Archiwa tagu: Newsweek

Ciemnogród PiS i kościelny

– Religia zawsze była w szkole, z wyjątkiem około 40 lat czasów komunistycznych. Wyrzucanie jej ze szkoły jest wracaniem do tych czasów – zareagował nerwowo rzecznik episkopatu Paweł Rytel-Andrianik.

– Inicjatywa Nowackiej budzi sympatię wielu ludzi w PO i nie tylko w PO. Jestem zwolennikiem bardzo poważnej redefinicji relacji państwo – Kościół. Uważam, że jest to próba ucywilizowania tych relacji – zadeklarował Grzegorz Schetyna, szef największej partii opozycyjnej.

Finansowanie z budżetu

– Jeżdżę od paru lat po kraju i słyszę, że trzeba coś zrobić w sprawie relacji państwo – Kościół, a zwłaszcza w sprawie religii w szkole. Pracowaliśmy nad projektem kilka miesięcy. Początek roku to dobry moment na rozpoczęcie debaty w tej ważnej kwestii – mówi „Newsweekowi” Barbara Nowacka.

Budżet nie zawsze finansował nauczanie religii. Gdy rząd Mazowieckiego wyraził zgodę na wejście katechetów do szkół, Kościół zrezygnował z pobierania wynagrodzenia. Jednak kiedy Polska rozpoczęła negocjacje w sprawie konkordatu, podpisanego w 1993 roku, kwestia płac powróciła. Dziś episkopat, broniąc finansowania religii z budżetu, powołuje się na konstytucję, konkordat i prawo pracy. I daje do zrozumienia, że tej sprawy nie zamierza odpuścić.

Pełna kontrola Kościoła

Konkordat zagwarantował Kościołowi także całkowitą kontrolę nad tym, kto i jak naucza katechezy. Ani Ministerstwo Edukacji, ani kuratoria nie mają wpływu na program nauczania, podręczniki i kadrę katechetyczną przysyłaną przez kurię do szkoły. To argument koronny Nowackiej, Lubnauer i Biedronia, którzy zgodnie pytają: dlaczego mamy płacić z publicznych pieniędzy za coś, nad czym instytucje państwa nie mają żadnej kontroli? Wcześniej to samo pytanie zadawał Leszek Jażdżewski, szef czasopisma „Liberté!”, który w 2015 roku stał się twarzą inicjatywy Świecka Szkoła. Wtedy obywatelski projekt ustawy, pod którym podpisało się 150 tys. osób, trafił do Sejmu, ale utknął w sejmowej zamrażarce. Współtwórczynią tamtej inicjatywy była Lubnauer, a podpisali się pod nią i Nowacka, i Biedroń.

Wiceminister Andruszkiewicz zastanawiał się, czy pociąg o nazwie „Światopełk” (Szczecin-Katowice) nie promuje okultyzmu. Pan Duda nie wie, na ile człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Tarczyński widział, jak poddawane egzorcyzmom osoby pluły gwoździami. Zapada mrok.

Depresja plemnika

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

View original post 2 240 słów więcej

Reklamy

Pedofilia w Kościele kat. to proceder właściwy zawodowi kleru

Fundacja „Nie lękajcie się” pomagająca ofiarom molestowania wciąż pracuje nad mapą pedofilii w Kościele. Pierwsza aktualizacja miała nastąpić w listopadzie, ale zgłoszeń jest tak dużo, że jej działacze dają sobie czas do stycznia. – Mamy naprawdę przerażające informacje. Lech Wałęsa jeszcze nie raz się zdziwi – mówi Onetowi prezes fundacji Marek Lisiński. W międzyczasie uruchomiono zbiórkę na centrum pomocy ofiarom pedofilii.

Działająca od pięciu lat fundacja „Nie lękajcie się”, która pomaga ofiarom pedofilii, udostępniła mapę 7 października. Zostali na niej zaznaczeni sprawcy i podejrzani, a także ofiary, których łącznie jest ponad 250. Ale według szacunków fundacji ostateczna liczba jest dużo większa. Osób molestowanych przez księży w Polsce może być nawet 1700. Do fundacji wciąż napływają kolejne informacje, które są przez nią weryfikowane.

Pierwsza aktualizacja mapy miała nastąpić w listopadzie, ale jak mówi Onetowi prezes Marek Lisiński, potrzeba więcej czasu na sprawdzenie zgłoszeń. – Mamy ich mnóstwo. Chcemy też pokazać, ile z nich wysłaliśmy do prokuratur, ile do biskupów. Pracy jest naprawdę dużo, nie chcemy też nikogo skrzywdzić, dlatego wszystko jest dokładnie weryfikowane – zaznacza Lisiński.

– Mamy naprawdę przerażające informacje. Zwłaszcza te dotyczące przenosin księży. Ofiary przysyłają nam swoje listy do biskupów, w których informowali o sprawie. A oni nic z tym nie robili, tylko przenosili sprawców. Lech Wałęsa jeszcze nie raz się zdziwi – dodaje.

Lisiński nawiązuje do reportażu opublikowanego w „Dużym Formacie”. Dotyczy on zmarłego w 2010 roku księdza prałata Henryka Jankowskiego, legendarnego kapelana „Solidarności”. W artykule pojawili się rozmówcy, stawiający konkretne oskarżenia wobec księdza, zarzucając mu m.in. molestowanie seksualne.

Protest pod pomnikiem ks. Jankowskiego w Gdańsku. Uczestnicy: to jest pomnik hańby Kościoła katolickiego

Zbiórka na centrum pomocy ofiarom molestowania

Fundacja przedstawi kolejne ustalenia 7 stycznia. Wówczas zaplanowano także otwarcie centrum pomocy dla osób, które były molestowane w dzieciństwie. Na ten cel prowadzona jest zbiórka w sieci pod hasłem „Daj na ofiarę”. Aby centrum mogło działać przez rok, potrzeba 250 tys. złotych.

Sekielski: kto boi się mojego filmu i prawdy o pedofilii wśród polskich księży?

– W centrum będzie gabinet psychologiczny, uruchomimy grupy wsparcia, grupy terapeutyczne. Będzie to centrum dla wszystkich molestowanych, nie tylko ofiar księży. Szczególnie dorosłych, bo dla nich takiego wsparcia brakuje. Chcemy, żeby to było dla nich bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli przyjść i porozmawiać – mówi Marek Lisiński.

Zbiórka prowadzona jest na Facebooku.

