Archiwa tagu: mistrzostwa świata w siatkówce

Morawiecki fałszuje rzeczywistość, w takiej załganej Polsce nie da się żyć

Premier i prezydent ogrzewają się w cieple mistrzów świata w siatkówce. Tymczasem, na krótko przed triumfem Polaków, sponsorujący siatkówkę PKN Orlen wycofał się ze sponsorowania Polskiego Związku Piłki Siatkowej – ustaliła Gazeta.pl. Wcześniej wypowiedział też umowę dotyczącą rozgrywek ligowych.

>>>

A tak wyglądało to rok temu.

Polska siatkówka straci dużo pieniędzy. Dwie państwowe spółki wycofują się z finansowania

11.09.2017

Pupuiśne gęby Dudy i Morawieckich ustawiają się do zdjęcia, bo inni wykonali ciążką pracę.

Lewizna polityczna PiS.

>>>

Błażej Wojnicz ma zostać powołany na stanowisko wiceministra obrony narodowej – informuje „Rzeczpospolita”. To człowiek blisko związany z Antonim Macierewiczem i Bartłomiejem Misiewiczem. O jego błyskawicznej karierze w artykule „Kolejni „misiewicze” w Polskiej Grupie Zbrojeniowej”.

Wojnicz długo nie zagrzał miejsca w PGZ. Był prezesem tej spółki zbrojeniowej tylko przez rok. Został odwołany po zdymisjonowaniu Antoniego Macierewicza. Teraz Wojnicz ma zastąpić Sebastiana Chwałka – wiceministra MON. Odpowiadał za modernizację armii i wojskową służbę zdrowia. Sprawował również nadzór nad spółkami sektora zbrojeniowego. Chwałek w ubiegłym tygodniu został… wiceprezesem PGZ.

Jeśli informacje rp.pl się potwierdzą, oznaczać to może, że Antoni Macierewicz powoli odbudowuje swoje wpływy w kierowanym kiedyś przez siebie urzędzie. Jak podsumował w rp.pl informator ze zbrojeniówki: – „Wieści o śmierci Macierewicza w partii były mocno przesadzone”.

„Sugerowanie „układów sądów, kolegów, koleżanek…” nie mieści się „w niepodważalnym prawie strony (uczestnika postępowania) do krytykowania orzeczeń sądowych, lecz mogą naruszać dobre imię Sędziego Sądu Okręgowego orzekającego w sprawie i podważać społeczne zaufanie do władzy sądowniczej i sędziów” – napisała w oświadczeniu rzeczniczka kieleckiego Sądu Okręgowego Monika Gądek-Tamborska.

To reakcja na oburzający komentarz posła PiS Dominika Tarczyńskiego. Z informacji „Wyborczej” wynika, że sędziowie zbierają podpisy pod protestem w sprawie wypowiedzi Tarczyńskiego.

Jak wiadomo, poseł PiS przegrał proces wyborczy z Bogdanem Wentą, o czym pisaliśmy w artykule „Tarczyński ma przeprosić Wentę i wpłacić 20 tys. zł na WOŚP”. – „Mój przykład pokazuje, że reforma sądów jest konieczna. Krótkie nagranie, które udostępniłem na Twitterze, pokazuje, przez co muszą przechodzić miliony Polaków. To pokazuje, jak są traktowani zwykli obywatele w sądzie. Są poniżani. Układy sądów, kolegów, koleżanek są dowodem na to, że trzeba tej reformy sprawiedliwości. Chciałem w sądzie w Kielcach przekazać wiedzę, którą mam na temat pana Bogdana Wenty. Jednak ani pełnomocnik, ani sędzia nie pozwoliły mi na to” – powiedział Tarczyński w rozmowie z wpolityce.pl.

Zaprzecza temu w oświadczeniu sędzia Monika Gądek-Tamborska. – „Należy stwierdzić, że rozprawa w dniu 28 września 2018 roku odbywała się jawnie (także z udziałem publiczności, w tym przedstawicieli prasy i telewizji), z poszanowaniem godności i prawa uczestnika, pełnomocnika wnioskodawcy do realizacji prawa do obrony, w tym zgłaszania twierdzeń i wniosków dowodowych”– czytamy w oświadczeniu. Dodajmy, że Sąd Apelacyjny w Krakowie, do którego odwołał się Tarczyński, podtrzymał wyrok kieleckiego sądu.

Kto brał udział w tej rozmowie?

W 2013 r. Morawiecki – o czym dziś chyba wolałby zapomnieć, tak przynajmniej wynika z jego wiecowych wystąpień – znajdował się w biznesowo-towarzyskim kręgu Platformy Obywatelskiej. Ujawniona właśnie przez Onet.pl rozmowa potwierdza to w pełnej rozciągłości.

Oprócz Morawieckiego w rozmowie nagranej w restauracji „Sowa i Przyjaciele” brali także udział prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło (to wieloletni przyjaciel Morawieckiego, jeden z niewielu, którzy zachowali stanowisko po wyborach i to dlatego, że załatwił mu to Morawiecki), prezes PGE Krzysztof Kilian (wieloletni przyjaciel Donalda Tuska) oraz jego zastępczyni Bogusława Matuszewska. Spotkanie odbyło się wiosną 2013 r.

Niewyjaśniona afera podsłuchowa to problem nas wszystkich

Z kim z rządu PO kontaktował się Morawiecki?

Morawiecki, jak wynika z rozmowy, chce zaimponować swoim rozmówcom kontaktami z ludźmi premiera Tuska. Opowiada o kontaktach z Janem Krzysztofem Bieleckim, ówczesnym szefem doradców Donalda Tuska, oraz szefem Kancelarii Premiera Tomaszem Arabskim. „Chciał zobaczyć się ze mną w poniedziałek, o różnych inwestycjach porozmawiać. Nie wiem, co to znaczy. To Arabski. JKB (Jan Krzysztof Bielecki – red.)… JKB chce porozmawiać, ale przy śniadanku o różnych tam sprawach. Kilka razy się Arabski ze mną kontaktował, ale wczoraj się mieliśmy spotkać na koniec dnia… Co godzinę przysyłał esemesy, że mnie przeprasza, bo tu Cichocki, tutaj to, Tusk, a na koniec, że nie da rady” – relacjonował Morawiecki.

