Archiwa tagu: Paweł Wroński

Hierarcha Kościoła kat. Juliusz Paetz był przestępcą

Pułkownik Adam Mazguła o śmierci duchownego Kościoła katolickiego Juliusza Paetza.

Dnia 15 listopada 2019 r. zmarł śp. abp Juliusz Paetz, arcybiskup metropolita poznański w latach 1996-2002. Pogrzeb śp. abp. Juliusza Paetza odbędzie się w formie ściśle prywatnej w katedrze poznańskiej. Miejsce pochówku, jak również forma pogrzebu, zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 1178, kan. 1242), zostały ustalone w wyniku konsultacji ze Stolicą Apostolską i Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz Rodziną Zmarłego. Requiem aeternam dona ei Domine et lux perpetua luceat ei. – poinformowała Archidiecezja Poznańska.

Paetz ma zostać w najbliższych dniach pochowany w archikatedrze poznańskiej.

Tomasz Terlikowski (publicysta): Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie, to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nielicząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość. Warto mieć jednak świadomość, że przede wszystkim będzie to decyzja bardzo nieroztropna. Jeśli archidiecezja poznańska chce mieć problem z profanowaniem katedry, to będzie to miała. Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny. Przykre to pisać, ale tak właśnie będzie. Jest jeszcze czas, żeby z tej decyzji się wycofać. Trzeba się modlić, by polskiemu Kościołowi starczyło mądrości, a arcybiskupowi Stanisławowi Gądeckiemu odwagi, by to zrobić”.

– To są dni, w które należy skupić się na modlitwie za zmarłego abp. Paetza. Nie zmienia to faktu, że Kościół musi zmierzyć się ze swoją trudną kartą historii, która dotyczy zmarłego duchownego. Pobłogosław Panie Kościołowi Poznańskiemu. Przebacz Panie Zmarłemu. RIP. Gdy umiera bp diecezji, biją dzwony w diecezji, obwieszcza się modlitewne zgromadzenia. Tym razem sprawa jest trudna. Dzwony milczą, ale Mszę Św. niebawem odprawię za byłego poznańskiego metropolitę. Pomodlę się też o rozwiązanie sprawy Paetza, gdyż tego wymaga Dobro Kościoła – wypowiada się proboszcz Daniel Wachowiak, parafia w Piłce.

Komentarz płk Mazguły

Zmarł przestępca, pedofil, zmora wielu kleryków, bezkarny pieszczoch kościoła. Nie wiedząc, dlaczego, tę wiadomość podały wszystkie ważniejsze stacje telewizyjne, radiowe i portale internetowe. Jego nazwisko poprzedzały tytuły: arcybiskup, metropolita, … tak, jakby było się kim chwalić.

Wygląda to, jak dumne ogłoszenie kościoła o pogardzie dla prawa i społeczeństwa, pokazująca bezkarność i butę hierarchów. To tak, jakby zakomunikowali: zmarł spokojnie i co? Nic żeście mu nie uczynili, chociaż on uczynił wiele krzywd ludzkich, a i tak do końca był naszym arcybiskupem, dumą naszego kościoła.
Módlcie się za niego!

Zmarły arcybiskup Paetz zrobił karierę przy trzech papieżach, konsekrował rasistę Jędraszewskiego, zmarnował życie wielu klerykom. Bezkarność zapewniali mu Dziwisz i nuncjusz Kowalczyk. Symbol kipiącego hipokryzją kościoła.

Spuście zasłonę milczenia i wstydu nad tą śmiercią. Jeśli czujecie potrzebę, to módlcie się nie za jego duszę, jak nawołują hierarchowie, ale za jego ofiary i upadły moralnie Kościół katolicki.

Kmicic z chesterfieldem

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw…

View original post 1 514 słów więcej

 

Kaczyńskiego wyciąć jak wyrostek robaczkowy

– Sam osobiście czuję się nieco urażony, bo niezwykle dbałem o to, żeby wszyscy senatorowie Platformy Obywatelskiej mogli się wypowiadać, debatować, dyskutować – powiedział Stanisław Karczewski w TVN 24. Były marszałek Senatu zbulwersowany był również tym, że do mediów wyciekł protokoł z głosowania w izbie wyższej.

Pierwsze posiedzenie Senatu X kadencji budziło ogromne emocje. O fotel marszałka wyższej izby parlamentu walczyło dwóch kandydatów – Tomasz Grodzki z Platformy Obywatelskiej i Stanisław Karczewski z PiS. Ostatecznie 51 senatorów zagłosowało za Grodzkim, za Karczewskim zaś 48, a niezależna senator Lidia Staroń wstrzymała się od głosu.

Karczewski mówi o „niegodziwości”

Karczewski przyjął porażkę z bólem. Najpierw powiedział, że jest zbulwersowany, ponieważ „jeden z senatorów PO, senator Dunin sfotografował protokół [z głosowania – red.] i wysłał go do Onetu”. – Wysłał przed ogłoszeniem, obraził wszystkich senatorów, postąpił niezgodnie z godnością senatora, bo my powinniśmy być pierwszymi, którzy usłyszą, jakie są wyniki, a nie – z całym szacunkiem – czytelnicy Onetu – ocenił Karczewski, którego słowa cytuje Interia.pl.

Zapowiedział, że będzie rozmawiać o tym incydencie z marszałkiem Grodzkim. – Nie może dochodzić do takiej sytuacji, to niegodziwość. Bardzo nas to dotknęło. Sam jestem senatorem piątą kadencję, nigdy nie mieliśmy z czymś takim do czynienia i mam nadzieję, że w stosunku do pana senatora zostaną wyciągnięte odpowiednie konsekwencje. Zgłosimy tę sprawę również do komisji regulaminowej – poinformował.

