Archiwa tagu: NSA

Szparki sekretarki zarabiają po 65 tys. Muszą dobre być w te jądra, przepraszam: w te klocki

Bank centralny nie chce potwierdzić kompetencji Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik, najbliższych współpracownic prezesa Glapińskiego. Wojciechowska zarabia ok. 65 tys. zł miesięcznie! A Sukiennik mogła się znaleźć w ważnej instytucji finansowej wbrew dyrektywie UE

Martyna Wojciechowska pracuje w Narodowym Banku Polskim od 11 lat, czyli od czasu, gdy rządzący wtedy po raz pierwszy PiS desygnował na prezesa Sławomira Skrzypka. Jej kariera przyspieszyła, kiedy szefem banku centralnego został Adam Glapiński, bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego od lat 90. W 2016 r. dostała awans i została dyrektorem Departamentu Komunikacji i Promocji NBP, a jej dochody poszybowały

Pensja wyższa niż Belki

W 2015 r. Wojciechowska zarobiła 114 tys. zł, rok później – już 392 tys. zł. Do maja 2018 r. była radną sejmiku Mazowieckiego z PiS, ale – jak podaje OKO.press – zrzekła się wtedy mandatu i nie złożyła oświadczenia majątkowego za 2017 r., choć powinna. Dodatkowo zasiada jako przedstawicielka prezesa NBP w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Według naszych informacji awans dyrektorski dostała w sierpniu 2016 r. Porównując jej oświadczenia majątkowe sprzed awansu i po nim, oszacowaliśmy, że po podwyżce w sierpniu zarabia ok. 65 tys. miesięcznie wraz z premiami, dodatkowymi dochodami i bonusami. Dla porównania – były prezes NBP Marek Belka dostawał w sumie ok. 57 tys. zł miesięcznie. Pensja obecnego szefa banku centralnego nie jest znana.

Szpraki sekretarki zarabiały po 65 tys. zł. Były dobre w te klocki, przepraszam: w jądra.

Depresja plemnika

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni…

View original post 1 689 słów więcej

Reklamy

Skwara Brudziński

„Sama jestem o 10 kg starsza, ale po Brudzińskim widać, że była Dobra Zmiana. Kamera pokazała polityków PiS siedzących w I rzędzie i oczom telewidzów ukazał się ładnie zaokrąglony brzuszek” – zauważyła na Twitterze jedna z internautek po obejrzeniu relacji z wyjazdowego posiedzenia klubu parlamentarnego PiS. Odpowiedź szefa MSWiA może prowadzić do przypuszczeń, że ma on kłopot z dystansem do samego siebie.

I wszystko jasne. To chyba ostatnie ostrzeżenie przed totalnym upadkiem w przepaść dramatycznej nadwagi.  Chyba najwyższy czas odstawić nocne tornada w lodówce” – napisał Brudziński. No chyba, że miał to być żart – cóż, część polityków PiS charakteryzuje się dość specyficznym poczuciem humoru.

Internauci komentowali i pospieszyli „z radami” dla Brudzińskiego. – Premie odstawić”; – „Premie i boki, jak się kiedyś mówiło na lewą kasę, to i boki rosły nie będą”; – „Agresywny bufon się znowu wypowiedział. Czuły jest na osobiste przytyki”; – „Nocne tornada to zwykle „zajadanie” stresu. Czym się Pan tak stresuje Panie Ministrze? Przecież działacie zgodnie z prawem ;)”.

Pozostali zauważyli, że Brudziński odpisywał internautce, kiedy do parlamentarzystów PiS przemawiał Jarosław Kaczyński. – „Niech pan się skupi na jakże słabym przekazie swojego wodza, a odpuści sobie pisanie na TT, bo naganę pan dostanie i ministrowanie się skończy!”.

Przydupas Kaczyńskiego Brudziński zrobił się na Skwarę.

Depresja plemnika

Michał Wojciechowicz to kolejna osoba, która po latach postanowiła ujawnić, że była molestowana przez ks. Henryka Jankowskiego. – „Przyciągnął mnie i zaczął gładzić po twarzy i dotykać tak, że zrobiło mi się niedobrze” – napisał Wojciechowicz na swoim profilu na Facebooku. Miał wtedy 16 lat, był uczniem drugiej klasy liceum ogólnokształcącego. Jego matka w tym czasie była internowana.

