Archiwa tagu: Onet

Morawiecki jest przegranym tych wyborów. Co teraz PiS będzie rozwalał?

Warszawa dała czerwoną kartkę rządom „dobrej zmiany” – uważa Sławomir Sowiński, politolog.

Rzeczpospolita: Czy wybory samorządowe to czwarty z rzędu sukces PiS, jak twierdzi Jarosław Kaczyński?

Dr hab. Sławomir Sowiński, politologUniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego: Jesteśmy świadkami remisu, który jest niepokojący dla PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała w sejmikach, ale zdecydowanie przegrała w wielkich miastach. Przegrana PiS jest szczególnie spektakularna w Warszawie. Niepokój związany z remisem wynika z tego, że zwycięstwo w sejmikach nie musi się przełożyć na faktyczną władzę PiS. Władza partii rządzącej w sejmikach może zależeć od Kukiz ’15. Tam, gdzie ugrupowanie Pawła Kukiza wejdzie do sejmików, tam PiS ma otwartą drogę do władzy w samorządach. Ich zwycięstwo w sejmikach jest niepewne, warunkowe.

(…)

Czy zwycięstwo PiS w wyborach samorządowych wzmocniło pozycję Mateusza Morawieckiego jako premiera?

Realne wyniki wyborów są wyzwaniem dla Mateusza Morawieckiego i pytaniem o zmianę strategii PiS. Pamiętamy gwałtowną zmianę na tym stanowisku z Beaty Szydło, która cieszyła się dużym poparciem społecznym. Argumentem za zmianą było twierdzenie, że PiS z nowym premierem musi skręcić w kierunku centrum. Mateusz Morawiecki miał przyciągnąć do PiS wielkomiejskich wyborców. Wynik wyborów samorządowych pokazuje, że do tego nie doszło.

Promotorem Mateusza Morawieckiego jest sam Jarosław Kaczyński.

I chyba zadaje sobie teraz pytanie, czy to był dobry wybór. Prezes musi przekonać nie tylko siebie, ale i polityków PiS, że postawienie na Morawieckiego było dobrym wyborem i długookresowo ma sens. W PiS może teraz dojść do zwątpienia w premiera, tym bardziej, że na jego tle kurs polityczny z Beatą Szydło na tym stanowisku był skuteczny.

>>>

Wywiad z 2012 wart print screena.

Kaganiec ma mieć narodowość jak kapitał.

Kaczyński i PiS wezmą się za niezależne media

– Obawiam się, że w PiS są zwolennicy kursu twardego, który wyraziła posłanka Pawłowicz, a wcześniej jeden z braci Karnowskich. Czyli że problemem nie jest opozycja, ale niezależne media – mówił w TOK FM Aleksander Kwaśniewski.

– Sądzę, że oczekiwania PiS wobec tych wyborów były większe. Zarówno jeżeli chodzi o wybory prezydenckie, jak i do sejmików – mówił w TOK FM były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jego zdaniem sprowokuje to partię rządzącą do zmiany w działaniu, a możliwości są dwie – albo „na ostro”, albo „na miękko”.

W opinii Kwaśniewskiego, kurs “na ostro” oznaczałby atak na niezależne media.

– Obawiam się, że w PiS są zwolennicy kursu twardego, który wyraziła posłanka Pawłowicz, a wcześniej jeden z braci Karnowskich. Czyli że problemem nie jest opozycja, ale niezależne media. Zwłaszcza te, które mają obcych właścicieli. Być może pójdzie ostry atak na media, pomysły na decentralizację – przewidywał.

Łagodniejsza z koncepcji mogłaby, jak domyśla się były prezydent, polegać na odejściu od „stylu konfrontacyjnego wobec wszystkich”, czyli np. szukaniu porozumienia z Unią Europejską. – Ten nastrój walki PiS z UE pomógł bardzo przeciwnikom PiS – zauważył.

Karolina Lewicka przypomniała, że zdaniem części komentatorów sympatyzujących z PiS, decyzja TSUE o zawieszeniu przepisów dotyczących czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym, wpisała się w kampanię wyborczą.

– To bzdura. W piątek było już za późno, żeby o czymkolwiek rozstrzygać. Wszystko decyduje się najpóźniej tydzień przed głosowaniem – skomentował Kwaśniewski.

Trzeba się przyznać do błędu

Zapowiedź złagodzenia stanowiska w sporze z UE pojawiła się dzisiejszej wypowiedzi Jacka Czaputowicza. Szef polskiej dyplomacji stwierdził, że potrzebna będzie nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, by przywrócić na stanowiska odesłanych na emeryturę sędziów.

W ocenie Aleksandra Kwaśniewskiego podejście ministra Czaputowicza jest słuszne.

– Trzeba przyznać, że popełniliśmy błąd, znowelizować ustawę, przywrócić – świetnych zresztą – sędziów, którzy zostali z sądu niekonstytucyjnie usunięci i zamknąć temat – przekonywał.

Zdaniem Kwaśniewskiego, Kaczyński nie będzie mieć problemu z wytłumaczeniem się z tej sprawy swojemu elektoratowi.

– Problem Kaczyńskiego z tym elektoratem, który ma, nie jest wielki. Ma 33 proc. ludzi, którzy wierzą w jego gwiazdę i przyjmą każde wytłumaczenie. Jego problem jest taki, że od dłuższego czasu nie może rozszerzyć tego elektoratu. A rozszerzyć go może nie w stronę prawą, bo tam już za bardzo nie ma gdzie, ale w stronę centrum, gdzie musi wykazać się trochę inną polityką – argumentował.

W piątek Trybunał Sprawiedliwości Unii podzielił pogląd Komisji Europejskiej, że nowe polskie przepisy są niezgodne z unijnym prawem, bo podważają zasady niezależności sądowniczej. Rzecznik Komisji zaznaczył, że ostateczny wyrok unijnego trybunału w tej sprawie będzie wydany później.

>>>

Na wyrok TSUE poczekamy parę miesięcy i – znając polską politykę – wiele może się przez ten czas zdarzyć. Trybunał nie powiedział, w jaki sposób wykonać jego postanowienie, ale zaadresował je do wszystkich władz – każdej w ramach jej kompetencji. Nie ma więc potrzeby ponownego powoływania sędziów. Czy potrzeba noweli ustawy? Nie wiem, ale ona na pewno będzie. Bo w całej tej reformie od początku chodzi tylko o zmianę kadrową. Wynika to jasno ze słów Jarosława Kaczyńskiego, który przypominał orzeczenie SN o niedopuszczalności posługiwania się nielegalnie zdobytymi dowodami, co miało wielkie znaczenie np. w procesach byłej posłanki Sawickiej czy ułaskawionych szefów CBA. Tak ma już nie być. O to toczy się gra.

Michał Laskowski – rzecznik i sędzia  u Jana Wróbla w  –  http://www.tokfm.pl/Tokfm

http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,130517

Wygląda na to, że Kaczyński weźmie się teraz za niezależne media – za TVN i Onet.

Reklamy

Donald Tusk jest przez pisowców wymazywany

5 października do Trybunału Konstytucyjnego wpłynęło zapytanie Prokuratora Generalnego, dotyczące zgodności art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu UE z polską konstytucją – ustalił Onet. Kwestionowany przez Zbigniewa Ziobrę artykuł pozwala sądom krajowym zadawać pytania prejudycjalne do unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Jak ustalił Onet, Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro rozszerzył swój wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Z pisma, które do TK dotarło dwa tygodnie temu, wynika, że Ziobro chce, by Trybunał zbadał czy sądy krajowe mają prawo zadawać pytania prejudycjalne do unijnego Trybunału Sprawiedliwości. Pytanie dotyczy art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu UE. Przepis pozwala na to, by to najwyższy sąd Unii rozstrzygnął, czy prawo krajowe zgodne jest z prawem unijnym.

