Archiwa tagu: Muzeum Historii Polski

PiS chce rżnąć władze Unii Europejskiej. Bęcwały

– Polskie władze nie wykorzystały naszej skargi do TSUE, by wstrzymać nominacje sędziów Sądu Najwyższego. Przeciwnie, Polska przyspieszyła – powiedział Frans Timmermans unijnym ministrom w Radzie UE.

Unijni ministrowie w Radzie UE we wtorek już po raz szósty (licząc od wszczęcia postępowania z art. 7 Traktatu o UE) dyskutowali o stanie praworządności w Polsce. Ocena Komisji Europejskiej, którą zaprezentował jej I wiceprzewodniczący Frans Timmermans, opisywała „pogarszający się stan praworządności” w Polsce.

– Niestety, nie mogę być dzisiaj optymistyczny. Polska nie czeka ze zmianami w Sądzie Najwyższym i nominuje nowych sędziów SN. Ponadto mamy doniesienia o domniemanym zastraszaniu sędziów, którzy zwracają się z pytaniami prejudycjalnymi [o wiążącą wykładnię prawa unijnego] do Trybunału Sprawiedliwości UE – tak swoją opinię tłumaczył Timmermans już po obradach.

Szymański: Dotychczasowi sędziowie tylko na niesporne wakaty

Polski minister Konrad Szymański – wedle relacji świadka debaty w Radzie UE – miał tłumaczyć pozostałym ministrom, że nowi sędziowie Sądu Najwyższego zostali zaprzysiężeni na nowe miejsca, a nie na miejsca zwolnione przez konkretnych ponad 20 sędziów, których dotyka – kwestionowane m.in. przez Komisję Europejską – obniżenie wieku emerytalnego.

Ależ oszust ten Szymański. Myśli, że wyjedzie z Polski i będzie rżnął władze unijne. Bęcwał.

Timmermans: Sytuacja w Polsce się pogarsza.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Mateusz Morawiecki dwoi się i troi w kampanii samorządowej, a przecież nie startuje na żadnego wójta, ani burmistrza. Jeżeli jeździ po kraju, to nie rządzi. Dlatego stanowione jest takie kiepskie prawo, ustawy trzeba zaraz po wejściu w życie nowelizować.

Morawiecki jednak walczy o przetrwanie. Nie tylko ma na karku aferę podsłuchową, która na moment przycichła, lecz zostanie odgrzana przez Platformą Obywatelską (a może już należy nazywać Koalicję Obywatelską), Grzegorz Schetyna zapowiedział wniesienie do Sejmu wniosku o odwołanie ze stanowiska premiera Morawieckiego pod hasłem „kłamca nie może rządzić”.

Nie tylko uznany jest za kłamcę przez sąd, ale tak jest traktowany przez władze unijne, wiarygodność Morawieckiego sięgnęła bruku, w Brukseli trzeba ratować substancję naszej wiarygodności (a robi to opozycja i Donald Tusk), której jest coraz mniej, przełoży się to na kasę z budżetu unijnego. Morawiecki ma kłopoty z tatusiem Kornelem, na którego są inne taśmy, jak to służył…

View original post 1 284 słowa więcej

Reklamy

PiS zrobił z Kaczyńskiego kołka. Albo obsługujący konto na Twitterze nie znają języka polskiego

Kaczyński o przekopie Mierzei Wiślanej: Z całą pewnością przyczyni się do rozwoju gospodarczego Elbląga i do rozwoju całego regionu

Chciałem wyrazić radość. Trwało to długo, wiele lat, przeszło 10, ale jednak się rozpoczyna. Wiem, że są zastrzeżenia, były nawet wygłaszane przez część środków masowego przekazu, ale mamy pełne prawo to uczynić. Można powiedzieć, że udało się, bo kiedy budowa się rozpocznie, to wtedy będzie można powiedzieć, że klamka zapadła, że ten kanał powstanie i że problem, z którym Elbląg żyje już od wielu dziesięcioleci, będzie rozwiązany. Elbląg powinien być portem uzupełniającym wobec portów gdyńskiego i gdańskiego. To z całą pewnością przyczyni się do jego rozwoju gospodarczego i do rozwoju całego regionu. To jest cel główny” – mówił w Kątach Rybackich prezes PiS-u, Jarosław Kaczyński.

PiS sam przynaje, że Kaczyński nadaje się tylko do kołków.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania…

View original post 1 401 słów więcej

PiS centralizuje Polskę, aby władzę skupić w rękach Kaczyńskiego

Drożeje paliwo? Dopiero podrożeje. Cena diesla na stacjach Orlenu jest trzymana poniżej ceny w hurcie. Do wyborów. Przecież „ludzie są tacy głupi” – napisał na Twitterze Andrzej Rzońca i coś w tym jest, bo nie on jeden alarmuje.

“Rzeczpospolita” zwraca np. uwagę na fakt, że od kilku tygodni olej napędowy na krajowych stacjach paliw kosztuje mniej niż oficjalnie w hurcie, co na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

Sytuacja może się diametralnie zmienić i do podwyżek dojdzie najprawdopodobniej za kilka tygodni – po wyborach.  Dziennik cytuje portal e-petrol.pl, z którego wynika, że cena detaliczna za litr oleju napędowego wynosiła w ostatnich dniach średnio 5,13 zł. Tymczasem dziś ceny hurtowe tego paliwa w PKN Orlen wynoszą 5,31 zł, a w Grupie Lotos ponad 5,33 zł.

Jakub Bogucki, analityk rynku paliw e-petrol.pl. wyjaśnia, że nie oznacza to, iż stacje paliw dopłacają do diesla i dowodzi, że po prostu obecne ceny hurtowe mają charakter referencyjny, a „paliwa kupowane w hurcie, często są istotnie tańsze niż wynikałoby to z oficjalnego cennika. To efekt stosowania przez sprzedawców licznych upustów dla stałych, bądź dużych klientów…”.

W opinii eksperta o obniżce cen nie ma mowy, choćby ze względu na wysokie ceny ropy naftowej na giełdzie, natomiast w przeciągu najbliższych kilku tygodni możemy się spodziewać korekty cen oleju napędowego. Być może nawet do poziomu wyższego niż cena benzyny Pb95.

Wiele też wskazuje na to, że po wyborach „paliwo może być i za 7 zł”. Nie wiadomo czy za względnie niskimi cenami oleju napędowego na stacjach rzeczywiście stoi konkurencja, czy narzucenie cen przez dominujące na polskim rynku spółki Skarbu Państwa – czytamy w CrowdMedia.

Neumann: Ustawę o pracownikach samorządowych pisaliśmy w normalnym kraju. Dzisiaj trzeba pilnować precyzji w każdym zapisie, bo mogą przyjść goście, którzy wykorzystują tego typu kruczki prawne, żeby niszczyć konkurentów politycznych

Myśmy to pisali [ustawę o pracownikach samorządowych] w normalnym kraju, gdzie państwo było normalne, służby państwa były normalne, nie były upolitycznione. Prokuratura czy służby nie były na usługach partii politycznej czy sądy nie były zdobywane przez partię polityczną. Zakładaliśmy, że można żyć w normalnym kraju i przepis nie musi być tak precyzyjny. Dzisiaj – jak widać – trzeba pilnować precyzji w każdym zapisie, bo mogą przyjść goście, którzy wykorzystują tego typu kruczki prawne, żeby niszczyć konkurentów politycznych, z którymi nie są w stanie wygrać wyborów” – mówił w Poranku Radia TOK FM Sławomir Neumann z PO.

Nie będzie śledztwa za nazwanie premiera Mateusza Morawieckiego pieprzonym kłamcą. – Bo był w Bydgoszczy jako osoba prywatna a nie prezes Rady Ministrów – słyszymy w prokuraturze.

Do zajść doszło tuż przed konwencją wojewódzką Prawa i Sprawiedliwości, na której zarówno Jarosław Kaczyński, jak i premier Mateusz Morawiecki wspierali Tomasza Latosa, kandydata na prezydenta Bydgoszczy.

30 września spotkali się w Filharmonii Pomorskiej. Przywitali ich działacze KOD-u, którzy zorganizowali pikietę przed wejściem. Manifestowali sprzeciw wobec łamania konstytucji i rządów PiS. Część z nich miała na twarzach karykatury premiera Morawieckiego i długie nosy, mające symbolizować jego kłamstwa.

Bogdan Dzakanowski, kandydujący do rady miasta z listy PiS, twierdził, że został przed filharmonią uderzony przez działacza bydgoskiego KOD-u w głowę. Prokuratura badała sprawę ponad dwa tygodnie. W ramach prowadzonego postępowania zostali przesłuchani policjanci, którzy pilnowali porządku przed filharmonią.