>>>

Zapowiadają ujawnienie kolejnych przypadków pedofilii w Kościele. „Mamy naprawdę przerażające informacje”

Depresja plemnika

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był…

View original post 2 354 słowa więcej

Prezes NBP Glapiński nie nadaje się do pracy na tak wrażliwej posadzie państwowej

 „Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynęło 6 wniosków Narodowego Banku Polskiego o zabezpieczenie przed wszczęciem postępowania, w których NBP domaga się m.in. nakazania tymczasowego usunięcia artykułów prasowych w związku z aferą wokół KNF” – poinformowała PAP Sylwia Urbańska, rzeczniczka prasowa ds. cywilnych SO w Warszawie. Na razie sąd jest na etapie rejestrowania tych wniosków, aby potem – jak się wyraziła rzeczniczka – „przedstawić je do losowań”.Nie podała personaliów dziennikarzy, których dotyczą wnioski NBP, ani redakcji w jakich pracują, a także tytułów tekstów, o usunięcie których wnioskuje NBP.

Biuro prasowe NBP potwierdziło, że takie kroki zostały podjęte. – „Narodowy Bank Polski wszczął procedury prawne mające na celu ochronę dóbr osobistych instytucji zaufania publicznego również na drodze sądowej. Konieczność obrony dobrego imienia NBP wynika z jego ustrojowej pozycji i troski o szeroko rozumiane bezpieczeństwo ekonomiczne kraju” – napisano w komunikacie.

„Pan Glapiński udowadnia tymi wnioskami, że nie jest w stanie zarządzać bezpieczeństwem ekonomicznym Polaków. Afera KNF pokazuje, jakiej jakości jest władza, która zarządza kryzysem przez cenzurowanie głosów krytyki prasowej. Żałosne” – skomentował na Twitterze dziennikarz Grzegorz Cydejko. – „Próba uciszenia dziennikarzy? Najwyraźniej PiS ma wiele do ukrycia w aferze KNF i opozycja strzeliła w dziesiątkę :)”;

Dobre imię Adama Glapińskiego dobrem osobistym Narodowego Banku Polskiego. Przypominają się czasy, kiedy krytyka milicjanta albo partyjnego aparatczyka była kwalifikowana jako zamach na ustrój państwa”;

„Glapiński – kolejny szczery demokrata, państwowiec, patriota, filantrop i altruista (w tej ekipie wszyscy charakteryzują się tymi przymiotami) – nie chce się pogodzić z tym, aby ktoś mu coś wytykał. Afery nie ma, gdy się o niej zabroni mówić” – komentowali internauci.

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

Morawiecki kłamie w żywe oczy, a quasi dziennikarz Ziemiec tego nie spostrzega

>>>

Najnowszy Newsweek. Człowiek, który wstrząsnął i wstrząsa Polską. Opowieść o Marku Falencie i o całkiem dużym kraju, którym wstrząsnąć jest wyjątków łatwo.

Wybór takiego środka lokomocji przez szefa Rady Europejskiej pewnie wielu zaskoczył. Donald Tusk podczas wizyty w Paryżu przemieszczał się po mieście za pomocą hulajnogi.

Nagranie z przejażdżki hulajnogą po Paryżu Donald Tusk opublikował na Instagramie (wideo jest dostępne pod tym linkiem >>>).

Donald Tusk jeździ po Paryżu hulajnogą

Na filmie widzimy, jak przewodniczący Rady Europejskiej zjeżdża z górki przez paryską uliczkę i w pewnym momencie uśmiecha się do osoby nagrywającej film, po czym znika za zakrętem. Nagranie jest opatrzone podpisem: „Moja niedzielna eko-wycieczka po Paryżu”.

Zdjęcie Donalda Tuska z Bono

Donald Tusk jest bardzo aktywny na Instagramie, na którym ma ponad 74 tys. obserwujących. Niemal każde udostępnione przez niego zdjęcie jest szeroko komentowane.

Tak było chociażby w przypadku wspólnej fotografii z Bono z zespołu U2.

Prawdziwą furorę zrobiło jednak zdjęcie Donalda Tuska w Nowym Jorku podczas wrześniowych obrad ONZ. Wówczas uwieczniono byłego premiera, jak przechodzi przez przejście dla pieszych. Fotografia wielu skojarzyła się ze słynną okładką płyty „Abbey Road” grupy The Beatles.

Korporacja Kościoła katolickiego tworzy system oligarchii o charakterze mafijnym

Kościół w PL to oligarchia mafijna

– Idea jest tu tylko produktem marketingowym. Chodzi o to, żeby podnieść autorytet duchownych, żeby wzmocnić ich wpływ, chronić interes Kościoła – tłumaczył prof. Tadeusz Bartoś.

Gościem w audycji Prawda Nas Zaboli Piotra Najsztuba był prof. Tadeusz Bartoś, teolog i filozof z Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, dyrektor programowy Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii.

Jak zauważył prowadzący audycję Piotr Najsztub, w Polsce wciąż nie może się rozpocząć prawdziwa debata o przemianach w polskim Kościele. Mówił, że ani pojedyncze afery pedofilskie, ani kwestia pieniędzy ojca Rydzyka nie są w stanie wywołać masy krytycznej, która wiernych i Kościół zmusiłaby do debaty. Jaką mamy obecnie sytuację w tym temacie?

– Kościołowi nie zależy na żadnej debacie, tylko na wygaszaniu niepokoju dookoła niego. Choć w ramach działania marketingowego będzie być może przepraszać, jak papież Franciszek. Ale jest to element zabiegów marketingowych ochrony posiadania – stwierdził teolog.

I dodał, że Kościół katolicki w Polsce jest zadowolony, bo wciąż udaje mu się unikać odpowiedzialności za czyny księży.

– Biskupi udają, że nie są pracodawcami i wciąż zwalają wszystko na jednostkę. Posyłają do ofiar pedofilii prawnika z pieniędzmi i papierami do podpisania. Ale na szczęście dziś sądy mogą to badać. I są podstawy prawne, by jednak ten stosunek prawny zatrudnienia ustalać – powiedział gość Radia TOK FM.

Jak dodał, system działania Kościoła w Polsce „tworzy system oligarchii o charakterze mafijnym”.

Kościół i społeczeństwo: dwóch nierównych graczy

Prof. Bartoś mówił też, że w obecnym konflikcie wokół Kościoła mamy dwóch graczy: jeden jest silniejszy, a drugi słabszy.

– Pierwszy to Kościół katolicki – jako instytucja. Jej celem jest przetrwanie i ekspansja – chodzi o to, aby coraz więcej ludzi było pod wpływem Kościoła – takim, aby można ich było nazwać wierzącymi. Wtedy pozycja kleru jest dominująca – powiedział gość Radia TOK FM.

A w jaki sposób działa ten gracz?

– Kościół mówi, jak żyć, jak się ubierać, zachowywać w łóżku. Wpływa też na państwo i jego ustawodawstwo. To taka instytucja totalna, która chce mieć wpływ na wszystko. I w Polsce jej się to udaje, z różnych względów: łatwowierności, naiwności, niewiedzy władz państwowych – tłumaczył prof. Tadeusz Bartoś.

Kim jest więc ten drugi gracz?

– To społeczeństwo obywatelskie. I to słabe – odpowiedział teolog.

„Idee kościoła katolickiego to produkt marketingowy”

Jak mówił dalej prof. Bartoś, Kościół katolicki przedstawia siebie jako instytucję, która jest emanacją dobra, która uczy dobrych, szlachetnych rzeczy.

