi się naturalna platforma, by kwitły populizmy wszelkiej maści. To jest proces ogólnoświatowy. I nawet jeśli media są krytyczne wobec działań polityków, także ograniczają się w swojej krytyce do sfery emocjonalnej, bo poruszanie ludzkich emocji jest znacznie łatwiejsze niż odwoływanie się do sfery zachowań racjonalnych i analiz intelektualnych. Myślę, że jesteśmy w nieszczęśliwej pułapce, bo i politycy, i media widzą sferę publiczną wyłącznie jako przestrzeń gry politycznej. Tymczasem demokracja – o czym mówili greccy filozofowie – musi opierać się na wartościach i cnotach. Bez nich jest tylko demagogią i retoryczną manipulacją.

Jaki jest koszt publicznego stawiania takich diagnoz, jakie pan stawia?

– Człowiek, który zabiera głos w debacie publicznej, a jednocześnie usiłuje zachować niezależność intelektualną, naraża się na nieprzychylność ze wszystkich stron. Uważam, że rządy PiS-u to wielkie nieszczęście dla Polski, ale to nie znaczy, że patrzę bezkrytycznie na jałowość naszej opozycji. Wprost przeciwnie, obwiniam ją za to, że swoją postawą uniemożliwia odmianę polskiego losu na lepszy. Więc nie spodziewam się znikąd pochwały. Ani ze strony rządzących, ani opozycji. Muszę przy tym wyraźnie zaznaczyć, że nigdy w czasach rządów Platformy Obywatelskiej nie czerpałem żadnych korzyści z kontaktów z władzą, która miała kulturę w głębokim poważaniu. Wszelako PiS tym się różni od PO, że jest jednak partią typu autorytarnego. Nie lekceważy swoich krytyków, ale ich aktywnie zwalcza lub ze wszech sił usiłuje ukarać. Więc wiem, że nie mam obecnie żadnych szans na zrobienie filmu z dotacją Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Ani na to, by jakakolwiek moja powieść dostała wsparcie jakiejkolwiek instytucji państwowej, którymi zarządzają ludzie partii Jarosława Kaczyńskiego. Oni się nawet nie kryją z tym, że popierają wyłącznie tych, których uważają za swoich.

Zabrał pan też głos w dyskusji o grzechach Kościoła, jaka rozpętała się po filmie „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Dlaczego?

– Uznałem, że zapanowała właściwa atmosfera, by odświeżyć dyskusję o pedofilii księży, którą usiłowałem rozpocząć długich szesnaście lat temu. W 2002 roku napisałem w „Przekroju” artykuł „Milczenie jest grzechem”, w którym opisałem, jak w połowie lat 70. byłem jako 10-letnie dziecko molestowany seksualnie przez księdza Olgierda Nassalskiego, marianina, proboszcza warszawskiej parafii Matki Bożej Królowej Polski. Z grupą ministrantów oraz innych chłopców, którzy po prostu chodzili do kościoła na religię, padliśmy ofiarą seksualnych praktyk duchownego pedofila. Nikt z przełożonych księdza ze zgromadzenia marianów ani ludzi związanych z parafią tego nie powstrzymał. Dziś wiem, że wiedzieli o tym dobrze i że za wszelką cenę starali się to ukryć. Ksiądz Nassalski był przenoszony z miejsca na miejsce i wszędzie – mam takie relacje – podejmował działania pedofilskie. Piszą dziś do mnie ludzie, wówczas dzieci, które były jego ofiarami. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki. Z parafii na Marymoncie, na Stegnach, w Puszczy Mariańskiej. Tam Olgierd Nassalski kontynuował nikczemny proceder. Myślę, że postępowanie jego zwierzchników obciąża Kościół katolicki jako instytucję. I wymaga ekspiacji. A nade wszystko ujawnienia tego, co do tej pory było skrywane. Szczególną hańbą jest, iż ks. Nassalski to autor wielu książek dla dzieci o wartościach katolickich, że do dziś jest wydawany, a katecheci podsuwają jego „prace” dzieciom na lekcjach religii. To iście diabelski chichot, nieprawdaż?