Ludwik Dorn: Morawiecki, poszlaki, pytania

Nie zaprzeczał, gdy w dyskusji pojawia się wątek jego możliwego wejścia do rządu Platformy na stanowisko ministra skarbu. „Wczoraj dzwonił do mnie Fogelman (adwokat Lejb Fogelman – red.)” – opowiada Jagiełło. „Mówi mi: »Słuchaj, ten twój przyjaciel z Walczącej (chodzi o Mateusza Morawieckiego, który w latach 80. działał w „Solidarności Walczącej” założonej przez jego ojca Kornela – red.) ma zostać właśnie ministrem skarbu«”. Morawiecki nie tylko nie zaprzecza informacjom Fogelmana, ale też mówi o słabnącej pozycji Mikołaja Budzanowskiego, którego miałby zastąpić na stanowisku ministra skarbu. Opowiada również o swojej rozmowie z Tomaszem Misiakiem, byłym senatorem PO: „Rzekomo Schetyna mu powiedział, że w czerwcu Budzanowski jest out. To była informacja z przedwczoraj (…). Równie dobrze może to być plotka Tuska, wypuszczona z różnych względów”.

Co Morawiecki myślał o OFE?

Premier bardzo krytycznie wypowiedział się na temat Otwartych Funduszy Emerytalnych. Twierdził, że Donald Tusk będzie miał z OFE spore problemy. „Jakieś, wiesz, OFE, nie? To zapytaj tam Johna, co oni o OFE myślą, to za chwilę zrobią nam, jakieś tam, wiesz, ruchu na akcjach takie, srakie. OFE pierd….ć nam w dół, wiesz, wyceny. Donald się nie zauważy, jak będzie, wiesz, miał bardzo poważny problem, nie. I tak jeździsz po tym świecie, tak się zastanawiasz, wiesz, gdzie jest ta różnica, poza tym, że oczywiście trzysta lat temu daliśmy du..y i zamiast mieć porządnie Oświecenie (…) to się bawiliśmy w jakieś tam liberum veto, demokracje szlacheckie i tak dalej”.

Co Morawiecki myślał o europejskich przywódcach?

Przy stole u „Sowy i Przyjaciół” Morawiecki z uznaniem wypowiada się o europejskich przywódcach: „Ja trochę tę historię znam i lata trzydzieste ch…a nie wyciągnęły Stany Zjednoczone. Wojna wyciągnęła. Natomiast jedna taka rzecz, że mam absolutnie pozytywne zdanie o Merkelowej, Sarkozym czy jak tam się ten nowy nazywa, Hollande. Że oni w takim świecie, jak dzisiaj są, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo ku i edukacja za darmo, oni tą krzywą, która wiesz, tak szła co do oczekiwań, oni muszą ją odkręcić, nie. I takie rzeczy się dzieją. (…) To, co robi Merkelowa… Ona działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa, czyli oczekiwaniach. Management of expectations. Jak ludzie ci zapier…ją za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała”.

Mówił też o potrzebie obniżenia oczekiwań: „(…) My nie wiemy, ale być może zakończy się to dobrze, jeżeli my, ludzie, we the people, prawda, a już zwłaszcza we the people w Niemczech czy w Hiszpanii, we Francji, musimy obniżyć nasze oczekiwania. Bo jak obniżymy, to w ślad za tym wszystko pójdzie dobrze, się da zreperować. Będziemy zapier….ć i rowy, kur…a, kopać, a drudzy będą zakopywać, będziemy zadowoleni. Będziemy (…) wtedy my jako ludzie mniejsze firmy mieć emerytury. Mniejsze oczekiwania”.

Mateusz Morawiecki mówił też, że oczekiwania ludzi zostały zbyt mocno rozbudzone, a „najlepszym lekiem na zmniejszenie tych oczekiwań zawsze była wojna. Wojna zmienia perspektywę w pięć minut”.

Co Morawiecki myślał o emigrantach?

Jego zdaniem, co ujawnił w tej rozmowie, dysproporcje rozwojowe doprowadzą do tego, że Europę zaleją imigranci z Afryki. „W Nigerii jest więcej osób poniżej siedemnastego roku życia niż w całej Europie. Całej łącznie z Rosją”. Jego rozmówczyni – Matuszewska – stwierdziła, że oni kiedyś przypłyną do Europy. Na to Morawiecki: „No kur…a. Wiesz, kiedyś przypłyną, kiedyś coś zrobią. Te iphony pokażą im: tu żyje się tak, a tu tak. I co my zrobimy jak flotylla tratw kur…a, nawet tam z północy Afryki będzie na południe? Będziemy strzelać, będziemy odpychać ich, wiesz”.

Gdzie jest jeszcze jedna taśma Morawieckiego?

Z akt sprawy, które przeczytali dziennikarze Onetu, wynika, że kelnerzy i biznesmeni, którzy nagrywali polityków, zarejestrowali jeszcze jedną rozmowę, na której Mateusz Morawiecki omawiał z jakimś nieznanym mężczyzną zakup nieruchomości na tzw. słupy, czyli podstawione osoby. Tego nagrania nie ma jednak w aktach śledztwa i nie wiadomo, gdzie ono się znajduje. Kelnerzy zeznali tylko, że przekazali je Markowi Falencie, biznesmenowi, który został uznany przez sąd za mózg całej afery taśmowej.

Jak na taśmy Morawieckiego reaguje PiS?

Partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje zdezawuować nagranie ujawnione przez Onet. „Stare taśmy” i „odgrzewany kotlet” – mówią przekazem dnia politycy tej partii. Sam Mateusz Morawiecki w swoim wywiadzie dla Polsat News tłumaczył: „To informacje, które są znane w Warszawie od trzech, czterech lat”. Według premiera „jest rzeczą jasną, że komuś nadepnęliśmy bardzo poważnie na odcisk”, i dlatego właśnie – jego zdaniem – te nagrania wypłynęły.