Funkcjonariusze zeznali, że ich zdaniem znieważony został kto inny – premier Mateusz Morawiecki, bo ktoś głośno nazwał go „pieprzonym kłamcą”.

Kuchciński podpisał dokument przekreślający większość dezubekizacyjnego „dorobku” własnej partii. Następnie zebrał od władz tejże partii „opr”, po którym musiał podkulić ogon.

Jeszcze w piątek rano na oficjalnej stronie Sejmu można było znaleźć skierowane do Trybunału Konstytucyjnego wystąpienie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, w sprawie ustawy dezubekizacyjnej. Pismo ma 49 stron, ale jego istota wyraża się w pierwszych trzech punktach. Dwa z nich mówią, że niemal wszystkie zapisy wspomnianej ustawy są zgodne z konstytucją. Jeden (pkt. 2) – że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis o drastycznym obcięciu emerytur i rent funkcjonariuszom, którzy pracowali w organach PRL, ale po 1 sierpnia 1990 r. służyli już wolnej Polsce.

Ten jeden przepis ma kluczowe znaczenie dla całej ustawy. W grudniu 2016 r. PiS ukarał nią każdego, kto chociaż jeden dzień był zatrudniony w aparacie represji PRL. Nieważne, czy był to wydział zwalczający opozycję, czy posada sekretarki w MSW, praca w Biurze PESEL czy zajęcia na resortowej uczelni. Nieważne też, czy potem przez ćwierć wieku ktoś pracował dla demokratycznego państwa.

>>>

Dudę przed Trybunał Stanu, także Szydło i Morawieckiego, a Kaczyńskiego przed sąd powszechny

4 października Andrzej Duda jechał na spotkanie z mieszkańcami Oświęcimia. Podczas przejazdu kolumny samochodów rządowych przez miasto, wybiegł na ulicę dziewięcioletni chłopiec i został potrącony przez jeden z radiowozów. Na szczęście dziecko nie odniosło poważniejszych obrażeń. Skończyło się na krótkiej obserwacji w szpitalu.

Śledztwa nie będzie i wydawałoby się, że sprawa już skończona, a jednak   po forach policyjnych krąży historia o tym, jak prezydent zachował się po zdarzeniu i zwymyślał załogę radiowozu. Ponoć po tym, jak „dziecko wbiegło w bok radiowozu podczas przejazdu z Dudą (…) podszedł do radiowozu, uderzył pięścią w radiowóz i powiedział do policjantów: ‘co wyście ch… znowu narobili”. Policjanci są oburzeni taką reakcją i uważają, że to całkowity brak szacunku.

Jeden ze świadków zdarzenia mówi, że prezydent „był wściekły, widziałem, jak uderzył pięścią w szybę radiowozu, słyszałem, że krzyczał, ale moim zdaniem nie były to przekleństwa”. Według niego, powodem takiego zachowania była postawa funkcjonariuszy, którzy chcieli kontynuować jazdę, pozostawiając chłopca bez pomocy.

Rzecznik prezydenta w rozmowie z Onetem stwierdził, że nawet nie będzie tego komentował. Wprawdzie „Gazeta Wyborcza” przesłała zapytanie w tej sprawie, ale „Trudno się do takiej ilości nieprawdy odnieść (…)Ciężko się do tego odnieść”.

Prezydent mówi, że sprawy tak nie zostawi, policjanci są oburzeni słowami, jakie padły, a ja zastanawiam się, jakiego pecha ma ekipa rządząca. Gdzie się nie ruszy, tam musi jej się coś przytrafić. Tu kolizja, tam wypadek, jeszcze gdzieś awaria, dziecko wyskakujące pod koła…to jakieś fatum?

 

Rostowski o przełożeniu przesłuchania przez komisję śledczą: Żeby ta cała kłamliwa konstrukcja, kłamstwo VAT-owskie, nie runęła tuż przed wyborami

– Miałem być dzisiaj przed komisją [ds. VAT]. Została efektywnie odwołana ta komisja, bo przecież PiS nie przypadkiem 26 września uzgodnił ze mną, że właśnie dzisiaj, 12 października będę zeznawał. Bo chcieli przed wyborami. Miało być przed wyborami, teraz mówią, że będzie w II połowie listopada. Nie wiem oczywiście [jaki jest powód]. Domyślam się, że bali się, że jednak na komisji, takie przesłuchanie może trwać, szczególnie w moim przypadku, bo jestem dość odporny i się nie męczę, 9 godzin na przykład i jak wchodzi się w te wszystkie szczegóły i mówi się o konkretnych liczbach i analizach, to wtedy ta dowolność po prostu mówienia byle czego, tak jak to robi PiS, mówiąc o odzyskanych 40 mld jednego dnia, 250 mld innego dnia, 500 mld jeszcze innego dnia. Tego już nie można robić – stwierdził Jacek Rostowski w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Żeby ta cała kłamliwa konstrukcja, to całe kłamstwo VAT-owskie, które PiS szerszy od 2-3 lat, żeby ta cała konstrukcja im nie runęła tuż przed wyborami – mówił dalej o powodach odwołania dzisiejszego przesłuchania. Jak podkreślił były minister finansów, żadnego parasola ochronnego nie było i on sam nie ma sobie absolutnie nic do zarzucenia.

Rostowski: Mamy do czynienia z katastrofalnym spadkiem skuteczności przeciwdziałań przeciwko oszustom VAT-owskim

– Myślę, że tutaj to Mateusz Morawiecki ma wiele rzeczy do wytłumaczenia. To by np. wybrzmiało podczas komisji, gdyby ona miała miejsce dzisiaj. Np. w 2017 roku, kiedy Morawiecki był ministrem finansów, to prawdziwa kwota pieniędzy, które służby skarbowe zabrały oszustom, to nie są jakieś teoretyczne szacunki tego, co może mogłoby być, ale prawdziwe, konkretne pieniądze zabezpieczone, zabrane, przejęte do budżetu państwa z rąk czy kont oszustów. 570 mln, żadne miliardy, złotych. Co ciekawsze, w 2015 i 2014 roku, czyli za naszych rządów, ta kwota była ponad miliard. Prawie dwa razy większa. Czyli mamy do czynienia z po prostu katastrofalnym spadkiem skuteczności przeciwdziałań przeciwko oszustom VAT-owskim – stwierdził Rostowski w w Radiu Zet.

Rostowski: PMM teraz korzysta z naszej ciężkiej pracy. Żadnych sukcesów sam nie ma

– Nie, nie powiedziałem, że ma sukcesy [Mateusz Morawiecki]. Teraz korzysta z naszej ciężkiej pracy. Żadnych sukcesów nie ma sam. To, za co sam odpowiada, to co stanowi ile naprawdę zabrali środków szustom, to tutaj mamy po prostu z katastrofą, bo spadek o połowę – stwierdził Rostowski w rozmowie z Lubecką w Radiu Zet.

Rostowski: Na pewno trzeba będzie postawić prezydenta i dwóch premierów przed TS. Dorzuciłbym jeszcze Kaczyńskiego przed sąd powszechny

– Na pewno trzeba będzie postawić przed Trybunałem Stanu prezydenta za łamanie Konstytucji, premiera za nieopublikowanie, i to dwóch premierów, i Beaty Szydło i MM, wyroków TK. Dorzuciłbym jeszcze Jarosława Kaczyńskiego przed sąd powszechny za podżeganie do tamtych przestępstw – powiedział Rostowski w Radiu Zet.

Fatum dla Polski jest Andrzej Duda. Że on ciągle ma jakieś wypadki, g…wno mnie obchodzi, ale ta pokraka kieruje Polskę ku katastrofie, ku kolizji z UE, etc.

Do końca PiS pozostały ok. 322 dni

– Jest coraz gorzej. Przez trzy lata Sejm stał się terenem zamkniętym, taką fortecą. Pamiętam czas, nie byłem jeszcze posłem, każdy mógł przejść, spacerowali turyści, rodziny z dziećmi, pokazywały parlament. Teraz wszystko jest otoczone płotem. Zdarzyła nam się sytuacja, na ostatnim posiedzeniu Sejmu mieliśmy zespół parlamentarny ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Był ekspert, były wiceszef ABW, nie został wpuszczony. Mimo że dzień wcześniej był zgłoszony. To jakaś paranoja. Żadnego [uzasadnienia nie było]. Posłanka Kluzik-Rostkowska czekała w biurze przepustek 40 minut – stwierdził Tomasz Siemoniak w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

– Po prostu Sejm jest zamykany. Władza PiS-u, a najbardziej marszałek Kuchciński ma jakąś obsesję, że nie wiem, ktoś przyjdzie, coś mu zrobi. Boją się po prostu ludzi, żyją w złotych klatkach – dodał poseł PO.