W 2002 roku tekst „Milczenie jest grzechem” nie spotkał się ze zrozumieniem.

– Mało tego – został ordynarnie wyciszony. Kościół, mimo mojej deklaracji, że wszystko opowiem i dołączę świadectwa innych, nabrał wody w usta. Ku mojemu zaskoczeniu najbardziej zawiodła „Gazeta Wyborcza”, do której z ówczesnym naczelnym „Przekroju” Romanem Kurkiewiczem zgłosiliśmy się, by pomogli nagłośnić sprawę. Jedyną reakcją „Gazety” był satyryczny tekst Michała Ogórka, że „Przekrój” tak bardzo chce zwiększyć nakład, że Saramonowicz z Kurkiewiczem wymyślili molestowanie seksualne, by to osiągnąć. To było wyjątkowo haniebne. Co więcej, Rada Etyki Mediów wydała oświadczenie, że rzekomo naruszyłem standardy uczciwości dziennikarskiej. I tak ukręcono sprawie łeb. Uważam, że tym samym wszystkie wymienione przeze mnie ośrodki medialne i stojące za ich decyzjami osoby przyczyniły się do powiększenia zła w świecie. Bo uwrażliwiając opinię publiczną na problem molestowania seksualnego przez polskich duchownych, można było znacznie zniwelować ten proceder i zmniejszyć krzywdę dzieci już po 2002 roku.

Sądzi pan, że dzisiejsze okoliczności mogą ośmielić innych, którzy mieli podobne przeżycia, przerwać zmowę milczenia?

– To się stanie przede wszystkim za sprawą filmu „Kler”, który ma ogromną siłę artystycznego rażenia i wywołuje wielki rezonans społeczny. Jednym z najbardziej niszczących skutków molestowania dzieci jest wbijanie ofiar w poczucie winy i niszczenie godności. To, co chcę powiedzieć przez ujawnienie własnych traum, jest zawołaniem: „Nie lękajcie się!”. Nie ma w tym najmniejszej waszej winy, że padliście ofiarą przemocy seksualnej. Wina jest zawsze po stronie oprawcy. Jeśli był to ksiądz, byliście szczególnie bezbronni, bo system wartości, jaki wam wpajano, mówi, że księża to autorytety, że należy im ufać. Wina za waszą krzywdę leży wyłącznie po stronie dorosłych – waszego prześladowcy i jego instytucjonalnych protektorów ze strony Kościoła, którzy tolerowali takie zachowania. I wszystkich tych, którzy wiedzieli – lub się domyślali – ale nie zrobili nic, by powstrzymać zbrodnię i zmniejszyć krzywdę na świecie. Więc jeśli wam zależy, by inne dzieci – te, które żyją dziś, i te, które się narodzą – nie cierpiały tego, co wy, zdobądźcie się na odwagę i mówcie głośno o swoich prześladowcach. Nie wstydźcie się wymieniać ich nazwisk. Nie wstydźcie się oskarżać Kościoła, który w haniebny sposób pozwalał, by ktoś was krzywdził. To nie ma nic wspólnego z walką z chrześcijaństwem. Ma za to wiele wspólnego z tym, by chrześcijaństwo nie kojarzyło się z występkiem. Jeśli możecie uczynić świat lepszym przez głośne piętnowanie tych, którzy uczynili wasze życie gorszym, nie wahajcie się tego robić. Wierzę, że taka postawa jest właściwa, do niej zachęcam. I dlatego gorąco popieram akcję, której celem jest zbudowanie mapy kościelnej pedofilii w Polsce, wierząc, że wszyscy uczciwi księża i katolicy będą ją wspierać. Bo prawdziwa uczciwość zawsze odżegnuje się od nikczemności.