Prawda jest taka, że na przełomie 2015 i 2016 roku „Newsweek” i Radio ZET opublikowały tylko fragmenty stenogramu, który był w aktach śledztwa dotyczącego afery taśmowej. Onet.pl ujawnił całe nagranie. Beata Mazurek też uważa, że to „bardzo skoordynowany atak”, bo – jej zdaniem – „dobrze wiadomo, jaki wydawca stoi za tymi mediami. Pozbawiliśmy mafie VAT i przestępców podatkowych gigantycznych dochodów. Będą robić wszystko, żeby wrócić do władzy. Będą posuwać się do każdej insynuacji”.

Afera podsłuchowa: Wyrok dla Marka Falenty jest precedensowy

Wizerunkowe kłopoty premiera to problem dla PiS, które uczyniło go twarzą samorządowej kampanii. Stąd histeryczna reakcja na ujawnienie kilku faktów z afery podsłuchowej.

Niewykluczone, że z perspektywy czasu historycy obecny kryzys wizerunkowy wywołany ujawnieniem przez Onet całości nagrania z rozmowy z udziałem Mateusza Morawieckiego w restauracji Sowa&Przyjaciele będą oceniać jako największe wyzwanie dla wiarygodności premiera. Co więcej, kryzys ten wywołała nie tyle publikacja dziennikarzy portalu, ile absurdalna reakcja polityków PiS, która sprowadziła na głowę szefa rządu poważne kłopoty.

W poniedziałek Onet napisał, że w aktach afery taśmowej znajdują się zeznania kelnerów dotyczące rozmowy, w której miał brać udział obecny premier, a wówczas szef BZ WBK. Nagranie tej rozmowy nie zachowało się, nagrywający je kelner nie wiedział, kto był rozmówcą Morawieckiego, zapamiętał tylko, że była mowa o kupowaniu nieruchomości na osoby trzecie. Co więcej, z tekstu wynikało, że sam premier zeznał, iż kilkakrotnie bywał w restauracjach, w których działała szajka podsłuchowa, więc nagrań może być więcej. Dziennikarze nie postawili premierowi żadnego zarzutu, raczej dziwili się, że w aktach sprawy nie ma śladu po tym, by służby nagrania szukały. A przecież może się ono stać narzędziem szantażu wobec szefa rządu.

Reakcja PiS była histeryczna. Premier mówił, że to atak na niego w związku z tym, że skutecznie likwiduje mafie vatowskie, a rzeczniczka PiS zażądała, by portal ujawnił wszystko, co dotyczy premiera. Redakcja zamieściła więc we wtorek całe nagranie z innej rozmowy, która w aktach się zachowała. To podsłuch rozmowy z 2013 roku, w której brali udział Morawiecki, Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, oraz Krzysztof Kilian, bliski współpracownik Donalda Tuska. Jej fragmenty opisywał już „Newsweek”, lecz całości nagrania dotąd nie ujawniono.

I to nagranie jest już dla premiera kłopotem. Szef rządu nie tylko nie stroni od słowa „k…” (a pamiętać trzeba, że Jarosław Kaczyński mocno krytykował knajacki język w podsłuchanych rozmowach), nie tylko wypowiada się pozytywnie o Angeli Merkel, nie tylko zastanawia się, czy nie trzeba będzie strzelać do uchodźców, ale przede wszystkim wydaje się świetnie towarzysko i politycznie osadzony w środowisku PO. Wszak przez kilka lat był członkiem Rady Gospodarczej przy Donaldzie Tusku, chwali się zażyłością z jej szefem Janem Krzysztofem Bieleckim, nabija się z Radosława Sikorskiego itd.

Słowem, typowa rozmowa, jakie znamy z dotychczasowych taśm.

Jednak dla Morawieckiego to poważny kłopot. A właściwie dla jego wiarygodności. Premier wyrósł bowiem na jednego z najważniejszych liderów prawicy przez ostrą krytykę postkomunizmu, wypaczeń III RP i działań poprzedników w szczególności. Nagrania pokazują jednak, że wśród elit III RP, której wiele razy zarzucał demoralizację, sam czuł się doskonale. I tu pojawia się pytanie o wiarygodność szefa rządu. Już kiedyś pytałem, kiedy premier jest sobą: gdy walczy o umiarkowany elektorat czy wówczas, gdy mówi radykalne tezy miłe dla ucha radykalnego pisowskiego wyborcy. Teraz dochodzi kolejne pytanie: kiedy premier był sobą, czy gdy w czasach rządów PO przebywał wśród ówczesnych elit, czy dziś, gdy zarzuca im wszystko, co najgorsze.

Ten wizerunkowy kryzys jest problemem nie tylko dla szefa rządu, ale i dla całego obozu dobrej zmiany. Morawiecki stał się twarzą kampanii wyborczej PiS w wyborach samorządowych. Jego dzisiejsze problemy mogą rzutować na cały wynik PiS, szczególnie wśród wyborców umiarkowanych.

PiS ma tego świadomość, dlatego odpowiedziało ostrzałem artyleryjskim. Odwołując się do faktu, że Onet należy do niemiecko-szwajcarskiej grupy Ringer Axel Springer, politycy PiS twierdzą, że to Niemcy wypowiedzieli wojnę polskiemu rządowi i że to próba zamachu stanu itp. Jeśli za aferą taśmową stoją Niemcy, to znaczy, że to oni w 2014 r., wypuszczając pierwsze taśmy, doprowadzili do przegranych przez PO wyborów. Czy to więc Niemcy obalili rząd, który według PiS służył niemieckim interesom? Mało logiczne. Ale dwa i pół tygodnia przed wyborami nie liczy się logika, lecz emocje.

Rozpoczyna się nowa batalia o kształt polskiego sądownictwa. W środę do Trybunału Sprawiedliwości UE trafiła skarga Komisji Europejskiej, kwestionująca reformę Sądu Najwyższego jako sprzeczną z wartościami, na których opiera się Unia. Wiele wskazuje na to, że skarga (jej treść nie została jeszcze ujawniona) może dotyczyć nie tylko obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN, ale również procedury wyłaniania nowych sędziów przez nową KRS. Wskazuje na to komunikat KE, opublikowany tuż po podjęciu decyzji o wysłaniu skargi do Luksemburga.

Jeżeli to się potwierdzi, będzie to sąd nad całą reformą wprowadzoną przez PiS, a nie jedynie jej elementem dotyczącym przechodzenia w stan spoczynku sędziów SN.