>>>

„Od początku i bez jakiejkolwiek wątpliwości wiedziałem, że to było dotykanie pederasty. Państwo wybaczą, ale nie mówiło się wówczas „pedofil” lub „gej”. Pederaści” to byli ci, którzy jak ksiądz Jankowski, lubili „młodych chłopców” – napisał Wojciechowicz. Próbuje wytłumaczyć, dlaczego przez tyle lat nie mówiono o pedofilii ks. Jankowskiego. – „Były bardziej gorące tematy. I nie ma co się za to bić w piersi. Pedofilia w kościele obecna jest w dyskursie publicznym od jakiegoś czasu. Nie był to jednak temat popularny, kiedy trwała rozprawa z komuną. Później, w latach 90. tych, i…

View original post 856 słów więcej

Po przegranych wyborach przez PiS okaże się, jakie Stajnie Augiasza zostawili po sobie

W maju 2019 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, a zaraz potem, w zależności od ich wyniku, Rada Europejska wybierze kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej, który będzie musiał uzyskać akceptację PE i zostaną wskazani kandydacie na komisarzy. Po ich przesłuchaniu i zatwierdzeniu najlepszych, nowa KE będzie już mogła spokojnie działać.

Sprawa wydaje się prosta, a jednak nie do końca. Jeden z rozmówców „Rzeczpospolitej” z Brukseli nie ukrywa, że „wielomiesięczne opóźnienie staje się niemal (…) Najpierw będzie musiał być nominowany szef Komisji Europejskiej. To wiąże się z uzgodnieniem całego zestawu stanowisk i bardzo długimi targami. Rozmowy w przyszłym roku nie będą tak proste jak poprzednie, w 2014 r. W ostatnich tygodniach stało się niemal pewne, że bardzo mocno się przedłużą”.

Wszystko wskazuje na to, że PiS zamierza wystawić swojego kandydata, ale dopiero po wyborach parlamentarnych w Polsce. Co jednak, gdy PiS przegra te wybory? Wówczas partia, która zdobędzie władzę, wystawi własnego kandydata, a to byłby dla PiS-u mocny cios.

Politycy partii rządzącej wiedzą też, Parlament Europejski może nie zgodzić się na kogośkto głosował za ustawami łamiącymi zasadę praworządności lub ma z nimi związek”. Wiadomo, że Jarosław Kaczyński będzie chciał postawić na osobę, która ma spore doświadczenie europejskie, ale „ta decyzja będzie ogłoszona dopiero późną wiosną przyszłego roku”.

Ciekawe, na kogo postawi PiS, bo raczej zbyt dużego wyboru ta partia nie ma. Krążą plotki, że Beata Szydło chętnie widziałaby siebie w Komisji Europejskiej, ale wątpię, by był to jakiś realny scenariusz.

Depresja plemnika

>>>

Dwaj wielcy oponenci polityczni zostali przesłuchani przed gdańskim sądem w związku ze sprawą o naruszenie dóbr osobistych, jaką prezes PiS wytoczył byłemu prezydentowi RP. Domaga się przeprosin i zasądzenia od Lecha Wałęsy 30 tys. zł na cele społeczne. Po raz pierwszy od wielu lat ci niegdysiejsi polityczni współpracownicy, których drogi rozeszły się radykalnie jesienią 1991 r., stanęli tak blisko siebie. Wałęsie spod marynarki wystawała koszulka z charakterystycznym nadrukiem „Konstytucja”. Jeszcze przed salą rozpraw doszło do wymiany złośliwości. Wałęsa Kaczyńskiego i Kaczyński Wałęsę określili mianem swojego „wielkiego błędu”.

Dwaj panowie z traumą

Było to spotkanie ludzi naznaczonych ciężkimi traumami. W przypadku Wałęsy – traumą „Bolka”, oskarżeniami o agenturalną przeszłość. Czego następstwem jest próba „wygumkowania” jego dokonań z najnowszej historii Polski. W przypadku Kaczyńskiego – traumą katastrofy smoleńskiej i pojawiającymi się w przestrzeni publicznej słowami dotyczącymi współodpowiedzialności. Ta rozprawa była swoistym spektaklem publicznego prezentowania swoich krwawiących ran. Spektaklem zainicjowanym przez Jarosława Kaczyńskiego, który tym razem wystąpił nie w roli wodza…

View original post 3 431 słów więcej

Beata Kempa powstała ze skamieliny i w nią się obróci. Skamienienie rozumu

Beata Kempa nie tylko tym, że nosi to samo imię, przypomina obecną wicepremier Szydło. Obydwie zajmują się w rządzie działalnością, której efektów jakoś nie widać. Szydło stoi na czele Komitetu Społecznego Rady Ministrów, a Kempa jest odpowiedzialna za sprawy dotyczące pomocy humanitarnej.