Bardziej refleksyjny ton przybrał w rozmowie w TVN 24. – Chciałbym, żeby te emocje opadły, żebyśmy mogli prowadzić tutaj dialog polityczny. Liczę na to, że jako wicemarszałek, że jak lekarz z lekarzem, chirurg z chirurgiem dogadamy się – mówił w były już marszałek Senatu. Jednocześnie dodał, że „osobiście czuje się nieco urażony”.  – Nigdy nie ograniczałem czasu, nigdy nie wyłączałem mikrofonów. Szkoda, że tego nie pamiętają. Tu była pełna swoboda prowadzenia debaty politycznej. Przykro mi, że tego nie dostrzeżono – mówił.

Chcemy wyrazić nasze zaniepokojenie działaniami polskiego rządu, które zagrażają niezależności mediów i Trybunału Konstytucyjnego oraz psują wizerunek Polski jako wzorca przemian demokratycznych – napisali w liście amerykańscy senatorowie w 2016 r.

Teraz marszałek Senatu planuje lecieć do USA, aby przypomnieć ten list w amerykańskim Senacie i podziękować za zaangażowanie w sprawy polskiej demokracji.

– Przypomnę słynny list senatorów Johna McCaina, Dicka Durbina i Bena Cardina, który w początkach bojów o Trybunał Konstytucyjny tutaj wpłynął. I jestem to w swoim sumieniu winien amerykańskiemu Senatowi – mówi Grodzki w rozmowie z RMF FM.

***

Do planu wizyty Grodzkiego w USA odniósł się były marszałek Stanisław Karczewski:

– Wolałbym, żeby zainteresowanie pana marszałka było inne – na rozwiązywaniu problemów tutaj, nie jeżdżenie za granicę, tylko jednak praca tutaj na miejscu. Po co wyjazd za granicę? – pyta polityk PiS.

Karczewskiemu wtóruje jego partyjny kolega Kazimierz Smoliński: – Czyli Pan Marszałek Senatu z KO Grodzki jeszcze poważnie nie rozpoczął pracy a już wybiera się w podróż służbową do USA? Pięknie. Co potem? Peru?

Sławomir Nitras (poseł, PO): Stanisław Karczewski krytykuje plan wizyty nowego Marszałka Senatu w USA i radzi mu zająć się sprawami w kraju. A ja wciąż mam w pamięci braterską wizytę Stanisława Karczewskiego u prezydenta Łukaszenki na Białorusi. Wujek dobra rada”.

Tomasz Lis (Newsweek): Francja kiedyś miała marszałka, który nazywał się Ferdinand Foch. Od wczoraj słuchając byłego marszałka Senatu mam wrażenie, że Polska ma podobnego marszałka. Stanisław foch„.

Reakcje internautów:

Kiedy pan Karczewski zacznie radzić, że lepiej mieszka się w domu poselskim, a taniej jeździ transportem publicznym?”.

Nie potrafi odejść z godnością. W sumie nie dziwi, godność, honor, to pojęcia im obce”.

Kmicic z chesterfieldem

Andrzej Bober o  inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu, otwartym przez marszałka seniora Antoniego Macierewicza (PiS).

Macierewicz w Sejmie

Chociaż w poprzedniej kadencji Sejmu przeprowadzono fundamentalne zmiany, odpowiedzialność za ostateczne uporanie się z ciemną spuścizną komunizmu spada na nas. (…) Absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich. (…) Wiemy jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender. (…) Naród, który nie jest w stanie obronić swojej niepodległości i odbudować potencjału demograficznego, musi upaść.

– Ani prezydent, ani Marszałek Senior nie przywitali przedstawicieli sądownictwa, pani Prezes TK, pani Pierwszej Prezes SN, ani Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Bardzo wymowne przemilczenie – komentuje poseł Franciszek Sterczewski.

Marcelina Zawisza (posłanka): Macierewicz podczas swojego przemówienia mówił o całkowitym zakazie aborcji. Polska już teraz ma barbarzyńskie prawo. Lewica się nie boi – ani Macierewicza, ani księży…

View original post 867 słów więcej

 

Duda dał dudy

Protokół rzecz ważna.

Kmicic z chesterfieldem

Tym razem list Romana Giertycha nie jest prześmiewczy. Adwokat na Facebooku zamieścił ułożone przez siebie przemówienie, które powinien wygłosić były szef MON po tym, jak „Duda wyznaczył Macierewicza na marszałka seniora Sejmu – „Po prostu zrobił to, co mu prezes kazał”.

Giertych chce, żeby Macierewicz przeprosił na pierwszym posiedzeniu Sejmu nowej kadencji za oszukiwanie Polaków w sprawie katastrofy smoleńskiej. Były szef MON powinien powiedzieć: – „Poruszony wyrzutami sumienia chciałbym przeprosić wszystkich za to, że w pełni świadomy, że straszna smoleńska katastrofa nie była spowodowana żadnym zamachem, łgałem bezczelnie przez wiele lat wskazując, że istnieją dowody na sprawstwo katastrofy, a ich od początku nie było”.

Adwokat przypomina, że rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej musiały „przechodzić koszmar niechcianych ekshumacji”. Podsuwa Macierewiczowi tekst przeprosin: – „W pierwszej kolejności chciałbym przeprosić Rodziny Ofiar Katastrofy za to, że swoją podłością zatruwałem im dzień po dniu i nie pozwalałem odbyć żałoby. Ze łzami w oczach…

View original post 977 słów więcej

 

Panowie Kuchciński z Karczewskim opływają w luksusy, bo im się należy

Marek Kuchciński – jak już wielokrotnie pisaliśmy – dalej mieszka w prezydenckiej willi. Dlaczego? Jeden z czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy tłumaczy to… „problemami mieszkaniowymi” byłego marszałka.