Pozew już w Luksemburgu

Formalne wpłynięcie skargi do TSUE jest o tyle istotne, że od tego momentu jego sędziowie mogą rozpocząć działania przeciwko Polsce, w pierwszym kroku zamrażając stosowanie kontrowersyjnych przepisów. Przeciwnicy reformy sądownictwa bardzo liczą, że taki krok zostanie podjęty błyskawicznie, gdyż w ten sposób uda się zablokować pędzącą wymianę kadr w SN, zanim zostanie zrealizowana. A może to nastąpić już pod koniec października.

Sprawa jest precedensowa. Trudno przewidzieć, jak zachowa się Trybunał w Luksemburgu, i niekoniecznie musi być to zbieżne z oczekiwaniami obrońców dotychczasowego ładu sądowego w Polsce. Raczej nie należy się spodziewać, że zamrożenie przepisów nastąpi od razu. Jak wskazują eksperci, podjęcie decyzji w tej sprawie może zająć nawet kilka tygodni. A wszystko zależy od tego, czy TSUE da rządowi w Warszawie czas na wniesienie swoich uwag przed podjęciem decyzji. W tak poważnej sprawie jest to wysoce prawdopodobne.

Oczywiście, nawet jeżeli TSUE zdecyduje się na taki krok, to od państwa członkowskiego będzie zależało, czy faktycznie zamrozi przepisy. Patrząc na retorykę polityków prawicy, raczej trudno zakładać, że PiS je uzna i wycofa się z forsowania reformy na tym etapie. Bardziej prawdopodobne jest przyspieszenie wymiany kadr w SN, a także manewrowanie przepisami o SN poprzez kolejne nowelizacje ustaw, by wytrącić Trybunałowi podstawę do osądzenia sprawy.

Politycy PiS wydają się gotowi do pójścia na zwarcie z Brukselą i z TSUE na osiem miesięcy przed wyborami do europarlamentu. Zapewne liczą na to, że późną wiosną układ sił w UE diametralnie się zmieni.

Morawiecki przez całe swoje życie był częścią establishmentu III RP, czyli dokładnie tego środowiska, które dziś atakuje, oskarżając o zdradę, wyprzedawanie majątku. To pokazuje też, że droga, którą przeszedł Morawiecki, nie jest drogą ideowej ewolucji, tylko drogą konformizmu i drogą pójścia po trupach w karierze – mówi nam o taśmach Morawieckiego dr Marek Migalski, politolog. – Teraz kluczowym pytaniem jest, dlaczego to wyciekło z prokuratury. Bo kto jest dziś jej szefem? Zbigniew Ziobro. Zdziwiłbym się, gdyby on za tym nie stał, a jeżeli mam rację, to oznaczałoby to, że mamy początek wojny, tej najpoważniejszej z możliwych. Może właśnie oddano strzał z Aurory, rozpoczynający tę największą wojnę o przywództwo w obozie postkaczyńskim – dodaje. Pytamy też o wybory samorządowe, przyszłość Roberta Biedronia i zjednoczenie lewicy.

JUSTYNA KOĆ: Taśmy Morawieckiego to odgrzewany kotlet czy taśmy prawdy?

MAREK MIGALSKI: Jedno i drugie. Jest odgrzewany kotlet, bo te taśmy nie pojawiły się teraz, tylko trzy lata temu, ale to nie oznacza, że na tych taśmach nie ma prawdy, że nie dowiadujemy się z nich rzeczy, które mówią nam coś o ludziach, o świecie i polityce. Zwróciłbym przede wszystkim uwagę na to, skąd te taśmy wyszły. Dziś

wiemy, że problemem nie są same taśmy, tylko zapisy z postępowania prokuratorskiego, na których dzisiejszy premier wygląda bardzo źle. Z zapisów zeznań świadków, którzy opowiadają o tym, co Morawiecki tam mówił, czyli że za pomocą „słupów” dokonywał zakupów nieruchomości, wynika, że to wygląda tak, jak w przypadku tych, z którymi walczy dziś komisja reprywatyzacyjna, którzy uczynili z krzywdy ludzkiej dochodowy biznes.

Teraz kluczowym pytaniem jest, dlaczego to wyciekło z prokuratury. Kto jest dziś szefem prokuratury? Zbigniew Ziobro. Zdziwiłbym się, gdyby on za tym nie stał, a jeżeli mam rację, to oznaczałoby to, że mamy początek wojny, tej najpoważniejszej z możliwych. Media pisały o wojnie Jurgiela z Zielińskim na Podlasiu. Tymczasem najpoważniejszą wojną byłaby wojna Ziobry z Morawieckim, Macierewiczem, Brudzińskim. Może właśnie oddano strzał z Aurory, rozpoczynający tę największą wojnę o przywództwo w obozie postkaczyńskim.

Zaczyna się walka o to, kto po prezesie?
Tak, a to by oznaczało również, że zdrowie prezesa jest gorsze niż wszyscy myślimy, bo

jeśli ta bomba została odpalona za zgodą Zbigniewa Ziobry, to oznacza, że wybrał moment, który uważał za najlepszy.

Gdyby było inaczej, to oczywiste jest, że za taką nielojalność w ramach obozu, i to wobec pupila prezesa, czekałyby konsekwencje.

Mnie zastanawia jeszcze jeden fakt. Porównywalne słowa jak te premiera Morawieckiego zmiotły rząd PO-PSL i doprowadziły do zwycięstwa w wyborach PiS-u. Teraz te słowa nie robią na opinii publicznej większego wrażenia.
Nie zgadzam się z panią. Trend w sieci pokazuje, że w ostatnich kilku godzinach #taśmymorawieckiego są najpopularniejszym tematem wyszukiwań w Internecie. Do opinii publicznej takie sprawy zawsze docierają z opóźnieniem. Na początku sprawą zajmują się dziennikarze i politycy, potem politolodzy, a dopiero później opinia publiczna. My jeszcze nie znamy skutków politycznych ujawnienia tych taśm. Z drugiej strony odgrzewanym kotletem zawsze jest trudniej uderzyć niż żywą kością. Po trzecie, to że nie widać po upublicznieniu tych taśm trzęsienia ziemi, jest dowodem na to, jak mocno PiS osiadł w mediach.