W PiS może wkrótce wybuchnąć kolejna awantura korupcyjna. Okazuje się bowiem, że praktyki upolityczniania i obsadzania Misiewiczami publicznych funkcji mogły zajść jeszcze dalej niż do tej pory sądziliśmy. “Fakt” natrafił bowiem na informacje, które wskazują, że w obozie władzy może dochodzić do “kupowania” stanowisk po znajomości.

Na jaw wyszła sprawa posła Tomasza Latosa, szefa sejmowej Komisji Zdrowia. W podległym MSWiA szpitalu dyrektorem został bowiem szwagier posła, niedługo po czym na konto parlamentarzysty trafiło 120 tys. zł darowizny od nikogo innego jak siostry posła, żony zwycięzcy resortowego postępowania. Warte podkreślenia jest to, że było to pierwsze tego typu rodzinne wsparcie.

Sprawa budzi duże kontrowersje. Mowa tutaj o obsadzeniu kierowniczej funkcji w SP ZOZ MSWiA w Poznaniu im. prof. Ludwika Bierkowskiego. Dyrektorem stosunkiem głosów 4:2 (przeważyli ludzie resortu) został Witold Pstrąg-Bieleński, który uprzednio stracił stanowisko dyrektora Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego w Poznaniu. Nieoficjalnie powodem było fatalne zarządzanie placówką, które choć dla pacjentów oznaczało horrendalne kolejki, to jednak nie przeszkodziło urzędnikom w powierzeniu “ekspertowi” pod opiekę dużego publicznego majątku. Drugim kandydatem był Jacek Profaska, były dyrektora innego poznańskiego szpitala.

O podejrzanych kulisach sprawy świadczy fakt, że MSWiA nie ujawniło jeszcze szczegółów procedury wyboru dyrektora szpitala tłumacząc się „koniecznością dokonania dodatkowych czynności wyjaśniających i analitycznych w zakresie przedmiotowym sprawy”. Dzięki powyższemu zagraniu resort zdobył czas, aby ewentualny skandal wybuchł dopiero po wyborach, ponieważ termin przekazania dokumentów ustalono dopiero na 29 października.

Opisany przypadek nasuwa poważne podejrzenia, czy poseł Tomasz Latos nie załatwił swojemu szwagrowi stanowiska w zamian za korzyść majątkową. Polityczni delegacji w komisji dawali mu ku temu odpowiednie narzędzia, a zbieżność terminu “darowizny” nie zdaje się być przypadkowa. Sprawę należy zatem pilnie wyjaśnić, ponieważ jeśli podejrzenia mediów się potwierdzą, to mamy do czynienia z ordynarną korupcją, dla której w państwie prawa nie może być nawet najmniejszego przyzwolenia.

100 nagród dla PiS na 100. lecie niepodległości. Okradanie PL

>>>

To Jan Krzysztof Bielecki, mentor Donalda Tuska i były premier, wprowadzał Mateusza Morawieckiego na polityczne salony. – My nie wiemy, kim on jest. Sprawa jest trudna dla naszego elektoratu, bo nie jest tak pragmatyczny jak wyborcy PO – żali się działacz PiS.

– Morawiecki to przede wszystkim duży biznes, a potem duża polityka. Kiedy Onet odpalił taśmy z premierem nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele, Platforma mogła nam naprawdę zaszkodzić. Wystarczyło zagrać kilkoma cytatami. Ci z PO, owszem, krytykowali, ale raczej rytualnie, nie tak, jak potrafią, gdy im zależy – mówi polityk z PiS. – I to jest najlepszy dowód, że Morawiecki ma wciąż wielu wpływowych przyjaciół po tamtej stronie. Tyle że nie należy ich szukać w polityce, ale na jej zapleczu.

– Teorie spiskowe PiS. Morawiecki był u nas promowany i popychany w szeroko pojętym środowisku młodszego pokolenia, które jednak miało podziemną kartę. Sądziliśmy, że mamy te same poglądy. Ale on chciał władzy i poszedł tam, gdzie mu ją dawali. Można powiedzieć, że koncertowo nas ograł – przyznaje polityk PO.

Pytamy, czy się przedstawi. Nie, wolałby pozostać anonimowy, tak jak inni jego koledzy z Platformy, z którymi rozmawiałyśmy.

Morawiecki, nim został ulubieńcem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, w środowisku liberałów spędził lata. Poznał ludzi, którzy dbali o gospodarcze zaplecze rządu PO: dzielili wpływy w spółkach skarbu państwa, doradzali w gabinetach polityków.

  –   u Jacka Żakowskiego

Nie będzie finansowania inwestycji w  jeśli wygra  – twierdzi  .   –  u Jacka Żakowskiego

#100aferPIS na 💯-lecie: 100.NAGRODY MINISTRÓW PIS Jak wykazał @KrzysztofBrejza rząd PIS przyznał sobie 3.5 mln zł nagród w 2016-17r. Był to system drugich pensji. Jak mówiła Szydło – te pieniądze im się należały.

Dla porównania, rząd PO/PSL przez 8 lat przyznał 38 tys. zł nagród

Morawiecki, Gliński, Ziobro nadają się tylko do handlu paciorkami

>>>

Zdaję sobie sprawę, że rozmowa ze mną jest smutna czy wręcz beznadziejna, może powinienem przedstawiać jakieś bardziej optymistyczne wizje, żeby pokrzepić, ale realnie nie wiem, co miałbym powiedzieć. Oczywiście jeszcze liczymy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, bo na co jeszcze możemy liczyć, co zrobić?  – mówi sędzia Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego.

JUSTYNA KOĆ: Prezydent powołał 27 nowych sędziów do Sądu Najwyższego, bez udziału kamer, mediów, nagle. Dziwi pana takie zachowanie prezydenta?

MICHAŁ LASKOWSKI: Dla nas niezrozumiały jest ten pośpiech prezydenta w sytuacji, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny wydał postanowienie o wstrzymaniu tej procedury. Jeśli tak to rozumieć, adresatem bezpośrednim tego postanowienia NSA jest KRS, ale przecież nominacje są naturalnym dalszym ciągiem tej procedury.

Niezrozumiałe zatem jest dla nas postępowanie prezydenta w tej sytuacji. To ignorowanie orzeczenia NSA.

Ignorowanie orzeczenia NSA czy nieprzestrzeganie prawa?
Można to różnie nazywać, ale jeśli jest orzeczenie sądu i ktoś mówi, że się do niego nie stosuje, bo orzeczenie mu się nie podoba, to jest to niestosowanie się do prawa, do pewnego porządku prawnego, reguł państwa prawa. Trudno to inaczej ocenić. Zupełnie do mnie nie trafia tłumaczenie, że to postanowienie nie było adresowane do KRS, ani do prezydenta. W takim razie do kogo było było adresowane i po co NSA je wydawał? Przecież właśnie wydał je, aby wstrzymać te działania do czasu rozpoznania odwołań.

Są też pytania prejudycjalne zadane przez SN, wstrzymanie niektórych zapisów ustaw, a także pytanie razem z wnioskiem KE skierowane do Trybunału w Luksemburgu.
Oczywiście, że samo pytanie KE nie ma bezpośredniego przełożenia na działanie prezydenta, w przypadku SN też było postanowienie o zabezpieczeniu, natomiast co do Luksemburga, to wiemy na dziś, że jest pytanie i wniosek. Natomiast biorąc to wszystko pod uwagę, to

to, co się stało, jest ostentacyjnym lekceważeniem SN, nas i w pewnym sensie KE i TSUE. Tu widać chęć dokonania tego, co się zamierzyło, nawet w ostatniej chwili, tuż przed ewentualnymi niekorzystnymi z tego punktu widzenia decyzjami, przy ignorowaniu decyzji najwyższych sądowych organów krajowych.

Rzecznik KRS, sędzia Mitera, przekonuje, że KRS nie dostał jasnego zakazu przesłania dokumentów do Pałacu Prezydenckiego. Rozumie pan to tłumaczenie?
Nie rozumiem, bo dosyć jasne jest, zwłaszcza dla sędziego, po co wydaje się postanowienie o zabezpieczeniu. Z tego postanowienia też jasno wynika, jaki był cel wydania tego zabezpieczenia. Nie wiem, czy można uznać taką argumentację za zasadną, że trzeba było napisać do KRS wprost, że zakazuje się przesłania akt i uchwały do prezydenta, w białej kopercie o wymiarach itd. Oczywiście przesadzam, ale jasno wynika z istoty postanowień o zabezpieczeniu, po co się je wydaje i o co w nich chodzi. Tu nikt nie ma wątpliwości poza panem Miterą i Kancelarią Prezydenta.

