Archiwa tagu: MSZ

Komisarz Brejza na tropie afer, krętactw i oszustw PiS

Poseł Krzysztof Brejza postanowił zbadać, jak rozwija się temat zatrudnienia w sektorze publicznym. Okazuje się, że za rządów PiS aparat państwowy nie tylko nie zeszczuplał, ale wręcz nabrał na wadze.

Poseł PO wysłał interpelacje do paru ministerstw. Zgodnie z odpowiedziami na nie, poszczególne resorty zatrudniły w ciągu ostatnich blisko 4 lat sporo nowych pracowników.

Państwo plus?

Parę lat temu po sieci krążył śmieszno-gorzki mem o tym, że miasto Nowy Jork zatrudnia miej urzędników, niż Warszawa. Dziś okazuje się, że partia rządząca podobnie zarządza Polską. Aparat państwowy zamiast szczupleć wyraźnie tyje. I nie mówimy tu o wadzie fizycznej, a rozroście liczby urzędników.

Brejza strzela na Twitterze jak z karabinu. Okazuje się, że w resorcie spraw zagranicznych podczas ostatnich 4 lat przybyło ponad 200 osób. MSWiA „zyskało” ok. 150 pracowników. Ministerstwo Zdrowia zatrudniło „tylko” trochę ponad 50 członków personelu. W przypadku MSZ wzrosła też kadra zarządzająca: ze 109 do 116 osób.

Skąd taki wzrost zatrudnienia? Odpowiedzi na interpelacje Brejzy tego nie wyjaśniają. Ktoś złośliwy mógłby uznać, że to załatwianie ciepłych posadek dla swoich ludzi. Czy tak w istocie jest? Tego nie wiemy, ale trudno łatwo wytłumaczyć taki rozrost personelu.

Państwo maksimum

Jeśli ktoś spodziewał się po PiS państwa minimum, powyższe dane mogą go szokować. Co prawda dotyczą też okresu rządów PO i PSL (dane pochodzą z okresu początku 2015 r. stycznia 2019 r.), można jednak założyć, że większa część nowych stanowisk obsadzono już za rządów obecnego ugrupowania rządzącego krajem.

Rozrost tkanki urzędniczej nie musi być złym sygnałem (może wynikać z nowych zadań resortów). Jak jest w tej sytuacji. Niestety tego nie wiemy. W kontekście poprzednich afer personalnych (słynnych „Misiewiczów”) PiS powinien jednak mocniej uważać na to, co robi w tym temacie. Jak widać partia Jarosława Kaczyńskiego chyba w tej kwestii nie uczy się na błędach.

Brejza to kat na PiS. Toporem ucina im gadzie łby, niestety, te ciągle odrastają.

Depresja plemnika

„Kochane gdańszczanki, kochani gdańszczanie, ale też wiem, że jest wśród was wielu przybyszy z różnych części Polski. Witam was serdecznie w Gdańsku na Święcie Wolności i Solidarności. Inaugurujemy nasze obchody” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Rozwiązała wstęgę z napisem „’89 – 2019 Gdańsk” przy ogromnym okrągłym stole, który stanął przy Europejskim Centrum Solidarności. Symboliczny biało-czerwony stół o średnicy ok. 15 m został zaprojektowany i zbudowany specjalnie na gdańskie Święto Wolności i Solidarności.

Przy ECS od dzisiaj działa również strefa społeczna, gdzie prezentuje się ponad 200 organizacji pozarządowych z całego kraju prowadzących bardzo różnorodną działalność. Organizacje przygotowały liczne warsztaty, wykłady i debaty. Gośćmi tej strefy będą m.in. ks. Adam Boniecki, Leszek Balcerowicz, Agnieszka Holland, Szymon Hołownia, o. Jacek Prusak, Tomasz Sekielski i Lech Wałęsa.

Poza tymi zaplanowanymi w strefie społecznej i przy okrągłym stole, na Święto Wolności i Solidarności złożą się także setki innych wydarzeń. Kulminacja obchodów nastąpi 4 czerwca…

View original post 1 361 słów więcej

 

Dziesięcina dla Rydzyka z ministerstwa dyplomacji

Krzysztof Brejza zapytał resort Spraw Zagranicznych ile przeznaczył pieniędzy publicznych na wsparcie firm związanych z ojcem Tadeuszem Rydzykiem.