W obronie partyjnego kolegi stanął Henryk Kowalczyk, minister środowiska. Polityk odniósł się do tematu w rozmowie, która została wyemitowana w jednym z programów TVP 1. „Mogę się tylko domyślać przyczyn. Jest nowa kadencja, a na początku kadencji są problemy mieszkaniowe. To może być przyczyną” – przyznał prawicowy dygnitarz.

Według informacji „Rzeczpospolitej” Kuchciński pomieszka jeszcze trochę w prestiżowym mieszkaniu, które ulokowane jest w prezydenckiej willi. Umowa na zajmowanie apartamentu została przedłużona do 8 listopada, pomimo tego, że prawo wskazuje na to, aby marszałek opuścił mieszkanie już dwa miesiące po tym, gdy pożegnał się ze sprawowanym urzędem. Kuchciński zrezygnował 8 sierpnia – miało to związek z tzw. aferą samolotową, kiedy na jaw wyszło, że traktował rządowe samoloty jak prywatne taksówki.

Sejm pomimo, że posiada w dyspozycji służbowe mieszkanie dla marszałka,  płaci 4145,28 zł za miesiąc wynajmu. Za ten dodatkowy miesiąc Kuchciński ma podobno wysupłać pieniądze z własnej kieszeni

O kolejnej aferze wokół Kuchcińskiego poinformował „Fakt”. Dziennikarze gazety wskazali na to, że – według ich informacji – Kuchciński ciągle korzysta ze służbowej limuzyny i ochrony. Służba Ochrony Państwa nie zaprzeczyła podanym przez „Fakt” informacjom.

Przecież jest hotel poselski”, „Co nie ma hotelu sejmowego??? Jak mu nie pasuje to niech sobie przyczepę kempingową wynajmie przyjemniaczek” – to tylko niektóre komentarze internautów, którzy nie kryją oburzenia i ostro ganią Kuchcińskiego.

Kmicic z chesterfieldem

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych…

View original post 3 176 słów więcej

 

Akt desperacji Kaczyńskiego

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że…

View original post 6 915 słów więcej

 

Pisowski burdel

18 października 1851 roku ukazał się „Moby Dick” Hermana Melville’a

Mężczyzna z drabiną miał zainstalować kamery w każdym pokoju. Pozostali mieli czerwone zasłony, żeby było bardziej intymnie i zegar. Bo pokoje w siedzibie NIK mają być wynajmowane na godziny.

Do siedziby Najwyższej Izby kontroli w Warszawie wchodzi kilka osób. To przedstawiciele pracowni architektonicznej Lupanar. – Mamy tu przenieść wyposażenie z kamienicy z Krakowa – informuje na portierni jedna z kobiet. – Ja tu mam ulubiony kryształ Mariana, zasłonki czerwone też są – dodaje kolejna. Portierzy robią zdziwione miny. – To nie jest prywatny folwark – odpowiada im jeden, a drugi sięga po telefon. W tym czasie w drzwiach pojawia się kolejny mężczyzna. W rękach trzyma dwa materace do spania. – Dzień dobry, szefuniu, gdzie te materace zostawić? Mamy ponad trzysta – mówi.

Portierzy są coraz bardziej skonsternowani. – Pan zadzwoni do Banasia – mówi mężczyzna z drabiną, który przyszedł do siedziby NIK, by założyć kamery w pokojach. – Ja zegar przywiozłem. Bo podobno pokoje na godziny będą wynajmowane – dodaje kolejny.

„Możemy przyjechać w nocy”

– Pana Banasia dziś nie ma i nie będzie. Nie wiem, po co państwo przyjechali – pyta zdziwiony portier.

– Pokoje urządzać – odpowiada jeden z mężczyzn. – Jak się wstydzicie, to przyjedziemy w nocy – dodaje, po czym wszyscy wychodzą z budynku.

Cała akcja w siedzibie NIK to happening przygotowany przez nieformalną grupę Lotna Brygada Opozycji wyłonioną z uczestników antyrządowych protestów. – W ten sposób chcieliśmy zwrócić uwagę na niemoralne zachowanie szefa NIK i pomóc mu w podjęciu decyzji o dymisji – komentuje Arkadiusz Szczurek, opozycjonista uliczny, a na filmie człowiek z drabiną.

Prezes NIK Marian Banaś w czwartek stawił się w pracy. Wrócił z bezpłatnego urlopu, który sam sobie przyznał, gdy wybuchła afera z jego kamienicą. Dzień wcześniej Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia z lat 2015-18. Biuro sprawdzało je od kwietnia 2019 r. Wyników nie ujawniło, czeka na wyjaśnienia Banasia. Prezes NIK ma na to siedem dni.

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny…

View original post 5 180 słów więcej

 

Małgorzata Kidawa-Błońska ma skąd brać przykład

Myśl o innych, nie o sobie. Używaj języka, który nie dzieli, bo ludzie mają dość konfliktów. Zachowuj spokój w publicznej debacie. Tak jak słowacka prezydent Zuzana Czaputova

Nastał ponury czas dla tych, którzy troszczą się o rządy prawa w USA, i dla tych, którzy w ogóle martwią się o przyszłość demokracji w tym kraju. Prezydent jawnie łamie nie tylko prawo, ale też zasady przyzwoitości. Wykorzystuje media społecznościowe do przechwałek, z każdym tweetem obniżając autorytet sprawowanego przez siebie urzędu i umniejszając szacunek dla niego. Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, jakiego należałoby użyć języka, jaką przeprowadzić kampanię polityczną, żeby przekonać jego najbardziej zatwardziałych zwolenników.