Kancelaria tłumaczy z kolei, że „nie jest stroną”. Czy może pan wytłumaczyć, co to oznacza?
Sam do końca nie wiem. Oczywiste jest, że pierwszoplanowym adresatem postanowienia była KRS, ale przecież wiemy, że to jest jedno postępowanie, które kończy się wręczeniem nominacji i przejęciem ślubowania.

Jeśli wstrzymany czy zabezpieczony jest poprzedni etap, to nie można kolejnego etapu uruchamiać twierdząc, że nie jest się stroną.

Czy nowi sędziowie przyszli dziś do pracy do SN?
Tak, już w środę przyszło ich łącznie 15, dziś rano też przychodzili.

Jak to wygląda, dostają pokój, sekretarkę, sprawy?
Najpierw zgłaszają się do prezesa Zawistowskiego, potem – z tego, co wiem – administracja sądu dokonuje czynności związanych z objęciem stanowiska, dostają pokój, biurko, przepustkę, kody dostępu itd.

Czyli są traktowani jak „normalni” sędziowie SN.
Takie jest stanowisko sądu. Nie możemy uważać, że oni nie są sędziami, nawet jeśli krytykujemy i jesteśmy przekonani, że ta procedura nie jest w pełni zasadna, to oni jednak przychodzą do SN z nominacją otrzymaną od prezydenta Rzeczpospolitej. Obojętnie, jak oceniamy jego działania, to on wydaje akt nominacji, za który odpowiada, ale jest to legalny akt. Trudno nam, sędziom SN, powiedzieć, że nie uznajemy ich jako sędziów – i co dalej?

Mamy ich nie wpuścić do budynku sądu albo nie dać im narzędzi pracy? Później, kiedy już rozpoczną czynności orzecznicze, to zapewne dojdzie do próby kwestionowania ich statusu w trybie procesowym, tego się można spodziewać.

Co oznacza kwestionowanie ich statusu w trybie procesowym?
To oznacza, że gdy będzie trzyosobowy skład procesowy i w tym składzie będzie jeden z nowo nominowanych sędziów, to strona może składać wniosek o stwierdzenie, czy skład sądu jest prawidłowy. W różnych procedurach nieprawidłowo obsadzony sąd powoduje, że orzeczenie, które zostało wydane przez ten sąd, jest dotknięte bardzo poważną wadą; jest nieważne albo ze względu na przyczynę odwoławczą trzeba będzie to orzeczenie uchylić. Sądzę, że strony będą o wydanie takich orzeczeń wnosić, wówczas te pytania będą trafiać być może na powiększone składy czy na skład całej Izby, która będzie musiała zmierzyć się z tym. Zresztą sam nie wiem, jak to dalej będzie, to są tylko przypuszczenia.

Ale chaos prawny będzie się pogłębiał?
Ja bym chciał uniknąć tego chaosu, bo uważam, że nie można w imię walki, nawet o konstytucję, czy walki o cechach politycznych, którą obserwujemy między opozycją a obozem rządzącym, działać tak, aby prowadzić do prawnego chaosu.

Pamiętajmy, że za tym stoją losy obywateli, którzy nie otrzymają decyzji sądu, która z ich punktu widzenia jest ważna i wpływa na ich życie i interesy. Ja, mówię to w swoim imieniu, będę robić wszystko, aby do tego chaosu nie doprowadzić.

Nie przydzielać tym sędziom spraw?
To nie są moje decyzje, więc nie wiem. Tu będą musieli zmierzyć się z tym problemem prezesi sądów czy osoby kierujące Izbami. Może będą składy złożone tylko z tych sędziów albo składy jednoosobowe, w których oni będą orzekać. Wówczas można by łatwo ustalić, jakie sprawy mogą być obciążone wadą prawną.

Mówił pan, że prezydent mógł powołać sędziów, bo to jego konstytucyjne prawo, ale wiemy, że procedura obarczona jest wadą prawną. Może SN powinien użyć tego argumentu, aby zablokować wejście nielegalnie wybranych sędziów?
Jak to zrobić, w jakim trybie?

Nie było dotychczas sytuacji, żeby prezydent ignorował orzeczenia czy przepisy prawa, aby SN mógł powiedzieć, że w takim razie ignoruje to, co zrobił prezydent. Nie ma takich mechanizmów prawnych. Prezydent odpowiada oczywiście w trybie politycznym w przyszłych wyborach, może odpowiadać przed Trybunałem Stanu i innej drogi nie ma.

Prezydent został legalnie wybrany w wyborach, których ważność została stwierdzona i jest urzędującym prezydentem Rzeczpospolitej. Jeżeli wydaje jakieś akty, to my możemy je krytykować, uważać, że są obciążone poważnymi wadami, ale nie możemy ich nie uznać albo nie stosować. To właśnie by prowadziło do kompletnego chaosu.

Co w momencie, kiedy TSUE stwierdzi, że nowe prawo jest wadliwe i nakaże zmianę? Co z „nowymi” sędziami”?
Tego nie wiemy, bo nie wiemy, jakie będzie ewentualne postanowienie o zabezpieczeniu wydane przez TSUE, a potem jakie będzie orzeczenie i kiedy.

Oczywiście można sobie teoretycznie wyobrazić, że na skutek orzeczenia Trybunału dojdzie do zmiany ustawowej i dojdzie do odwrócenia sytuacji czy ponowienia tych procesów, ale tu jest tyle niewiadomych, że trudno przewidywać, czy do tego dojdzie i czy w ogóle dojdzie.

Może się też okazać, że TSUE wyda decyzję, a rząd się do niej nie dostosuje, tu tych możliwych wariantów jest wiele, zatem najpewniej czeka nas jednak chaos.
W takiej sytuacji pewnie będziemy się zastanawiać nad miejscem Polski w Unii i naszym członkostwem, jak zostaniemy potraktowani, nad wizerunkiem Polski. To są pytania, na które każdy z nas powinien sobie odpowiadać.

Skoro są nowi sędziowie w SN, to spodziewacie się w najbliższym czasie nowego I Prezesa SN – prezesa dublera?
Bierzemy pod uwagę, że prezydent może któremuś z nowych sędziów powierzyć kierowanie SN. Do czasu, kiedy się tak nie stanie, pani I Prezes przychodzi do sądu, dziś też jest.

My uważamy prof. Gersdorf za I Prezesa SN do końca kadencji, która jest zgodna z konstytucją.

Jeśli pojawi się osoba, której prezydent powierzy kierowanie SN, bo to jeszcze nie będzie I Prezes, dopiero ewentualnie może później dojść do Zgromadzenia Ogólnego, które będzie wybierać I Prezesa, to pani prezes będzie musiała podjąć decyzję, co dalej. Ta osoba może się pojawić za chwilę albo się nie pojawi, wszystko jest dziś możliwe.

Czy obecnie jest kworum w SN, aby wybrać I Prezesa?
Tak, bo mamy 86 sędziów i pani prezes, ale tych 86 sędziów teoretycznie mogłoby stanowić ZO, tylko ktoś musiałby je zwołać.

Nie widzę powodu, dla którego pani prezes czy prezes Zawistowski w jej imieniu mieliby zwołać Zgromadzenie, bo stoimy na stanowisku, że mamy I Prezesa SN. Ten scenariusz może się ziścić w momencie, kiedy pojawi się sędzia, któremu prezydent powierzy kierowanie sądem.

Ciągle nowi sędziowie są w mniejszości?
Tak, w tej chwili jest ich 37, a starych 49 plus pani prezes.

Rządzący potrzebują jeszcze przynajmniej 13 sędziów, aby przejąć Zgromadzenie?
Przy założeniu, że wszyscy „starzy” sędziowie będą stanowili monolit i „nowi” również, a chyba takiego założenia nie można poczynić. Poza tym ono nie jest potrzebne, bo zgodnie z ustawą prezydentowi przedstawia się 5 kandydatów na stanowisko I Prezesa SN.

Skoro każdy z głosujących ma 1 głos, to jak by nie liczyć, prawdopodobnie w tej piątce kandydatów znajdzie się ten, który będzie się panu prezydentowi „podobać”.

Wiem, że złożył pan rezygnację na ręce pani I Prezes, ale na razie pan zostaje na stanowisku rzecznika.
Póki jest pani I Prezes i pan prezes Zawistowski, to zostaję, chociaż też zadaję sobie pytanie, do kiedy. Zdaję sobie sprawę, że rozmowa ze mną jest smutna czy wręcz beznadziejna, może powinienem przedstawiać jakieś bardziej optymistyczne wizje, żeby pokrzepić, ale realnie nie wiem, co miałbym powiedzieć. Oczywiście jeszcze liczymy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, bo na co jeszcze możemy liczyć, co zrobić?