Kaczyński orżnie i niestety wypuści na nas siły policyjne, specjalne, może nawet wojsko

Do wyborów europejskich zostało już mniej niż dwa tygodnie, a w sondażach wewnętrznych Prawa i Sprawiedliwości najwyraźniej nie jest zbyt różowo. Znów rozpoczęła się kampania ocieplania wizerunku prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który wczoraj chwalił się rękami Joachima Brudzińskiego swoim relaksem nad jednym z zachodniopomorskich jezior, a dziś wystąpił nawet w telewizji śniadaniowej, by porozmawiać o swoim pozapolitycznym życiu i pasjach. W sferze polityki też jednak musi decydować się na ruchy niestandardowe i być może niezrozumiałe dla części jego elektoratu.

Pierwszym problemem jest film braci Sekielskich o pedofilii w kościele, który bije rekordy oglądalności na YouTube, w oczywisty sposób bulwersując opinię publiczną. Politycy partii rządzącej, choć od wielu lat pozostają w ścisłym sojuszu z ołtarzem, teraz zmuszeni są wyrażać swoje oburzenie ukrywanym przez najwyższych hierarchów procederem. Zaostrzenie kar za pedofilię, być może jakieś pokazowe zatrzymanie kilku księży – to wszystko musi dziś zapowiadać lider partii rządzącej, by rozgrzana do czerwoności publika nie odniosła wrażenia, że władza stoi dziś po stronie zboczeńców krzywdzących dzieci. PiS zostaje zepchnięte do narożnika w kwestii, której z pewnością nie chciał podnosić na ostatniej prostej wyborczego wyścigu.

Wraca również kwestia izraelskich roszczeń o mienie utracone w wyniku II Wojny Światowej. Temat ten na polskim podwórku bardzo mocno eksponowany jest przez rosnącą w siłę Konfederację (Korwin Mikke, Liroy i Narodowcy), co może jeszcze nie daje im pewnego przekroczenia 5% głosów w wyborach, ale skutecznie odbiera kilka procent twardego, konserwatywnego elektoratu prawicy, które mogą być na wagę złota w końcowych rozrachunku wyborczych głosów. Pewnie dlatego zapadła w ekipie dobrej zmiany decyzja o odwołaniu wizyty izraelskiej delegacji urzędników, którzy mieli w najbliższych dniach pojawić się w Warszawie. Polski MSZ na Twitterze wyraźnie wyeksponował powody takiej decyzji.

Gdy do tego dodamy także informację o tym, że polityk Konfederacji został siłą wyprowadzony ze studia rządowej TVP, a informacje o marszu narodowców pt. “Stop 447” (amerykańska ustawa JUST >>447<< dotycząca restytucji mienia pożydowskiego), to widać gołym okiem, że PiS bardzo obawia się wzrostu notowań tego ugrupowania, które opiera końcówkę kampanii na wytykaniu Prawu i Sprawiedliwości kłamstwa w kwestii “wstawania z kolan”.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w końcówce kampanii wyborczej, partia rządząca znajduje się w głębokiej defensywie, a pomysłów na odwrócenie trendu i narzucenie korzystnej dla siebie narracji jakby brak. Najbliższe dwa tygodnie będą miały decydujące znaczenie dla finalnego wyniku.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński był dzisiaj gościem programu „Pytanie na śniadanie”. Lider formacji rządzącej pochwalił się swoją bliską znajomością z magister Julią Przyłębską.

Morawieccy – ojciec i synuś okrutnie umoczeni. O debacie warszawskiej, klerze i pisowszczyźnie

Politycy PiS o zdradę i zaprzaństwo zwykle oskarżają swoich przeciwników. Opozycja to targowica, a sędziowie cierpią na ojkofobię. Nie zdarzyło się jednak, by zarzut takiego kalibru polityk PiS postawił ministrowi pisowskiego rządu.

Antoni Macierewicz, były minister obrony i ciągle wiceprzewodniczący partii, powiedział, że szef MSZ prof. Jacek Czaputowicz, „zamiast wspierać interes narodowy i bezpieczeństwo Polski, wspiera bezpieczeństwo Niemiec i sojuszu niemiecko-rosyjskiego”.

Poszło o słowa Czaputowicza wypowiedziane tydzień temu podczas dyskusji w Fundacji Batorego. Szef polskiej dyplomacji podkreślał, że Niemcy mimo coraz ostrzejszego sporu z UE o praworządność „widzą potrzebę i chęć rozwijania stosunków z Polską”. – Będziemy bronić Niemiec, jeśli będą one niesprawiedliwie traktowane np. przez USA. Musimy bronić zasad i obowiązuje nas solidarność – powiedział.