W Słowacji luty 2018 r. był równie ponury. Krajem kierował populistyczny rząd, mający powiązania ze światem korupcji i ze zorganizowaną przestępczością. Jan Kuciak, młody dziennikarz, który starał się je zbadać, został brutalnie zamordowany wraz ze swoją narzeczoną; krążyły pogłoski o udziale władz w tej zbrodni. Masowe protesty uliczne zmusiły premiera do rezygnacji, ale trudno sobie było wyobrazić, jaki język, jaka kampania polityczna mogłyby przekonać najbardziej zatwardziałych zwolenników jego partii.

Niespodziewana odpowiedź pojawiła się znikąd – a ściśle mówiąc, z Pezinoku, małego miasta w południowo-zachodniej Słowacji, w którym Zuzana Czaputova, prawniczka walcząca o ochronę środowiska naturalnego i zwolenniczka liberalizmu społecznego, od lat prowadziła walkę ze składowiskiem odpadów, które mogłyby zanieczyścić powietrze i wodę w tamtym regionie. Rozgniewana tymi morderstwami, Czaputova postanowiła wziąć udział w wyborach prezydenckich jako kandydatka malutkiej partii Postępowa Słowacja. W marcu 2019 r. wybory wygrała.

Ona była jakaś inna

Jak to zrobiła? Parę tygodni temu Czaputova była w Nowym Jorku i miałam okazję ją o to zapytać. Powiedziała mi, że rozpoczęła karierę polityczną, starając się zrozumieć, dlaczego ludzie głosowali na partię, która używała antyimigracyjnej retoryki i była przeciwna cudzoziemcom, a także atakowała media i „elity”, aby uzasadnić trwanie przy władzy. Mówiła: „Ludzie obawiają się nieznanego, obawiają się zmian. Populiści wykorzystują te lęki, żeby przedstawiać bardzo proste, jasne rozwiązania”.

Czaputova zauważyła jednak także, że sondaże wskazują na inny jeszcze skutek polityki lęku: „Ludzie są zmęczeni konfliktami”. Postanowiła „unikać rozgrzewania dyskusji”, przedstawiać nie tylko swoje poglądy, ale także przesłanki moralne będące ich podstawą. W debatach telewizyjnych inni kandydaci kłócili się ze sobą, ona tymczasem prezentowała się jako osoba spokojna i umiarkowana.

Zamiast podsycać wrogość, starała się „budować mosty między ludźmi wyznającymi wspólne wartości. Starałam się bardzo szukać języka, który jednoczy ludzi zamiast ich dzielić”. Wydawała się też inna. W Słowacji polityka od dawna była wojną, toczoną przez zapatrzonych w siebie mężczyzn. Czaputova dążyła do tego, żeby zaproponować wolną od miłości własnej alternatywę. Starała się nie traktować polityki osobiście, nie wpadać w gniew i zawsze pamiętać, że „tu nie chodzi o mnie”. Uważa, że dzięki zachowywaniu dystansu do siebie samej, a także dzięki brakowi profesjonalnego marketingu – „a młodzi ludzie odnoszą się do niego podejrzliwie” – sprawia wrażenie autentycznej.

Odpowiednio też wybrała moment. Po zabójstwie Kuciaka problem „sprawiedliwości” – przez co rozumiano korupcję i upolitycznienie sądów – znalazł się w Słowacji w centrum uwagi. Ludzie uważali także za ważne zagadnienia ochrony środowiska – spadek po ciężkim przemyśle funkcjonującym dawniej na Słowacji. Tak się złożyło, że Czaputova od dawna mówiła o reformie sądownictwa i o przepisach dotyczących ochrony środowiska.

W konserwatywnej Słowacji szczególnym wyzwaniem były prawa gejów. Populistyczna prasa słowacka wywołała dyskusję wokół kwestii, czy pary tej samej płci mogą adoptować dzieci; opinia publiczna była temu zdecydowanie przeciwna.

Wszyscy pozostali kandydaci albo unikali udzielenia odpowiedzi na to pytanie, albo sprzeciwiali się tej idei. „Starałam się wyjaśnić, że najlepiej, jeżeli dziecko ma dwoje rodziców. Ale dla dzieci żyjących w zakładach opiekuńczych lepiej jest, jeżeli dorastają przy dwojgu kochających rodzicach, nawet jeżeli są tej samej płci”. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale „spotykałam się z ludźmi noszącymi krzyżyki na szyi, którzy mówili: »Rozumiemy to, rozumiemy, co pani mówi« i w końcu moje argumenty przyjmowali”.

I ty zostaniesz Czaputovą

Czy płyną stąd nauki dla reformatorów w innych krajach, w których pełna emocji polityka doprowadziła do polaryzacji społeczeństwa? W debacie między tymi, którzy mówią: „Walcz i mobilizuj swoich zwolenników” a tymi, którzy przekonują: „Używaj haseł, które jednoczą”, doświadczenia Czaputovej są argumentem na rzecz tych drugich.

Prezentowana przez nią samodyscyplina, fakt, że potrafiła nie ulegać gniewowi ani prowokacji, to coś, co mogłoby się przydać także innym kandydatom. Politycy w dzisiejszych czasach są przedmiotem niezliczonych inwektyw, kampanii trollingu na masową skalę, fałszywych oskarżeń. Jeżeli potrafią sprawiać wrażenie spokojnych i opanowanych, to część tego gniewu może po prostu się od nich odbić.