Andrzej Saramonowicz – reżyser, pisarz.Twórca kultowych komedii „Testosteron” oraz „Lejdis”. Autor książki „Chłopcy”. Niedawno wydał swoją drugą powieść „Pokraj”, która jest satyryczną wizją Polski. Często zabiera głos w sprawach polityczno-społecznych.Jego wypowiedzi wzbudzają emocje ibudzą kontrowersje.

Polacy za PO-PSL byli dumni z Polski, za PiS wstydzą się

Więcej Polaków było dumnych z Polski za rządów PO-PSL (37%) niż jest teraz za rządów PiS (25%) i więcej uważa, że pozycja międzynarodowa Polski była wtedy lepsza (42%) niż obecnie (31%). Polacy czują się dużo bardziej podzieleni za obecnych rządów PiS (42%) niż za PO-PSL (11%), a Kościół według badanych jest teraz bardziej zaangażowany w politykę (53%) niż w przeszłości (10%) – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Wyniki badania wskazują, że 37% badanych było bardziej dumnych z Polski w przeszłości za rządów PO-PSL, niż jest obecnie za rządów PiS.  Większą dumę z kraju za rządów PiS wskazało 25% Polaków, a 38% odczuwa taką samą dumę z Polski niezależnie od tego, kto rządzi.

Poczucie dumy narodowej jest silnie związane z sympatiami politycznymi. Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej, czyli PO i Nowoczesnej lepiej postrzegają okres za rządów PO-PSL (72%), natomiast zwolennicy PiS okres obecnych rządów Zjednoczonej Prawicy (64%).

Analogiczna sytuacja występuje w odniesieniu do oceny międzynarodowej pozycji Polski. Przeważają opinie, że Polska miała lepszą pozycję międzynarodową za poprzednich rządów PO-PSL niż obecnych PiS (42% vs 31%). Według 27% Polaków pozycja międzynarodowa Polski była i jest taka sama zarówno za poprzednich, jak i obecnych rządów.

Sympatie polityczne ujawniają podział na dwa bieguny w ocenie tej sytuacji. Elektorat PiS w większości (66%) twierdzi, że to obecnie za rządów PiS Polska cieszy się lepszą pozycją międzynarodową, podczas gdy 80% sympatyków Koalicji Obywatelskiej uważa, że ta pozycja była lepsza za poprzednich rządów PO-PSL.

Paradoksalnie, na tle tych podziałów, Polacy są najbardziej zgodni co do tego, że teraz za rządów PiS są dużo bardziej podzieleni niż za rządów PO-PSL (42% vs 11%). Co dziesiąty badany uważa, że Polacy nie są i nie byli podzieleni, podczas gdy 37% sądzi, że podziały są i były niezależnie od tego, czy rządziło PO-PSL czy teraz PiS.

Badanie pokazuje, że wbrew temu, co w mediach sugeruje partia rządząca, to za rządów PO-PSL Polacy byli bardziej dumni z Polski niż są teraz za rządów PiS, znacznie lepiej oceniali pozycję międzynarodową Polski, a społeczeństwo w ich odczuciu było mniej podzielone” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl


Większość badanych (53%) uważa, że Kościół katolicki jest bardziej zaangażowany w politykę obecnie za rządów PiS, niż był w przeszłości za rządów PO-PSL (10%). 37% Polaków sądzi, że zaangażowanie Kościoła w politykę jest niezależne od tego, kto rządzi.

Ponad co trzeci sympatyk PiS (35%) również dostrzega, że Kościół jest obecnie bardziej zaangażowany w politykę niż był w przeszłości. Wśród elektoratu Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej taki pogląd podziela zdecydowana większość – 81%.

Polacy są bardziej dumni z Polski za rządów PO-PSL (37%) niż za PiS (25%) i więcej uważa, że pozycja międzynarodowa Polski była wtedy lepsza (42%) niż obecnie (31%). 

>>>

Trzaskowski idzie na prezydenta Warszawy

Suski po dogłębnym zapoznaniu się z carycą Katarzyną zajął się gospodarką.