Na tej podstawie sędziowie z Łodzi i Warszawy – Ewa Maciejewska i Igor Tuleya – zadali do TSUE pytania, dotyczące sędziowskiej niezawisłości, w kontekście zmian wdrażanych przez PiS w sądownictwie. Oboje w związku z zadaniem tych pytań byli wzywani przez rzecznika dyscypliny sędziów sądów powszechnych.

Gdyby Trybunał Konstytucyjny uznał, że art. 267 Traktatu o Funkcjonowaniu UE jest niezgodny z polską konstytucją, okazałoby się, że dla Polski prawo unijne nie jest już nadrzędne. A na tę nadrzędność zgodziliśmy się dobrowolnie, wstępując do UE. Takie orzeczenie TK oznaczałoby jedno – że Polska zrobiła pierwszy, ogromny krok na drodze do opuszczenia Unii Europejskiej. – No to możemy pożegnać się z Unią – mówi nam anonimowo jeden z sędziów, specjalista od prawa międzynarodowego. – Taki ruch Prokuratora Generalnego oznacza jedno. To zaawansowany ruch w stronę polexitu – kwituje.

„To oznacza, że minister Ziobro nie zgadza się na obecność Polski w UE”

W sprawie stanowisko zajął Dariusz Mazur, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów THEMIS. – Wygląda na to, że nasz TK ma zdecydować, że Polska częściowo wypisuje się spod jurysdykcji prawa UE i łamie traktat o funkcjonowaniu UE – ocenił Mazur w rozmowie z TVN24. – We wszystkich państwach UE sądownictwo musi spełniać wysoko postawione kryteria – podkreślił. – A to wszystko oznacza, że minister Zbigniew Ziobro nie zgadza się na obecność Polski w UE. Ziobro stwierdził, że my nie zgadzamy się na pewne kryteria i koniec – mówił dalej Dariusz Mazur.

– W mojej ocenie polski TK nie ma kompetencji, by oceniać kwestie o jakie wniósł Zbigniew Ziobro – wskazał Mazur. – TK mamy, jaki mamy. Jeśli uzna, że TSUE nie może orzekać, czy nie może oceniać stanu praworządności w Polsce, to jest krok w stronę wyjścia Polski z UE. (…) Decyzja polskiego TK nie będzie zobowiązywała, ale to jest konkretny sygnał ze strony Polski do UE – wskazuje Mazur. – Jeżeli werdykt w tej sprawie nastąpi w polskim TK, to obawiam się, że nie możemy być członkiem organizacji, nie akceptując jej wartości. W tym przypadku to niezależne sądownictwo.

Pismo Zbigniewa Ziobry do TK wraz z uzasadnieniem udostępnione tu >>>.

ZUS wycofał zażalenie, na kanwie którego SN wystosował pytania prejudycjalne. SN: umorzenie postępowania

PiS, a właściwie Kaczyński ma od trzech lat w ręce całą instytucję państwa. I poczyna sobie z nim nie licząc się z Konstytucją i prawem. Skutki teg0 widać. W kraju, gdzie rośnie poczucie niepewności i lęku przed władzą i jej organami. Coraz więcej jest dziedzin, w których obywatel, pracownik, przedsiębiorca, emeryt, nie wiedzą czego można się po państwie spodziewać, czym ich zaskoczy i czym uderzy. W stosunkach z zagranicą trzy lata rządów PiS, to katastrofa wizerunku i znaczenia Polski, głównie w Unii, ale i w Europie. Flirt z USA, a właściwie z Trumpem, jest tyle samo wart, co jego stosunki z kobietami. Stało się 3 lata temu coś bardzo złego. Przez złudzenia części wyborców, przez pozostanie w domu jeszcze większej części, ale także przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Trudno, stało się i dzieje, ale nie musi się stać coś równie niedobrego tej niedzieli i na początku listopada. Nie zlekceważmy wyborów samorządowych. Mają ogromne znaczenie dla tego co będzie z Polską w najbliższej przyszłości. Nie zostańmy w domach w dniu wyborów. Idźmy i głosujmy, tak, jak każdy uważa.

Stawiam jednak pod rozwagę; nie głosujmy na kandydatów PiS. Na kogokolwiek, kto ma szansę zdobyć prezydenturę, czy mandat radnego, ale nie na PiS-owca. Nie dlatego, że wszyscy są do niczego, bo to nie prawda.Dlatego, że głosując na kandydata PiS głosujecie w istocie na oddanie samorządów w ręce Jarosława Kaczyńskiego, największego i najbardziej gorliwego dziś mentalnego postkomunisty w Polsce. To nie jest fantazja, to fakt. Kaczyński nie uznaje podziału władzy. Tak jest ukształtowany, przez naturę i swego mistrza profesora Stanisława Ehrlicha. Władza musi być jednolita i stać ponad prawem. To ideał Kaczyńskiego niewiele instytucjonalnie odbiegający od PRL, czy III Rzeszy. Ten ideał jest od 2015 roku krok po kroku wprowadzany w sferze instytucji państwa. Podporządkowanie Prezesowi Trybunału Konstytucyjnemu (Ziobro to figurant, tolerowany do czasu), Krajowej Rady Sądownictwa, Sądu Najwyższego, a także mediów publicznych, administracji rządowej, spółek skarbu państwa, to droga do Jego ideału władzy. Jednym celem PiS w obecnych wyborach samorządowych jest przechwycenie wyłącznej kontroli nad resztą Polski, nad samorządem lokalnym. Wszystko inne, wszystkie obietnice, to są dżdżownice na haczykach, by zwieść wyborców i by ich rękami przejąć od społeczności lokalnych ich Małe Ojczyzny, a potem pozbawić je głosu, co zostało już powiedziane; “samorząd nie może warczeć na rząd”, ma go słuchać i trzymać “ruki pa szwam”. Tylko o to chodzi w całej kampanii PiS.

W odróżnieniu od innych partii i środowisk uczestniczących w wyborach, za kampanią PiS ukrywa się nie ujawniany plan generalny – odebranie Polski lokalnej żyjącym tam społecznościom. Nie dajcie sobie jej odebrać! Nie popełnijmy błędu z 2015 roku dając pełną, totalną władzę jednej partii i jednemu człowiekowi. To byłby błąd, nawet gdyby byli aniołami, a nie są. Pozostawmy Polskę lokalną poza PiS. Z czystej przezorności (na giełdzie mawiają, by nie trzymać wszystkich jaj w jednym koszyku), ale i po to,by uniknąć ryzyka, że raz zabrawszy ludziom Małe Ojczyzny, nie oddadzą ich, gdy ludzie zażądają zwrotu. Już dowiedli, że potrafią zamienić Konstytucję w plastelinę do dowolnego ugniatania na Żoliborzu. To samo potrafią zrobić z systemem wyborczym, jeśli im zagrozi utrata władzy. Idźmy głosować. To bardzo ważne. Nie głosujmy na PiS, to równie ważne.

Polexit staje się powoli faktem. Kolejny krok

>>>

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu UE. Chce, by Trybunał zbadał, czy polskie sądy krajowe mają prawo kierować pytania prejudycjalne do unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

„Pytanie Ziobry do tzw. TK (jeśli to prawda, co podaje Onet) o zgodność art. 267 Traktatu UE (pytania prejudycjalne) z polską Konstytucją jest absurdalne, bo TK już raz orzekł, że cały Traktat (w tym art. 267) jest zgodny z Konst. Ale to zapowiedź Polexit” – skomentował na Twitterze prof. Wojciech Sadurski.

>>>

Podobnie pismo Ziobry ocenił w rozmowie z TVN24 Dariusz Mazur, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów THEMIS. – „W mojej ocenie polski TK nie ma kompetencji, by oceniać kwestie, o jakie wniósł Zbigniew Ziobro. To oznacza wprost, że pan minister nie zgadza się z członkostwem Polski w Unii Europejskiej. (…) TK mamy, jaki mamy. Jeśli uzna, że TSUE nie może orzekać, czy nie może oceniać stanu praworządności w Polsce, to jest krok w stronę wyjścia Polski z UE. Idziemy w bardzo niebezpieczną stronę, która realnie może doprowadzić do Polexitu” – powiedział Mazur.