Oczywiście nie wszędzie znajdziemy czekającego za kulisami prawnika, który zajmuje się ochroną środowiska i gotów jest do wkroczenia na narodową scenę. Jednak sukces Czaputovej świadczy przynajmniej o tym, że nawet wtedy, kiedy polityka wydaje się najbardziej mroczna i niebezpieczna, istnieje nadzieja, że nowy projekt polityczny, którego nikt wcześniej się nie spodziewał, mimo wszystko podbije społeczną wyobraźnię.

przeł. Andrzej Ehrlich

Koalicja Obywatelska przegrała wybory parlamentarne. W niewielkim stopniu, ale jednak zwiększyła swoje poparcie w porównaniu z 2015 rokiem – w sumie zagłosowało na nią ponad 5 milionów ludzi. Zdobyła je pomimo swojej kampanii, a nie dzięki niej. PiS w kampanii działał jak rozpędzona maszyna. KO grzęźnie w błocie, w które wpada na własne życzenie

Uformowany latem sztab wyborczy KO był widoczny tylko na początku, potem jego szefowie zniknęli i w zasadzie dziś nie wiadomo, kto odpowiadał za kampanię Koalicji. Popełniono kilka strategicznych błędów, a kilka mniejszych dodatkowo utrudniło docieranie do wyborców.

Te błędy trzeba pokazać – bo za chwilę przed demokratami kolejna walka o głosy, tym razem w kampanii prezydenckiej, a powtórzenie tegorocznych grzechów może skończyć się porażką. Oto zestawienie siedmiu największych błędów marketingowych w zakończonej przed kilkoma dniami kampanii wyborczej.

1. Brak wizji jutra

Spróbujcie na chwilę zamknąć oczy i przypomnieć sobie kampanię Koalicji Obywatelskiej. A teraz odpowiedzcie na pytanie, o czym była. O tym, że PiS trzeba odsunąć od władzy? To prawda. Mamy więc odpowiedź negatywną.

A jakie było przesłanie pozytywne? Mnie kojarzy się jedno z haseł: „Jutro może być lepsze”. Slogan średniej mocy, ale pytanie brzmi jednak, czy dotarł do nas przekaz, jakie konkretnie to jutro ma być?

Przyznaję, że do mnie dotarł. Tyle że z wystąpień… Jarosława Kaczyńskiego. Niestety, to jeden z fundamentalnych błędów, jakie popełniła Koalicja Obywatelska podczas tej kampanii: nie zbudowała prostego i nośnego przekazu pozytywnego, aby Polacy wiedzieli, za czym mają głosować, odsuwając PiS od władzy.

A PiS taki przekaz, pozytywny dla siebie, stworzył. Jego wyborcy głosowali za „polską wersją państwa dobrobytu”. To PiS odpowiadał na pytanie o przyszłość, nie KO. Mimo szóstek Schetyny, książeczki z programem pokazywanej przez Małgorzatę Kidawę-Błońską na konwencji (gdy już ta książeczka się znalazła) – w pamięci odbiorców nie zapisał się obraz tej lepszej Polski, która ma zaistnieć dzięki Koalicji.

Skojarzenia w świadomości odbiorców, które mają wpłynąć na podejmowane przez nich decyzje, buduje się najskuteczniej właśnie za pomocą obrazów – dlatego w reklamach wykorzystuje się grafikę. Potrzebna jest też spójność części wizualnej z przekazową: obraz ma podbić emocje,  wizualizować marzenia, sprawić, że uwierzymy, iż dzięki konkretnemu produktowi zmieni się nasze życie (np. staniemy się idealną panią domu lub szczęśliwym ojcem rodziny).

Marketingowcy sprzedają więc nie tyle produkt, co obietnicę kryjącą się za tym produktem, która budzi silne emocje i pragnienia. Tak samo działa to w marketingu politycznym, a produktem jest partia.  Czy tego rodzaju obietnica, emocjonalna wizja „lepszego jutra”, możliwa do zrealizowania dzięki partii, pojawiła się w kampanii KO na tyle wyraziście, by ją zapamiętać?

Odpowiedzią może być historia jednego z najpopularniejszych spotów wyborczych Koalicji „Zwykła rodzina”.

To klip, w którym rodzina dziękuje premierowi Morawieckiemu za 500 plus, ale jednocześnie uświadamia mu, w jak niekorzystny sposób zmieniła się ich rzeczywistość. Na tym etapie spot się kończy, prezentując planszę z hasłem „Jutro może być lepsze”.

Pokazano w nim jedynie negatywny obraz rzeczywistości, od której wyborcy mają chcieć uciec. Ok, tylko do czego mają uciekać? Jak będzie wyglądać to obiecane lepsze jutro? Taki spot w kampanii można zaakceptować, jeśli jest częścią całości.

Tego rodzaju rozwiązania reklamowe są dość popularne: najpierw pojawiają się np. billboardy z dość zagadkowym napisem, a dopiero po jakimś czasie, z kolejnych billboardów dowiadujemy się, o co naprawdę chodzi. Tak samo mogło być i tutaj: mamy pierwszy spot ze zniechęconą do polskiej rzeczywistości rodziną, mamy obietnicę, że jutro będzie lepsze (gdy wybierzemy KO) – teraz czas to jutro pokazać, np. w drugiej części klipu.