Rafał Trzaskowski wygrywa w Warszawie

  • W pierwszej turze wyborów na prezydenta Warszawy zwyciężyłby Rafał Trzaskowski. Kandydat Koalicji Obywatelskiej zdobyłby 42,1 proc. głosów.
  • Za nim uplasowałby się Patryk Jaki (Zjednoczona Prawica) z poparciem na poziomie 31,9 proc
  • W drugiej turze przewaga Trzaskowskiego wyniosłaby 13,5 punktów procentowych
  • Sondaż przeprowadził Instytut Badań Rynkowych i Społecznych w dniu 13 października bieżącego roku

>>>

>>>

Prawie 3/4 czasu wypowiedzi kandydatów w wyborach samorządowych w „Wiadomościach” TVP to słowa polityków obozu rządzącego. Opozycja, jak jest przedstawiana, to tak, aby ją ośmieszyć lub zdeprecjonować. Takie są wyniki analizy głównego programu informacyjnego dokonanej w Telewizji Polskiej przez Towarzystwo Dziennikarskie. Wnioski zaś są takie, że jest to bezprawie i że Jacek Kurski powinien odejść.

Analiza objęła wydania „Wiadomości” o 19.30 w okresie od 24 września do 7 października. Dostrzeżono przy tym kilka dominujących kategorii informacji serwowanych przez TVP, m.in. pozytywki (pozytywne dla rządzących), utrwalacze (powtórki informacji pozytywnych dla rządzących), zohydzacze (krytyka opozycji lub jakiejś grupy społecznej), czy pobudzacze (pobudzające dumę narodową).

Przekopana Mierzeja Wiślana, pogłębiona Wisła, kanał Suski i w końcu upragniony Radom. A stąd to już cały świat!!!

Jaki chwyta się brzytwy spieprzył do Madrytu, Rafał Trzaskowski wykarbuje mu pisowską skórę.

Suski, Wassermann, Jaki, Morawiecki – niedorobieni charakterologicznie i intelektualnie

Małgorzata Wassermann (kandydatka PiS na stanowisko prezydenta Krakowa) zorganizowała swoje spotkanie wyborcze w jednym z krakowskich kościołów.

Patryk Jaki i jego sztab chyba powinni cofnąć się do szkoły podstawowej i jeszcze raz zapoznać się z zasadami polskiej ortografii. Na plakatach bliskiego współpracownika Jakiego przeczytać bowiem można, że Sebastian Kaleta kandyduje z PiS do rady warszawskiej dzielnicy Praga- Połódnie!

„Ze sztabu kandydata Patryka Jakiego wyciekły tajne mapy Farszafy” – napisał Szymon Komorowski i dołączył do wpisu „nowe” prześmiewcze nazwy warszawskich dzielnic. – „Intelektualny szturm na Warszawę pisowskich elit kadrowych”; – „To przekaz skierowany do ciemnego lódó”; – „To jest ta nowa dzielnica Jakiego?” – komentowali internauci.

 

Kaleta tłumaczył się, że to nie on jest winien, tylko… grafik. Nie jest jednak dla nikogo tajemnicą, że przed wysłaniem czegokolwiek do druku, zlecający dostaje projekt do zaakceptowania. No, ale może te reguły nie obowiązują w świecie Sebastiana Kalety i Patryka Jakiego…  – „Nie potrafią dopilnować takich małych rzeczy, a chcą zarządzać miastem????” – zapytał jeden z internautów.

„Parafia Św. Stanisława Kostki w Tarnowie, ks. proboszcz na zakończenie mszy:
„Za tydzień wybory. Oczywiście głosujemy zgodnie z własnym sumieniem, ale przypominam, że głosowanie na wrogów Ojczyzny to grzech. A na prezydenta kandyduje Kazimierz Koprowski (PiS) i na niego warto zagłosować, oczywiście zgodnie z sumieniem” – zacytował na Facebooku wypowiedź księdza Marcin Pulit. Pulit, przed „dobrą zmianą” prezes Radia Kraków, w rozmowie z „Wyborczą” potwierdził, że takie właśnie słowa padły z ust proboszcza.