– To jest fikcja, marketing. Idea jest tu tylko produktem marketingowym. Chodzi o to, żeby sakralizować i podnieść autorytet duchownych, żeby wzmocnić ich wpływ. Chronić interes Kościoła – mówił.

Smarzowski: Po konferencji Episkopatu przyszedł mi do głowy pomysł na „Kler 2”

 w  –   u  –  

 i Jarosław  ma ogromny kłopot z . Teraz PiS nie ma wyjścia, musi iść w zaparte i bronić człowieka, który obżerał się ośmiorniczkami, jest twardym liberałem i dość dosadnie mówi o nierównościach społecznych.  w  👇

 w  – Julia Pitera  u  –   

 w  – Michał Kamiński  u  –   

Kościół katolicki „tworzy system oligarchii o charakterze mafijnym”.

PiS w propagandzie sukcesu przeskoczył doktora Goebbelsa

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod przekop Mierzei Wiślanej zostanie wbita w trakcie tej kampanii wyborczej – zapewniał niedawno w Radiu Olsztyn prezes PiS Jarosław Kaczyński.

W trójmiejskiej „Wyborczej” Paulina Siegień od razu przypomniała, że pierwsza łopata została już w mierzeję wbita – 14 października 2015 r. Podczas ówczesnej kampanii przed wyborami do parlamentu wbił ją poseł PiS Andrzej Jaworski. – Zaczynamy kopać ten przekop, żeby ta inwestycja w końcu ruszyła – zapowiadał, szuflując piasek w Kątach Rybackich.

Państwową bumagę pomysł zyskał w ubiegłym roku, kiedy posłowie uchwalili (nie tylko głosami rządzącej prawicy, za głosował prawie cały Sejm), a prezydent podpisał specustawę dotyczącą inwestycji. Budowa miała się zacząć już w tym roku, a skończyć się w roku 2022. Ale władze centralne, które mają finansować przekop Mierzei Wiślanej, nie rozpisały jeszcze przetargu. A Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Olsztynie nie wydała decyzji środowiskowej. Inwestycji, która ma ingerować w cenne przyrodniczo obszary unijnego programu Natura 2000, nie zatwierdziła – co akurat wydaje się dla rządowego zielonego światła najmniejszą przeszkodą – Komisja Europejska.

Afera taśmowa.film z przesłuchania kelnera: „Boję się o swoje życie” >>>

– Marek Falenta pytał mnie, w jaki sposób mógłby dotrzeć do premiera Donalda Tuska. Twierdził też, że jest blisko z polską prawicą i PiS-em, i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim – mówił w trakcie prokuratorskiego przesłuchania cztery lata temu Łukasz N., najsłynniejszy kelner w Polsce, skazany za nielegalne podsłuchiwanie polityków w warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Publikujemy film nieznany dotąd opinii publicznej.

Do dziś tego nagrania nie widział nikt poza sądem i służbami prowadzącymi śledztwo w sprawie afery taśmowej. To zapis zeznań, jakie kelner skazany za nielegalne podsłuchiwanie polityków złożył w prokuraturze 23 czerwca 2014 r. Nagranie otrzymaliśmy oficjalnie od sądu wraz z aktami sprawy. Przedstawiamy 14-minutowy skrót tego nagrania.

 

Łukasz N. przyznał się do winy i współpracował z organami ścigania. W czasie przesłuchania szczegółowo opowiada o swojej roli w przestępczym procederze. Tłumaczy też m.in., w jaki sposób poznał się z Markiem Falentą.

Do ich pierwszego spotkania doszło w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Według zeznań Łukasza N., z propozycją podsłuchiwania biznesmenów Falenta miał się do niego zwrócić latem 2013 r. Z biegiem czasu podjęli decyzję, by nagrywać wszystkie rozmowy, także te, w których uczestniczyli znani politycy.

– Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty – opowiadał prokuratorom Łukasz N.

Według kelnera, Falenta sugerował, że informacje pochodzące z podsłuchów może wykorzystywać także do „załatwiania jakichś spraw ze służbami”.

– Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS. Ja to traktowałem jako dygresję – mówił kelner. Równocześnie zaznaczał, że Falenta szukał sposobu, by „dotrzeć do Donalda Tuska”.

Łukasz N. opowiedział także o momencie poprzedzającym wybuch afery taśmowej. Mówi, że dostał smsa od Jacka Krawca, ówczesnego prezesa PKN Orlen. – Pisał do mnie, że „chodzą słuchy na mieście”, że w restauracji „Sowa i Przyjaciele” były nagrywane rozmowy – wspomina.

– [Wtedy] napisałem do Sławomira Nowaka, że dostałem taką informację od pana Krawca, że były nagrywane spotkania u mnie w restauracji i mają być opublikowane. (..) Nowak był przerażony, że teraz to już będzie skończony – powiedział w trakcie przesłuchania Łukasz N.

W prokuraturze kelner zeznał także, że „dla wielu osób, a zwłaszcza dla Marka Falenty, stał się niewygodny”. – Przez to obawiam się, że coś się może stać z moją osobą. Po prostu boję się o swoje życie – stwierdził.

Według naszego informatora czekający na wyrok Marek Falenta ma nagranie kompromitujące premiera Morawieckiego. To jego „polisa ubezpieczeniowa”. Kto jeszcze ma dostęp do nieznanych dotąd podsłuchów?

Gdy w czwartek Onet i TVN24.pl ujawniały kolejne fragmenty 3,5-godzinnej rozmowy, którą Mateusz Morawiecki prowadził w warszawskiej restauracji Sowa & Przyjaciele z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską, w sukurs premierowi przyszła prorządowa TVP Info. Samuel Pereira, szef portalu tej telewizji, opublikował podsłuch z tej samej restauracji, gdzie jedynym zidentyfikowanym z nazwiska politykiem jest Sławomir Nowak, b. minister transportu w rządzie Donalda Tuska. Nagrana w 2013 r. rozmowa nie jest szczególnie sensacyjna. Ważniejsze jest to, że to kolejny zapis, którego nie ma w aktach prokuratury prowadzącej śledztwo w sprawie afery podsłuchowej.

Pereira już raz opublikował nagranie, którego nie ma w aktach. Też stało się to w chwili, gdy władza PiS przeżywała problemy. Pierwszą z nieznanych taśm Pereira „odpalił” na początku czerwca 2017 r. Opinia publiczna była wtedy wstrząśnięta ujawnionym przez TVN filmem pokazującym tortury paralizatorem, którym policja z Wrocławia poddawała Igora Stachowiaka. TVP Info wrzuciła wtedy do sieci rozmowę ks. Kazimierza Sowy z szefem BOR gen. Marianem Janickim oraz Pawłem Grasiem, prawą ręką Tuska.