Niestety, drugiej części nie było. Spot wypuścił natomiast PiS, ten z Januszem Rewińskim w roli głównej. I pokazał w nim to, jakie będzie jutro. Oczywiście była to już kreacja wg PiS: zestawiono przyszłość za rządów KO i przyszłość (niemal anielską) w wersji PiS.

Tak właśnie dzieje się w kampaniach. Zostawianie pytań otwartych, niedokończonych haseł, niedopisanych narracji kończy się zazwyczaj tym, że odpowiada na nie i dopisuje brakujące części konkurent. PiS skorzystał z tej okazji: narysował własny obraz Polski w miejscu, które KO zostawiła puste.

2. Lekceważenie własnego przekazu

To jednak nie był jedyny błąd KO, związany z budowaniem narracji. Koalicja od kilku kampanii sprawia wrażenie, jak gdyby lekceważyła swój własny przekaz, zwłaszcza ten programowy. Schemat jest zazwyczaj ten sam: mamy dużą konwencję partyjną, na której ogłaszany jest program (tym razem pierwsza była w lipcu, druga na początku września).

Cieszy się ona sporym zainteresowaniem w mediach i w sieci, zdobywa solidne zasięgi, program jest dyskutowany. Ale po kilku dniach temat zamiera. Nikt z polityków opozycji nie przypomina o nim, nie rusza wielka ofensywa prezentująca założenia programowe w regionach.

Nie ma przypominania własnych tez w programach publicystycznych, a sami politycy, przepytywani po jakimś czasie przez dziennikarzy, nie bardzo te założenia pamiętają (czego koronnym przykładem była w  tej kampanii wypowiedź Grzegorza Schetyny w Radiu Zet na początku września).

A przecież jedna z podstawowych zasad marketingu brzmi: odbiorcy zapamiętają przekaz tylko wtedy, gdy zostanie on powtórzony setki razy. Tę zasadę realizował Jarosław Kaczyński, powtarzając na każdej konwencji swoją opowieść o „polskiej wersji państwa dobrobytu” i dogonieniu Niemiec w ciągu 21 lat. Niestety, politycy Koalicji zapominają o tym regularnie.

3. Chowanie głowy w piasek w sytuacjach kryzysowych

Podobny problem pojawiał się w sytuacjach kryzysowych. Podstawy reagowania w takich momentach, zwłaszcza w kampanii wyborczej, to przede wszystkim jak najszybsze ucięcie tematu, przez – w zależności od kryzysu – przyznanie się do błędu i przeproszenie, narzucenie własnej narracji, wejście z innym tematem.

Kluczem do sukcesu jest spójna reakcja w mediach oraz szybkość działania. Tymczasem Koalicja w takich przypadkach najchętniej chowała głowę w piasek. Zwlekała, zastanawiała się, udawała, że nic się nie stało – gdy zarówno PiS, jak i media zajmowały się tematem. Dopiero po jakimś czasie reagował np. Grzegorz Schetyna i podejmowano działania, by sprawę uciąć – ale mleko już dawno się rozlało, a nawet zdążyło wyschnąć i plamy nie dało się niczym zasłonić.

Tak było choćby z kandydatką KO (a obecnie już posłanką) Klaudią Jachirą, której z założenia satyryczne wypowiedzi obśmiewały w sposób mało przyjemny osoby religijne i te o bardziej konserwatywnych poglądach, silnie szkodząc KO – wrócę do tego w dalszej części tekstu.

Tak było też choćby z wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat Kornela Morawieckiego w czasie konwencji. Gdyby zareagowano od razu, można by zminimalizować szkody. KO wolała poczekać. Zaś jej politycy, proszeni przez media o komentarze, tworzyli wielogłosowy, niezharmonizowany chór, z którego dochodziły tak różne opinie, że nigdy nie było wiadomo, które należy uznać za wytyczające główną ścieżkę przekazową.

4. Zwlekanie z kampanią Kidawy-Błońskiej

Kolejny błąd to zbyt późne ogłoszenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kandydatką KO na premiera. Zrobiono to 3 września. Ruch był dobry, ale nie wystarczyło czasu na wykreowanie jej jako liderki ugrupowania. Zwłaszcza że podjęto kilka decyzji, które tę kreację utrudniły.

Po pierwsze: kampania wizerunkowa polityczki pod hasłem „Współpraca, nie kłótnie” ruszyła dopiero 13 września, czyli po 10 dniach od ogłoszenia decyzji.

Po drugie: aby ta zmiana personalna była wiarygodna w oczach ludzi, dotychczasowy lider Grzegorz Schetyna powinien rzeczywiście się schować, a nie stać obok Kidawy-Błońskiej podczas prawie każdej konferencji prasowej.

Nawet jeśli PiS przez pierwszych kilka dni miał problem z tym, jak zareagować na Kidawę-Błońską, dzięki obecności Schetyny mógł wciąż kierować uwagę wyborców na lidera PO, w pewnym stopniu lekceważąc kandydatkę na premiera.

Opóźnienie w uruchomieniu kampanii wizerunkowej dało też PiS-owi czas na zbudowanie swojej strategii, a gdy wreszcie ruszyła akcja „Współpraca, nie kłótnie”, PiS znalazł sposób, by podważyć wiarygodność zmiany personalnej w KO.

Tym sposobem stała się Klaudia Jachira. Jej wypowiedzi obśmiewające niektóre środowiska w naturalny sposób podważały wiarygodność tezy, że KO dąży do zawieszenia broni i współpracy wszystkich Polaków.