W związku z tą funkcją została w TVN24 zapytana o zdanie na temat obrzydliwego spotu PiS o uchodźcach. Monika Olejnik czterokrotnie powtórzyła pytanie: – „Dlaczego zrobiliście taki antychrześcijański spot?”. Kempa wiła się jak piskorz i uciekała od odpowiedzi. Zamiast ustosunkować się do skandalicznego pisowskiego filmiku mówiła np. o Patryku Jakim. Według Kempy, dzięki niemu PiS „wybory wygrał i poszerzył swój elektorat”.

Do końca programu nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi, czy potępia wyprodukowanie takiego spotu. – „Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, co dzieje się na terenie wielu krajów, które przyjęły imigrantów ekonomicznych, to jest tak straszne, że ja sobie nie wyobrażam, żebym ja, czy nasze dzieci były zagrożone na ulicach” – powiedziała Kempa. Zważywszy na treść nagrania, w którym PiS straszył zalewem uchodźców w polskich miastach, można by tę odpowiedź Kempy uznać za aprobatę spotu.

Za to podczas programu Kempa pobiła chyba rekord w zwracaniu się do prowadzącej: „Jeśli pani pozwoli”. Nie umknęło to uwadze internautów. Jeden z nich zaproponował: – „100 razy ,,Jeśli pani pozwoli” na 100-lecie niepodległości. Kempa „miszcz”.

„O wartości powinniśmy bić się do końca. W naszym przypadku chodzi o niezawisłość i niezależność sędziowską. Każdy biłby się, gdyby ktoś zabierał ważne dla niego wartości. Każdy też się boi. Mogę stroszyć piórka, ale to byłoby obłudne. Nie mogę zagwarantować, że nie będą trzęsły mi się ręce, ale psychicznie jestem zdeterminowany, by do końca być z ludźmi wolnymi” – mówił na spotkaniu w krakowskim klubie Pod Jaszczurami sędzia Igor Tuleya. Zatytułowano je „To brzydkie słowo na K”.

Jak powiedział Tuleya, za jedno z nich, czyli „Konstytucję”, można dostać w twarz. Zapytany, czy nie obawia się, że jego też może to spotkać, odpowiedział: – „Jestem zwykłym obywatelem, poruszam się tramwajem. Reakcje ludzi są różne. Przejawy sympatii z objawami niechęci występują wobec mnie w proporcji fifty-fifty. Natężenie tych ataków rośnie – od kilku miesięcy moi interlokutorzy mają ochotę na dłuższe pogawędki, kierują w moją stronę stek wyzwisk. One nie mają związku ze sprawami kryminalnymi, w których orzekam”.

Tuleya odniósł się też do sprawy sędziego Arkadiusza Krupy, który założył togę na symulowanej rozprawie prowadzonej na festiwalu w Kostrzynie nad Odrą i musi się teraz tłumaczyć przed rzecznikiem dyscyplinarnym. Pisaliśmy o tym w artykule „Dyscyplinarka dla sędziego za udział w festiwalu Owsiaka?”. – „Symulacje procesów są zwykłym elementem edukacji prawniczej. Przeprowadzam je w Warszawie nie tylko dla najmłodszych, ale także dla dorosłych w ramach „Nocy Muzeów”. Sam zresztą byłem na festiwalu Pol’and’Rock i nie ma do czego się przyczepić” – powiedział Igor Tuleya. Jednak wydaje się, że rzecznik dyscyplinarny jest odmiennego zdania…

Przekaz ma podany na tacy: nie można dopuścić do sytuacji, w której lewicowi wyborcy, po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu, pójdą głosować na centrum i centroprawicę.