Niemcy a polska racja stanu

Trzy lata temu podobne słowa uznane by zostały za truizm. Utrzymywanie dobrosąsiedzkich relacji z Niemcami dla wszystkich rządów było racją stanu. Tak jak konieczność udzielenia partnerom w UE solidarnej pomocy. Rządy PiS – ten z poprzedniej dekady i ten obecny – uznały, że stosunki z Niemcami można złożyć na ołtarzu narodowej propagandy: współpracę ograniczyć i szczuć na sąsiada. Antyniemiecka propaganda w przekazach partii i podporządkowanych jej mediów osiągnęła poziom z epoki Gomułki. Wówczas jednak Polska mogła się obawiać zachodnioniemieckich rewizjonistów, a RFN w sensie wojskowym i politycznym był naszym przeciwnikiem. Dziś z Niemcami jesteśmy w NATO i UE.

Lobbysta aresztowany w aferze GetBacku trzyma gdzieś w charakterze polisy dwa nagrania z udziałem ojca premiera. Mają dowodzić, że Morawiecki senior obiecywał państwową pożyczkę dla pogrążonej w kryzysie spółki windykacyjnej.

Niedziela, 15 kwietnia 2018 r., lobbysta Piotr B. telefonuje do prezesa GetBacku Konrada Kąkolewskiego. Mówi, że jest w warszawskim hotelu Marriott na spotkaniu z Kornelem Morawieckim, ojcem szefa rządu. Na dowód przesyła Kąkolewskiemu zdjęcie. Informuje, że pożyczka 200 mln zł dla GetBacku jest załatwiona. Kąkolewski puszcza rozmowę na głośnik i ją nagrywa. Nagrywa też Piotr B.

Nie znamy treści tego nagrania. Według informatorów związanych z Kąkolewskim, który im to zrelacjonował, lobbysta podczas rozmowy w hotelu przekazał telefon Morawieckiemu seniorowi. On zaś miał potwierdzić, że pożyczkę załatwił.

Następnego dnia GetBack wydaje słynny komunikat o tym, że PKO BP oraz Polski Fundusz Rozwoju dofinansują spółkę taką właśnie kwotą. Ale kilka godzin później bank i PFR zdecydowanie dementują tę informację. Wybucha skandal, Kąkolewski traci stanowisko, giełda zawiesza notowania GetBacku.

Premier Mateusz Morawiecki lubi w swoje wypowiedzi wtrącać różne – nie zawsze celne – dygresje. Jedna z nich, o radzeniu sobie z wilkami, wprawiła w osłupienie dyrektora Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Premier Mateusz Morawiecki spotkał się w tym tygodniu z pracownikami Biebrzańskiego Parku Narodowego. Krótki film z jego wystąpienia zamieszczono na stronie Kancelarii Premiera na YouTube, ale to nie opowieści szefa rządu o tym, jak w przeszłości „zasadzał się a łosie”  w parku, zwracają uwagę.

Podczas wystąpienia warto przyjrzeć się postaci za premierem, czyli dyrektorowi Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzejowi Grygorukowi. Wszystko po to, by zobaczyć minę, jaką robi człowiek dbający o park narodowy, gdy premier przechodzi do opowieści o wilkach.

– Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało. Ale, mniejsza z tym, myślę, że z waszą pomocą z wilkami sobie też poradzimy – powiedział Morawiecki. A dyrektor BPN zrobił wielkie oczy – dosłownie. Czy przeraziła go wizja „poradzenia sobie z wilkami”? Tego się pewnie nie dowiemy.

Warto za to przypomnieć, że dyrektor BPN dał się poznać jako obrońca dzikich zwierząt. Portal OKO.press opisywał w ubiegłym roku jego pismo do ówczesnego ministra środowiska Jana Szyszki, w którym sprzeciwił się odstrzałowi łosi na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

W 21 miastach Polski zawisły billboardy z pytaniem „Polska państwem wyznaniowym?”. To element kampanii społecznej Fundacji Wolność od Religii, która uważa, że w Polsce mamy do czynienia z postępującą klerykalizacją.

„Jej celem jest zwrócenie uwagi opinii publicznej na ten problem. Coraz częściej zdarza się, że władze przedkładają interes hierarchów kościelnych nad prawa i wolności obywatelskie. Polska zmierza w niebezpiecznym kierunku: autorytarnego państwa wyznaniowego” – mówi „Gazecie Wyborczej” Dorota Wójcik, szefowa fundacji.