„Kwestionowanie prawa Trybunału Sprawiedliwości do odpowiadania na pytania prejudycjalne polskich sądów jest kwestionowaniem naszego członkostwa w UE. Minister Ziobro bawi się prawem jak zapałkami, a jak będzie z tego pożar, powie, że to wina sędziów. Ruch Ziobry z zakwestionowaniem prawa polskich sądów do zadawania pytań prejudycjalnych do TSUE jest przygotowaniem gruntu do zignorowania przyszłego wyroku Trybunału w Luksemburgu. Po prostu powie się, że rząd musi zignorować wyrok TSUE, żeby nie złamać polskiej Konstytucji” – skomentował na Twitterze prof. Marcin Matczak.

Pytanie Ziobry do tzw. TK (jeśli to prawda, co podaje Onet) o zgodność art. 267 Traktatu UE (pytania prejudycjalne) z polską Konstytucją jest absurdalne, bo TK już raz orzekł, że cały Traktat (w tym art. 267) jest zgodny z Konstutucją. Ale to zapowiedz Polexit.

>>>

PiS w propagandzie sukcesu przeskoczył doktora Goebbelsa

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod przekop Mierzei Wiślanej zostanie wbita w trakcie tej kampanii wyborczej – zapewniał niedawno w Radiu Olsztyn prezes PiS Jarosław Kaczyński.

W trójmiejskiej „Wyborczej” Paulina Siegień od razu przypomniała, że pierwsza łopata została już w mierzeję wbita – 14 października 2015 r. Podczas ówczesnej kampanii przed wyborami do parlamentu wbił ją poseł PiS Andrzej Jaworski. – Zaczynamy kopać ten przekop, żeby ta inwestycja w końcu ruszyła – zapowiadał, szuflując piasek w Kątach Rybackich.

Państwową bumagę pomysł zyskał w ubiegłym roku, kiedy posłowie uchwalili (nie tylko głosami rządzącej prawicy, za głosował prawie cały Sejm), a prezydent podpisał specustawę dotyczącą inwestycji. Budowa miała się zacząć już w tym roku, a skończyć się w roku 2022. Ale władze centralne, które mają finansować przekop Mierzei Wiślanej, nie rozpisały jeszcze przetargu. A Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Olsztynie nie wydała decyzji środowiskowej. Inwestycji, która ma ingerować w cenne przyrodniczo obszary unijnego programu Natura 2000, nie zatwierdziła – co akurat wydaje się dla rządowego zielonego światła najmniejszą przeszkodą – Komisja Europejska.

Afera taśmowa.film z przesłuchania kelnera: „Boję się o swoje życie” >>>

– Marek Falenta pytał mnie, w jaki sposób mógłby dotrzeć do premiera Donalda Tuska. Twierdził też, że jest blisko z polską prawicą i PiS-em, i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim – mówił w trakcie prokuratorskiego przesłuchania cztery lata temu Łukasz N., najsłynniejszy kelner w Polsce, skazany za nielegalne podsłuchiwanie polityków w warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Publikujemy film nieznany dotąd opinii publicznej.

Do dziś tego nagrania nie widział nikt poza sądem i służbami prowadzącymi śledztwo w sprawie afery taśmowej. To zapis zeznań, jakie kelner skazany za nielegalne podsłuchiwanie polityków złożył w prokuraturze 23 czerwca 2014 r. Nagranie otrzymaliśmy oficjalnie od sądu wraz z aktami sprawy. Przedstawiamy 14-minutowy skrót tego nagrania.

 

Łukasz N. przyznał się do winy i współpracował z organami ścigania. W czasie przesłuchania szczegółowo opowiada o swojej roli w przestępczym procederze. Tłumaczy też m.in., w jaki sposób poznał się z Markiem Falentą.

Do ich pierwszego spotkania doszło w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Według zeznań Łukasza N., z propozycją podsłuchiwania biznesmenów Falenta miał się do niego zwrócić latem 2013 r. Z biegiem czasu podjęli decyzję, by nagrywać wszystkie rozmowy, także te, w których uczestniczyli znani politycy.

– Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty – opowiadał prokuratorom Łukasz N.

Według kelnera, Falenta sugerował, że informacje pochodzące z podsłuchów może wykorzystywać także do „załatwiania jakichś spraw ze służbami”.

– Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS. Ja to traktowałem jako dygresję – mówił kelner. Równocześnie zaznaczał, że Falenta szukał sposobu, by „dotrzeć do Donalda Tuska”.

Łukasz N. opowiedział także o momencie poprzedzającym wybuch afery taśmowej. Mówi, że dostał smsa od Jacka Krawca, ówczesnego prezesa PKN Orlen. – Pisał do mnie, że „chodzą słuchy na mieście”, że w restauracji „Sowa i Przyjaciele” były nagrywane rozmowy – wspomina.

– [Wtedy] napisałem do Sławomira Nowaka, że dostałem taką informację od pana Krawca, że były nagrywane spotkania u mnie w restauracji i mają być opublikowane. (..) Nowak był przerażony, że teraz to już będzie skończony – powiedział w trakcie przesłuchania Łukasz N.

W prokuraturze kelner zeznał także, że „dla wielu osób, a zwłaszcza dla Marka Falenty, stał się niewygodny”. – Przez to obawiam się, że coś się może stać z moją osobą. Po prostu boję się o swoje życie – stwierdził.

Według naszego informatora czekający na wyrok Marek Falenta ma nagranie kompromitujące premiera Morawieckiego. To jego „polisa ubezpieczeniowa”. Kto jeszcze ma dostęp do nieznanych dotąd podsłuchów?

Gdy w czwartek Onet i TVN24.pl ujawniały kolejne fragmenty 3,5-godzinnej rozmowy, którą Mateusz Morawiecki prowadził w warszawskiej restauracji Sowa & Przyjaciele z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską, w sukurs premierowi przyszła prorządowa TVP Info. Samuel Pereira, szef portalu tej telewizji, opublikował podsłuch z tej samej restauracji, gdzie jedynym zidentyfikowanym z nazwiska politykiem jest Sławomir Nowak, b. minister transportu w rządzie Donalda Tuska. Nagrana w 2013 r. rozmowa nie jest szczególnie sensacyjna. Ważniejsze jest to, że to kolejny zapis, którego nie ma w aktach prokuratury prowadzącej śledztwo w sprawie afery podsłuchowej.

Pereira już raz opublikował nagranie, którego nie ma w aktach. Też stało się to w chwili, gdy władza PiS przeżywała problemy. Pierwszą z nieznanych taśm Pereira „odpalił” na początku czerwca 2017 r. Opinia publiczna była wtedy wstrząśnięta ujawnionym przez TVN filmem pokazującym tortury paralizatorem, którym policja z Wrocławia poddawała Igora Stachowiaka. TVP Info wrzuciła wtedy do sieci rozmowę ks. Kazimierza Sowy z szefem BOR gen. Marianem Janickim oraz Pawłem Grasiem, prawą ręką Tuska.

„Mateusz Morawiecki został ustanowiony na pozycji premiera przez Jarosława Kaczyńskiego z taką myślą, że oto taki nobliwy narodowiec z dobrą przeszłością, dobrze wykształcony, kulturalny itd. Z tych taśm wynika, że to jest trochę farbowany lis, liberalny, farbowany lis, który w swoich wypowiedziach używa języka knajackiego” – powiedział Ryszard Bugaj w „Faktach po Faktach w TVN24.

Były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego dodał, że prezes PiS kreuje Morawieckiego na Wallenroda dopiero teraz, kiedy mleko się rozlało. Wcześniej to był człowiek od dzieciństwa funkcjonujący jako niezłomny, niebudzący wątpliwości, krystaliczny, nieuwikłany w układy. W tej chwili ten obraz się załamuje”. Bugajowi nie odpowiadają też wulgaryzmy i kolokwializmy, które słychać na nagraniach. – „Morawiecki używa w swoich wypowiedziach języka knajackiego. A to nie jest prawda, że w polityce ludzie się nagminnie posługują takim językiem” – powiedział.