Na opamiętanie władzy?
Nie bardzo na to liczymy, bo skoro w 48 godzin pan prezydent nominuje sędziów wbrew orzeczeniom i ostentacyjnie pokazuje, co o tym myśli , to trudno na to liczyć.

Jeden z oficerów pamięta, że leżał od rana prawie do wieczora. Z hełmem na głowie, karabinem pod ręką i w kuloodpornej kamizelce nałożonej na polowy mundur. Pod drzwiami jednego z kampów, w których mieszkali oficerowie polskiego kontyngentu stacjonującego w afgańskiej Ghazni, leżał wojskowy prokurator Jan Zarosa.

Kamp, przed którym leżał, zajmowali śledczy. A właściwie jeden, którego miejsce Zarosa chciał zająć jeszcze przed przejęciem od niego prokuratorskich obowiązków. Tamten, niestety, wyrzuci młodszego kolegę na zewnątrz wraz z ekwipunkiem. Zarosa wybrał milczący protest i położył się przed drzwiami. – Wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Żołnierze przychodzili go oglądać, przynosili wodę i kanapki, słowem zrobił się cyrk – wspomina jeden z naszych rozmówców. Choć minęło prawie sześć lat, sprawa do dziś budzi emocje wśród wojskowych prokuratorów.

Tropienie żołnierzy

Widowisko zakończył ówczesny szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Jerzy Artymiak, który podjął decyzję o odwołaniu Zarosy do Polski (wrócił na początku listopada 2012 r.). Dziś niechętnie wraca do sprawy. – Mogę powiedzieć tyle, że zdecydowałem o jego odwołaniu w trybie pilnym i powrocie pierwszym samolotem do Polski. Poleciłem również wszcząć postępowanie dyscyplinarne – mówi POLITYCE płk Artymiak. Nie chce ujawnić, jak się skończyło – toczyło się w trybie niejawnym. Zarosa nie mógł jednak ponieść poważniejszych konsekwencji, bo gdyby tak się stało, prawdopodobnie musiałby odejść z armii, a na pewno z lubelskiej prokuratury wojskowej. – Tak powinno się staćbo naraził na szwank dobre imię urzędu, który reprezentował – mówi jeden z prokuratorów.

Tymczasem Zarosa wrócił – na dawne stanowisko w lubelskiej garnizonówce. Cztery lata później w ramach zaciągu „dobrej zmiany” trafił do Warszawy i sam – już jako podpułkownik – zaczął stawiać zarzuty najważniejszym osobom w państwie i wojsku.

Do Afganistanu 41-letni wówczas kapitan Jan Zarosa trafił pod koniec września 2012 r. Miał zastąpić prokuratora w polskim kontyngencie wojskowym, który kończył swoją zmianę. – Zaiskrzyło między nimi już na początku, bo przyjechał wcześniej, niż było przyjęte. Przekazanie obowiązków miało odbyć się pod koniec października, a on w Afganistanie pojawił się we wrześniu – twierdzi nasz rozmówca, który zna kulisy sprawy. Tajemnica kryć się może w tym, że za każdy dzień obecności w Afganistanie oficer na takim stanowisku dostawał dodatek w wysokości 500–600 zł.

Wojsko nie takie rzeczy widziało. Tyle że prokurator Zarosa jeszcze przed formalnym przejęciem obowiązków zakasał rękawy i zabrał się do pracy. A właściwie do tropienia żołnierzy, którzy po służbie chcieli się zrelaksować przy szklaneczce czegoś mocniejszego. – Zarosa nie pobłażał i polecił żandarmom wykonywać kontrole trzeźwości w mieszkaniach żołnierzy – opowiadają nasi rozmówcy. Skończyło się małym dyplomatycznym skandalem, gdy w sieć Zarosy po „przedmuchaniu” wpadł wojskowy attaché Ambasady RP w Kabulu i jego kierowca. – Prokurator, którego Zarosa miał zastąpić, zresztą starszy stopniem, wściekł się, że takie rzeczy dzieją się za jego plecami, i polecił mu, by do czasu przekazania obowiązków powstrzymał się od wszelkich tego typu działań bez uprzedzenia go – mówi osoba znająca kulisy sprawy.

Spokój trwał do początku października, kiedy Zarosa znów zabrał się do roboty, to znaczy do służby jako wartownik na jednym z posterunków otaczających bazę. Między oficerami znów zawrzało. – Wszyscy się zastanawiali, po co mu to było. Abstrahując od tego, że prokuratorowi pewnych rzeczy robić nie wypada, gdyby doszło do jakiegoś ataku, musiałby się wyłączyć ze śledztwa i trzeba byłoby ściągać kolejnego prokuratora z Polski – mówi jeden z oficerów, który służył wówczas w Afganistanie. W sumie można jednak prokuratora zrozumieć – każda warta to 200–300 zł więcej na koncie.

Jan Zarosa, rocznik 1971, pochodzi z Tarnogrodu, niewielkiego miasteczka na pograniczu polsko-ukraińskim. Żonaty, dwóch synów, właściciel domu pod Lublinem. Przeszedł typową dla wojskowych prokuratorów ścieżkę kariery. Studia prawnicze na UMCS (1990–95), trzy miesiące w Szkole Podchorążych Rezerwy (1996 r.), tyle samo w ramach praktyki w Żandarmerii Wojskowej, a potem – z dwoma wyjazdami do Afganistanu, w tym jednym zakończonym przedwcześnie – 20 lat pracy, aż do czasu „dobrej zmiany”, w Prokuraturze Garnizonowej w Lublinie (1996–2016).

Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zajmował się raczej sprawami typu poniżanie żołnierzy z poboru przez przełożonego czy wykorzystywanie samochodów służbowych dowódców do celów prywatnych. Nigdy nie prowadził poważnych spraw, np. o szpiegostwo, bo tymi zajmowała się Naczelna Prokuratura Wojskowa lub prokuratura okręgowa.

Ci, którzy się zetknęli z nim w tamtym okresie, pamiętają, że „był raczej nieufny i zamknięty”, niechętnie mówił o sobie. Ta charakterologiczna cecha mogła wpływać na przebieg jego kariery, ale tylko do czasu „dobrej zmiany”. W kwietniu 2016 r. wiatr zmian wyniósł go do Warszawy, o prokuratorski szczebel wyżej, czyli do okręgu. Awansował na podpułkownika – kierownika jednego z działów i czterocyfrowe wynagrodzenie zamienił na pięciocyfrowe. Różnica musiała być znacząca, bo jak wynika z oświadczeń majątkowych Zarosy za lata 2015 i 2016, tylko w ciągu roku jego oszczędności wzrosły o 25 tys. zł (z 40 tys. do 65 tys. zł), kupił też nowy motocykl – hondę (bez kredytu).

Awans do stolicy

Prokurator z Lublina przychodził w dość szczególnym, żeby nie powiedzieć dramatycznym, momencie dla wielu jego kolegów z likwidowanej właśnie przez PiS odrębnej prokuratury wojskowej. Szczególnie dla tych, którzy byli twarzami śledztwa smoleńskiego, takich jak jej szef płk Artymiak czy rzecznicy stołecznych prokuratur wojskowych: płk Zbigniew Rzepa, ppłk Janusz Wójcik i mjr Marcin Maksjan, oraz dwóch prokuratorów, którzy po 10 kwietnia 2010 r. byli w Moskwie w ramach śledztwa po katastrofie. Na wszystkich spadły szykany bez precedensu.

W takiej atmosferze Jan Zarosa zabierał się do pracy w strukturach mundurowej prokuratury, kontrolowanej od wiosny 2016 r. przez ludzi Antoniego Macierewicza. Przyjeżdżając do Warszawy, w gmachu przy Nowowiejskiej zastał dawnego znajomego z Lublina, czyli ppłk. Grzegorza Borysa. Dziś to jego szef – kieruje wydziałem wojskowym stołecznej Prokuratury Okręgowej. Trudno stwierdzić, czy to on polecił Zarosę, czy zrobił to ktoś inny – najbliższa prawdy może być teza, że po tak głębokich czystkach, jakie dosięgły wojskową prokuraturę, do nowych struktur brano każdego, kto dawał gwarancję lojalności. Faktem jest, że – jak mówi jeden z prokuratorów – „wielu odmówiło funkcji, Borys nie” i swoje dostał.

Awansu do stolicy nie odmówił Zarosa, zdobywając mocną pozycję. Jako jeden z nielicznych nominatów Macierewicza nie stracił stanowiska na fali czystek, która objęła jego ludzi po odwołaniu go z funkcji szefa MON na początku tego roku. Chociaż słowo „czystka” w przypadku niektórych nie jest odpowiednie. Poprzednik Borysa na stanowisku szefa wydziału wojskowego płk Marcin Michaluk, który m.in. nadzorował śledztwo „szpiegowskie” i przesłuchanie Tuska, awansował do departamentu spraw wojskowych Prokuratury Krajowej. Jeszcze pięć lat temu miał stopień porucznika i był trzy szczeble niżej w hierarchii.