Przez ostatnie trzy lata każde polityczne wydarzenie było zawsze wpasowywane w jedną z dominujących narracji. Po stronie opozycyjnej najsilniejsza opowiadała o realizującym węgierski scenariusz „marszu po pełnię władzy” PiS-ie. A ta słabsza – o gangu Olsena, który w pogoni za stanowiskami i pragnieniem zemsty na PO niszczy struktury państwa i naraża nas na poważne ryzyko. Po stronie obozu władzy dominowała narracja o silnej partii naprawiającej zniszczony w minionym ćwierćwieczu kraj. A mniejszościowa upierała się, że można byłoby zrobić znacznie więcej, gdyby od razu łamać opozycji kości, czyścić wszystko do bólu, przywracać sprawiedliwość i porządek. Ta mniejszościowa skupiała się przy każdym zakręcie na dywersji we własnych szeregach, odsądzała od czci i wiary polityków wypowiadających koncyliacyjne słowa, godzących się na ustępstwa.

Godzinę po ogłoszeniu wyników samorządowego exit poll w polskich mediach można było usłyszeć wszystkie cztery wymienione wyżej narracje. I z rozbawieniem przyglądać się próbom wpasowania w nie wyników wyborczych. „Obroniliśmy miasta”, „zablokowaliśmy autorytaryzm” – z jednej strony, a „potwierdziliśmy słuszność polityki”, „wygraliśmy kolejne wybory – idziemy po więcej” – z drugiej. Prawicowa opinia z satysfakcją kwitowała każdy „odbity sejmik”, po wielogodzinnym poście wypełnionym podawaniem kolejnych wyników w miastach. Prawie zawsze dla PiS niekorzystnych. Ale jedno było pewne: wynik wyborów nie był na tyle wyrazisty, by unicestwić którąś z dominujących po jednej lub drugiej stronie wyników opowieści.

Po części dlatego wyniki samorządowe są ze swej natury bardziej złożone od parlamentarnych i nie da się równie łatwo wskazać zwycięzcy. Jeżeli jednak przyjmiemy, że najważniejsze znaczenie mają duże miasta i sejmiki, to można śmiało powiedzieć, że w jednym i drugim wymiarze opozycja parlamentarna ma zdecydowaną przewagę. Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na wygraną tylko w jednym z 10 największych miast – Krakowie, a największym sukcesem w pierwszej turze jest zwycięstwo popieranego przez PiS urzędującego prezydenta Katowic Marcina Krupy.

Gdy chodzi o sejmiki, można uznać, że sondaże przez ostatni rok wskazywały raczej na perspektywę remisu, czyli na przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego ośmiu województw. W chwili, gdy piszę ten tekst, nie jest znany jeszcze układ sił w kilku sejmikach, niejasne jest też stanowisko Bezpartyjnych Samorządowców, ale należy uznać, że – inaczej niż w dużych miastach – w województwach sytuacja będzie bliska remisu. Także dlatego, że w trakcie kadencji sejmikowych możliwe są transfery „obrażonych” lub „skuszonych” radnych. W województwie śląskim (o ile potwierdzą się prowizoryczne wyniki) – może to być nawet decyzja jednej tylko osoby.

Z punktu widzenia ogólnopolskiej rywalizacji wydarzyły się jeszcze trzy istotne rzeczy. Po pierwsze, Koalicji Obywatelskiej udało się zmobilizować do udziału w wyborach mieszkańców dużych miast. Dało jej to bardzo dobre wyniki w Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, a zarazem zmieniło ukształtowane od lat wzory frekwencyjne. Powiedzmy tylko, że udział w wyborach wzrósł z 47 do 67 proc. w Warszawie, z 42 do 57 proc. w Krakowie i z 38 do 58 proc. w Łodzi. Ta mobilizacja jest – jak sądzę – nie tylko efektem skutecznej kampanii opozycji, ale też reakcją na zachowania partii rządzącej. Jeżeli utrzyma się w wyborach parlamentarnych – może przynieść efekty większe niż w sejmikowych. Dziś wystarczyła do tego, by przełamać fatalizm, w który popadła część zwolenników opozycji w latach 2016-2017 widząc jej bezradność w rywalizacji z obozem władzy.