Drugim gościem programu był Ludwik Dorn, który użył jeszcze innego określenia na wybielanie premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. – „PiS kreuje Morawieckiego na naszego człowieka w Abwehrze, który zakładał barwy ochronne, żeby lepiej rozpracowywać wroga. Nie można się czepiać Hansa Klossa, że miał stosunki z gestapowcami, skoro pracował dla słusznej strony” – kpił były wicepremier w poprzednim rządzie PiS.

Jego zdaniem, najważniejsze w aferze taśmowej z nagraniem Morawieckiego są zeznania kelnerów. – „One są poważne, potwierdzają się i tam jest mowa o przestępczym procederze. Zeznają, że odsłuchując taśmę słyszeli umawianie się obecnego premiera rządu z niezidentyfikowanym dżentelmenem w sprawie procederu przestępczego” – powiedział Dorn.

Tamara Olszewska pisze na koduj24.pl o tworzeniu pisowskich kadr.

Partia rządząca rozpoczęła tworzenie nowej kadry naukowej, która zmieni mentalnie cały naród na w pełni pisowski.

Życie w Polsce już od prawie trzech lat przypomina ostrą „jazdę bez trzymanki”. Nie ma dnia, by człowiek mógł się nieco ponudzić, zająć się sobą, oddać relaksowi. Polityka pcha się drzwiami i oknami, nie daje nam złapać oddechu, odpocząć. Istne wariactwo. Powiem krótko, jestem zmęczona, czuję się bezradna, a moje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa stało się tylko wspomnieniem. Ciekawe, jak długo jeszcze ten zawyżony poziom adrenaliny pozwoli zachować w miarę stabilną psychikę? PiS rozkręca się z każdą wręcz sekundą, przyspieszając już co najmniej do 300 km na godzinę i tylko szkoda, że za kierownicą tej rozszalałej maszyny brak myślącego kierowcy.

PiS wziął się za realizację nowego programu „PiS – Edukacja Plus”, czyli… tworzenie nowej kadry naukowej, która niebawem będzie wbijać w polskie, młode głowy treści, które zmienią mentalnie cały naród na w pełni pisowski. Na horyzoncie pojawiło się już dwóch „mentorów”. To oni przetrą szlaki i poprowadzą młodzież ku świetlanej, pisowskiej przyszłości. To panowie Zybertowicz i Waszczykowski.

Zacznijmy od Andrzeja Zybertowicza, doktora habilitowanego nauk humanistycznych, a obecnie doradcy społecznego prezydenta Andrzeja Dudy oraz szefa BBN. Często publikuje on swoje teksty na łamach „Sieci”, „Naszego Dziennika” czy „Gazety Polskiej”. To on znalazł przyczynę „antypolonizmu” w Izraelu. Nie lubią nas tam „z poczucia wstydu. […] Za bierność w czasie Holokaustu. Niektórzy tłumaczą, że brutalne rozprawianie się z Palestyńczykami czy Hezbollahem to także forma odreagowywania”. Jest entuzjastą pisowskiej władzy i ostrzega: – „Jeśli dobra zmiana przegra, to walec okołoglobalistyczny, walec demoliberalnych konwulsji, choć zwichrowany, może doprowadzić do sytuacji, w której kolejnej szansy na rekonstytucję narodu polskiego nie będzie. Może wygrać projekt Unii, która Polskę „zmodernizuje” przez depolonizację i dechrystianizację. Bez sukcesu dobrej zmiany nie będzie zatem nie tylko narodu polskiego, lecz być może nawet tkanki narodotwórczej zdolnej do kolejnego zrywu”.

Często jego wypowiedzi „powalają na kolana”. Jest w swoich poglądach niezwykle jednostronny, w osądach niezwykle subiektywny i widać, że oddał serce oraz duszę obecnej władzy. A teraz uznał, że coś mu się od życia należy, że zasłużył na uznanie, że osiągnął taki poziom intelektualny, by iść między młodych ze swoją nauką. Idealny wręcz materiał na mentora i nauczyciela. Postanowił więc sięgnąć po tytuł profesorki. Nie taki okazjonalny z racji wykładania na uczelni wyższej, ale ten prawdziwy, wieńczący jego wspaniały dorobek naukowy. 14 listopada 2017 r. do jego starań przychyliła się Rada Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i wskazano 5 recenzentów, którzy mieli ocenić jakość jego dorobku naukowego.

I tu zaczyna się ciekawa historia. Zybertowicz zdobył uznanie i poparcie wniosku o profesurę, choć jeden z recenzentów napisał o jednej z jego prac, że to „Samobójstwo Oświecenia” i dorzucił: – „Pomysłowo pomyślana praca nad Oświeceniem cierpi, bo została tylko dotknięta i nawet nierozpoczęta. Dlatego uważam polemikę z wnioskami Zybertowicza za niemożliwą. Nie dostarcza on dostatecznego materiału do takiej polemiki”.

O pracy „Privatizing the Police State: The Case of Poland”, którą Zybertowicz napisał z Marią Woś padły słowa: – „Wnioski w niej zawarte są delikatnie mówiąc dziwaczne”. Dlaczego? Recenzent wyjaśnia: – „Twierdzenie, że w zasadzie transformacja jest ‚dziełem’ tajnych służb wydaje się dziwaczne i niemal groteskowe. A na pewno nie jest uzasadnione naukowo. A zatem praca ta zawiera wiele interesujących informacji, zwłaszcza na temat działania tajnych służb, natomiast konkluzja jest zdecydowanie na wyrost„. Kolejny profesor recenzent ocenia jego pracę, pisząc, że „Twierdzenia Zybertowicza na temat eksterminacji gatunku ludzkiego przyjmują wprost tabloidalną i karykaturalną postać”. Tak więc panowie sobie krytykują, a jednak zgadzają się na rozpoczęcie działań w kierunku uzyskania tytułu profesorskiego przez człowieka, którego sami uważają za nierzetelnego i mówiąc otwarcie, po prostu kiepskiego, w tej dziedzinie naukowej.

No i kolejna „perełka”, czyli Witold Waszczykowski, były już minister spraw zagranicznych, doktor habilitowany nauk humanistycznych. Jako właśnie ten minister spotkał się „z różnymi ministrami. Z niektórymi, jak np. na Karaibach po raz pierwszy chyba w historii naszej dyplomacji. Na przykład z takimi krajami, jak San Escobar albo Belize. Uważał, że należy „drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec UE. Zacząć prowadzić politykę negatywną”. Piętnował poprzedni rząd, który „realizował określony program. Jakby musiał się świat według marksistowskiego wzoru poruszać automatycznie tylko w jednym kierunku – do nowej mieszanki kultur i ras, do świata rowerzystów i wegetarian, którzy stawiają tylko na energie odnawialne i walczą przeciw każdej formie religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi, polskimi wartościami”.  Choćby człowiek nie wiem jak chciał, to nie ma szans, by znaleźć w panu Waszczykowskim coś więcej niż bezkrytyczne oddanie i podporządkowanie partii rządzącej i jej prezesowi.

I co się dzieje? Pan Waszczykowski wygrał konkurs w Instytucie Studiów Strategicznych Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego na Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie i został zatrudniony na stanowisku adiunkta w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Dyplomacji. Władze uczelni, z której już wyrzucono wszystkich, niepasujących do pisowskiej koncepcji dydaktycznej, uznały, że „przełoży swoje doświadczenia zawodowe także na dorobek naukowo-badawczy” i będzie super. Będzie prowadził zajęcia „Współczesne zagrożenia bezpieczeństwa międzynarodowego” dla uczniów pierwszego stopnia na kierunku Bezpieczeństwo Międzynarodowe i Dyplomacja. Chyba nie muszę mówić, jak prowadzone będą te zajęcia i jakie poglądy prezentowane, prawda?