>>>

Jako przykłady podaje m.in. zrezygnowanie przez rząd PiS z finansowania procedury in vitro czy ograniczanie pełnego dostępu do antykoncepcji. – „Dzieciom i młodzieży odmawia się prawa do rzetelnej edukacji seksualnej. Na lekcjach religii, nauczanej za pieniądze publiczne, zamiast tolerancji uczy się dzieci homofobii oraz lekceważenia i braku szacunku dla ludzi o odmiennych poglądach. Wymusza się katechizację, utrudniając dostęp do lekcji etyki” – dodaje Wójcik.

W Rzeszowie na jednym z billboardów pod hasłem „Polska państwem wyznaniowym?” nieznany sprawca napisał „won do Izraela”. Zdjęcie zdewastowanego plakatu umieścił internauta z facebookowej grupy mieszkańców Rzeszowa. – „Polska Jagiellonów była wielonarodowa, wieloreligijna i przetrwaliśmy jako naród wiele trudnych wieków. Dokumentujmy nietolerancję, publikujemy jej przejawy. Wytykajmy nietolerancję w życiu codziennym. Bądźmy uwrażliwieni na nietolerancję” – napisał internauta.

Złożenie legitymacji partyjnej przez Patryka Jakiego trwało tyle, ile wczorajsza telewizyjna debata kandydatów na prezydenta Warszawy. Na jej początku zadeklarował on, że rezygnuje z członkostwa w Solidarnej Polsce. Dla przypomnienia – to nieznane szerszej publiczności ugrupowanie założył Zbigniew Ziobro i ma ono znikome poparcie w sondażach. Jest za to w „koalicji” z PiS i kanapową partią Jarosława Gowina.

Jaki po zakończeniu debaty, podczas której zrzekł się członkostwa w SP, wsiadł do autokaru… z napisem „PiS”. – „Bezpartyjny Patryk Jaki i jego środek lokomocji.  Tradycyjna hatakumba” – napisała blogerka Obserwator XY i dołączyła zdjęcie rzeczonego autokaru.

Inni internauci też komentowali tę „bezpartyjność” Jakiego. – „Odjechał autokarem PiS, zrezygnował z SP i zapisał się do PiS. Tak wygląda bezpartyjność Pana Jakiego. NIEWIARYGODNY do bólu”; – „Rzucił legitkę Solidarnej Polski, pojechał odebrać nową od PiS :)”; – „Kwintesencja „autentyczności” Jakiego”; – „Jeszcze trochę, a Patryk Jaki powie, że Ziobro nie zna, a Kaczyńskim brzydzi się”; – „Słabiutko wygląda taka deklaracja, a potem odjazd autokarem z wielkim logiem PiS w otoczeniu pisowskich funkcjonariuszy”.

Trudno też na poważnie przyjąć deklaracje o jego bezpartyjności, skoro Jaki nieustająco pojawia się w towarzystwie pisowskich ministrów i obiecuje, że jeśli wygra, Warszawa dostanie rządowe dotacje.

Rafał Trzaskowski wygrał debatę warszawską >>>

Oczywiście już sam tłum kandydatów (czternastu) mocno przeszkadzał w zaprezentowaniu ich poglądów, programów, charakterów i zdolności argumentowania. Jednak gwoździem do trumny Debaty Warszawskiej okazał się zbyt krótki czas odpowiedzi na poszczególne pytania. 45 sekund nie pozwalało sformułować żadnej myśli, żadnego argumentu, zachęcało wyłącznie do recytacji hasłowych obietnic lub zaczepiania wybranego przez siebie przeciwnika.

Jak wyglądała Debata Warszawska? Zobacz relację

Katastrofą okazały się też pytania zadawane przez prowadzących debatę dziennikarzy trzech największych polskich telewizji. Szczególną łatwizną były pytania otwarte (na oścież), w rodzaju „czego jest w Warszawie za dużo?” i „czego jest w Warszawie za mało?”.