Drugi element to fakt, że PSL obronił istotną część stanu posiadania na wsi. Wiele sondaży przeprowadzanych po 2015 roku wskazywało na to, że znacząca część wyborców mieszkających w gminach wiejskich i małych miasteczkach przesunęła swoje poparcie na PiS. Partia Kosiniaka-Kamysza stała się obiektem najsilniejszego ataku ze strony rządzących i wspierających ich mediów. W tej sytuacji dwucyfrowy wynik i utrzymanie się w zarządach części choćby województw musiał oznaczać sukces. Przetrwanie najtrudniejszej próby. Oczywiście PSL straci wpływy w kilku istotnych regionach. Będzie miał mniej narzędzi budowania swoich wpływów niż w kadencji 2014-2018, zapewne także na słabo widocznym z perspektywy centrum poziomie powiatów. Ale tę grę przeżył i zachował siły do następnej, nie mniej trudnej.

Nie podzielił też losu lewicy. Tej „starej”, postkomunistycznej i tej „młodej” spod sztandarów Razem i Zielonych. Wynik tych ugrupowań to trzeci istotny ogólnopolski skutek wyborów lokalnych i regionalnych. SLD udało się zdobyć miejsca sejmikowe, zachować fotele prezydentów w kilku ważnych miastach. Ale nie udało się na serio wrócić do gry, zdyskontować skoku poparcia widocznego przez cały obecny rok. Chcę powiedzieć wyraźnie – to nie jest klęska, ale raczej niewykorzystana okazja. To atut, który wypadł Włodzimierzowi Czarzastemu z ręki na chwilę przed trudną rozgrywką z Robertem Biedroniem. Gdyby SLD dostało poparcie na poziomie PSL, mogłoby rozmawiać o kształcie lewicowych list do Parlamentu Europejskiego, a potem Sejmu z pozycji siły. W tej sytuacji pozostawiło spore pole działania byłemu prezydentowi Słupska.

Powrót do ogólnopolskiej polityki ułatwia mu także wynik Partii Razem. To pierwsza weryfikacja jej siły po trzech latach od sukcesu w wyborach sejmowych. Sukcesu, który nie dał jej mandatów, ale elementarną rozpoznawalność, uczynił tematem rozmów i przedmiotem politycznych kalkulacji. Wynik nie jest rozczarowaniem. Takiego poparcia można było się spodziewać, znając realia kampanii sejmikowej, która nie toczy się w mediach, ale w „terenie”. W której atutami jest „zasiedzenie” w lokalnych wspólnotach i dostęp do zasobów atrakcyjnych dla elit gminnych i powiatowych. Tyle tylko, że kierownictwo Razem to wszystko wiedziało. A mimo to uznało, że nie może sobie pozwolić na nieobecność w tej przegranej z góry grze. Warto było zachować się niekonwencjonalnie – wystawić najlepszych swoich polityków do wyborów prezydenckich, a szerokie listy do rad miast. Z intencją możliwie silniejszego zaistnienia w tym spektaklu, który do mediów się dostał, który był przez nie relacjonowany. I warto było zbudować podstawy personalnej rozpoznawalności liderów (wielu liderów) przed obiema kampaniami 2019 roku.

Wynik SLD i Partii Razem, a także Partii Zielonych, dał solidny polityczny mandat inicjatywie Biedronia. Może on startować w warunkach najgłębszego kryzysu politycznego lewicy z bardzo jasnym przesłaniem. Nie można dopuścić do sytuacji, w której wyborcy tej formacji po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu pójdą głosować na koalicję partii centrowych i centroprawicowych. W wyborach europejskich ten argument będzie brzmiał racjonalnie, a siła przedsięwzięcia będzie mogła być w sposób „bezpieczny” dla potencjalnych wyborców Biedronia przetestowana.

Wybory samorządowe to jednak nie tylko przygrywka do tych ogólnopolskich. Choć umyka to komentatorom ogólnopolskich mediów – zostaniemy z wybranymi jesienią tego roku prezydentami, burmistrzami i wójtami przez następne pięć lat. I będziemy ofiarami lub beneficjentami nie ich przynależności partyjnych, ale w znacznej mierze ich osobistych talentów i umiejętności. Szkoda mi wielu znakomitych kandydatów, których szanse w 2018 roku zostały zredukowane do zera przez wielki, ogólnopolski konflikt. Zwłaszcza, że stanowisko burmistrza czy prezydenta jest w zasadzie jedynym, w którym ambitni i samodzielni politycy mogą jeszcze z pożytkiem dla nas funkcjonować. Partie, a zatem poziom ogólnopolski i regionalny raczej tego typu osobowości eliminują.