Podejrzewam, że program „PiS – Edukacja Plus” nabierze ostrego tempa. W końcu w interesie władzy jest wymiana dotychczasowej kadry naukowych „wykształciuchów” na tych poprawnych politycznie”, bardzo pisowskich, zniewolonych poglądowo, którzy bezkrytycznie zajmą się produkcją Homo PiSus. Niebawem zapewne usłyszymy o Misiewiczu, który wreszcie skończy studia u Rydzyka i wraz ze swoim guru Macierewiczem zajmą się przysposobieniem obronnym w szkołach podstawowych oraz liceach. Chłopcy narodowcy przejmą lekcje historii, lekcje religii z elementami języka polskiego będą odbywać się 7 razy w tygodniu. Uczelnie wyższe przejmie pani Sobańska z ojczulkiem Rydzykiem i to oni będą decydować, kto ma nauczać, jak i co.

Nieważne, że wiedza kadry „dobrej zmiany” będzie wołać o pomstę do nieba. Ważne, że wreszcie – trawestując Jana Zamoyskiego, „Rzeczpospolita będzie taka, jak jej młodzieży chowanie”, czyli….

Waldemar Mystkowski pisze o konsekwencjach afery podsłuchowej.

Taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” mają niecodzienną siłę kreowania polskiej polityki i wcale to dobrze nie świadczy o polskim państwie. Poniewczasie trzeba zgodzić się z jednym z inteligentniejszych podsłuchanych Bartłomiejem Sienkiewiczem, iż mamy „państwo teoretyczne” – zresztą taki tytuł nosi jego najnowsza książka.

Główny pomysłodawca podsłuchów Marek Falenta był w ścisłym kontakcie z kierownictwem PiS. Nawet się chwalił, że ma dobre dojścia do Jarosława Kaczyńskiego. Falenta liczył na tekę ministra, gdy PiS dojdzie do władzy. Tak zeznawał jeden z kelnerów Łukasz N., który na polecenia Falenty zakładał podsłuchy: – „Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS”.

Co zatem się stało, że Falenta dostał wyrok do odsiadki i skończy w więzieniu? Ciąg szpiclowskiej fabuły może wiele wytłumaczyć, dalej mówi ów kelner: – „Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty”. „Duże pieniądze” miały przyjść od obcych służb.

Jakich służb? Tylko od rosyjskich, bo Falenta był na miliony zadłużony u mafii sołncewskiej, która jest krwawymi rękami Kremla. A więc mamy w tle Władimira Putina, któremu zależy na destabilizacji Polski i przede wszystkim na rozchwianiu Unii Europejskiej.

Dlaczego zatem PiS podjął współpracę z Falentą, wszak nietrudno było sprawdzić, gdzie kręci swoje szemrane biznesy? Odpowiedzi są dwie. Kaczyński chciał za wszelką cenę odsunąć Platformę od władzy i przymykał oko na rosyjskie ślady. Albo prezesowi PiS wszystko jedno i godzi się być Targowicą. Wszak w dalszym ciągu mało wiemy o bliskim współpracowniku Kaczyńskiego Antonim Macierewiczu: jakie dokładnie ma powiązania z Kremlem. Starał się to rozwikłać Tomasz Piątek w swojej bestsellerowej książce „Macierewicz i jego tajemnice”.

Czy można zatem rzec, iż PiS doszedł do władzy z możliwą kontrasygnatą rosyjskich służb? Gdy Onet dotarł do 40 tomowych akt, dotyczących afery podsłuchowej, opublikowano wreszcie zapis jednej taśmy – na razie tylko ona jest dostępna – na której zanotowano głos Mateusza Morawieckiego, kompromitujący go jako polityka, a nawet człowieka.

Przez dwa dni PiS nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Morawiecki nawet dał nogę do Nowego Jorku, aby dziennikarze go nie nagabywali. Wreszcie prezes Kaczyński zgodził się na występ w podległej sobie telewizji TVP i usprawiedliwił Morawieckiego. W swoim stylu stwierdził, że – w największym skrócie – Morawiecki to Konrad Wallenrod.

Wywiad z Kaczyńskim jest niewiele warty, bo prezes też może być zakładnikiem – zarówno wiadomych służb, jak i zakładnikiem tego, który ma w posiadaniu następne taśmy z Morawieckim. Podobno jeszcze jedna na pewno jest na rynku szantażu – tak twierdził „Newsweek” 2,5 roku temu.

Morawiecki wrócił z ucieczki i dał głos u najbardziej pisowskich dziennikarzy Karnowskich – konkretnie Jacka K. – w telewizji internetowej wPolsce.pl. I co mówi? Określił „swoją” taśmę jako odgrzewany kotlet: – „Te taśmy wszystkie były pokazane w „Newsweeku” 2,5 roku temu”. To jest kolejne kłamstwo Morawieckiego. Taśma owszem była opisana, ale bardzo ogólnie. Onet cytuje duże passusy o korupcji i kumoterstwie oraz powołuje się – to może jest nawet najważniejsze – na 40 tomów akt śledztwa.

Morawiecki zatem prezentuje dobre samopoczucie po zapewnieniu Kaczyńskiego o jego wallenrodyzmie i mówi: – „Ja z drogi naprawy Rzeczpospolitej, którą mam ogromny honor czynić pod rządami PiS, w tym obozie politycznym, naszym obozie, ja z tej drogi nie zejdę” (cytuję in extenso). Czyli dalej będzie demolowane sądownictwo, nasze relacje z Unią Europejską, które są zagrożone Polexitem.

Na Kremlu zacierają ręce z takiej „naprawy Rzeczpospolitej” i destrukcji UE. Tym się różni Morawiecki od Falenty, że jemu się udało, a Falenta zaliczy pryczę za kratami. Taśmy podsłuchowe będą dalej rozstrzygać o polskiej polityce, najprawdopodobniej zaciążą na bycie Polski i niestety pod władzą PiS możemy oczekiwać najgorszego. Oczekuję, że za ten temat zabiorą się najlepsi dziennikarze śledczy, acz będą narażeni, bo tak to jest z wolnym słowem i wolnymi mediami w autorytaryzmach.

Matołusz Morawiecki załgany i skorumpowany

– Co to za szczególna sytuacja, że Jarosław Kaczyński, jako chyba jedyna osoba w Polsce, otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie czegokolwiek – zastanawiał się poseł PO Arkadiusz Myrcha. Jak podkreślał, prezes PiS nie bierze udziału w pracach Sejmu od maja br.

– Aktywność prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie jest od maja zerowa, a bierze on udział w spotkaniach z mieszkańcami i udziela wywiadów w telewizji w dniu prac Sejmu – mówił w piątek poseł PO Arkadiusz Myrcha na konferencji prasowej.

Myrcha podkreślał, że obowiązkiem każdego parlamentarzysty jest uczestniczenie w pracach Sejmu czy Senatu, a obowiązkiem każdego posła – zgodnie z Regulaminem Sejmu – branie udziału w głosowaniach.

„Jarosław Kaczyński w ogóle w pracach Sejmu nie uczestniczy”

– Od wielu miesięcy mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu – mianowicie od wielu miesięcy poseł Jarosław Kaczyński w ogóle w pracach Sejmu nie uczestniczy – przekonywał. – Rodzi się zatem pytanie, za co Jarosław Kaczyński otrzymuje każdego miesiąca ogromne wynagrodzenie wypłacane z pieniędzy polskich podatników – dodał polityk.

Faktycznie, jak można sprawdzić na sejmowych stronach, poseł Kaczyński ostatni raz głosował 13 kwietnia tego roku, od tego czasu jego obecność na głosowaniach wynosi 0 procent.

Jarosław Kaczyński. Ile zarabia?

Poseł PO przypomniał, że złożył w ubiegłym tygodniu zapytanie o wynagrodzenie Kaczyńskiego w 2018 r. do Kancelarii Sejmu, ale odpowiedzi dotąd nie otrzymał.

– Co to jest za szczególna sytuacja, że Jarosław Kaczyński, jako chyba jedyna osoba w Polsce, otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie czegokolwiek – dodawał Myrcha.