Co prawda Jachira nie była twarzą kampanii, ale sprzyjająca PiS-owi TVP postarała się, by tę twarz z niej zrobić i zbudować kontrast z koncyliacyjną i spokojną Kidawą-Błońską. O Jachirze przypominali też oczywiście wszyscy politycy PiS, na swoich kanałach socialmediowych czy w czasie wystąpień w mediach.

Już po tygodniu kampanii wizerunkowej Kidawy-Błońskiej, ok. 21-22 września w sieci było więcej wzmianek na temat Klaudii Jachiry niż na temat kandydatki na premiera, i ten układ utrzymywał się przez długi czas.

PiS za pomocą drugorzędnej na liście warszawskiej kandydatki do Sejmu zniszczył narrację KO na temat Kidawy-Błońskiej. Kiedy wreszcie Schetyna przyznał, że zwrócił uwagę Jachirze, a temat przygasł, PiS swój cel zdążył osiągnąć.

Jednocześnie TVP zrobiła młodej kandydatce na tyle dużą reklamę, że zdobyła ona mandat do Sejmu i dziś jest posłanką. Jej kontrowersyjna kampania okazała się jej osobistym sukcesem. Niestety, jednocześnie skutecznie utrudniła narrację całego ugrupowania.

Ale nawet gdyby nie było takiej sytuacji, pomysł z Małgorzatą Kidawą-Błońską wymagałby więcej czasu. Polityczka budowała swój wizerunek w oparciu o wartości pozytywne, a jednocześnie – trudno sprzedawalne w krótkim okresie.

Koncyliacja, słuchanie ludzi, współpraca, empatia – te wartości budują zaufanie i wiarygodność, ale potrzebują czasu, by zaistnieć. Pozwalają na stworzenie długotrwałych relacji z ludźmi, a te nie powstają w ciągu miesiąca.

Jeśli kampania Kidawy-Błońskiej była tylko wstępem do czegoś większego, np. do kampanii prezydenckiej – miała sens i powinna być kontynuowana bez żadnej przerwy aż do wyborów. Jeśli natomiast była pomysłem tylko na kampanię parlamentarną, nie mogła przynieść znaczących efektów.

5. Trzy hasła, totalny bałagan

Zupełnie niezrozumiałe marketingowo było natomiast wykorzystanie w kampanii aż trzech haseł, ujawnionych w odstępie zaledwie kilku dni od siebie.

  • 6 września KO ogłosiła, że hasło jej kampanii brzmi „Jutro może być lepsze”.
  • 13 września, czyli zaledwie tydzień później, ruszyła kampania wizerunkowa Kidawy-Błońskiej z hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.
  • A już 16 września sztab ogłosił rozpoczęcie akcji „Silni razem”.

W rezultacie nastąpił chaos. Kandydaci na banerach i plakatach występowali z hasłem „Jutro może być lepsze”, ale np. na Facebooku promowano Kidawę-Błońską hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.

I tu znów kłaniają się podstawy marketingu: przekaz dociera do odbiorców tylko wielokrotnie powtórzony. Który przekaz miał do nich dotrzeć? Nie bardzo wiadomo. Oczywiście, w kampaniach wyborczych stosuje się czasem dwa hasła, ale wtedy jedno wykorzystywane jest w pierwszej części kampanii, a następne – w drugiej. Trzy slogany ogłoszone niemal jednocześnie to nie strategia, lecz bałagan.

6. Dominacja Facebooka jako kanału komunikacji

Kolejny element to kampania na Facebooku. Wydano na nią aż 1,65 mln zł. KO, jak można przypuszczać, nie miała nieograniczonych zasobów finansowych, przeznaczenie takiej kwoty na jeden tylko kanał dotarcia do odbiorców musiało silnie zmniejszyć środki na pozostałe kanały.

W ostatnich dniach kampanii widać było reklamy KO zarówno w telewizji, jak i na portalach informacyjnych ogólnopolskich (np. na Onet.pl) i regionalnych (publikowano tam list Kidawy-Błońskiej do wyborców). Ale to działania podjęte na sam koniec.

Być może przesunięcie części środków na emisję spotów w telewizji lub na tzw. reklamy displayowe w sieci byłoby lepszym rozwiązaniem – oba rodzaje reklam wykorzystano, ale nie były one głównym kanałem dotarcia.

Druga kwestia to targetowanie reklam na FB. W pierwszej części kampanii targetowano je podobnie jak w czasie kampanii do Parlamentu Europejskiego: niewielkie kwotowo promocje miały docierać do konkretnych regionów i określonych grup społecznych.

W rezultacie reklam było bardzo dużo, ale taki układ dawał większą kontrolę nad tym, komu FB wyświetlało promowane posty.

Natomiast w ostatnich tygodniach coś się zmieniło i zamiast dbania o dotarcie do właściwych grup docelowych postawiono na wielkie i drogie reklamy „na całą Polskę”. Czyli np. jeden post promowano za ponad 10 tys. zł, do mieszkańców wszystkich województw i w każdym wieku.

Oczywiście, taki post ma dużo wyświetleń, wg statystyk FB zazwyczaj ponad milion, ale absolutnie nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jakim stopniu dociera on do zainteresowanych, a w jakim do osób, które w ogóle nie zareagują na promocję. To częściowe wyrzucanie pieniędzy w błoto, choć Facebook takie reklamy na pewno lubi najbardziej, bo doskonale na nich zarabia.

7. Nieumiejętność współpracy z zaangażowanymi wyborcami

Ostatni grzech kampanijny to błąd, wynikający z nieuwzględnienia zmian w strukturze społecznej, jakie zachodzą w Polsce (i nie tylko). Żyjemy w społeczeństwie sieciowym. To banalne stwierdzenie, ale tym razem nie chodzi o proste wykorzystanie internetu, lecz o sposób organizowania się społeczeństwa.