Korwin-Mikke trafia w punkt

Zobaczyliśmy przy tej okazji, że nieco już przygasła gwiazda Janusza Korwin-Mikkego, pierwszego polskiego oryginalnego populisty, który w tego typu medialnym chaosie dawał sobie kiedyś radę najlepiej. Dwadzieścia lat temu, pojawiając się w różnych „studiach otwartych”, Korwin-Mikke zdecydowanie wyprzedzał epokę, która dziś nadeszła. W Debacie Warszawskiej prześcignęli go jednak w jego własnej dyscyplinie – oryginałów, którzy prezentują się jako jedyni wyraziciele zdrowego rozsądku – zarówno Marek Jakubiak z Kukiz ’15, jak też Paweł Tajno reprezentujący komitet wyborczy równie oryginalny, jak jego lider.

Jednak to Janusz Korwin-Mikke trafił w punkt, kiedy po wypowiedzianym z ogromnym nadęciem pytaniu redaktor Edyty Lewandowskiej z TVP S.A., które brzmiało „do kogo kierują państwo swój program wyborczy, czy do Warszawiaków z krwi i kości, czy do obywateli, którzy urodzili się poza stolicą”, powiedział (ryzykując wyłączenie mikrofonu, albo nawet wyproszenie ze studia): „kolejne idiotyczne pytanie reżimowej telewizji”.

Poza ekstremistami, uczestnicy debaty podzielili się na dwie podstawowe grupy. Pierwsza składała się z Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego reprezentujących dwa największe ugrupowania i prowadzących w Warszawie zarówno kampanię lokalną, jak też ogólnopolską. Druga grupa kandydatów akcentowała swoją „lokalność” i „bezpartyjność”, zachęcając dość rytualnie do „zakończenia polsko-polskiej wojny”.

Patryk Jaki poniżej oczekiwań

Patryk Jaki w tej akurat debacie wypadł poniżej oczekiwań. Kwestie napisane dla niego lub zaaranżowane przez specjalistów od PR-u wygłaszał i odgrywał wyjątkowo sztucznie. Szczególnie nienaturalnie wypadła jego „publiczna rezygnacja z przynależności do partii”, żeby także stać się wyłącznie „bezpartyjnym kandydatem lokalnym”. Jaki w swoim nie tak długim życiu zdążył się już zapisać do PO, by szybko wypisać się z niej i zapisać do PiS, po czym wypisać z PiS-u, a od wielu miesięcy wraz ze swoim politycznym patronem Zbigniewem Ziobro próbuje do PiS-u wrócić, bo PiS znowu rządzi. W tej sytuacji Rafałowi Trzaskowskiemu łatwo było odpowiedzieć na propozycję Jakiego, żeby on także wypisał się z Platformy Obywatelskiej, słowami: „ja nie wstydzę się swojej partii, tak jak swojej wstydzi się Patryk Jaki”.

Kandydat rządzącej prawicy parokrotnie powrócił także do bardzo nieudanego argumentu, że tylko jemu rząd da pieniądze na inwestycje w Warszawie. „Pieniądze rządu” są pieniędzmi polskiego państwa, pochodzącymi z podatków wszystkich polskich obywateli. Powtarzanie, że PiS uważa te pieniądze za własność swojej partii, to błąd, który jednak Patryk Jaki postanowił w swojej kampanii powtarzać.

Trudna rola Rafała Trzaskowskiego

Rafał Trzaskowski miał w tej debacie do odegrania najtrudniejszą rolę – centrysty, reformisty, człowieka, który nie wstydzi się kilkunastu lat rządów Platformy Obywatelskiej w Warszawie. I pragnie korekty tam, gdzie wszyscy inni obiecują przełom. Prowadził tę linię konsekwentnie, nawet jeśli nie dawała mu ona w tej debacie wyraźnej przewagi. Jedynym jego błędem było zbyt częste odnoszenie się do Patryka Jakiego. Trzaskowski nie jest mistrzem walki wręcz czy pojedynków w błocie, więc nie były to zaczepki specjalnie udane. Tracił w ten sposób cenne sekundy, w czasie których mógł choćby wyskandować kilkanaście dodatkowych obietnic, tak jak robili to inni kandydaci.