Rząd PiS lubi się powoływać na dane gospodarcze o wzroście PKB jako dowodzie na słuszność linii polityki partii rządzącej oraz nieszkodliwość uszczelniania i rozbudowy państwa socjalnego dla podstaw gospodarki. Jednak w owym przekazie Nowogrodzka zawsze była wybiórcza, przedstawiając tylko to, co było dla niej najbardziej wygodne. W szczegółach ideał rządów PiS szybko rozpada się na kawałki. Od miesięcy mówi się bowiem o niepokojących trendach, zwłaszcza w obszarze inwestycji. Czarnowidztwo opozycji znajduje jednak potwierdzenie w danych. W 2017 roku inwestycje bezpośrednie w Polsce spadły aż o – uwaga… 56%.

O ile bowiem napływ kapitału w 2016 roku wyniósł 61,9 mld zł netto, to w zeszłym było to już zaledwie 34,7 mld zł. Zwolennicy prawicy powiedzą, że to efekt repolonizacji, która doprowadziła do rzeczywistego odpływu kapitału do Włoch na poziomie 8,4 mld, jednak daleko tej kwocie do 27 mld zł spadku.

Szczególnie bolesna dla PiS okaże się brutalna rzeczywistość, że tak naprawdę dobra zmiana w 2017 roku nie przyciągnęła netto ANI ZŁOTÓWKI zagranicznych inwestycji. Dodatni bilans tego wskaźnika zawdzięczamy bowiem tylko i wyłącznie reinwestowaniu wypracowanych w Polsce zysków. Innymi słowy zagraniczne korporacje zamiast drenażu, o którym z taką lubością mówi PiS, inwestują w nowe miejsca pracy i rozwój istniejących. Reinwestycje zysków wyniosły bowiem 38,1 mld zł, podczas gdy napływ kapitału netto z tytułu akcji i innych form udziałów kapitałowych wyniósł -1,6 mld zł. Ujemne okazały się także kwoty z tytułu dłużnych instrumentów finansowych w wysokości -1,9 mld zł, czyli gospodarka jest winna jeszcze więcej zagranicy niż rok temu.

W przypadku omawianych inwestycji PiS powinien wziąć z czystym sumieniem pełną odpowiedzialność, ponieważ polski trend spadkowy znacznie odbiega od sytuacji w pozostałych krajach regionu. Zupełne przeciwieństwo szybkiego wzrostu gospodarczego, który trwa obecnie na całym świecie, a gdzie nasze wyniki nie są nawet w zbliżony sposób tak wyjątkowe jak media nam na co dzień wmawiają. Zły klimat do inwestycji, konflikt z Unią mają wpływ na inwestorów. Inwestycje są bowiem wskaźnikiem wrażliwym na bieżące decyzje polityczne, czyniąc go lepszym wskaźnikiem udolności rządów niż czysty wzrost PKB. Na tym polu możemy sobie jednak uzmysłowić, że w polskiej gospodarce pod płaszczykiem spektakularnego sukcesu bardzo łatwo mogą pojawić się poważne kłopoty.

został uznany przez sąd kłamcą, doczeka się też nazwanie tego, który korumpuje.

Nowe wątki w aferze taśmowej. Premier Mateusz Morawiecki jako prezes banku BZ WBK miał oferować kilkadziesiąt tysięcy złotych „cichego, jednorazowego wsparcia” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL. Morawiecki miał też interweniować w sprawie pracy dla syna europosła z Prawa i Sprawiedliwości Ryszarda Czarneckiego. Politycy opozycji mówią o kompromitacji premiera i chcą, aby się z tego wytłumaczył. Ale będą też sprawdzać, czy nie doszło do przestępstwa. Sprawą tzw. taśm Morawieckiego miał się zająć w czwartek Zespół ds. Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa, ale gość, którym był były wiceszef ABW, nie został do Sejmu wpuszczony. – Nie damy sobie zamknąć ust – zapowiadają posłowie PO.

Znana taśma Morawieckiego, kolejne wątki

Portal Onet.pl we wtorek publikował nagraną 3-godzinną rozmowę Mateusza Morawieckiego, byłego szefa banku BZ WBK, z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską.

Taśma została nagrana w restauracji „Sowa i Przyjaciele” i znajduje się w sądowych aktach sprawy tzw. afery podsłuchowej.

Dziennikarze TVN24 zwrócili uwagę na nowe wątki w tej rozmowie. Jeden dotyczy „jednorazowego wsparcia” dla byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL Aleksandra Grada.

Do rozmowy na temat Aleksandra Grada włącza się w pewnym momencie Mateusz Morawiecki. –  A o co mu chodzi, żeby pieniądze zarobić? – pyta przyszły premier. – On jest monotematyczny (…) jemu chodzi o kasę – przyznaje Matuszewska. Kilian dodaje, że były minister skarbu „był długo w polityce, on ma wielodzietną rodzinę, czwórkę dzieci”.

– Ma jakąś fundację, stowarzyszenie albo firmę? – dopytuje po chwili Morawiecki. – Ma firmę, na pewno ma – odpowiada Matuszewska.

Dochodzimy do najważniejszego fragmentu tej rozmowy. – Zapytajcie go tak po cichu. Ja bym spróbował tak bardziej jednorazowo. Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania czy na coś – postanawia Morawiecki.

Rozdaje pieniądze, załatwia pracę

Drugi wątek dotyczy pracy dla syna europosła PiS-u Ryszarda Czarneckiego. – Ten chłopak po trzech miesiącach powiedział, że jest dużo pracy, że on myślał, że będzie luźniej, że ma inne plany właśnie – żali się Zbigniew Jagiełło.

W reakcji Mateusz Morawiecki dzwoni do Ryszarda Czarneckiego. – No, cześć. Cześć, cześć. Słuchaj, ciąg dalszy tej sprawy, o której ostatnio rozmawialiśmy. Twój Przemek nie chciał tam dalej pracować – zaczyna rozmowę z europosłem i włącza w telefonie tryb głośnomówiący.

W dalszym ciągu rozmowy chce się dowiedzieć, dlaczego syn europosła PiS nie chciał tam pracować, co mu się nie podobało i czy trzeba załatwić mu coś innego.

Premier nie skomentował na razie tzw. taśm Morawieckiego. Posłowie PiS-u mówią o „odgrzewanych kotletach” i udają, że sprawy nie ma.

Czy doszło do przestępstwa?

– Te nagrania pokazują dwulicowy charakter premiera Mateusza Morawieckiego, który rozmawia wprost o propozycji korupcyjnej – komentuje krótko w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO poseł Jan Grabiec. – Wygląda na to, że obecny premier protekcję, nepotyzm, a nawet korupcję traktuje jako coś naturalnego.

Według Jana Grabca premier po pierwsze powinien się z tego wytłumaczyć, ale to nie wszystko. – Będziemy sprawdzać, jaka jest kwalifikacja prawna tych propozycji i czy nie doszło do przestępstwa – dodaje rzecznik PO.

Polityk PO nie ma wątpliwości, że akurat te wątki spośród wszystkich nagrań mają charakter najbardziej przestępczy.

Wieczorem w TVP Jarosław Kaczyński bronił premiera, wychwalał go i bagatelizował sprawę nagranych rozmów.

Kuchciński blokuje prace opozycji. „Sejm jak prywatny folwark PiS-u”

M.in. aferą taśmową miał się w czwartek zająć Zespół ds. Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa powołany przez polityków PO. Gościem miał być były wiceszef ABW, płk Paweł Białek, ale nie został wpuszczony do Sejmu.

– Ta sytuacja jest skandaliczna. Panie Morawiecki i PiS-ie, czego się boicie? Dlaczego nie chcecie rozmawiać na temat afery taśmowej? Dlaczego robicie wszystko, aby posłów opozycji traktować jak petentów? – pytała na konferencji prasowej przewodnicząca zespołu posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska.

Zapowiedziała, że politycy PO będą w oficjalnym wniosku domagać się wyjaśnień od marszałka Marka Kuchcińskiego. – Uważamy to za niedopuszczalne. PiS, który dewastuje Sejm od 3 lat, znowu poszedł o krok dalej – dodaje.