Coraz częściej zamiast w grupach, działamy w sieciach. Główne różnice, istotne z politycznego punktu widzenia, polegają na tym, że w grupach (którymi są np. partie) istotna jest hierarchia, a w sieciach relacje są partnerskie i hierarchia traci na znaczeniu; sieci są nietrwałe, powstają głównie w celu realizacji konkretnego projektu, a po jego zakończeniu każdy idzie w swoją stronę, zaś grupy potrafią trwać niezależnie od podejmowanych działań lub ich braku.

Sieci dzięki swoim cechom są oczywiście bardziej rozległe geograficznie, bo lokalizacja ma w nich niewielkie znaczenie, a jednocześnie łatwo w nich uzupełnić puste miejsca w zakresie każdego rodzaju wiedzy, bo dzięki rozległości kontaktów zawsze da się znaleźć właściwego eksperta.

Po zaangażowanych w politykę Polakach popierających opozycję widać (np. na Twitterze), że funkcjonują oni właśnie w społecznej strukturze sieciowej i tego samego oczekują od reprezentujących ich polityków.

Co to oznacza w praktyce? Że np. politycy będą bardziej partnerscy wobec zwykłych obywateli, interesujących się polityką;

  • że będą potrafili tworzyć krótkotrwałe struktury projektowe, zaś w trakcie realizacji liczyć się będzie współpraca, a nie hierarchia;
  • że będą włączać osoby spoza partii w swoje projekty, dając im możliwość wpływu na podejmowane decyzje;
  • że wreszcie politycy sami włączą się w inicjatywy podjęte przez sieć, na tych samych zasadach co reszta uczestników.

Doskonałym przykładem była akcja #SilniRazem, zorganizowana na Twitterze przez osoby wspierające partie opozycyjne. Chcieli wspierać kandydatów, chcieli skoordynować swoje działania – i zrobili to, bez wybierania liderów i bez oglądania się na polityków, którzy dopiero po kilku miesiącach akcji postanowili skorzystać z jej hashtagu, a potem także z możliwości, które dawała. Dużo wcześniej w podobny sposób zafunkcjonował wśród kobiet Czarny Protest.

To właśnie z tej strukturalnej zmiany wynikają artykułowane bezpośrednio oczekiwania wobec partyjnych liderów. Zewnętrzni uczestnicy polityki chcą mieć wpływ na sposób tworzenia list kandydatów, wyboru kandydata na Marszałka Senatu czy na przewodniczącego partii.

Na Twitterze mnożą się tweety z opiniami na wszystkie te tematy, pojawiają się propozycje pomocy i akcji, jednak partie wolą działać tak jak dotychczas: podejmować decyzje we własnym gronie, za zamkniętymi drzwiami, bez włączania osób niebędących członkami ugrupowania.

To oczywiście prostsze, ale po pierwsze trzeba być potem nastawionym na krytykę decyzji w sieci, po drugie politycy tracą szansę zbudowania głębszych więzi ze swymi najbardziej oddanymi wyborcami. W biznesie więzi z klientami buduje się, wydatkując na ten cel ogromne pieniądze, a partie wręcz opierają się przed skorzystaniem z okazji.

Współpraca w nowej formie – niezbędna!

Właśnie takie sieciowe myślenie było podstawą propozycji Obywateli RP, którzy chcieli w tej kampanii doprowadzić do  debaty dwóch warszawskich kandydatów opozycji do Senatu, w zamian za zrezygnowanie z kandydowania tego, który przegra.

To nie „wymysł” ruchu obywatelskiego, lecz wyraz coraz silniejszej potrzeby współpracy – ale sieciowej, a nie w tradycyjnej strukturze zamkniętej grupy. Można tę potrzebę realizować na wiele sposobów, na razie jednak politycy opozycji usiłują jej po prostu nie zauważyć.

Tymczasem w sieci kryje się znacząca siła wsparcia, czego przykładem w tej kampanii była choćby akcja banerowa KO. To dzięki sieciowej strukturze działania do partii zgłaszały się setki osób chętnych do powieszenia baneru na swoim płocie czy balkonie.

Oczywiście, byli kandydaci, którzy potrafili wykorzystać ten nowy sposób organizowania się wyborców w swojej kampanii znacznie szerzej, ale były to przypadki indywidualne, a nie centralna strategia.

Tak rozumiana sieciowość jest dziś znacznie ważniejsza w środowiskach liberalnych niż konserwatywnych, które wciąż jeszcze koncentrują się w grupach. Dlatego też odpowiedzieć na potrzebę tej formy współpracy powinni właśnie demokraci. Dla PiS ma ona dziś niewielkie znaczenie, w ugrupowaniach opozycyjnych może w sposób fundamentalny zmienić sposób strategicznego myślenia o kampanii i w ogóle o uprawianiu polityki.

Jeśli Koalicja Obywatelska kampanię prezydencką w 2020 roku poprowadzi w ten sam sposób, co parlamentarną, znacząco utrudni swemu kandydatowi (lub kandydatce) zdobywanie poparcia.

Bez zauważenia, że zmieniają się oczekiwania i potrzeby wyborców oraz sposób komunikacji z nimi, bez przestrzegania podstawowych zasad marketingu nie da się przeprowadzić przynajmniej poprawnej kampanii wizerunkowej kandydata, nawet gdyby ten był chodzącym ideałem.

Dlatego po pierwsze: nie grzeszyć. Przynajmniej marketingowo.

Kmicic z chesterfieldem

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej…

View original post 4 933 słowa więcej