Wszystko wskazuje na to, że poddane partyjnej rywalizacji sejmiki w tej kadencji będą politycznie ciekawsze, ale być może mniej stabilne. Nie tylko ze względu na gry koalicyjne, ale także na personalne konflikty wewnątrz partii. Jeżeli zarządy województw kierowanych przez PiS będą zmieniać się tak często jak władze kontrolowanych przez tę formację spółek skarbu państwa, to politycznych atrakcji nie zabraknie. Tak czy inaczej za kilka tygodni – po ukształtowaniu się zarządów województw – samorząd zejdzie z pierwszego planu ustępując miejsca grze przed wyborami europejskimi, które zweryfikują plan. A główne partie mają kilka tygodni na przepracowanie swoich narracji i opisanie sensu rywalizacji w nieco inny niż przez ostatnie trzy lata sposób.

Rezerwuar ciemnoty PiS jest nieprzebrany. Sezam ciemnoty, bo jeszcze Szydło, Kempa i inne „skarbnice” mądrości.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Polsce pisowskiej bliżej do Białorusi niż do Brukseli.

Występy Andrzeja Dudy w Niemczech są nie do uratowania. Po pierwsze przemówienie prezydenta miało źle rozłożone akcenty o wadze Polski w Unii Europejskiej, bo stawianie naszego kraju w roli Chrystusa narodów – a tak należy rozumieć retorykę o niechęci Polski do poddawaniu się dyktatowi mocarstw – mogło być dobre w czasach rozbiorów, braku suwerenności, a nie dzisiaj. Zresztą w tamtych trudnych czasach zdawali egzamin z historii Piłsudscy i Wałęsowie, a nie postaci pokroju Dudy czy Kaczyńskiego.

Co chciał Duda przez to powiedzieć? Czyżby Bruksela bądź Berlin narzucali dyktat? Czyżby dyktatem miało być przestrzeganie demokracji i konstytucji swego kraju? Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zwrócił Dudzie uwagę, iż w Brukseli waga Cypru i Polski jest taka sama, te kraje mają po jednym głosie w Radzie Europejskiej.

Duda kompletnie się wówczas rozsypał, sięgnął po typ argumentu, który podsunął mu już w…

View original post 1 353 słowa więcej

Beata Szydło dostała baty po kaczym kuprze w Brzeszczach

„Niedługo trzeba będzie mieć tu kałasznikowa, tak ludzi tu na siebie napuścili” – mówił swego czasu reporterowi naTemat mieszkaniec Brzeszcz – rodzinnego miasta byłej premier Szydło, której zarzucano podzielenie lokalnej społeczności.

Czy niedzielne wybory samorządowe cokolwiek zmienią i oczyszczą atmosferę trudno przewidzieć. Jedno jest pewne: zmienią układ o 180 stopni. Partia rządząca poniosła tu bowiem sromotną klęskę, a kandydat PiS na burmistrza Bartosz Uroda, zajął ostatnie miejsce zdobywając zaledwie 15,54 proc. głosów.

PiS nie zdołało także wygrać w wyborach do rady miasta, gdzie zwyciężyła Wspólnota Samorządowa Gminy Brzeszcze z 28,71 proc. głosów. Drugie było Prawo i Sprawiedliwość – 23,35 proc. poparcia. Obu komitetom udało się zdobyć po sześć mandatów.

Dotychczasowa burmistrz Cecylia Ślusarczyk uplasowała się w pierwszej turze na dalekiej trzeciej pozycji. Uzyskała niespełna 17 proc. głosów. Udało jej się jednak zdobyć mandat radnej.

O fotel burmistrza Brzeszcz powalczą w drugiej turze Radosław Szot ze Wspólnoty Samorządowej Gminy Brzeszcze (34,56 proc. głosów) i Robert Adamczyk (Razem dla Gminy Brzeszcze – 32,94 proc.).

Brzeszcze to miasto, w którym Beata Szydło stawiała pierwsze kroki w politycznej karierze i przez siedem lat była burmistrzem.

Gratulacje dla i całej ! Trzaskowski w Warszawie z historycznym wynikiem! Warszawa dla wszystkich! Zobaczcie:)

Jak PiS ma rządzić i przekonywać do siebie, kiedy w mateczniku Beaty Szydło w Brzeszczach doszło do sromoty wyborczej dla PiS, tak zresztą jak na Żoliborzu, gdzie PiS dostały baty po kaczym kuprze.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Kaczyński chce mieć prawo, które będzie podporządkowane jego woli, a nie Konstytucji i prawu europejskiemu.