Natomiast na stronie internetowej parafii proboszcz Zbigniew Krzyszowski „ograniczył się” do stwierdzenia”: – „Popieranie wrogów ojczyzny i Kościoła jest poważnym nieporządkiem moralnym”. Zapytany przez dziennikarzy „GW”, dlaczego umieścił taki wpis, odparł, że zrobił to po obejrzeniu… w TVP bloku wyborczego. Według niego, niektórzy kandydaci mówili o zniesieniu lekcji religii w szkołach i opowiadali się przeciwko finansowaniu Kościoła.

W związku z tym ksiądz Krzyszowski powiedział, że podczas kazania „wypadało mu powiedzieć, by ludzie poszli i zagłosowali, a także na kogo” – pisze „GW”. Dodał, że zna kandydata PiS na prezydenta Tarnowa Kazimierza Koprowskiego, bo obaj ukończyli Katolicki Uniwersytet Lubelski.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o wyborczych twarzach i słownictwie nie tylko PiS.

Kandydaci wykonują niezborne ruchy, przedstawiciele komitetów wygadują dużo więcej głupstw niż zazwyczaj, kłamstwa fruwające w eterze są bardziej prymitywne a słownictwo bardziej ordynarne.

Trudno nie odnieść wrażenia, że tym razem kampania wyborcza jest jakaś nienaturalna, nawet jak na polskie obyczaje. Zapewne wpływa na to powszechna świadomość, że w tych wyborach, pierwszych z czterech, mniej chodzi o, szkoły, przedszkola, żłobki, parkingi, placówki kultury, czy dziurawe drogi, a bardziej o to, czy grupa trzymająca władzę przejmie kontrolę nad samorządami, a tym samym znakomicie ułatwi sobie zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Ale pominąwszy ten aspekt kampania i tak jest dziwna, nierealna i często przeciwskuteczna. Kandydaci wykonują niezborne ruchy, przedstawiciele komitetów wygadują dużo więcej głupstw niż zazwyczaj, liderzy popierających partii plączą się i co rusz przeczą samym sobie, kłamstwa fruwające w eterze są bardziej prymitywne, słownictwo bardziej ordynarne, oszukańcze obietnice mniej zachęcające niż dotąd, a wyborcze „twarze” mają bardziej zawzięty wyraz.

Mimo kompromitujących nagrań i zeznań kelnerów, na wyborczej twarzy PiS nie widać oznak wstydu ani śladu cięgów zadawanych przez komentatorów i opozycję. Premier nie odpowiada na powtarzające się pytanie dziennikarzy o to, które z jego poglądów są prawdziwe: te liberalne z czasów współpracy z platformą, czy obecne, pisowskie i nacjonalistyczne. Mateusz Morawiecki traktuje to pytanie jak potwarz i w odwecie ostrzega, że będzie „rozmawiał ze społeczeństwem ponad głowami mediów”, ponieważ media – o zgrozo – „w większości są w obcych rękach”. Sam kierował bankiem, który był w obcych rękach, więc dobrze wie jak to jest, gdy trzeba być ślepo posłusznym kaprysom zachodniego krwiopijcy…  A co do swoich poglądów, to zapewne uważa, że człowiek wcale nie musi mieć trwałych przekonań, a nawet jak ma, to nie musi o nich wiedzieć, a jeśli przypadkiem coś wie, to przecież nie da się ich sprecyzować tak na zawołanie. I w ogóle jakie znaczenie mają jego poglądy wobec tak znaczących osobistych sukcesów?

Pan premier, spragniony chwały na wysokości (Kasprowego Wierchu, 1987 m npm), odtrąbił kolejny przedwyborczy sukces. Oto udało mu się odkupić Polskie Koleje Linowe. Ceny transakcji nie chciał podać, informując tylko, że jest ona „niezmiernie korzystna”. Rąbka tajemnicy uchylił wicepremier Gliński, który w RMF FM przyznał, że w tej transakcji „przepłaciliśmy, ale niewiele”. Premier nie minął się więc z prawdą, bo cena za PKL naprawdę była „niezmiernie korzystna”. Tyle, że nie dla polskiego budżetu, a dla firmy Altura z Luksemburga, która (wg. źródeł „Gazety Wyborczej”) dostała od naszych podatników pół miliarda zł, czyli ponad dwa razy więcej, niż otrzymaliśmy sprzedając PKL w 2013 r.