Media publiczne się o tym nie zająkną, media posłuszne rządowi od razu nazwą to fakenewsami i niemieckim krzykiem. To też pokazuje, jak bardzo media przed 2015 rokiem były krytyczne w stosunku do władzy. Przypominam, że to nie „Gazeta Polska” ujawniła te taśmy, ani środowisko Karnowskich, tylko dziennikarze, o których mówiono, że są zwolennikami PO.

Same taśmy pana zdaniem uderzają w premiera?
Te taśmy nie dyskredytują Morawieckiego, dlatego że przeklina, choć oczywiście ten obraz przeklinającego w co trzecim zdaniu Morawieckiego jest odmienny od tego, co dostajemy na co dzień, czyli dobrego gospodarza, pochylającego się nad furmanką, nad twarogiem, od którego kręci mu się w głowie. Na tych taśmach wygląda na bankstera, myślącego i mówiącego jak bankster. To pokazuje jego obecną sztuczność. To pokazuje też, że Morawiecki przez całe swoje życie był częścią establishmentu III RP, czyli dokładnie tego środowiska, które dziś atakuje, oskarżając o zdradę, wyprzedawanie majątku. To pokazuje też, że droga, którą przeszedł Morawiecki, nie jest drogą ideowej ewolucji, tylko drogą konformizmu i drogą pójścia po trupach w karierze. Trzecie, co mnie najbardziej zszokowało i jest najbardziej przerażające, to to, że na chwilę dotknęliśmy rzeczywistości na innym poziomie i

okazało się, że na najwyższych szczeblach biznesowo-politycznych rozważana jest wojna jako sposób rozwiązania problemów ekonomicznych.

My już to wiedzieliśmy po lekturze „Kapitału XXI wieku” Piketty’ego, że wojna przynosi wyrównanie szans, spłaszczenie rozwarstwienia społecznego i czasami potrafi być ozdrowieńczo ekonomiczna. Na tych taśmach jest to jeden z rozważanych scenariuszy; jeśli pewne reformy Sarkozy’ego i Merkel się nie powiodą, to rozwiązaniem jest konflikt wojenny. To szokujące i przerażające i na tych taśmach pada to expressis verbis, Bardzo poważny polski bankster mówi, że jeżeli nie uda się zaspokojenie oczekiwań społecznych, to jedynym rozwiązaniem będzie wojna światowa. Komentatorzy to pominęli, a moim zdaniem to jest najciekawsze i najstraszniejsze w tych taśmach Morawieckiego.

Na chwilę zajrzeliśmy do pokoju, gdzie przy 30-letniej brandy i kubańskich cygarach decyduje się o losach świata.

A jak wytłumaczyć to, że premier zostaje uznany przez sąd za kłamcę, wypływają taśmy Morawieckiego, mamy aferę radomską, gdzie okazuje się, że politycy załatwiają swoje interesy kosztem zwykłych ludzi, i nic się nie dzieje? Parę lat temu jedno z tych wydarzeń doprowadziłoby do upadku rządu lub zawczasu ten sam podałby się do dymisji. Czy tu może działać ten sam syndrom, że do ludzi to jeszcze nie dotarło?
Moim zdaniem tak. Oczywiście jest tak, że do dwóch kategorii ludzi to nigdy nie dotrze. Pierwsza to ci, którzy nie interesują się polityką, nie czytają, nie oglądają telewizji i maja politykę gdzieś. Druga to elektorat PiS-u, który nawet jak o tym usłyszy, to wyprze. To się da wytłumaczyć neurobiologicznie; ta informacja po prostu przeleci przez ich zwoje mózgowe i się nawet nie zatrzyma. Natomiast do reszty dotrze i pewne jest, że jakieś straty dla PiS-u wyrządzi. To wszystko pokazuje PiS w takim świetle, w jakim oni ukazują swoich przeciwników politycznych. Efekt tego w końcu będzie, ale nie jestem w stanie oszacować, jak duży.

Mówiąc obrazowo, miała być „dobra zmiana”, a tymczasem drogi ekspresowe są wyznaczane według poleceń politycznych, sędzia Milewski dalej sądzi, mafie dalej działają, spółki Skarbu Państwa są obsadzane kolesiami partyjnymi. Ta afera radomska pokazuje, że – mówiąc językiem Lampedusy – „wiele musiało się zmienić, żeby nic się nie zmieniło”.

Czyli brutalizacja życia publicznego?
Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień przyzwyczajamy się do coraz większej brutalności języka, cyniczności polityków.

Przysłuchuję się nie tylko polskiej debacie politycznej, ale też tym zagranicznym. 90 proc. słów, które pada w polskiej debacie publicznej, w brytyjskim parlamencie skazałoby deputowanego na infamię. Koledzy, nawet z własnej partii, nie podawaliby mu ręki.

Rok temu jeden z polityków brytyjskich powiedział do swojego przeciwnika „pan kłamie”. Proszę sobie wyobrazić, że został on ukarany przez własną partię, a rzecznik dyscypliny partyjnej nakazał mu przeprosiny. Jak porówna to pani z językiem, który jest używany u nas – mówi się o zdradzie, targowicy, idiotach, psychopatach, zdrajcach, mordercach, kanaliach – to widać, gdzie jesteśmy. Nie ma się co dziwić, że premier skłamał i dalej sprawuje rządy. Przecież po tym wyroku politycy PiS-u mówili, że wygrali ten proces, a to kłamstwo w żywe oczy. Gdy prezydent Duda powiedział o Unii jako wspólnocie, z której nic nie wynika, następnego dnia pani wicepremier Szydło poszła do radia i powiedziała, że przecież to jest jasne, że mówił ogólnie, a nie o UE.

Oni potrafią kłamać w żywe oczy i nie ponoszą za to żadnych konsekwencji, więc tym bardziej nie ma mowy o dymisji rządu.