„Mateusz Morawiecki został ustanowiony na pozycji premiera przez Jarosława Kaczyńskiego z taką myślą, że oto taki nobliwy narodowiec z dobrą przeszłością, dobrze wykształcony, kulturalny itd. Z tych taśm wynika, że to jest trochę farbowany lis, liberalny, farbowany lis, który w swoich wypowiedziach używa języka knajackiego” – powiedział Ryszard Bugaj w „Faktach po Faktach w TVN24.

Były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego dodał, że prezes PiS kreuje Morawieckiego na Wallenroda dopiero teraz, kiedy mleko się rozlało. Wcześniej to był człowiek od dzieciństwa funkcjonujący jako niezłomny, niebudzący wątpliwości, krystaliczny, nieuwikłany w układy. W tej chwili ten obraz się załamuje”. Bugajowi nie odpowiadają też wulgaryzmy i kolokwializmy, które słychać na nagraniach. – „Morawiecki używa w swoich wypowiedziach języka knajackiego. A to nie jest prawda, że w polityce ludzie się nagminnie posługują takim językiem” – powiedział.

Drugim gościem programu był Ludwik Dorn, który użył jeszcze innego określenia na wybielanie premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. – „PiS kreuje Morawieckiego na naszego człowieka w Abwehrze, który zakładał barwy ochronne, żeby lepiej rozpracowywać wroga. Nie można się czepiać Hansa Klossa, że miał stosunki z gestapowcami, skoro pracował dla słusznej strony” – kpił były wicepremier w poprzednim rządzie PiS.

Jego zdaniem, najważniejsze w aferze taśmowej z nagraniem Morawieckiego są zeznania kelnerów. – „One są poważne, potwierdzają się i tam jest mowa o przestępczym procederze. Zeznają, że odsłuchując taśmę słyszeli umawianie się obecnego premiera rządu z niezidentyfikowanym dżentelmenem w sprawie procederu przestępczego” – powiedział Dorn.

Tamara Olszewska pisze na koduj24.pl o tworzeniu pisowskich kadr.

Partia rządząca rozpoczęła tworzenie nowej kadry naukowej, która zmieni mentalnie cały naród na w pełni pisowski.

Życie w Polsce już od prawie trzech lat przypomina ostrą „jazdę bez trzymanki”. Nie ma dnia, by człowiek mógł się nieco ponudzić, zająć się sobą, oddać relaksowi. Polityka pcha się drzwiami i oknami, nie daje nam złapać oddechu, odpocząć. Istne wariactwo. Powiem krótko, jestem zmęczona, czuję się bezradna, a moje poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa stało się tylko wspomnieniem. Ciekawe, jak długo jeszcze ten zawyżony poziom adrenaliny pozwoli zachować w miarę stabilną psychikę? PiS rozkręca się z każdą wręcz sekundą, przyspieszając już co najmniej do 300 km na godzinę i tylko szkoda, że za kierownicą tej rozszalałej maszyny brak myślącego kierowcy.

PiS wziął się za realizację nowego programu „PiS – Edukacja Plus”, czyli… tworzenie nowej kadry naukowej, która niebawem będzie wbijać w polskie, młode głowy treści, które zmienią mentalnie cały naród na w pełni pisowski. Na horyzoncie pojawiło się już dwóch „mentorów”. To oni przetrą szlaki i poprowadzą młodzież ku świetlanej, pisowskiej przyszłości. To panowie Zybertowicz i Waszczykowski.

Zacznijmy od Andrzeja Zybertowicza, doktora habilitowanego nauk humanistycznych, a obecnie doradcy społecznego prezydenta Andrzeja Dudy oraz szefa BBN. Często publikuje on swoje teksty na łamach „Sieci”, „Naszego Dziennika” czy „Gazety Polskiej”. To on znalazł przyczynę „antypolonizmu” w Izraelu. Nie lubią nas tam „z poczucia wstydu. […] Za bierność w czasie Holokaustu. Niektórzy tłumaczą, że brutalne rozprawianie się z Palestyńczykami czy Hezbollahem to także forma odreagowywania”. Jest entuzjastą pisowskiej władzy i ostrzega: – „Jeśli dobra zmiana przegra, to walec okołoglobalistyczny, walec demoliberalnych konwulsji, choć zwichrowany, może doprowadzić do sytuacji, w której kolejnej szansy na rekonstytucję narodu polskiego nie będzie. Może wygrać projekt Unii, która Polskę „zmodernizuje” przez depolonizację i dechrystianizację. Bez sukcesu dobrej zmiany nie będzie zatem nie tylko narodu polskiego, lecz być może nawet tkanki narodotwórczej zdolnej do kolejnego zrywu”.

Często jego wypowiedzi „powalają na kolana”. Jest w swoich poglądach niezwykle jednostronny, w osądach niezwykle subiektywny i widać, że oddał serce oraz duszę obecnej władzy. A teraz uznał, że coś mu się od życia należy, że zasłużył na uznanie, że osiągnął taki poziom intelektualny, by iść między młodych ze swoją nauką. Idealny wręcz materiał na mentora i nauczyciela. Postanowił więc sięgnąć po tytuł profesorki. Nie taki okazjonalny z racji wykładania na uczelni wyższej, ale ten prawdziwy, wieńczący jego wspaniały dorobek naukowy. 14 listopada 2017 r. do jego starań przychyliła się Rada Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i wskazano 5 recenzentów, którzy mieli ocenić jakość jego dorobku naukowego.

I tu zaczyna się ciekawa historia. Zybertowicz zdobył uznanie i poparcie wniosku o profesurę, choć jeden z recenzentów napisał o jednej z jego prac, że to „Samobójstwo Oświecenia” i dorzucił: – „Pomysłowo pomyślana praca nad Oświeceniem cierpi, bo została tylko dotknięta i nawet nierozpoczęta. Dlatego uważam polemikę z wnioskami Zybertowicza za niemożliwą. Nie dostarcza on dostatecznego materiału do takiej polemiki”.

O pracy „Privatizing the Police State: The Case of Poland”, którą Zybertowicz napisał z Marią Woś padły słowa: – „Wnioski w niej zawarte są delikatnie mówiąc dziwaczne”. Dlaczego? Recenzent wyjaśnia: – „Twierdzenie, że w zasadzie transformacja jest ‚dziełem’ tajnych służb wydaje się dziwaczne i niemal groteskowe. A na pewno nie jest uzasadnione naukowo. A zatem praca ta zawiera wiele interesujących informacji, zwłaszcza na temat działania tajnych służb, natomiast konkluzja jest zdecydowanie na wyrost„. Kolejny profesor recenzent ocenia jego pracę, pisząc, że „Twierdzenia Zybertowicza na temat eksterminacji gatunku ludzkiego przyjmują wprost tabloidalną i karykaturalną postać”. Tak więc panowie sobie krytykują, a jednak zgadzają się na rozpoczęcie działań w kierunku uzyskania tytułu profesorskiego przez człowieka, którego sami uważają za nierzetelnego i mówiąc otwarcie, po prostu kiepskiego, w tej dziedzinie naukowej.