PiS wędruje do wyborów opowiadając o miliardach z VAT, odebranych mafiosom. Premier wymienił jak dotąd cztery liczby, bardzo się od siebie różniące i nie wyjaśnia sprzeczności w tych wycenach, uznając wątpliwości wybitnych ekonomistów za kolejną potwarz.  Przedwyborcza taktyka Mateusza Morawieckiego zdaje się polegać na przykrywaniu kłamstwa kolejnym kłamstwem lub oszukańczą interpretacją.  Niedawno na wiecu zawiadomił wyborców PiS, że unijny Trybunał Sprawiedliwości orzekł, iż za smog w Polsce odpowiada PO i PSL. Tymczasem Trybunał po prostu zbadał i ocenił wykonanie dyrektywy unijnej w latach 2007-2015, której polska gospodarka oparta na węglu nie była w stanie terminowo wykonać. Prawdziwym problemem jest fakt, że w ciągu ostatnich 3 lat sytuacja jeszcze się pogorszyła i pogarszać się będzie, bo przed wyborami, licząc na głosy górników, rząd premiera Morawieckiego zawiesił zakaz sprzedaży najgorszych i najbardziej trujących gatunków węgla oraz ogłosił budowę kolejnej już elektrowni opalanej węglem.

Próbę pozyskania głosów wkurzonych policjantów i wściekłych emerytów policyjnych podjęła sejmowa komisja ustawodawcza , która głosami posłów PiS ustaliła, że obcięcie świadczeń za ich pracę po 1990 r. było niezgodne z konstytucją. Przez 2 lata ustawa dezubekizacyjna była zgodna, aż nagle się okazało, że już nie. Potwierdził to nie tylko sejmowi prawnicy (którzy od 2 lat nie zmienili zdania), ale i sam marszałek Kuchciński – przedwyborcza twarz Sejmu – który powiesił nowe stanowisko na sejmowej stronie internetowej oraz wysłał je do Trybunału Konstytucyjnego. Zaraz potem okazało się jednak, że komisja sprawiedliwości się pomyliła, bo ustawa mimo wszystko jest zgodna z konstytucją. Myślę, że w PiS zwyciężyła taka koncepcja: emeryci mundurowi niech się gonią, bo ich liczba i moc wyborcza nie jest wystarczająca, by ryzykować autorytet prokuratora Piotrowicza, który jest twarzą bezprawnych przemian oraz ministra Ziobry – demiurga sądowej rewolty.

Oryginalną twarz kampanii wyborczej swojej partii ujawnił Paweł Kukiz, który w wywiadzie dla Rzeczpospolitej wyznał, że w całej rozciągłości popiera kandydata na prezydenta Warszawy Marka Jakubiaka, z tym, że nie popiera go za bardzo. – Moja sympatia w wyborach samorządowych nakierowana jest na wiele osób, nie tylko na Marka Jakubiaka– wyjaśnił potem na wiecu. Odpytywany przez media zaręczył, że bezwzględnie wspiera kandydata swojej partii na prezydenta Warszawy, precyzując jednak, że „moja sympatia jest niekoniecznie mocno nakierowana na naszego kandydata”. Przecinając wszelkie wątpliwości Paweł Kukiz oświadczył w końcu, że Jakubiak to bardzo dobry kandydat, ale byłoby najlepiej, gdyby prezydentem został ktoś inny, jakaś osoba bezpartyjna i obywatelska, np. Paweł Tanajno, który propaguje demokrację bezpośrednią.