Oto PiS zafundował nam państwo teoretyczne. W przeddzień wyborów samorządowych Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu zawiesił czystkę emerytalną w Sądzie Najwyższym, zastosowując środek tymczasowy w postaci zabezpieczenia: „przywrócenie sytuacji w SN do stanu sprzed wejścia w życie ustawy”.

W poniedziałek I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf przyszła do pracy, tak jak trzech spośród 22 sędziów, którzy zostali przez Andrzeja Dudę odwołani, przyjmując ślubowanie od nowych sędziów.

Prof. Gersdorf skierowała oficjalne pismo do sędziów SN, których przymusowo przeniesiono w stan spoczynku na mocy kontrowersyjnej ustawy. Wezwała do stawienia się w pracy i podjęcia służby sędziowskiej: – „Jako konstytucyjny organ Państwa Członkowskiego, pełniąc nieprzerwanie obowiązki Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego Rzeczypospolitej Polskiej, w wykonaniu postanowienia Wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 19 października 2018 r. w sprawie C-619/18 R Komisja Europejska…

View original post 1 158 słów więcej

Pisowcy nie wyszli z kanałów, taki ich rynsztok

>>>

Prorządowe media kreują od niedzielnego wieczoru przekaz, że kampania Patryka Jakiego była modelowo i wręcz perfekcyjnie przeprowadzona, a winę za wyborczą klęskę ponosi jedynie zmobilizowany elektorat totalnej opozycji ze środowisk warszawskich liberałów. Tak mówił m.in. Jacek Sasin w Radiu Zet oceniając walkę kandydata Zjednoczonej Prawicy: “Przede wszystkim bardzo pracował. Był kandydatem, w skali Polski, który zaangażował się najbardziej w kampanię. Tej kampanii już lepszej zrobić nie można było”. Jednak nie wszyscy podzielają optymizm ministra, bowiem dość krytyczny głos w sprawie przyczyn porażki PiS w stolicy zabrał jeden z autorytetów obecnej władzy – były premier Jan Olszewski.

Powiedział on, że finalne wystąpienie kandydata mogło poważnie mu zaszkodzić, wytykając wiceministrowi chaos myślowy, nietrafne wypowiedzi i ogólny niesmak, jaki wywołały jego słowa porównujące wybory do Powstania Warszawskiego. W obszarze trudnych doświadczeń drugiej wojny światowej były premier ma autorytet mówić więcej niż ktokolwiek inny, ponieważ sam był członkiem Szarych Szeregów. Tymczasem o Jakim w wywiadzie dla “Do Rzeczy” padły następujące słowa:

W wystąpieniu Patryka Jakiego widać było pewien chaos myślowy. Już wtedy uznałem, że to wystąpienie nie przyniesie panu Jakiemu sukcesu. Później nałożyły się niektóre nieszczęśliwe wypowiedzi. A już porównanie wyborów do Powstania Warszawskiego dla ludzi z pokolenia powstańców było po prostu niesmaczne

Polityk nie pozostawia także suchej nitki na euforii prorządowych mediów, które okrzyknęły wybory samorządowe wielkim zwycięstwem PiS:

Robi to wrażenie umiarkowanego, w zasadzie bardzo umiarkowanego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę rozbudzone, ogromne oczekiwania.

Były premier wytknął, że PiS robi dobrą minę do złej gry w przypadku dużych miast, ponieważ można było spodziewać się porażki, ale jej skala mimo to przerasta oczekiwania: “W przypadku dużych miast porażki można się było spodziewać. Jednak i tu oczekiwano nieco lepszego wyniku”.

Jan Olszewski podsumował, że Patryk Jaki zwyczajnie w kampanii przedobrzył, o czym świadczyło choćby przeciąganie ostatniego kampanijnego przemówienie do prawie dwugodzinnego monologu.

Powyższe słowa stanowią potężny cios w przekaz dnia Prawa i Sprawiedliwości. Jan Olszewski nie może zostać bowiem zdyskredytowany, w końcu jego rząd jest protoplastą dobrej zmiany, a jego szybki koniec mitem założycielskim teorii o wielkim układzie elit III RP. Pokazuje to jednak, że narracja niekwestionowanego sukcesu obozu władzy nawet dla jej wielu sympatyków jest dziś trudna do przełknięcia.