No i kolejna „perełka”, czyli Witold Waszczykowski, były już minister spraw zagranicznych, doktor habilitowany nauk humanistycznych. Jako właśnie ten minister spotkał się „z różnymi ministrami. Z niektórymi, jak np. na Karaibach po raz pierwszy chyba w historii naszej dyplomacji. Na przykład z takimi krajami, jak San Escobar albo Belize. Uważał, że należy „drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec UE. Zacząć prowadzić politykę negatywną”. Piętnował poprzedni rząd, który „realizował określony program. Jakby musiał się świat według marksistowskiego wzoru poruszać automatycznie tylko w jednym kierunku – do nowej mieszanki kultur i ras, do świata rowerzystów i wegetarian, którzy stawiają tylko na energie odnawialne i walczą przeciw każdej formie religii. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi, polskimi wartościami”.  Choćby człowiek nie wiem jak chciał, to nie ma szans, by znaleźć w panu Waszczykowskim coś więcej niż bezkrytyczne oddanie i podporządkowanie partii rządzącej i jej prezesowi.

I co się dzieje? Pan Waszczykowski wygrał konkurs w Instytucie Studiów Strategicznych Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego na Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie i został zatrudniony na stanowisku adiunkta w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Dyplomacji. Władze uczelni, z której już wyrzucono wszystkich, niepasujących do pisowskiej koncepcji dydaktycznej, uznały, że „przełoży swoje doświadczenia zawodowe także na dorobek naukowo-badawczy” i będzie super. Będzie prowadził zajęcia „Współczesne zagrożenia bezpieczeństwa międzynarodowego” dla uczniów pierwszego stopnia na kierunku Bezpieczeństwo Międzynarodowe i Dyplomacja. Chyba nie muszę mówić, jak prowadzone będą te zajęcia i jakie poglądy prezentowane, prawda?

Podejrzewam, że program „PiS – Edukacja Plus” nabierze ostrego tempa. W końcu w interesie władzy jest wymiana dotychczasowej kadry naukowych „wykształciuchów” na tych poprawnych politycznie”, bardzo pisowskich, zniewolonych poglądowo, którzy bezkrytycznie zajmą się produkcją Homo PiSus. Niebawem zapewne usłyszymy o Misiewiczu, który wreszcie skończy studia u Rydzyka i wraz ze swoim guru Macierewiczem zajmą się przysposobieniem obronnym w szkołach podstawowych oraz liceach. Chłopcy narodowcy przejmą lekcje historii, lekcje religii z elementami języka polskiego będą odbywać się 7 razy w tygodniu. Uczelnie wyższe przejmie pani Sobańska z ojczulkiem Rydzykiem i to oni będą decydować, kto ma nauczać, jak i co.

Nieważne, że wiedza kadry „dobrej zmiany” będzie wołać o pomstę do nieba. Ważne, że wreszcie – trawestując Jana Zamoyskiego, „Rzeczpospolita będzie taka, jak jej młodzieży chowanie”, czyli….

Waldemar Mystkowski pisze o konsekwencjach afery podsłuchowej.

Taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” mają niecodzienną siłę kreowania polskiej polityki i wcale to dobrze nie świadczy o polskim państwie. Poniewczasie trzeba zgodzić się z jednym z inteligentniejszych podsłuchanych Bartłomiejem Sienkiewiczem, iż mamy „państwo teoretyczne” – zresztą taki tytuł nosi jego najnowsza książka.

Główny pomysłodawca podsłuchów Marek Falenta był w ścisłym kontakcie z kierownictwem PiS. Nawet się chwalił, że ma dobre dojścia do Jarosława Kaczyńskiego. Falenta liczył na tekę ministra, gdy PiS dojdzie do władzy. Tak zeznawał jeden z kelnerów Łukasz N., który na polecenia Falenty zakładał podsłuchy: – „Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS”.

Co zatem się stało, że Falenta dostał wyrok do odsiadki i skończy w więzieniu? Ciąg szpiclowskiej fabuły może wiele wytłumaczyć, dalej mówi ów kelner: – „Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty”. „Duże pieniądze” miały przyjść od obcych służb.

Jakich służb? Tylko od rosyjskich, bo Falenta był na miliony zadłużony u mafii sołncewskiej, która jest krwawymi rękami Kremla. A więc mamy w tle Władimira Putina, któremu zależy na destabilizacji Polski i przede wszystkim na rozchwianiu Unii Europejskiej.

Dlaczego zatem PiS podjął współpracę z Falentą, wszak nietrudno było sprawdzić, gdzie kręci swoje szemrane biznesy? Odpowiedzi są dwie. Kaczyński chciał za wszelką cenę odsunąć Platformę od władzy i przymykał oko na rosyjskie ślady. Albo prezesowi PiS wszystko jedno i godzi się być Targowicą. Wszak w dalszym ciągu mało wiemy o bliskim współpracowniku Kaczyńskiego Antonim Macierewiczu: jakie dokładnie ma powiązania z Kremlem. Starał się to rozwikłać Tomasz Piątek w swojej bestsellerowej książce „Macierewicz i jego tajemnice”.

Czy można zatem rzec, iż PiS doszedł do władzy z możliwą kontrasygnatą rosyjskich służb? Gdy Onet dotarł do 40 tomowych akt, dotyczących afery podsłuchowej, opublikowano wreszcie zapis jednej taśmy – na razie tylko ona jest dostępna – na której zanotowano głos Mateusza Morawieckiego, kompromitujący go jako polityka, a nawet człowieka.

Przez dwa dni PiS nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Morawiecki nawet dał nogę do Nowego Jorku, aby dziennikarze go nie nagabywali. Wreszcie prezes Kaczyński zgodził się na występ w podległej sobie telewizji TVP i usprawiedliwił Morawieckiego. W swoim stylu stwierdził, że – w największym skrócie – Morawiecki to Konrad Wallenrod.

Wywiad z Kaczyńskim jest niewiele warty, bo prezes też może być zakładnikiem – zarówno wiadomych służb, jak i zakładnikiem tego, który ma w posiadaniu następne taśmy z Morawieckim. Podobno jeszcze jedna na pewno jest na rynku szantażu – tak twierdził „Newsweek” 2,5 roku temu.

Morawiecki wrócił z ucieczki i dał głos u najbardziej pisowskich dziennikarzy Karnowskich – konkretnie Jacka K. – w telewizji internetowej wPolsce.pl. I co mówi? Określił „swoją” taśmę jako odgrzewany kotlet: – „Te taśmy wszystkie były pokazane w „Newsweeku” 2,5 roku temu”. To jest kolejne kłamstwo Morawieckiego. Taśma owszem była opisana, ale bardzo ogólnie. Onet cytuje duże passusy o korupcji i kumoterstwie oraz powołuje się – to może jest nawet najważniejsze – na 40 tomów akt śledztwa.