– Rządzący szczególnie boją się byłych szefów służb specjalnych, tak odbieramy zablokowanie drzwi dla pułkownika Pawła Białka. To niesłychane, że tacy ludzie nie mają wstępu do Sejmu jako goście klubu PO – oburzał się także wicepremier, były szef MON, wiceszef PO Tomasz Siemoniak.

Przy okazji przypomniał, że „w sprawie szefów służb PiS posunął się znacznie dalej”. – Generałowie Krzysztof Bondaryk, Janusz Nosek, Piotr Pytel i Paweł Wojtunik mają postawione absurdalne i dęte zarzuty. To jest zastraszanie, żeby nie mówili prawdy i bali się występować w mediach – tłumaczy Siemoniak.

Zespół PO miał się w czwartek zająć sytuacją w ABW. Zlikwidowano 11 delegatur agencji i jej prace są de facto sparaliżowane. – ABW została powołana po to, aby strzec bezpieczeństwa państwa i powinna zajmować się aferą taśmową. Dlatego tą sprawą z oczywistych względów mieliśmy się zająć  – przyznaje Joanna Kluzik-Rostkowska.

Politycy PO zapowiadają, że planowane posiedzenie i tak odbędzie się w najbliższym czasie, bo opozycja „nie pozwoli sobie zamknąć ust”.

Komentarz ten piszę z Belgradu, z międzynarodowego zjazdu feministycznych aktywistek. Polska to tutaj mocna marka. Być może, tak jak w 1989 r. cały blok wschodni zaczął się chwiać dzięki sukcesowi „Solidarności” i Okrągłego Stołu, tak samo dzisiaj, kiedy na całym świecie równouprawnienie i emancypacja posunęły się do przodu znacznie szybciej niż polityka i prawo, prokobiece ruchy społeczne będą patrzeć z fascynacją na Polskę. Na fotogeniczne i masowe strajki kobiet oraz imponujące politycznie projekty „Ratujmy Kobiety”.

Oczywiście tak jak w 1989 r., tak i dziś obrazki widziane z zewnątrz są dużo ładniejsze od tego, co widać od środka. Prostsze. Łatwiejsze do użycia jako symbol i oznaka nadziei. To od wewnątrz widać, że formuła strajku wyczerpuje się, a demonstracje z pozytywnym programem prokobiecym, jak ta w Światowym Dniu Bezpiecznej Aborcji, przyciągają znacznie mniej osób niż manifestacje protestu przeciwko kolejnemu projektowi zaostrzenia i tak już drakońskiej i nierespektowane ustawy.

Ruchy kobiece zmieniły oblicze polityki

W porównaniu z pozostałymi krajami widać, że różne kwestie można rozwiązać inaczej, być może lepiej. Nastawienie na osobiste spotkania i fizyczną obecność – w odróżnieniu od organizacji poprzez media społecznościowe, na które postawiły Polki – pozwala podtrzymywać więzi i budować trwałe, choć nieformalne sieci organizacyjne. W Chile i wielu innych miejscach walka toczy się dzięki odważnym opowieściom o osobistych doświadczeniach. W Polsce po reakcjach na wyznanie Natalii Przybysz długo nikt się nie ośmieli pójść tą drogą.

Ale też trzeba zauważyć, że tak w Polsce, jak i w Chile, Hiszpanii, Chorwacji, Belgii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech (a nawet Rosji, choć w mniejszym stopniu) kobiece ruchy oddolne zmieniły oblicze polityki. Nigdy wcześniej w polskiej polityce nie było tylu aktywistek świadomie i dumnie prezentujących kobiece postulaty. Dziś niemal w każdym okręgu wyborczym i na każdej opozycyjnej liście godnej tego miana znajdują się osoby związane z protestami. Owszem, sumarycznie kobiet jest o kilka procent mniej niż w poprzednich wyborach, za to tym razem wreszcie przychodzą do polityki z własnymi pomysłami i warunkami, a co najważniejsze – z własnym elektoratem, z którym szefowie partii układający listy muszą się naprawdę liczyć.

Syndrom potem wy

Sto lat po uzyskaniu formalnych praw wyborczych Polki zaczynają korzystać z nich także realnie. Minione dwa lata były przecież tylko przyspieszoną rekapitulacją stuletniej tendencji pomijania, omijania i lekceważenia kobiet przez polityków, decydentów, dowódców. Agnieszka Graff nazwała to kiedyś „syndromem potem wy”: najpierw niepodległość, potem sprawa kobieca. Najpierw odbudowa kraju, potem sprawa kobieca. Najpierw socjalizm, potem sprawa kobieca. Najpierw kapitalizm, potem sprawa kobieca. A w międzyczasie zróbcie herbatę, upieczcie ciasto dla dyskutujących o wolności bojowników, zajmijcie się dziećmi.

Na całym świecie owo „potem wy” zamienia się właśnie w „teraz my” – i na całym świecie widzimy podobne lęki i agresję wobec zmiany. Incelsi i erupcja patriarchatu w USA, ksenofobia i autorytaryzm w Europie Środkowej, patriarchalizm i autorytaryzm w Rosji, protekcjonizm i antydemokratyzm w Unii Europejskiej – wszystkie łączy fundamentalny lęk przed równościowymi i inkluzywnymi postulatami ruchów kobiecych. Co pozwala sądzić, że dopóki nie przyjmiemy tych postulatów za swoje – dopóki wszyscy nie staniemy się feministkami – autorytaryzm, wykluczenie i patriarchat będą wygrywać.

Koniec z paprotkami

Zaprojektowana przez mężczyzn, dla mężczyzn i na temat mężczyzn demokracja musi się wreszcie poszerzyć o równie poważne traktowanie kobiet. Nie tylko prawo do głosowania – do niedawna przecież niemal wyłącznie na mężczyzn, bo kwoty na listach wyborczych wprowadzone zostały dopiero w styczniu 2011 r. Ale także realne możliwości startu w wyborach, bez konieczności udawania niezagrażającej panom paprotki. I możliwość faktycznego wpływania na procesy polityczne poprzez udział w debacie publicznej. A nie że lekko zmieniający się skład poważnych panów dyskutuje o realiach życia kobiet w tym segmencie dyskusji, który przeznaczony jest na rekreację i dowcipy.

Ten rząd obalą kobiety

Cieszę się, że to, co we wrześniu i październiku 2016 r. było przełomem i innowacją, niewidzianą wcześniej w telewizjach w czasie największej oglądalności, dzisiaj, ledwie dwa lata później, staje się oczywistością. Od wielu miesięcy sondaże pokazują, że prawa reprodukcyjne i samostanowienie kobiet popiera około 50 proc. Polek i Polaków. Powstają programy satyryczne wyśmiewające męskocentryczną publicystykę pod krawatem. A politycy opozycji, chcąc nie chcąc, przyjmują programy pisane przez kobiece aktywistki. Jest dla tego kraju nadzieja.

Erekcja jest darem bożym. Czyli kobiety rozmawiają o recepcie na viagrę

Niestety dla polskiego społeczeństwa, Sejm głosami posłów Prawa i Sprawiedliwości i klubu Kukiz’15 przyjął do dalszych prac w komisjach projekt ustawy znoszącej powszechny obowiązek szczepień. Niebezpieczny dla zdrowia publicznego projekt, zamiast trafić do kosza, będzie dalej procedowany w komisjach.

Koniunkturaliści z PiS argumentowali, że projekt obywatelski zasługuje na debatę. Nawet, gdyby jego założenia zagrażałyby życiu obywateli? Mimo tego, projekt ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne, również tyczący się kwestii wolności wyboru nie zasłużył na podobne stanowisko partii Jarosława Kaczyńskiego.

Prawo nie wymaga od obywateli znajomości nawet tak oczywistego faktu, jakim są korzyści płynące z rozwoju wakcynologii, jednak od ich przedstawicieli powinno się wymagać odpowiedzialności za swoich wyborców – czegoś ponad kalkulację słupków sondażowych.