W ostatnim swoim tekście w „Rzeczpospolitej” pisze pan o nadchodzących wyborach samorządowych. Naprawdę uważa pan, że frekwencja może w nich osiągnąć ponad 50 proc.?
Jestem o tym przekonany i nawet mogę się z panią o to założyć. To prawda, że do tej pory w wyborach samorządowych frekwencja nigdy nie była wyższa niż 50 proc., ale tym razem ta magiczna bariera może być przekroczona, ponieważ to będzie trochę jak plebiscyt „za” czy „przeciw” rządowi. Po pierwsze, zwolennicy, jak i przeciwnicy władzy chcą wyrazić swoją zgodę bądź niezgodę na to, co się dzieje w kraju. Po drugie, narasta konflikt społeczny i wbrew temu, co twierdzą politolodzy – jak jest mocny konflikt społeczny, to ludzie nie idą na wybory, bo są zniesmaczeni – moim zdaniem tu będzie odwrotnie.

Ten konflikt spowoduje właśnie dużą frekwencję, bo narastają emocję, które zachęcają ludzi do wyrażenia swojego poparcia dla opozycji bądź wobec rządzących.

Czy Robert Biedroń chce uciec do Parlamentu Europejskiego, czy naprawdę zjednoczyć lewicę? 
Wiemy, że wybory do PE będą pierwszym testem tej inicjatywy i mówiąc cynicznie, oczywiście, że Biedroniowi będzie lepiej w Brukseli niż w Słupsku. Oczywiście nie odbieram mu prawa do patriotyzmu i jeżeli ten eksperyment się uda, to będzie on głównym rozgrywającym po wyborach europejskich. Pamiętajmy, że te parlamentarne są pół roku po wyborach do PE. Jeżeli zdobędzie w nich ok. 10 proc., to jego pozycja będzie przynajmniej taka jak SLD. Jeżeli nie, to pewnie pójdzie drogą Barbary Nowackiej i zasili lewe skrzydło Koalicji Obywatelskiej. Tak czy inaczej, nie zniknie ze sceny politycznej. Pamiętajmy, że

wybory europejskie są najlepsze dla takich inicjatyw jak ta Roberta Biedronia, bo frekwencja jest w nich prawie o połowę niższa niż w parlamentarnych.

Dodatkowo w wyborach do PE idą zazwyczaj duże miasta, ludzie wykształceni, lepiej sytuowani, czyli potencjalny elektorat Biedronia. Skoro odpalać taką inicjatywę, to na pewno nie w wyborach samorządowych, gdzie liczą się tysiące działaczy, aparat partyjny i prawdopodobnie Biedroń nie miałby większych szans.

Jak poradzi sobie w wyborach samorządowych Koalicja Obywatelska?
Po pierwsze, bardzo racjonalną decyzję podjęła Katarzyna Lubnauer, aby pójść do wyborów samorządowych z PO, bo te wybory są śmiertelnie niebezpieczne dla małych ugrupowań. To samo zresztą czuje Kukiz, narodowcy, Korwin. Tu liczą się wielkie, silne struktury i duże pieniądze. To samo zatem można powiedzieć o Barbarze Nowackiej. Myślę, że dodatkowo wkurzyła ją już niemoc na lewicy, która się ciągle jednoczy i nic z tego nie wynika. Sama Koalicja Obywatelska przyjęła dobrą strategię, polityzując te wybory, chociaż pewnie ich jeszcze nie wygra. PiS przyjął z kolei taktykę usypiania wyborców wmawiając, że tu chodzi tylko o budowę dróg i mostów.

Taktyka Rafała Trzaskowskiego czy innych kandydatów KO, którzy ze swojej antypisowskości zrobili swój największy atut, moim zdaniem jest słuszna. Hasło „zagłosujcie na nas, bo inaczej PiS wejdzie także do samorządów”, może przynieść skutek.

Koalicja Obywatelska może nie utrzymać wszystkich 15 województw, w których rządzą, ale mogą stworzyć więcej koalicji w sejmikach.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie można wykluczyć, że w walce z Morawieckim o prezydenturę mógł Duda zawrzeć przymierze ze Zbigniewem Ziobrą i Mariuszem Kamińskim.

Andrzej Duda w wywiadzie dla „Sieci” chwali się, że za jego sprawą Polska zyskuje moc, taki zresztą jest tytuł wywiadu, wybity na okładce. Tę moc zyskuje dzięki wizycie w Białym Domu, bo prezydent powołuje się głównie na Trumpa, który zaliczył go (jako reprezentanta Polski) do „kluczowych partnerów strategicznych USA”.

Z tej mocy Duda nawet nie mógł znaleźć krzesła w Gabinecie Owalnym, aby się posadowić obok „strategicznego partnera”. Bracia Karnowscy stawiają głowie państwa bardzo obłe, owalne pytania, które czynią wywiad nieinteresujący, niewart czasu na czytanie.

Ale jedno pytanie jest najważniejsze, cały wywiad poprzez nie nabiera kolorów, tym interesownym bliźniakom bodaj o to chodzi. Pytanie dotyczy reelekcji. I ono ma moc, zdradza sympatie Karnowskich, gdzie lokują swoje nadzieje: – „Nie czytał pan prezydent tych plotek o ewentualnym starcie premiera Morawieckiego w wyborach prezydenckich?”. Duda się wije jak piskorz: – „Media co chwila o to pytają, spekulują, taka jest wasza rola”. Po czym z tej mocy prezydent błaga: – „Błagam, zatrzymajmy się w tych publicystycznych dywagacjach”. Bracia Karnowscy, jak Trump, zostawiają Dudę w „strategicznej” pozycji i wywiad toczy się dalej gładko.

Ale na innej kolumnie tygodnika „Sygnalista nadaje” przyłbica jest podniesiona i bez owijania w bawełnę zostało napisane: – „Zdaniem „Faktu” obecny premier Mateusz Morawiecki może być kandydatem PiS na prezydenta. W takim scenariuszu Andrzej Duda nie dostałby poparcia macierzystej partii. Rzeczywiście taka plotka od dość dawna krąży po Warszawie. Ale to scenariusz bardzo ryzykowny. Bo w Pałacu Prezydenckim stawiają sprawę jasno: jeśli PiS nie wystawi Dudy, to on i tak wystartuje”.

Duda może się pocieszać, że on z tej mocy stoi, bo Morawiecki wygląda, jakby leżał. Cios, jaki zadała Morawieckiemu taśma z afery podsłuchowej, raczej nie wyszedł z Kancelarii Prezydenta. Nie można jednak tego wykluczyć, bo w walce o stołek mógł Duda zawrzeć przymierze ze Zbigniewem Ziobrą i Mariuszem Kamińskim. Wszak tego ostatniego ułaskawił z wyroku trzech lat więzienia.