Morawiecki zatem prezentuje dobre samopoczucie po zapewnieniu Kaczyńskiego o jego wallenrodyzmie i mówi: – „Ja z drogi naprawy Rzeczpospolitej, którą mam ogromny honor czynić pod rządami PiS, w tym obozie politycznym, naszym obozie, ja z tej drogi nie zejdę” (cytuję in extenso). Czyli dalej będzie demolowane sądownictwo, nasze relacje z Unią Europejską, które są zagrożone Polexitem.

Na Kremlu zacierają ręce z takiej „naprawy Rzeczpospolitej” i destrukcji UE. Tym się różni Morawiecki od Falenty, że jemu się udało, a Falenta zaliczy pryczę za kratami. Taśmy podsłuchowe będą dalej rozstrzygać o polskiej polityce, najprawdopodobniej zaciążą na bycie Polski i niestety pod władzą PiS możemy oczekiwać najgorszego. Oczekuję, że za ten temat zabiorą się najlepsi dziennikarze śledczy, acz będą narażeni, bo tak to jest z wolnym słowem i wolnymi mediami w autorytaryzmach.

Matołusz Morawiecki załgany i skorumpowany

– Co to za szczególna sytuacja, że Jarosław Kaczyński, jako chyba jedyna osoba w Polsce, otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie czegokolwiek – zastanawiał się poseł PO Arkadiusz Myrcha. Jak podkreślał, prezes PiS nie bierze udziału w pracach Sejmu od maja br.

– Aktywność prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego w Sejmie jest od maja zerowa, a bierze on udział w spotkaniach z mieszkańcami i udziela wywiadów w telewizji w dniu prac Sejmu – mówił w piątek poseł PO Arkadiusz Myrcha na konferencji prasowej.

Myrcha podkreślał, że obowiązkiem każdego parlamentarzysty jest uczestniczenie w pracach Sejmu czy Senatu, a obowiązkiem każdego posła – zgodnie z Regulaminem Sejmu – branie udziału w głosowaniach.

„Jarosław Kaczyński w ogóle w pracach Sejmu nie uczestniczy”

– Od wielu miesięcy mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu – mianowicie od wielu miesięcy poseł Jarosław Kaczyński w ogóle w pracach Sejmu nie uczestniczy – przekonywał. – Rodzi się zatem pytanie, za co Jarosław Kaczyński otrzymuje każdego miesiąca ogromne wynagrodzenie wypłacane z pieniędzy polskich podatników – dodał polityk.

Faktycznie, jak można sprawdzić na sejmowych stronach, poseł Kaczyński ostatni raz głosował 13 kwietnia tego roku, od tego czasu jego obecność na głosowaniach wynosi 0 procent.

Jarosław Kaczyński. Ile zarabia?

Poseł PO przypomniał, że złożył w ubiegłym tygodniu zapytanie o wynagrodzenie Kaczyńskiego w 2018 r. do Kancelarii Sejmu, ale odpowiedzi dotąd nie otrzymał.

– Co to jest za szczególna sytuacja, że Jarosław Kaczyński, jako chyba jedyna osoba w Polsce, otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie czegokolwiek – dodawał Myrcha.

Rząd PiS lubi się powoływać na dane gospodarcze o wzroście PKB jako dowodzie na słuszność linii polityki partii rządzącej oraz nieszkodliwość uszczelniania i rozbudowy państwa socjalnego dla podstaw gospodarki. Jednak w owym przekazie Nowogrodzka zawsze była wybiórcza, przedstawiając tylko to, co było dla niej najbardziej wygodne. W szczegółach ideał rządów PiS szybko rozpada się na kawałki. Od miesięcy mówi się bowiem o niepokojących trendach, zwłaszcza w obszarze inwestycji. Czarnowidztwo opozycji znajduje jednak potwierdzenie w danych. W 2017 roku inwestycje bezpośrednie w Polsce spadły aż o – uwaga… 56%.

O ile bowiem napływ kapitału w 2016 roku wyniósł 61,9 mld zł netto, to w zeszłym było to już zaledwie 34,7 mld zł. Zwolennicy prawicy powiedzą, że to efekt repolonizacji, która doprowadziła do rzeczywistego odpływu kapitału do Włoch na poziomie 8,4 mld, jednak daleko tej kwocie do 27 mld zł spadku.

Szczególnie bolesna dla PiS okaże się brutalna rzeczywistość, że tak naprawdę dobra zmiana w 2017 roku nie przyciągnęła netto ANI ZŁOTÓWKI zagranicznych inwestycji. Dodatni bilans tego wskaźnika zawdzięczamy bowiem tylko i wyłącznie reinwestowaniu wypracowanych w Polsce zysków. Innymi słowy zagraniczne korporacje zamiast drenażu, o którym z taką lubością mówi PiS, inwestują w nowe miejsca pracy i rozwój istniejących. Reinwestycje zysków wyniosły bowiem 38,1 mld zł, podczas gdy napływ kapitału netto z tytułu akcji i innych form udziałów kapitałowych wyniósł -1,6 mld zł. Ujemne okazały się także kwoty z tytułu dłużnych instrumentów finansowych w wysokości -1,9 mld zł, czyli gospodarka jest winna jeszcze więcej zagranicy niż rok temu.

W przypadku omawianych inwestycji PiS powinien wziąć z czystym sumieniem pełną odpowiedzialność, ponieważ polski trend spadkowy znacznie odbiega od sytuacji w pozostałych krajach regionu. Zupełne przeciwieństwo szybkiego wzrostu gospodarczego, który trwa obecnie na całym świecie, a gdzie nasze wyniki nie są nawet w zbliżony sposób tak wyjątkowe jak media nam na co dzień wmawiają. Zły klimat do inwestycji, konflikt z Unią mają wpływ na inwestorów. Inwestycje są bowiem wskaźnikiem wrażliwym na bieżące decyzje polityczne, czyniąc go lepszym wskaźnikiem udolności rządów niż czysty wzrost PKB. Na tym polu możemy sobie jednak uzmysłowić, że w polskiej gospodarce pod płaszczykiem spektakularnego sukcesu bardzo łatwo mogą pojawić się poważne kłopoty.

został uznany przez sąd kłamcą, doczeka się też nazwanie tego, który korumpuje.

Nowe wątki w aferze taśmowej. Premier Mateusz Morawiecki jako prezes banku BZ WBK miał oferować kilkadziesiąt tysięcy złotych „cichego, jednorazowego wsparcia” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL. Morawiecki miał też interweniować w sprawie pracy dla syna europosła z Prawa i Sprawiedliwości Ryszarda Czarneckiego. Politycy opozycji mówią o kompromitacji premiera i chcą, aby się z tego wytłumaczył. Ale będą też sprawdzać, czy nie doszło do przestępstwa. Sprawą tzw. taśm Morawieckiego miał się zająć w czwartek Zespół ds. Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa, ale gość, którym był były wiceszef ABW, nie został do Sejmu wpuszczony. – Nie damy sobie zamknąć ust – zapowiadają posłowie PO.