Zasadność stosowania szczepionek cynicznie zakwestionowali niektórzy posłowie – lekarze. Między innymi wobec nich i innych osób wykorzystujących ludzką ciemnotę w bezpardonowym przemówieniu wystąpił niezawodny Stefan Niesiołowski.

Poseł gromił z mównicy: “Proponuję, żeby jeszcze przygotować inicjatywę przeciwko teorii Kopernika, bo jak widać, przecież Słońce krąży wokół Ziemi, przeciwko transfuzji krwi, teorii ewolucji, przeciwko kolei żelaznej, która była określona jako dzieło szatana i musi być potępiona, przeciwko oświetleniu ulic w nocy, dlatego że jest to wbrew naturze. Cały ten pomysł jest po prostu pomysłem idiotycznym”.

Chciałbym wierzyć, że skierowanie projektu do dalszych prac w komisji ma tylko związek ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, a sam projekt ugrzęźnie na dobre w sejmowej zamrażarce, tak samo jak obywatelski projekt ustawy antyaborcyjnej firmowany przez Kaję Godek. Niestety, o ile przybywa zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, dynamika poparcia dla szczepień wygląda zgoła inaczej. Skierowanie ustawy antyszczepionkowców do wiecznych prac w komisji to ryzyko ponownej debaty na tak absurdalny temat w przyszłości, gdy ruchy antyszczepionkowe urosną w siłę.

>>>

Cejrowski i Sakiewicz bronią pedofilów. Świnie? A może mają w rozumie to, co wypada z kiszki stolcowej

Monika Olejnik odpowiada Sakiewiczowi na temat: kto siedzi w kinie.

Najnowszy felieton Moniki Olejnik na ten właśnie temat – świń.

Cejrowski wyznaje miłość do swojej kiszki stolcowej na wieść o „Klerze”

„Nie muszę oglądać filmu, żeby zawierzyć opinii innych osób” – oświadczył – Wojciech Cejrowski i w Radiowym Przeglądzie Prasy i w dość plugawych słowa zrecenzował film Smarzowskiego „Kler”: „Tak jak nie muszę oglądać własnej kiszki stolcowej, ale mogę zaufać lekarzowi, który wprowadził tam sondę (…) od tyłu mi wprowadził wziernik. Ja ufam lekarzowi, który widział ten film. Nie muszę sam oglądać filmu z własnego tyłka. I w odniesieniu do filmu „Kler” mam dokładnie tak samo” – stwierdził. Dziennikarz bowiem przyznał, otwarcie, że filmu nie oglądał i nie ma takiego zamiaru. I to głównie dlatego, że „nie chcę oglądać jak się ludzie łajdaczą. (…) Moja siostra jest zakonnicą, po ślubach wieczystych, mój brat jest zakonnikiem, mój wujek był księdzem biskupem, już nie żyje i bujał mnie na nodze.”

Następnie Cejrowski przyznał, że zna inny kler i przyjaźni się z księżmi. „Najwięksi moi przyjaciele to są księża po doktoratach, z którymi se piję wino, ale ani się nie upijają, ani nie mają dziwki zamiast gosposi” – przekonywał.

W swej bełkotliwej tyradzie dziennikarz nie oszczędził samego reżysera mówiąc: „Wysmażył taką kaszanę, proszę pana, ja tego nie chcę oglądać” ./…/ „ Wyobraźmy sobie, że identyczny film, z identycznym scenariuszem, ten pan wypuszcza pod tytułem „Lekarze”. Byłaby masa protestów, że nie wszyscy lekarze są pijakami, nie wszyscy gwałcą na dyżurze pielęgniarki, nie wszyscy lecą wyłącznie na kasę, nie wszyscy biorą łapówki. Podpisywanie tej historii jednym tytułem byłoby nieuczciwe dla całej grupy zawodowej. To jest moja najkrótsza recenzja” – powiedział.

Jak wiemy dzieło Wojciecha Smarzowskiego pt. „Kler” pojawiło się na ekranach polskich kin 28 września. Do dziś w pełnych po brzegi salach obejrzało go grubo ponad milion widzów. To najlepszy rezultat wśród kinowych premier w Polsce od prawie trzydziestu lat.

Produkcja w wersji brytyjskiej jest równie chętnie oglądana w europejskich kinach, m.in. w Holandii.

– Biskupi powinni współpracować z prokuraturą – powiedziała posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. W niedzielę podczas manifestacji „Ręce precz od dzieci” zaprezentuje mapę przestępczości seksualnej księży.

Z Joanną Scheuring-Wielgus, członkinią koła poselskiego Liberalno-Społeczni, rozmawiał Jacek Żakowski. Dziennikarz zapytał o mapę przestępczości seksualnej księży, którą przygotowuje posłanka. Po raz pierwszy mapa będzie zaprezentowana podczas niedzielnej (7 października) manifestacji w Warszawie, która odbędzie się na placu Trzech Krzyży pod hasłem „Ręce precz od dzieci”.

– Mapa pedofilii ma być punktem zero. Udostępnimy ją w internecie. Będzie podzielona na cztery punkty. Pierwszy to ci, którzy zostali prawomocnie skazani. Drugi punkt to dobrze udokumentowane doniesienia medialne. Trzeci – świadectwa ofiar, które boją się mówić o swoim doświadczeniu publicznie. Czwarty punkt, to udokumentowane już ofiary – powiedziała gościni Radia TOK FM.

Jak tłumaczyła posłanka, należy oddać głos przede wszystkim ofiarom przemocy seksualnej w kościele. Mapa pedofilii ma im pomóc odważyć się i opowiedzieć o swojej tragedii.

– Ofiary pedofila, gdy są krzywdzone myślą, że są same na świecie. Trudno przyznać przed samym sobą, co się stało. A co dopiero przed kimś – powiedziała Joanna Scheuring-Wielgus.

Dodała, że „w całej dyskusji o pedofilii za mało mówimy o ofiarach”

– I one rzadko chcą się wypowiadać. Kogo zapraszamy do mediów? Głównie księży. To przede wszystkim oni mają szansę na komentarz – stwierdziła posłanka.

„Nigdy nie poznamy skali problemu”

Jak powiedziała gościni Jacka Żakowskiego, nigdy nie poznamy skali przestępstw seksualnych, bo „panuje zmowa milczenia w polskim kościele”.

– Trzeba pamiętać, że jeden ksiądz to nie jest jedna ofiara. Jeden ksiądz to często wiele ofiar. Nigdy nie poznamy prawdziwej skali tego procederu, bo wiele ofiar nigdy nie przyznaje się do tej traumy. W polskim kościele panuje zmowa milczenia. Polska niczym się nie różni od Irlandii! – oceniła posłanka Joanna Scheuring-Wielgus.

– Rozmawiałam z biskupami. Wiem, że dostali ankietę o skazanych duchownych. Na tej podstawie pokażą nam statystyki. Ale co z tego? To nie jest oczyszczenie. Episkopat powinien współpracować z prokuraturą. A ofiary przede wszystkim muszą odzyskać godność, jaką im zabrano, gdy były dziećmi. Ofiary przestępczości seksualnej księży nigdy nie usłyszały „przepraszam” – powiedziała Joanna Scheuring-Wielgus.

W niedzielę demonstracja, w poniedziałek spotkanie w Sejmie

Już 7 października o godzinie 13:00 w Warszawie odbędzie się demonstracja „Ręce precz od dzieci”. A dzień później – spotkanie w murach sejmowych.

– Na 8 października zaprosiłam do Sejmu reprezentantów wszystkich partii i urzędów, prawników, ofiary pedofilii, episkopat. Chciałabym zainicjować debatę na temat tego, co należałoby zrobić: czy stworzyć okrągły stół do rozmów, czy od razu komisję? Nie unikniemy tej debaty – stwierdziła posłanka Scheuring-Wielgus.

Kler ponadto zagląda do małzeńskich łóżek, w których kobieta ma być służącą dla mężczyzny.

>>>