>>>

Nawet Jan Olszewski – autorytet PiS – wyraził się o Jakim, iż powoduje absmak.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Cyferki przy zdobyczach w wyborach samorządowych nie za dużo mówią o tym, co się stało przy urnach wyborczych i wcześniej w kampanii, ani co czeka kraj w najbliższej przyszłości. A z pewnością czeka i natężenie oczekiwań będzie gęstsze niż dotychczas.

Przede wszystkim wynik opozycji jest dwukrotnie wyższy niż partii Kaczyńskiego, bo to nie tylko arytmetyka wyników Koalicji Obywatelskiej, PSL, SLD, a nawet Kukiza ’15, ale też komitetów wyborczych lokalnych polityków, którym z pewnością bliżej do opozycji niż do PiS.

Partia Kaczyńskiego nie utrzymała stanu posiadania, jeżeli uwzględni się, jakie środki propagandowe, finansowe i kłamstw zostały użyte podczas kampanii. Ich natężenie nie było dotychczas znane w kraju. Podobne nasilenie propagandy goebbelsowskiej jest używane w dyktaturach i autokracjach, w których wynik PiS byłby uznany za klęskę, a autorzy kampanii daliby głowę na ołtarzu reżimu.

PiS nie ma już za wiele amunicji politycznej oprócz jednego środka i on zostanie…

View original post 1 175 słów więcej

PiS przegrywa ze sobą, a zjednoczona opozycja może partię Kaczyńskiego wykopać w kosmos

Przegrać wybory będąc jedyną kandydatką – taka sztuka udała się Marioli Paśnik (PiS) w Działoszynie.

>>>

Polucje Kaczyńskiego po wyborach. Jakie będą?

W niedzielny wieczór władze PiS ogłosiły zwycięstwo, ale wszyscy widzą, że jest ono wątpliwe, a politycy robią tzw. dobrą minę do złej gry. Pomimo sondażowego zwycięstwa w sejmikach (33%) PiS ma szansę na samodzielną władzę w zaledwie trzech województwach: małopolskim, lubelskim i podkarpackim. W pozostałych, jeżeli PiS-owi nie uda się stworzyć koalicji, mimo wygranej partia nie będzie rządzić.

Przyjazne spojrzenia kierowane są w stronę PSL-u, które osiągnęło nadspodziewanie dobre wyniki w wyborach samorządowych, wbrew życzeniom Beaty Mazurek, która twierdziła, że „PSL powinien być wyeliminowany z życia publicznego.”  Tymczasem w partii pojawiają się spekulacje, kto odpowie za porażkę w wyborach samorządowych.

Czas rozliczeń nastąpi zapewne dopiero po II turze wyborów, ale już dzisiaj pojawia się kilka nazwisk. Jednym z nich jest szef sztabu wyborczego PiS, europoseł Tadeusz Poręba, któremu zarzuca się wypuszczenie spotu antyuchodźczego, który był, jak twierdzi Nowogrodzka „w żaden sposób nieotorbiony odpowiednią opowieścią”.

Również na Porębę spadnie odpowiedzialność za podświetlanie w Warszawie zreprywatyzowanych kamienic i brak stanowczej reakcji w związku z „taśmami Morawieckiego”.

Na razie panuje cisza wokół ministra Ziobry i jego poczynań, które spowodowały dyskusję na temat polexitu. Czy polityk, który ma poparcie u ojca Rydzyka i osiąga imponujące wyniki w wyborach, będzie w jakikolwiek sposób do ruszenia? Wszystko wyjaśni się po 4 listopada. Jedno jest pewne, PiS ma powody do obaw w związku z przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Jak sami politycy partii mówią: „Jeśli znowu wszyscy zjednoczą się przeciw PiS, to wygramy, ale władzy nie zdobędziemy. Musimy zacząć się wyciszać, zamykać fronty. Ale przyznam, że nasz obóz jest w tej sprawie podzielony.”

No, to czekamy po przegranych wyborach przez PiS na reakcję rozjuszonego Kaczyńskiego, który ma chore nie tylko kolano, ale coś ważniejszego, co znajduje się u góry każdego człowieka.