Spośród reprezentantów lewicy zdecydowanie najlepiej zaprezentował się Andrzej Rozenek. Wyraźne akcentowanie lewicowej wrażliwości społecznej, odcinanie się od prawicy i centroprawicy potrafił połączyć z polityczną odpowiedzialnością. Pokazał, że jest przedstawicielem lewicy prodemokratycznej, który – w przeciwieństwie do Jana Śpiewaka atakującego w tej debacie wyłącznie Platformę Obywatelską i Rafała Trzaskowskiego – nie będzie pomagał PiS-owi niszczyć demokracji w Warszawie i w Polsce. Rozenek wykorzystał nawet swoje 30 sekund „prawa do riposty” nie na finalną autopromocję, ale na wyliczenie wszystkich fałszywych zagrań Patryka Jakiego. Na przypomnienie kompletnego braku wiarygodności obietnic kandydata prawicy, który w rządzie PiS robi i mówi rzeczy zupełnie sprzeczne z tym, co obiecuje bardziej liberalnym mieszkańcom Warszawy. To był też jedyny moment, kiedy przedstawicielka TVP S.A., nazwanej całkiem trafnie przez Korwin-Mikkego „reżimową telewizją”, wyszła z roli arbitra i zaczęła bronić Patryka Jakiego mówiąc, że „kandydat wielokrotnie już na te zarzuty odpowiadał”. Lęk przed wyrzuceniem z pracy jest u dziennikarzy telewizji Jacka Kurskiego większy, niż lęk przed zawodową autokompromitacją.

Reszta kandydatów rozgrywała strategię „jesteśmy kandydatami spoza dwóch głównych partii, nie chcemy w Warszawie polityki partyjnej”. Jednak jedyną osobą, której się ta strategia udała, był Jacek Wojciechowicz. Starał się w każdej swojej odpowiedzi znaleźć choćby kilka sekund (więcej czasu nie było), aby wysłać sygnał, że jest pragmatykiem, znającym się na rządzeniu Warszawą, który także pragnie jakiegoś rodzaju kontynuacji polityki miejskiej Hanny Gronkiewicz-Waltz. Sam tę politykę przecież przez wiele lat realizował jako wiceprezydent Warszawy. Słuchając tych wypowiedzi można było jedynie żałować, że czysto personalny konflikt Wojciechowicza z panią prezydent Warszawy podzielił elektorat liberalnego centrum w sytuacji, kiedy każdy głos jest potrzebny do tego, żeby uratować miasto. Ale niestety, rozsądek w polskiej polityce bardzo często rozbija się o personalia.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o pisowskiej demokracji.

W ramach tej pisowskiej demokracji policja wyłapuje protestujących, ciąga po komisariatach, by wymierzyć im karę, bo każdy, kto występuje przeciwko tej władzy, będzie rozliczony.

W polityce istne szaleństwo. Nie ukrywam, że czekam niecierpliwie na ciszę wyborczą, bo mój intelekt powoli przestaje już cokolwiek przyjmować i dosłownie pada na twarz. Jednak kampania kampanią, ale i poza nią są sprawy, obok których nie można przejść obojętnie. Ot, chociażby ranking demokracji, opracowany już po raz trzeci przez ekspertów niemieckiej Fundacji Bertelsmanna. W grupie 41 państw OECD i UE Polska spadła aż o 29 miejsc i zajmuje teraz 37 lokatę. To największy spadek, jaki odnotowano od 2011 roku. Za nami już tylko Rumunia, Meksyk, Węgry i Turcja. Brawo my?

Co ciekawe, obecna władza na każdym kroku karmi nas informacją, że polska demokracja wręcz kwitnie. Jarosław Kaczyński wciąż podkreśla, że „Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to, co jest istotą demokracji, bo ona nie może polegać na manipulacji”. No tak, według niego bowiem, podważanie polityki PiS to ewidentne naruszenie demokracji, a przecież władza jest demokratyczna, gdy spełnia obietnice wyborcze, więc w czym problem? Do swoich „mądrości życiowych” dorzuca jeszcze stwierdzenie, że w demokracji nie liczy się łamanie Konstytucji i prawa UE i dodaje, że przecież mamy demokrację, bo pozwalamy protestować ludziom w koszulkach z napisem „Konstytucja”. Czyli wszystko jasne. Gdyby ktoś pytał „o miarę wolności i demokracji w Polsce i Europie, to jesteśmy w czołówce, a ja nawet bym zaryzykował, że na pierwszym miejscu”. Tako rzecze prezes PiS i tak właśnie jest.