Podczas telewizyjnej debaty kandydatów na prezydenta Warszawy, na wyborczej twarzy macierzystej partii Patryka Jakiego trudno było dostrzec przebłyski geniuszu.  A jednak trzykrotnie mnie zaskoczył. Raz, bo zrezygnował z prezentacji kosmicznych inwestycji i nie licytował się z konkurentami o każde pół metra metra. Po raz drugi, gdy deklarację swojego wystąpienia z Solidarnej Polski wręczył Rafałowi Trzaskowskiemu zamiast prezesowi Ziobro, a po raz trzeci, gdy z uporem politycznego samobójcy obiecywał warszawiakom rozmaite konfitury, powołując się na koneksje z ministrami rządu PiS – jakby nie wiedział, że jest to działanie przeciwskuteczne, bo warszawiacy nie zwykli ulegać szantażystom. Próbowali mu to uświadomić konkurenci, ale niepotrzebnie pomagali, bo Patryk Jaki sam świetnie potrafi się kompromitować. Rozbawił mnie, gdy po zakończeniu debaty, zanim wsiadł do autokaru PiS, z poważną winą przyrzekał, że jego prezydentura będzie absolutnie bezpartyjna.

Zasmucił mnie natomiast Grzegorz Schetyna, prawy policzek wyborczej twarzy Koalicji Obywatelskiej, który zapowiedział zgłoszenie wotum nieufności wobec premiera Morawieckiego. Może i nie będzie to wyłącznie pusty i bezowocny gest, ale robienie z kłamstw premiera sztandarowego tematu kampanii samorządowej – i to w sytuacji, gdy debata sejmowa może się odbyć dopiero po drugiej turze wyborów – świadczyć może o braku pomysłów lub nawet pewnej bezradności.  Poza tym obawiam się trochę, że promując pomysł publicznego rozliczenia premiera Grzegorz Schetyna znowu może paść ofiarą swego krasomówstwa, dostarczając Kaczyńskiemu paliwa do szyderstw i potwarzy.  Wcześniej karierę zrobiła „totalna opozycja”, a ostatnio funkcjonariusze PiS maskują swój atak na sądy powtarzając w kółko nieszczęśliwe wezwanie szefa PO, by zapamiętać sędziów, którzy postępują i orzekają nie tak jak powinni.  Inna sprawa, że żadne potknięcie Schetyny nie przelicytuje wtopy ministra Brudzińskiego, który tak skomentował protest podległych mu służb: „manifestacja służb mundurowych była najliczniejsza od 2009 roku bo się im poprawiło”. Czyli wszystkim, którzy nie manifestują okropnie się pogorszyło i pan Brudziński powinien zacząć się bać.

Obecną kampanię wyborczą nieźle obrazuje sprawa organizacji Marszu Równości w Lublinie.  Prezydent Krzysztof Żuk – twarz PO w regionie lubelskim – zgodził się na ten marsz, po czym nie zgodził się, a następnie zgodził, bo zamieszany w tę sprawę Sąd zauważył, że prawo do demonstrowania poglądów jest ważniejsze od prawa do świętego spokoju władz i policji.  Prezydent Żuk nie zmienił jednak zdania oświadczając po zakończeniu marszu, że skoro narodowcy zgłosili kontrmanifestację oraz chęć rozprawienia się ze „zboczeńcami”, to w dla bezpieczeństwa mieszkańców należało jednak zabronić obu manifestacji. Nie zauważył, że takie rozumowanie otwiera rządzącym możliwość legalnego zablokowania wszelkich ulicznych protestów.  Za każdym razem gdy opozycja zarejestruje demonstrację, to jakieś ugrupowanie na usługach władzy zgłosi kontr protest i sformułuje odpowiednio niebezpieczne groźby. I wtedy, w imię bezpieczeństwa i porządku publicznego, protesty przeciw zawłaszczaniu Polski przez grupę trzymającą władzę ucichną na zawsze.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch pisowskich twarzach – najważniejszych w PiS po prezesie.