Ale dziś to Borys i Zarosa prowadzą najbardziej medialne śledztwa dotyczące styku wojskowych służb i polityki, a co ciekawe i przewrotne, w większości przypadków używając art. 231 kk, czyli przekroczenia uprawnień lub niedopełnienie obowiązków – choć sami dość specyficznie podchodzą do przestrzegania tego przepisu.

Borys jeszcze jako podwładny Michaluka podpisał się pod aktem oskarżenia przeciwko byłym szefom Służby Kontrwywiadu Wojskowego – gen. Piotrowi Pytlowi i płk. Krzysztofowi Duszy. Chodziło o słynne wejście do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO w grudniu 2015 r. i rzekome nieprawidłowości w przechowywaniu przez nich tajnych dokumentów (o ile w pomieszczeniach objętych ścisłą ochroną można nieprawidłowo przechowywać dokumenty). Nawet jeśli tak było, to prokurator Borys powinien wiedzieć, że odpowiedzialność mogą ponieść także ci, którzy weszli do CEK, bo prawdopodobnie nie zrobili tego zgodnie z przepisami (nie zawiadomili wcześniej prokuratury, do przeszukania pomieszczeń nie wezwali ABW, nie zadbali również o obecność ich użytkowników). W tej kwestii jednak prokuratura szybko umorzyła śledztwo, choć nieskutecznie, bo sąd nakazał je kontynuować.

Jednak ważniejsze postępowania – z punktu widzenia Macierewicza i PiS – trafiły na biurko Jana Zarosy. To „szpiegowskie” sprawy byłych szefów SKW. Z nimi wiąże się słynne, niemal dziewięciogodzinne, przesłuchanie przez Zarosę byłego premiera Donalda Tuska w kwietniu 2017 r. Jak się dowiadujemy, Zarosa był gotów postawić Tuskowi zarzut niedopełnienia obowiązków z art. 231 kk, ale przesłuchanie nie przebiegło po jego myśli. Były premier nie poprosił o opinię ministra obrony narodowej, wydając zgodę na zawarcie umowy o współpracy SKW z rosyjską FSB, m.in. w związku z rozpatrywaną możliwością przerzucenia polskich wojsk z Afganistanu przez terytorium byłych republik ZSRR, w tym Rosji. Tyle tylko, że opinia szefa MON nie była dla premiera wiążąca. Mógł więc decyzję podjąć sam. Tusk doskonale o tym wiedział.

Głównym podejrzanym w sprawie „szpiegowskiej” jest gen. Janusz Nosek, szef SKW w latach 2008–13. To jemu Zarosa postawił właśnie zarzut szpiegostwa – i to na rzecz Rosji. Miałoby ono polegać na tym, że Nosek ujawnił Rosjanom nazwisko polskiego oficera, który po katastrofie smoleńskiej pojechał do Moskwy, by zabezpieczać polską delegację. Problem w tym, że nie było to żadne ujawnienie. Oficer wykonał polecenie nawiązania kontaktów z FSB, by notyfikować swoją obecność na terytorium Rosji. Poza tym jego nazwisko nie podlegało ochronie w rozumieniu tajemnicy państwowej – nie wykonywał zadań operacyjnych. Zarzuty w tej sprawie usłyszeli również gen. Pytel i płk Dusza.

Najpierw jednak, w listopadzie 2016 r., prokurator Zarosa rzekome przestępstwo Noska, Pytla i Duszy nazwał „kontaktami” z obcym wywiadem, by w grudniu 2017 r. zmienić na „udzielanie informacji obcemu wywiadowi” i współpracę. Dowody? Mimo upływu pół roku nic na ten temat nie wiadomo.

Doświadczeni prokuratorzy podkreślają, że aby można było oskarżyć kogokolwiek o popełnienie przestępstwa z art. 231, trzeba wskazać konkretne szkody, które powstały z powodu niedopełnienia obowiązków lub przekroczenia uprawnień. Z kolei w sprawach o szpiegostwo prokuratorzy z automatu wnioskują o areszty. Tymczasem żaden z oskarżanych o to oficerów nie jest nawet pod dozorem policji. – Nie słyszałem w swojej karierze o podobnym przypadku. To dowodzi, że to śledztwo jest po prostu od czapy – komentuje doświadczony prokurator. Podobnie uważa gen. Janusz Nosek: – Jestem jedynym w najnowszej historii Polski podejrzanym o udzielanie informacji obcemu wywiadowi, który nie dostał żadnych środków zapobiegawczych.

Więcej >>>

Szukając dowodów

Nasz rozmówca zbliżony do prokuratury zwraca uwagę na jeszcze jeden fakt – pierwsze zarzuty Zarosa postawił oficerom przed kluczowym przesłuchaniem Tuska. – To błąd w sztuce. Powinien najpierw przesłuchać go i ustalić, czy wydał oficerom SKW zgodę na te kontakty, a dopiero potem stawiać zarzuty. Pytanie, czy nie doszło do przekroczenia uprawnień przez prokuratora, jest bardzo zasadne – zaznacza nasz rozmówca.

Tym bardziej że bez większego trudu można znaleźć w internetowym wydaniu Dziennika Ustaw (nr 217 poz. 1384 z lutego 2008 r.) umowę między rządami RP i Federacji Rosyjskiej o wzajemnej ochronie informacji niejawnych, w której Donald Tusk zatwierdził zgodę na kontakty SKW z rosyjską FSB. Co ciekawe, umowa była prawdopodobnie negocjowana jeszcze za rządów PiS, a ratyfikował ją prezydent Lech Kaczyński. Jest też rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów (Dz.U. nr 257, poz. 1524 z 2011 r.), w którym jasno zapisano, że zgodę na takie kontakty może wydawać koordynator do spraw specsłużb, którym wówczas był Jacek Cichocki. To on bezpośrednio nadzorował i aprobował działania SKW, także te wymagające kontaktów z Rosjanami.

Jest wreszcie – nieujawniona, bo opatrzona klauzulą poufności – zgoda Tuska z grudnia 2011 r. na rozmowy z FSB dotyczące wspomnianej współpracy przy zabezpieczeniu polskiego kontyngentu w Afganistanie. W tej sprawie zresztą już toczyło się postępowanie z zawiadomienia ówczesnego posła PiS Tomasza Kaczmarka, które prokuratura – wtedy jeszcze niezależna – zakończyła w 2013 r., nie dopatrując się znamion przestępstwa. Obrońca gen. Pytla i płk. Duszy mec. Antoni Kania-Sieniawski stawiane byłym oficerom SKW zarzuty nazywa niedorzecznymi.

Szukając dowodów na rzekomą winę Tuska, Noska, Pytla i Duszy, Zarosa sam popadł w tarapaty. Tuż po postawieniu zarzutów oficerom SKW „ktoś” sfotografował i udostępnił TV Republice tajne postanowienia prokuratora. Doszło do kolejnego paradoksu w sprawie – choć minęło pół roku od rozszerzenia zarzutów, o przesłaniu aktu oskarżenia do sądu nie ma mowy. Za to rozpoczęło się kolejne śledztwo – o ujawnienie dokumentów ze śledztwa, które prowadzi prokuratura w Ostrołęce. Jak się dowiadujemy, Jan Zarosa został już w tej sprawie przesłuchany. Jest jedną z niewielu osób, która miała dostęp do tych materiałów.

– Nie wiem, czy on to robi z przekonania, czy kalkulacji, bo na przykład liczy na awans. To śledztwo według mnie jest do umorzenia, bo prawdopodobnie brak tu znamion czynu zabronionego i brak szkody. Ale takie śledztwo, w którym postawiono już arzuty, bardzo trudno umorzyć bez konsekwencji dla prokuratora. Bo jeśli już postawił zarzuty, to albo przekroczył uprawnienia, albo nie dopełnił obowiązków – twierdzi prawnik z przeszłością w prokuraturze wojskowej.

To niejedyne kontrowersje, które wywołuje praca prokuratora Jana Zarosy. Ppłk prowadzi też śledztwo w sprawie mobbingu i molestowania seksualnego kapral Żandarmerii Wojskowej. Prokuratura wszczęła je po zawiadomieniu jednego z oficerów żandarmerii. Sprawę, w której kobieta ma status pokrzywdzonej, szeroko opisywał Onet. Zarosa przesłuchiwał ją w listopadzie ubiegłego roku. – Zadzwoniłam wcześniej, żeby się dowiedzieć, jak długo będzie trwało przesłuchanie. Uprzedziłam, że jestem po operacji. Płk Zarosa zapewnił mnie, że wszystko zajmie półtorej, dwie godziny – opowiada kobieta. Trwało 11 godzin. – Nie wzięłam leków, nic do jedzenia ani picia. Gdy po kilku godzinach poprosiłam o zgodę na wyjście do toalety, usłyszałam „nie”. Prokurator zgodził się dopiero po trzeciej, usilnej prośbie.