Morawiecki dostaje następne ciosy. Leżący premier dostaje po raz drugi od Sądu Najwyższego, który wydawało się, że został ograny. Za wcześnie trąbiły te wszystkie fanfary w PiS, gdy ZUS w Jaśle wycofał skargę do Sądu Najwyższego, a ten sformułował na tej podstawie pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE. Sąd Najwyższy obchodzi sztuczkę ZUS i zadaje TSUE te same pytania, ale w oparciu o inną sprawę, już bez ZUS-u. Prosi o połączenie tych spraw i zastosowanie trybu przyspieszonego, który tryb ta pierwsza sprawa już ma.

Jakby tego było mało Morawiecki dostaje plombę od Junckera i Timmermansa, którzy w imieniu Komisji Europejskiej składają do TSUE skargę w sprawie Sądu Najwyższego, a tak naprawdę w sprawie niepraworządności. W tym ostatnim wypadku mamy do czynienia zdecydowanie z czymś groźniejszym, z możliwościami sankcji finansowych, które mogą zostać nałożone na Polskę. Morawiecki leży, wcale nie na ringu, ale w klatce sportów walki i okłada go bynajmniej nie Duda.

Pewnie wielu z Państwa już to widziało, ale „Kler” przy tym to małe piwo.

Morawieckiego widmo afery podsłuchowej

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie zamierza wycofywać się ze zmian w wymiarze sprawiedliwości. Dlaczego? „Ona jest potrzebna dla sprawnego funkcjonowania państwa” – zadeklarował. Jak podkreślił, aż 80 proc. społeczeństwa chce reformy w tym obszarze, dyskretnie przemilczając fakt, że trudno postawić znak równości między powszechnie wyrażaną potrzeby reformy, a łamaniem konstytucji. Na to ostatnie nie widać zapotrzebowania społecznego.

Mateusz Morawiecki skomentował też status prof. Małgorzaty Gersdorf. – „Pani Gersdorf jest dla mnie profesor, która była I prezes Sądu Najwyższego” – wyjaśnił, jak rozumie jej obecną sytuację zawodową. Zastrzegł, że nie będzie ujawniał swojej rozmowy z nią.

Premier odniósł się również do nakazu sprostowania jego słów, który wydał sąd. – „To nie zaszkodzi kampanii PiS dlatego, że pokazujemy, że dotrzymujemy słowa” – powiedział. – Użyłem słowa „wydajemy”, a powinniśmy użyć „wydamy”, bo dopiero 3 dni później przyjęliśmy na radzie [Radzie Ministrów – przyp. Red.] tę sprawę” – powiedział. Tymczasem „prawda jest taka, że my wydajemy, dzisiaj już, 1 mld 300 mln i te pieniądze są już, że tak powiem, skonsumowane na drogi lokalne, a fundusz, który utworzyliśmy, to fundusz 6 mld” – pochwalił swój rząd. Zauważył też, że „nawet sąd, który jest bardzo surowy dla PiS, nie nakazał żadnych przeprosin”. Morawiecki uznał natomiast, że to PO powinno przeprosić za to, że tak mało budowało i remontowało dróg lokalnych. – „Platforma kłamała, kłamie i będzie kłamać w takich sytuacjach” – zaznaczył, wywijając kota ogonem.

Premier uważa też, że informacje o jego nagraniach z restauracji „Sowa i Przyjaciele” nie są niczym nowym. – „To są informacje, które w Warszawie są znane od 3 czy 4 lat” – powiedział nonszalancko o swoich nagraniach, które ujawnił portal Onet. Morawiecki uważa natomiast, że data ich wypłynięcia jest „nieprzypadkowa”. – „Sorry panowie, ale to niestety wasze afery” – dodał.

W trakcie wywiadu padły też słowa dotyczące opozycji, czy raczej mediów. – „Jak czasami pytam moich współpracowników w sztabie wyborczym: jak tam opozycja? Co oni robią? To często mi mówią: ale która opozycja? Cytuję: TVN czy Fakt? Mówią, że w pierwszej kolejności zawsze trzeba popatrzeć, co tam „Fakty” [podają – dop.]”  – opowiadał Mateusz Morawiecki.

Premier został również poproszony o skomentowanie słów swojego ojca Kornela Morawieckiego, który stwierdził, że to Rosja i USA powinny zdecydować o obecności stałych baz NATO w Polsce. – „Muszę powiedzieć, że jestem bardzo zaskoczony tymi słowami. Chociaż wydawało mi się, że niewiele jest rzeczy, które mogłyby mnie zaskoczyć. Ma prawo do swoich poglądów” – powiedział wymijająco i dodał, że on sie z tym „oczywiście” nie zgadza. Cóż, konieczność łagodzenia słownych wyskoków ojca w przestrzeni medialnej trudno nazwać miłym zadaniem. Można odnieść wrażenie, że temperamentny Kornel Morawiecki próbuje „premierować” za syna…

Na koniec rozmowy Morawiecki pogratulował polskim siatkarzom wygranej na Mistrzostwach Świata. – „To jest coś fenomenalnego” – ocenił premier. Rozmowa Bogdana Rymanowskiego z Mateuszem Morawieckim była debiutem dziennikarza w nowej stacji.

PMM: Prowadzimy reformę sądów zgodnie z Konstytucją i zasadami, które obowiązują w UE. Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę

– Dzisiaj muszę powiedzieć uczciwie, że uważam, że my tę reformę [wymiaru sprawiedliwości] prowadzimy nie tylko zgodnie z Konstytucją, najlepszym interesem społeczeństwa, ale również zgodnie z pewnymi zasadami, które w UE obowiązują. My utworzyliśmy instytucje, które są nawet bardziej poddane kontroli środowiska sędziowskiego, np. KRS, niż to jest w innych krajach członkowskich – stwierdził premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Wydarzenia i opinie” Polsat News.

– Myślę, że tak, tutaj jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę, a to dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego – dodał PMM.