Znana taśma Morawieckiego, kolejne wątki

Portal Onet.pl we wtorek publikował nagraną 3-godzinną rozmowę Mateusza Morawieckiego, byłego szefa banku BZ WBK, z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską.

Taśma została nagrana w restauracji „Sowa i Przyjaciele” i znajduje się w sądowych aktach sprawy tzw. afery podsłuchowej.

Dziennikarze TVN24 zwrócili uwagę na nowe wątki w tej rozmowie. Jeden dotyczy „jednorazowego wsparcia” dla byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL Aleksandra Grada.

Do rozmowy na temat Aleksandra Grada włącza się w pewnym momencie Mateusz Morawiecki. –  A o co mu chodzi, żeby pieniądze zarobić? – pyta przyszły premier. – On jest monotematyczny (…) jemu chodzi o kasę – przyznaje Matuszewska. Kilian dodaje, że były minister skarbu „był długo w polityce, on ma wielodzietną rodzinę, czwórkę dzieci”.

– Ma jakąś fundację, stowarzyszenie albo firmę? – dopytuje po chwili Morawiecki. – Ma firmę, na pewno ma – odpowiada Matuszewska.

Dochodzimy do najważniejszego fragmentu tej rozmowy. – Zapytajcie go tak po cichu. Ja bym spróbował tak bardziej jednorazowo. Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania czy na coś – postanawia Morawiecki.

Rozdaje pieniądze, załatwia pracę

Drugi wątek dotyczy pracy dla syna europosła PiS-u Ryszarda Czarneckiego. – Ten chłopak po trzech miesiącach powiedział, że jest dużo pracy, że on myślał, że będzie luźniej, że ma inne plany właśnie – żali się Zbigniew Jagiełło.

W reakcji Mateusz Morawiecki dzwoni do Ryszarda Czarneckiego. – No, cześć. Cześć, cześć. Słuchaj, ciąg dalszy tej sprawy, o której ostatnio rozmawialiśmy. Twój Przemek nie chciał tam dalej pracować – zaczyna rozmowę z europosłem i włącza w telefonie tryb głośnomówiący.

W dalszym ciągu rozmowy chce się dowiedzieć, dlaczego syn europosła PiS nie chciał tam pracować, co mu się nie podobało i czy trzeba załatwić mu coś innego.

Premier nie skomentował na razie tzw. taśm Morawieckiego. Posłowie PiS-u mówią o „odgrzewanych kotletach” i udają, że sprawy nie ma.

Czy doszło do przestępstwa?

– Te nagrania pokazują dwulicowy charakter premiera Mateusza Morawieckiego, który rozmawia wprost o propozycji korupcyjnej – komentuje krótko w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO poseł Jan Grabiec. – Wygląda na to, że obecny premier protekcję, nepotyzm, a nawet korupcję traktuje jako coś naturalnego.

Według Jana Grabca premier po pierwsze powinien się z tego wytłumaczyć, ale to nie wszystko. – Będziemy sprawdzać, jaka jest kwalifikacja prawna tych propozycji i czy nie doszło do przestępstwa – dodaje rzecznik PO.

Polityk PO nie ma wątpliwości, że akurat te wątki spośród wszystkich nagrań mają charakter najbardziej przestępczy.

Wieczorem w TVP Jarosław Kaczyński bronił premiera, wychwalał go i bagatelizował sprawę nagranych rozmów.

Kuchciński blokuje prace opozycji. „Sejm jak prywatny folwark PiS-u”

M.in. aferą taśmową miał się w czwartek zająć Zespół ds. Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa powołany przez polityków PO. Gościem miał być były wiceszef ABW, płk Paweł Białek, ale nie został wpuszczony do Sejmu.

– Ta sytuacja jest skandaliczna. Panie Morawiecki i PiS-ie, czego się boicie? Dlaczego nie chcecie rozmawiać na temat afery taśmowej? Dlaczego robicie wszystko, aby posłów opozycji traktować jak petentów? – pytała na konferencji prasowej przewodnicząca zespołu posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska.

Zapowiedziała, że politycy PO będą w oficjalnym wniosku domagać się wyjaśnień od marszałka Marka Kuchcińskiego. – Uważamy to za niedopuszczalne. PiS, który dewastuje Sejm od 3 lat, znowu poszedł o krok dalej – dodaje.

– Rządzący szczególnie boją się byłych szefów służb specjalnych, tak odbieramy zablokowanie drzwi dla pułkownika Pawła Białka. To niesłychane, że tacy ludzie nie mają wstępu do Sejmu jako goście klubu PO – oburzał się także wicepremier, były szef MON, wiceszef PO Tomasz Siemoniak.

Przy okazji przypomniał, że „w sprawie szefów służb PiS posunął się znacznie dalej”. – Generałowie Krzysztof Bondaryk, Janusz Nosek, Piotr Pytel i Paweł Wojtunik mają postawione absurdalne i dęte zarzuty. To jest zastraszanie, żeby nie mówili prawdy i bali się występować w mediach – tłumaczy Siemoniak.

Zespół PO miał się w czwartek zająć sytuacją w ABW. Zlikwidowano 11 delegatur agencji i jej prace są de facto sparaliżowane. – ABW została powołana po to, aby strzec bezpieczeństwa państwa i powinna zajmować się aferą taśmową. Dlatego tą sprawą z oczywistych względów mieliśmy się zająć  – przyznaje Joanna Kluzik-Rostkowska.

Politycy PO zapowiadają, że planowane posiedzenie i tak odbędzie się w najbliższym czasie, bo opozycja „nie pozwoli sobie zamknąć ust”.

Komentarz ten piszę z Belgradu, z międzynarodowego zjazdu feministycznych aktywistek. Polska to tutaj mocna marka. Być może, tak jak w 1989 r. cały blok wschodni zaczął się chwiać dzięki sukcesowi „Solidarności” i Okrągłego Stołu, tak samo dzisiaj, kiedy na całym świecie równouprawnienie i emancypacja posunęły się do przodu znacznie szybciej niż polityka i prawo, prokobiece ruchy społeczne będą patrzeć z fascynacją na Polskę. Na fotogeniczne i masowe strajki kobiet oraz imponujące politycznie projekty „Ratujmy Kobiety”.

Oczywiście tak jak w 1989 r., tak i dziś obrazki widziane z zewnątrz są dużo ładniejsze od tego, co widać od środka. Prostsze. Łatwiejsze do użycia jako symbol i oznaka nadziei. To od wewnątrz widać, że formuła strajku wyczerpuje się, a demonstracje z pozytywnym programem prokobiecym, jak ta w Światowym Dniu Bezpiecznej Aborcji, przyciągają znacznie mniej osób niż manifestacje protestu przeciwko kolejnemu projektowi zaostrzenia i tak już drakońskiej i nierespektowane ustawy.