W podobnym tonie wypowiada się Andrzej Duda. W orędziu, wygłaszanym przed Zgromadzeniem Narodowym, mówił, że „Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji programu. Spełnianie zapowiedzi jest obowiązkiem względem obywateli. Podważanie tych zasad jest sprzeczne z podstawami demokracji przedstawicielskiej. Podmywa fundamenty parlamentaryzmu”. Na zarzuty łamania Konstytucji twierdzi z całą odpowiedzialnością, „że w Polsce wszystkie przemiany odbywają się zgodnie z polską Konstytucją”. Zapewnia, że „Demokracja w Polsce czuje się bardzo dobrze. Polskie sprawy są wreszcie prowadzone w dobrym kierunku”. Nie ma też nic przeciwko pojawianiu się na spotkaniach z nim osób protestujących, bo „mają prawo, żyjemy w demokratycznym państwie; jest wolność słowa, wolność zgromadzeń, można wyrażać swoje poglądy”. Jakoś zapomniał tylko wspomnieć, jakimi inwektywami obrzuca opozycję uliczną i jakim tańcem reaguje jego żona na obecność jego oponentów.

Zasady demokracji ma też w małym paluszku premier Mateusz Morawiecki. Jest przekonany, że „jesteśmy jednym z krajów najbardziej doświadczonych w budowaniu demokracji i nikt nie musi nas uczyć, czym jest demokracja; my doskonale to wiemy” i właśnie teraz, „gdy powiew prawdziwej wolności i głębokiej demokracji dotarł do Polski, nie pozwólmy, by został on zatrzymany”. Nawet porównał stan naszej demokracji z Węgrami, Bułgarią, Rumunią i Czechami, które „pełne korupcji (…), chce mi się śmiać i płakać”.

Politycy PiS wycierają sobie usta demokracją na okrągło i chyba wierzą w to, co mówią, a ja zastanawiam się, gdzie oni byli, gdy w szkole omawiano demokrację. Wagarowali czy też zajęci byli podrywaniem koleżanek? A może po prostu jeszcze wtedy nie wiedzieli, że znajomość tematu przyda im się, gdy zechcą w swoim dorosłym życiu zająć się polityką? Jest wśród nich wielu prawników, politologów, socjologów i historyków. Przepraszam, ale też kończyłam studia przed 1989 rokiem i jednak dobrze pamiętam zajęcia o systemach ustrojowych, tak więc tłumaczenie, że wtedy o tym nie nauczano bądź nauczano źle to po prostu farsa. Czyli to nie wina uczelni, ale kiepskich studentów. A może oni świetnie znają zasady demokracji, ale wiedzą, że lud nie wie, o co chodzi, więc można mu wmówić każdą głupotę?

No i mamy właśnie teraz to, co mamy. Pisowskich strażników demokracji, wciskających nam kit, jak jest wspaniale, wreszcie jest wspaniale, jakim wzorem dla wszystkich powinna być polska demokracja. I w ramach tej dojrzałej demokracji policja wyłapuje protestujących, szarpie nimi, a potem ciąga po komisariatach i sądach, by wymierzyć im karę, bo każdy, kto występuje przeciwko tej władzy, będzie rozliczony.

Również w ramach demokracji zamyka się usta opozycji parlamentarnej, nakłada na nią kary za niewłaściwe, podług pisowskiego marszałka, zachowanie czy wypowiedzi, organizuje się nocne obrady Sejmu, by wykończyć polityków pozostałych partii zwykłym, ludzkim zmęczeniem. Z budynku polskiego parlamentu tworzy się twierdzę nie do zdobycia, Straż Marszałkowską zaopatruje się w ostrą broń, wprowadza nowe przepisy, ograniczające pracę dziennikarzy, bo nie mają oni prawa zakłócać prywatności posłów w Sejmie. Najnowszy projekt regulaminu Sejmu zakłada, że marszałek będzie mógł całkowicie zablokować wejście dla osób tzw. niepożądanych. Niepożądanych, czyli tych, którzy nie pieją peanów na cześć obecnej władzy.

Trzeba przyznać, że bardzo „zgodne” z zasadami demokracji jest oddanie w ręce Ziobry polskiego sądownictwa. Politycy PiS udają, że nie ma czegoś takiego w demokracji jak trójpodział władzy, a sędziów, którzy ośmielili się wydać wyroki nie po myśli rządzącej partii, należy ścigać i karać, karać, karać… . Czyha na nich rzecznik dyscyplinarny oraz komisje dyscyplinarne i zrobią oni wszystko, by tych niepokornych przywrócić do pionu. Pod ich lupą jest już sędzia Sławomir Jęksa, który śmiał uniewinnić Joannę Jaśkowiak, żonę prezydenta Poznania, za słowa „jestem wk***ona”. Jest też sędzia Tuleya czy sędzia Żurek. Ich winą jest wierność prawu i Konstytucji.