Zdaniem dr Iwony Zielinko, adwokat byłej podoficer, która uczestniczyła w przesłuchaniu, w ogóle nie powinno do niego w takiej formie dojść. W sprawach dotyczących molestowania zgodnie z art. 185c Kodeksu postępowania karnego prokurator powinien się ograniczyć jedynie do przyjęcia od pokrzywdzonego najważniejszych faktów i dowodów. Właściwe przesłuchanie może przeprowadzić sąd. Mec. Zielinko złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przekroczenia uprawnień przez ppłk. Zarosę, gdyż jej zdaniem prokurator prowadził przesłuchanie „w sposób niehumanitarny, stronniczy, co przybrało formę dręczenia i stanowiło wtórną traumatyzację (…)”.

Zawiadomienie trafiło do wydziału do spraw wojskowych Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, która po trzech miesiącach odmówiła wszczęcia śledztwa.

Zdaniem Tomasza Siemoniaka, byłego ministra obrony, który był przesłuchiwany przez Zarosę w sprawie „szpiegowskiej”, z prowadzonych przez niego postępowań o podłożu politycznym nie uda się stworzyć niczego konkretnego procesowo, bo nie o to chodzi. Ważniejszy jest efekt medialny. – Do pewnych działań wybiera się ludzi, którzy mimo oczywistych faktów nie nabierają wątpliwości co do słuszności tezy założonej przez szefów. Jeśli jeszcze dołoży się do tego awans służbowy i finansowy, to mocodawcy mają gwarancję wierności – zauważa Siemoniak.

– Nie jesteście nadzwyczajna kasta, będziecie siedzieć – miał krzyczeć Zbigniew Ziobro do manifestujących przeciwko niemu. Na nagraniu widać, jak prokurator generalny pokrzykuje do zebranych.

Ziobro odwiedził Kielce, gdzie przedstawiał kandydatów na radnych miejskich. Czekali na niego przeciwnicy reformy wymiaru sprawiedliwości, którzy krzyczeli: „Konstytucja!”, „Wolne sądy!” i „Będziesz siedział!” – relacjonuje kielecka „Gazeta Wyborcza”. Zwolennicy odpowiadali skandując nazwisko prokuratora generalnego i wykrzykując do manifestujących: „Czarne owce!”.

Jak informują uczestnicy pikiety, gdy Ziobro wsiadał do limuzyny, doszło do incydentu. Minister sam zaczął krzyczeć do protestujących. Na nagraniu widać, że mija drzwi auta i – przesuwając policjantów – idzie w stronę zebranych, krzycząc i żywo gestykulując. Nie słychać jednak słów Ziobry.

„Przed odjazdem krzyknął do nas: Nie jesteście nadzwyczajna kasta, będziecie siedzieć” – napisała na Facebooku Małgorzata Marenin, kandydatka SLD do rady miasta oraz działaczka ruchów lewicowych i feministycznych.

Marenin powtórzyła to w rozmowie z serwisem Nasze Miasto, gdzie poinformowała również, że została uderzona w twarz przez jednego ze zwolenników Ziobry. Na miejsce została wezwana policja, a mężczyzna miał zostać spisany.

Ziobro zablokował konkluzję ws. praw podstawowych

Jak informowaliśmy wcześniej, Zbigniew Ziobro zdecydował o zawetowaniu konkluzji Rady Unii Europejskiej w sprawie stosowania Karty Praw Podstawowych UE. Oznacza to, że nie zostanie ona przyjęta, ponieważ wymaga to jednomyślności – poinformowało Ministerstwo Sprawiedliwości.

Polska miała domagać się wykreślenia proponowanych sformułowań dotyczących społeczności LGBT. Samo ministerstwo uzasadniając powody weta napisało w rozesłanym oświadczeniu, że w dokumencie zabrakło zapisu o prześladowaniach na tle religijnym, których ofiarami padają m.in. polscy katolicy.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych.

PiS chce opowiedzieć światu historię Polski. Tak zapowiedział Mateusz Morawiecki podczas wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Muzeum Historii Polski. Oby nie było z tym kamieniem jak ze stępką pod prom w Szczecinie. Stępka zardzewiała, może ją ktoś już podkosił, złomiarze wywieźli na złom, zaś kamień węgielny zamieni się w proch, w piasek.

Morawiecki lubi wmurowywać, otwierać istniejące obiekty, lubi wstęgi przecinać. Ta władza przez 3 lata niczego konkretnego nie stworzyła, podpisuje się pod dziełami innych. Morawiecki też gra w narracji wymyślonej przez kogoś innego. Teraz przez wynajętych pijarowców, którzy podpowiadają mu, co ma robić. Wcześniej podpowiadali mu właściciele Santander.

Morawiecki jest od paciorków, które chce sprzedać światu i wyborcom. Blada Twarz liczy, że inni nie znają wartości historii Polski, więc jak w BZ WBK liczy na to, że „ludzie są tacy głupi, że to działa”.

Na taśmie z podsłuchu Morawiecki niechcący sypnął się z metodologią swojej kariery. Kolokwialnie nazywa się to kitem. Nie należy być zdziwionym, że wcześniej te paciorki sprzedawał, będąc doradcą Donalda Tuska, teraz jako premier używa paciorków hurtowo.

Oto co powiedział Morawiecki o historii Polski, gdy wmurowywał kamień węgielny: – „Będziemy potrafili w końcu zacząć opowiadać naszą wspaniałą historię o samych sobie. Polska jak żaden naród na świecie nie ma się czego wstydzić”. Nie wyjmuję tej retoryki z kontekstu. Morawiecki tak mówi, w literaturze nazywa się to grafomanią, podobnie w retoryce, grafomanią oralną, którą cytują media.

Otóż, panie Morawiecki, Polacy się wstydzą takich jak pan, jak pan prezes Kaczyński, którzy w przeszłości doprowadzali kraj do blamażu, do niszczenia naszego znaczenia, do upadłości, czyli utraty suwerenności. Dzisiaj mamy się też czego wstydzić. Jesteśmy wypychani z najnowocześniejszego projektu cywilizacyjnego – z Unii Europejskiej. Na świecie postrzega się nas jako niedojrzały naród.

Wstyd Polsce przynoszą tacy Kaczyńscy, Dudowie i Morawieccy, którzy mają tylko do zaoferowania paciorki – zarówno światu, jak i narodowi („ludzie są tacy głupi”). I to muzeum winno nazywać się: Muzeum Historii Paciorków, bo takie podobnie wstydliwe postaci, jak wymienieni politycy PiS, doprowadzili nas do wstydu, handlowali paciorkami. Niestety byli i są tacy, którzy na takie świecidełka dają się nabierać.

Morawiecki lubi oprócz tego „poezję” iście grafomańską. Według niego, owo muzeum ma opowiadać „taką prawdziwą historię, gdzie byliśmy trubadurami wolności Europy”. Wicie-rozumicie, towarzysze, rzekł specjalista od paciorków Morawiecki. Otóż trubadurem wolności był i jest Lech Wałęsa. A nie inny handlarz od paciorków Jarosław Kaczyński ani jego brat, trzeciorzędna postać „naszej wspaniałej historii”.

I taka trzeciorzędna postać – odpowiedzialna za katastrofę smoleńską – nagrodzona zostanie pomnikiem. W Radiu Plus poinformował o tym podsekretarz stanu z kancelarii Dudy Wojciech Kolarski. W rozmowie z Jackiem Prusinowskim w audycji „Sedno Sprawy” doszło do absurdalnego dialogu. – „11 listopada w programie nie ma odsłonięcia pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego” – mówił urzędnik Dudy. Dziennikarz dopytywał: – „10 listopada?” I usłyszał odpowiedź: – „Taki jest plan, taką informację otrzymałem”.

Na Święto Niepodległości i 100-lecie odzyskania niepodległości pomnik brata prezesa będzie już stał. Takie są paciorki pamięci PiS, sprzedać kit, „bo ludzie są tacy głupi”.

Duda sprzeniewierzył się słowom przysięgi prezydenckiej, więc będzie siedział

Tak wynika z ustaleń senackiego zespołu do spraw monitorowania praworządności. Senator Tomasz Grodzki PO zapowiedział, że zwieńczeniem prac zespołu będzie „biała księga naruszeń prawa przez rządzących”. Ma być ona gotowa przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku.