Ruchy kobiece zmieniły oblicze polityki

W porównaniu z pozostałymi krajami widać, że różne kwestie można rozwiązać inaczej, być może lepiej. Nastawienie na osobiste spotkania i fizyczną obecność – w odróżnieniu od organizacji poprzez media społecznościowe, na które postawiły Polki – pozwala podtrzymywać więzi i budować trwałe, choć nieformalne sieci organizacyjne. W Chile i wielu innych miejscach walka toczy się dzięki odważnym opowieściom o osobistych doświadczeniach. W Polsce po reakcjach na wyznanie Natalii Przybysz długo nikt się nie ośmieli pójść tą drogą.

Ale też trzeba zauważyć, że tak w Polsce, jak i w Chile, Hiszpanii, Chorwacji, Belgii, Stanach Zjednoczonych, Niemczech (a nawet Rosji, choć w mniejszym stopniu) kobiece ruchy oddolne zmieniły oblicze polityki. Nigdy wcześniej w polskiej polityce nie było tylu aktywistek świadomie i dumnie prezentujących kobiece postulaty. Dziś niemal w każdym okręgu wyborczym i na każdej opozycyjnej liście godnej tego miana znajdują się osoby związane z protestami. Owszem, sumarycznie kobiet jest o kilka procent mniej niż w poprzednich wyborach, za to tym razem wreszcie przychodzą do polityki z własnymi pomysłami i warunkami, a co najważniejsze – z własnym elektoratem, z którym szefowie partii układający listy muszą się naprawdę liczyć.

Syndrom potem wy

Sto lat po uzyskaniu formalnych praw wyborczych Polki zaczynają korzystać z nich także realnie. Minione dwa lata były przecież tylko przyspieszoną rekapitulacją stuletniej tendencji pomijania, omijania i lekceważenia kobiet przez polityków, decydentów, dowódców. Agnieszka Graff nazwała to kiedyś „syndromem potem wy”: najpierw niepodległość, potem sprawa kobieca. Najpierw odbudowa kraju, potem sprawa kobieca. Najpierw socjalizm, potem sprawa kobieca. Najpierw kapitalizm, potem sprawa kobieca. A w międzyczasie zróbcie herbatę, upieczcie ciasto dla dyskutujących o wolności bojowników, zajmijcie się dziećmi.

Na całym świecie owo „potem wy” zamienia się właśnie w „teraz my” – i na całym świecie widzimy podobne lęki i agresję wobec zmiany. Incelsi i erupcja patriarchatu w USA, ksenofobia i autorytaryzm w Europie Środkowej, patriarchalizm i autorytaryzm w Rosji, protekcjonizm i antydemokratyzm w Unii Europejskiej – wszystkie łączy fundamentalny lęk przed równościowymi i inkluzywnymi postulatami ruchów kobiecych. Co pozwala sądzić, że dopóki nie przyjmiemy tych postulatów za swoje – dopóki wszyscy nie staniemy się feministkami – autorytaryzm, wykluczenie i patriarchat będą wygrywać.

Koniec z paprotkami

Zaprojektowana przez mężczyzn, dla mężczyzn i na temat mężczyzn demokracja musi się wreszcie poszerzyć o równie poważne traktowanie kobiet. Nie tylko prawo do głosowania – do niedawna przecież niemal wyłącznie na mężczyzn, bo kwoty na listach wyborczych wprowadzone zostały dopiero w styczniu 2011 r. Ale także realne możliwości startu w wyborach, bez konieczności udawania niezagrażającej panom paprotki. I możliwość faktycznego wpływania na procesy polityczne poprzez udział w debacie publicznej. A nie że lekko zmieniający się skład poważnych panów dyskutuje o realiach życia kobiet w tym segmencie dyskusji, który przeznaczony jest na rekreację i dowcipy.

Ten rząd obalą kobiety

Cieszę się, że to, co we wrześniu i październiku 2016 r. było przełomem i innowacją, niewidzianą wcześniej w telewizjach w czasie największej oglądalności, dzisiaj, ledwie dwa lata później, staje się oczywistością. Od wielu miesięcy sondaże pokazują, że prawa reprodukcyjne i samostanowienie kobiet popiera około 50 proc. Polek i Polaków. Powstają programy satyryczne wyśmiewające męskocentryczną publicystykę pod krawatem. A politycy opozycji, chcąc nie chcąc, przyjmują programy pisane przez kobiece aktywistki. Jest dla tego kraju nadzieja.

Erekcja jest darem bożym. Czyli kobiety rozmawiają o recepcie na viagrę

Niestety dla polskiego społeczeństwa, Sejm głosami posłów Prawa i Sprawiedliwości i klubu Kukiz’15 przyjął do dalszych prac w komisjach projekt ustawy znoszącej powszechny obowiązek szczepień. Niebezpieczny dla zdrowia publicznego projekt, zamiast trafić do kosza, będzie dalej procedowany w komisjach.

Koniunkturaliści z PiS argumentowali, że projekt obywatelski zasługuje na debatę. Nawet, gdyby jego założenia zagrażałyby życiu obywateli? Mimo tego, projekt ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne, również tyczący się kwestii wolności wyboru nie zasłużył na podobne stanowisko partii Jarosława Kaczyńskiego.

Prawo nie wymaga od obywateli znajomości nawet tak oczywistego faktu, jakim są korzyści płynące z rozwoju wakcynologii, jednak od ich przedstawicieli powinno się wymagać odpowiedzialności za swoich wyborców – czegoś ponad kalkulację słupków sondażowych.

Zasadność stosowania szczepionek cynicznie zakwestionowali niektórzy posłowie – lekarze. Między innymi wobec nich i innych osób wykorzystujących ludzką ciemnotę w bezpardonowym przemówieniu wystąpił niezawodny Stefan Niesiołowski.

Poseł gromił z mównicy: “Proponuję, żeby jeszcze przygotować inicjatywę przeciwko teorii Kopernika, bo jak widać, przecież Słońce krąży wokół Ziemi, przeciwko transfuzji krwi, teorii ewolucji, przeciwko kolei żelaznej, która była określona jako dzieło szatana i musi być potępiona, przeciwko oświetleniu ulic w nocy, dlatego że jest to wbrew naturze. Cały ten pomysł jest po prostu pomysłem idiotycznym”.

Chciałbym wierzyć, że skierowanie projektu do dalszych prac w komisji ma tylko związek ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi, a sam projekt ugrzęźnie na dobre w sejmowej zamrażarce, tak samo jak obywatelski projekt ustawy antyaborcyjnej firmowany przez Kaję Godek. Niestety, o ile przybywa zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, dynamika poparcia dla szczepień wygląda zgoła inaczej. Skierowanie ustawy antyszczepionkowców do wiecznych prac w komisji to ryzyko ponownej debaty na tak absurdalny temat w przyszłości, gdy ruchy antyszczepionkowe urosną w siłę.

>>>