Grunt to mieć strategię na życie. PiS taką ma – żyć w kłamstwie. Politykom nie przeszkadza taka amoralność, a jak jest z elektoratem partii Kaczyńskiego? Czy to ci spośród Polaków, którzy żyją w kłamstwie rodzinnym, towarzyskim, zawodowym? Jeszcze inaczej: jak ktokolwiek z nas czułby się w towarzystwie kłamcy, miał za przyjaciela chronicznego oszusta? Wydaje mi się, że z kimś takim nie można przebywać, ja nie napiłbym się piwa, bo po pierwszym łyku zwróciłbym.

Kłamcy są zdani na przebywanie wśród swoich, zdani na swoja małość, odizolowanie od innych i od świata. I to jest sposób uprawiania polityki przez PiS. Człowiek wyalienowany, alternatywny zaproponuje innym tylko taki surogat, namiastkę rzeczywistości – nierzeczywistość. Joachim Brudziński –  którego poziom intelektualno-emocjonalny raczej znamy – użycie policji podczas Marszu Równości w Lublinie tłumaczy agresją obydwu stron. Na Twitterze określił to: „chuliganeria jednej i drugiej strony”.

Faszyzujące bojówki, które zaatakowały legalny pokojowy marsz zrównuje poprzez relatywizm moralny swój i swojej partii i tzw. symetryzm, który w tym wypadku da się zobrazować narracją: gdy bandyci napadną twój dom, to jest także twoja wina, bo mogłeś mieszkać pod innym adresem.

Brudziński usprawiedliwia napastników, staje się ich adwokatem – gdyby uczestnicy marszu nie chcieli emancypować się, nie zostaliby napadnięci. „Siła” takiej argumentacji relatywistycznej wskazuje kogo stronę trzyma Brudziński.

W polityce nie jest tak, że dowolnie mogę sobie intepretować zjawisko społeczne, gdyż fałsz nazywania, wywróci uprawianą politykę, a tak dzieje się obecnie z Polską, którą partia Kaczyńskiego wywraca.

Co tam Brudziński, jego zdolności ograniczają się tylko do takiego poziomu tweetowania, na jaki go stać, ale Mateusz Morawiecki jest premierem, który wywraca Polskę i właśnie mam problem po przecinku. Jak mam napisać: … bo jest amoralny, bo ma wywrócony na nice rozum, bo jego system wartości jest bezwartościowy, bo kieruje się interesem własnym, jak owi wyżej wymienieni bandyci, jak złodzieje?

Morawiecki jest wyjątkowego formatu kłamcą, codziennie daje się poznać ta jego cecha charakteru. W Krakowie był powiedzieć: „Jedną z chorób III RP była wyprzedaż majątku, w tym wyprzedaż mediów”. Czyżby podobał mu się PRL, gdzie wszystko było własnością państwa, a może chciałby upartyjnić niezależne media, upisowić.

Kaczyński Morawieckiego upartyjnił. Przecież na taśmie z podsłuchu z „Sowy…” Morawiecki jest kimś zupełnie innym. Dlaczego tak się stało, że Kaczyński go przerobił na kaczyzm, pisizm? Jedna z odpowiedzi jest: Morawiecki jest z plasteliny, nie ma kręgosłupa.

A co do tych wyprzedaży mediów. Porozumieniu Centrum – pierwszej partii Kaczyńskiego – w wyniku prywatyzowania mediów publicznych, w tym gazet, przypadł najlepszy kąsek, mianowicie najlepiej sprzedająca się gazeta „Ekspress Wieczorny”. I co zrobił Kaczyński? Sprzedał ją szwajcarskiemu konsorcjum medialnemu Marquarda. M.in. na tym zbudowany jest majątek PiS, spółka Srebrna.

Zakłamana polityka wywraca wszystko, polityków, którzy ją uprawiają – ale to mniejsza, ich sprawa, jeżeli chcą leżeć w moralnym rynsztoku – wywraca jednak państwo. I taką nam fundują Polskę, wywróconą, wyalienowaną, kraj coraz bardziej wyrzucany z Zachodu, z Unii Europejskiej, bo kto chce przyjaźnić się z takim potworkiem moralnym.

>>>