W zasadach pisowskiej demokracji mieszczą się też słowa ministra Glińskiego, który obiecuje, że po wyborach samorządowych w kulturze zawita cenzura. Koniec więc z niewygodnymi spektaklami, wystawami czy filmami typu „Kler”. Demokratycznie wybrana władza nie pozwoli na takie bezeceństwa.

Demokratyczna władza nie da też kasy samorządom, gdy wybory wygrają ci inni. Nie będzie mostów w Warszawie, inwestycji w województwach niepokornych. A co… wolno jej, bo tak właśnie pojmuje demokrację. Dorzućmy jeszcze nawracający temat repolonizacji mediów, pisowską edukację historyczną, obietnice Ziobry, skierowane w Kielcach do opozycji ulicznej: – „Nie jesteście nadzwyczajna kasta, będziecie siedzieć”.

Kto uważnie słuchał na lekcji WOS-u, ten wie, że demokracja kieruje się siedmioma zasadami.
To zasada suwerenności narodu, pluralizmu, podziału władzy, państwa prawa, konstytucjonalizmu i praworządności, przedstawicielstwa oraz ograniczonych rządów większości. Kto zna te zasady, świetnie wie, że PiS po prostu kłamie, wciska ludziom ciemnotę. Pamiętajmy o tym 21 października, dobrze?

Waldemar Mystkowski pisze o Polexicie, który cały czas się dokonuje.

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania polityków PiS spotykają się z ostracyzmem, nie są brani pod uwagę, nie są dopraszani do dyskusji.

Nas nie trzeba będzie relegować z Unii, nie potrzeba będzie żadnego Polexitu. Po prostu najważniejsze traktaty unijne, czy to z Maastricht, czy z Schengen będą poprawiane albo renegocjowane, ale Polski jako strony się nie uwzględni. Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte, zaś pan prezes PiS zaserwuje nam mowę zamiast Teleranka: „Drodzy rodacy, wrogie nam siły…”.

Z kolei Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (instytucja nieunijna) przyjęło rezolucję, w której wzywa Rosję do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Co z tego wynika? Niewiele, acz będzie bita piana jako sukces dyplomacji PiS. Rosja rezolucję potraktuje w swoim stylu, uzna, czy jej się opłaca przyjęcie jej bądź odrzucenie. Złom smoleński w Polsce uznany zostałby za relikwie i mógłby spowodować powrót traumy smoleńskiej, w której pielęgnowaniu – wsadzania palca w ranę – mistrzem jest Antoni Macierewicz, który z miejsca „wybuchnął” radością i nadał rezolucji formę fake-newsa.

Macierewicz napisał na Twitterze m.in.: – „Raport potwierdza stanowisko Polski, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Same krętactwa. Otóż Zgromadzenie Rady Europy przyjęło rezolucję na podstawie raportu, a nie sam raport, dzieło zresztą ekspertów prawa międzynarodowego, a nie specjalistów od katastrof smoleńskich. Nigdzie nie ma mowy o żadnym rozpadzie w powietrzu (o żadnych wybuchach), tylko jako dowodzie materialnym, który po 8 latach powinien był oddany Polsce. Tyle.

Mateusz Morawiecki jest mistrzem wpadek, gdyby takich nie miał, uznałby, że dzionek jest stracony. Nie dziwię mu się, bo jego szefem gabinetu politycznego jest Marek Suski. Muszą się tylko podszkolić w szkole aktorskiej i mogą w wersji polskiej zastąpić Jima Carreya i Jeffa Danielsa i zagrać w rodzimym remake’u „Głupi i głupszy”.

Nie wiem, którym jest Morawiecki – tym pierwszym czy drugim, ale minę ze zdumienia, jaką zrobił dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzej Grygoruk nazwać można wytrzeszczem aż do wypadnięcia gałek ocznych z oczodołów. Grygoruk mógł nie wrócić z twarzą do właściwej mu fizis, gdy usłyszał z ust Morawieckiego: – „Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało”.

Wytrzeszcz dotyczy nie tylko Grygoruka, bo demokraci w kraju dostają go dzień w dzień po wystąpieniu tego „głupiego” bądź „głupszego”. Nie dość, że Morawiecki nie ma wiedzy, iż wilki są pod ścisłą ochroną, to mu się pomyliły Lasy Państwowe z parkami narodowymi. Taki z Morawieckiego komediant, niestety naraża nas na ciągły wytrzeszcz.