– „PiS i prezydent Andrzej Duda złamali co najmniej 13 artykułów Konstytucji; niektóre wielokrotnie” – powiedział senator Bogdan Klich. Działo się to m.in. podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa czy podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych.

Konstytucjonalista prof. Marek Chmaj wyliczył poszczególne artykuły, które złamał prezydent. – „Duda złamał zasadę demokratycznego państwa prawnego określoną w art. 2, art. 7, stanowiący o tym, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 10, określający trójpodział władz, a także część przepisów rozdziału 5 określającego uprawnienia głowy państwa” – powiedział Chmaj. Poza tym Duda, wysyłając Pierwszą Prezes SN na emeryturę, złamał też art. 183, w którym zapisano sześcioletnią jej kadencję. Prof. Chmaj podkreślił, że Andrzej Duda sprzeniewierzył się słowom przysięgi prezydenckiej, w której ślubował, że „dochowa wierności postanowieniom Konstytucji”.

„Należy zdiagnozować nie tylko które artykuły są łamane, ważne jest też zdiagnozowanie, ilu osób i gdzie to dotyczy;  w jaki sposób stosowany i widoczny jest tzw. efekt mrożący, np. w środowisku sędziowskim” – mówił uczestniczący w posiedzeniu sędzia Waldemar Żurek. Jego zdaniem, oprócz opinii polskich prawników, w „białej księdze” należy uwzględnić analizy instytucji międzynarodowych o pisowskiej „reformie” sądownictwa w Polsce, m.in.  raporty Komisji Weneckiej.

Na posiedzenie zespołu zostali zaproszeni przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości, ale nikt z resortu się nie pojawił.

Wyrażam kategoryczny sprzeciw” – prof. Marek Safjan broni swojej reputacji jako sędziego oraz autorytetu Trybunału Sprawiedliwości UE przed insynuacjami Andrzeja Dudy. Wcześniej krytykował m.in wypowiedzi Mariusza Muszyńskiego, wiceprezesa TK, dziś stanowczo sprzeciwia się słowom prezydenta. Za Safjanem wstawiał się sam Prezes Trybunału, Koen Lenaerts

Profesor Marek Safjan  wybitny prawnik, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, sędzia Trybunału Sprawiedliwości UE  wystosował do Prezydenta Andrzeja Dudy oświadczenie, w którym „wyraża kategoryczny sprzeciw” wobec sugestii prezydenta, że on i inni sędziowie Trybunału są stronniczy, a wyroki TSUE  ferowane zgodnie z prywatnymi politycznymi poglądami sędziów.

Prezydent Andrzej Duda 3 października na antenie Telewizji Polsat stwierdził, że „w Trybunale zasiada Marek Safjan, który nie ukrywa swoich poglądów”.

W wydanym dziś oświadczeniu, prof. Safjan kategorycznie sprzeciwia się sugestii prezydenta Dudy, że wyrażanie opinii na temat zmian w sądownictwie przeprowadzanych przez PiS wpływa na jego pracę jako sędziego TSUE.

Safjan oskarża Dudę o sugerowanie, że toczące się przed TSUE postępowania w sprawach polskich, dotyczące zmian w wymiarze sprawiedliwości, są przenoszone na płaszczyznę polityczną.

We wrześniu Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości ustawę o Sądzie Najwyższym, który rozstrzygnie o jej zgodności z prawem unijnym. Trybunał będzie też odpowiadał na pytania prejudycjalne stawiane przez polskie sądy, w tym Sąd Najwyższy.

Sędzia Safjan przypomina, że w czasie 70 lat funkcjonowania Trybunału Sprawiedliwości UE:

  • instytucja ta uzyskała niepodważalny autorytet i pełne zaufanie wszystkich państw członkowskich,
  • postępowania przed Trybunałem toczą się zawsze przy poszanowaniu najwyższych standardów niezależności i bezstronności,
  • a ich wynik zależy wyłącznie od oceny argumentacji prawnej prezentowanej przez strony uczestniczące w postępowaniu.

„Nie ma żadnej wątpliwości, że tak się będzie działo także w postępowaniach, które dotyczą spraw polskich.”  podsumowuje Marek Safjan.

Sędzia już wcześniej był obiektem nagonki. W jego obronie stawał m.in. Prezes Trybunału Sprawiedliwości Koen Lenaerts, który w 2017 roku odpowiadał na zarzuty o „brak bezstronności” i „polityczne zaangażowanie” stawiane przez europosłów PiS.

„Doprawdy, nic nie sugeruje, by sędzia Safjan kierował się osobistym albo narodowym interesem, bądź prosił o instrukcje albo postępował według instrukcji spoza Trybunału Sprawiedliwości, zajmując się sprawami toczącymi się przed Trybunałem” – ocenił Lenaerts.

Marek Safjan zabierał głos w debatach dotyczących rozumienia podstawowych zasad europejskiego i polskiego porządku prawnego. Polemizował m.in. z Mariuszem Muszyńskim, wiceprezesem TK, który na łamach „Rzeczpospolitej” przedstawiałdyskusyjne tezy na temat „państwa prawa” oraz personalnie oskarżał Lenaertsa i Safjana o sprzeniewierzanie się zasadom niezawisłości i apolityczności sędziowskiej przez zabieranie głosu na temat przeprowadzanych przez Prawo i Sprawiedliwość zmian w sądownictwie.

Wykład prof. Marka Safjana pt. „Państwo prawa czy prawo państwa?”, którego zapis opublikowało Archiwum Osiatyńskiego.

prof. Marek Safjan – urodzony w 1949 r.; doktor prawa (Uniwersytet Warszawski, 1980); doktor habilitowany nauk prawnych (Uniwersytet Warszawski, 1990); profesor prawa (1998); dyrektor Instytutu Prawa Cywilnego Uniwersytetu Warszawskiego (1992-1996); prorektor Uniwersytetu Warszawskiego (1994-1997); sekretarz generalny sekcji polskiej Association Henri Capitant des amis de la culture juridique française (1994-1998); przedstawiciel Polski w Komitecie ds. Bioetyki Rady Europy (1991-1997); sędzia Trybunału Konstytucyjnego (1997-1998), następnie prezes tego trybunału (1998-2006); członek Académie internationale de droit comparé (od 1994), a następnie jej wiceprzewodniczący (od 2010); członek Association internationale droit, éthique et science (od 1995), członek Komitetu Helsińskiego w Polsce; członek Polskiej Akademii Umiejętności; odznaczony medalem Pro Merito przez sekretarza generalnego Rady Europy (2007); autor licznych publikacji z zakresu prawa cywilnego, prawa medycznego i prawa europejskiego; doktor honoris causa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (Florencja, 2012); sędzia Trybunału Sprawiedliwości od dnia 7 października 2009 r.

Polacy w Trybunale Sprawiedliwości UE

Dzisiaj na prestiżowe stanowisko Pierwszego Rzecznika Generalnego Trybunału Sprawiedliwości został wybrany inny Polak, prof. Maciej Szpunar. Będzie przydzielał sprawy pozostałym rzecznikom generalnym i stał na straży prawa UE. Profesor Szpunar od 2013 roku sprawował funkcję rzecznika generalnego.

Jak podaje strona TSUE: „W skład Trybunału Sprawiedliwości wchodzi 28 sędziów i 11 rzeczników generalnych. Sędziowie i rzecznicy generalni są mianowani za wspólnym porozumieniem przez rządy państw członkowskich, po konsultacji z komitetem, którego zadaniem jest opiniowanie, czy kandydaci są odpowiedni do pełnienia danej funkcji. Mandat jest sześcioletni i odnawialny.

Są oni wybierani spośród osobistości o niekwestionowanej niezależności i mających wymagane w ich państwach kwalifikacje do zajmowania najwyższych stanowisk sądowych, lub są prawnikami o uznanych kompetencjach.

Rzecznicy generalni wspomagają Trybunał. Ich zadaniem jest przedstawianie, w sposób całkowicie bezstronny i niezależny, opinii prawnej, określanej jako „opinia rzecznika generalnego” w sprawach, które zostaną im przydzielone.”

W praktyce, sędziowie bardzo często podzielają opinie rzeczników generalnych. Tak było m.in. w sprawie Celmer (irlandzki Wysoki Sąd pytał, czy może odesłać Polaka na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania do Polski, jeśli istnieją obawy co do niezależności polskich sądów). Opinię rzecznika Tanczewa w dużej mierze podzielili sędziowie orzekający w sprawie.

Prof, Wojciech Sadurski – wykładowca Uniwersyetu w Sydney – uważa, że Duda będzie siedział.

>>>