– To nie jest film przeciwko wierze, on powinien być wstrząsem – mówił w TVN24 Janusz Gajos o „Klerze”. Aktor wcielający się w rolę biskupa Mordowicza stwierdził też, że informacje o rekordowej oglądalności filmu dodają otuchy.

– To nie jest film przeciwko wierze, nie przeciwko Kościołowi – mówił w „Kropce nad i” w TVN24 Janusz Gajos, odtwórca jednej z głównych ról w filmie Wojciecha Smarzowskiego „Kler”.

– Na pewno jest przeciw Kościołowi jako instytucji, która jest daleka od duchowości, że to jest rodzaj teatru, który ma swoją kurtynę, za którą dzieją się różne rzeczy. Jak się tam zagląda, to wywołuje wielki sprzeciw – kontynuował wywód na temat „Kleru” Gajos.

Aktor powiedział, że nie wahał się, czy zagrać postać biskupa Mordowicza (ps. „Morda”) u Wojciecha Smarzowskiego. – Zapytałem tylko, czy pewne zachowania w scenariuszu są udokumentowane – powiedział Gajos.

Gajos o „Klerze”: Ten film powinien być wstrząsem

Olejnik zapytała, który moment był najtrudniejszy w filmie. Jak powiedział Janusz Gajos, to chwila, gdy biskup Mordowicz mówi „dobra robota”, gdy dowiaduje się, że w końcu zebrano informacje na temat nadużyć seksualnych jednego z duchownych.

Ten film powinien być takim wstrząsem i myślę, że będzie taki wstrząsem. Wiemy o wielu przypadkach, jakie nie mieszczą się w głowie. Jest pewnego rodzaju ochrona ludzi, którzy dopuszczają się rzeczy strasznych. Normalny człowiek zostałby surowo ukarany, oni są ukrywani

– mówił Gajos dodając, że może być irytujące, iż jest pewna kasta, która unika odpowiedzialności, jak to ma miejsce w przypadku duchownych.

Gajos o rekordowej oglądalności „Kleru”: To dodaje otuchy

Monika Olejnik przywołała fragment wypowiedzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, która pojawia się też w filmie w sparafrazowanej wersji: „Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.

To jest w tym filmie, ta kwestia, którą wygłasza biskup Mordowicz. To jest taka sfera, gdzie ten dostęp do jawności, możliwości rozmowy, wymiany argumentów, nie dochodzi. Jest taka ściana, a za nią dzieją się różne rzeczy

– odpowiedział Gajos. Pytany, czy film „Kler” podzieli Polaków, aktor stwierdził, że rodacy są już podzieleni, ale informacja, że prawie milion osób już zobaczyło film, „dodaje otuchy”.

Ze skłóconą lewicą nie da się dziś nic zbudować – mówi w rozmowie z nami Barbara Nowacka, która zdecydowała się przyłączyć wraz z Inicjatywą Polską do Koalicji Obywatelskiej. – Pomyślałam, że może czas przestać się bawić w wojenki na lewicy, czekać aż wydarzy się cud i przyjdzie Mesjasz. Oni uważają, że lepiej tonąć wspólnie niż próbować ratować wartości, program. W tych wyborach po stronie „przeciw” nie byłabym w stanie wpisać nic poza ceną osobistą, jaką przyjdzie mi zapłacić, bo będą mnie lżyć jeszcze przez dłuższy czas. Ale ja nie chcę tonąć w niezrozumiałych dla ludzi wojenkach razem z nimi, chcę realizować polityczny program – dodaje

KAMILA TERPIAŁ: Inicjatywa Polska dołączyła do Koalicji Obywatelskiej. Co przesądziło o tym, że pomyślała i powiedziała pani „wchodzę w to”?

BARBARA NOWACKA: Pomyślałam, że dość już podziałów i że ze skłóconą lewicą nie da się dziś nic zbudować. Znamiennym dniem był protest przed Sądem Najwyższym, kiedy nie wiadomo było, czy do gmachu wejdzie prof. Małgorzata Gersdorf. Zebraliśmy się tam wszyscy w jednej wspólnej sprawie, a gdzieś na boku, dość dystansując się stali pojedynczy przedstawiciele lewicowych partii. Niestety, tam nadal nawet w sytuacjach kryzysowych dla demokracji zwyciężają partykularyzmy. Ludzie oczekują od polityków skuteczności we wspólnym działaniu. Właśnie wtedy pomyślałam, że może czas przestać się bawić w wojenki na lewicy, czekać aż wydarzy się cud i przyjdzie Mesjasz.

Polska jest tu i teraz, a za chwilę może jej nie być.

Z kim na lewicy próbowała pani na poważnie rozmawiać?
Organizowaliśmy bardzo dużo wspólnych akcji i spotkań, chociażby projekt Ratujmy Kobiety. Sama zapraszałam przedstawicieli partii lewicowych do zbierania podpisów pod projektem liberalizującym ustawę aborcyjną, bo okazało się, że na takie specjalne zaproszenie czekali… Chociaż na początku wydawało mi się, że to wspólna sprawa. Realnej współpracy i tak nie było, dużo więcej podpisów zebrali zwykli, niepartyjni aktywiści i aktywistki wierzący w sprawę. Przy tej, jak i wielu innych okazjach też były próby rozgrywek i dzielenia się lub udowadniania swojej „najważności”.

Za każdym razem, gdy mogliśmy zrobić coś wspólnego, znajdował się ktoś, kto tego nie chciał, albo chciał zrobić to tak, aby innych przy okazji „utłuc”, zdominować.

Ma pani na myśli Włodzimierza Czarzastego?
SLD miewało ciekawszych przewodniczących. Ale szczerze mówiąc, nie zamierzam zajmować się indolencją tej czy innej partii.

Robiła pani listę za i przeciw?
Nie, ale miałam świadomość, że za chwilę wydarzy się to, co stało się bolączką lewicowej strony sceny politycznej.

Czyli?

Zaszczuwanie każdego, kto nie tkwi z radością we wspólnym kotle, potrafi wyjść poza schemat i postąpić inaczej niż liderzy lewicowej opinii i licznych partii oczekują.

Oni uważają, że lepiej tonąć wspólnie niż próbować ratować wartości, program. W tych wyborach po stronie „przeciw” nie byłabym w stanie wpisać nic poza ceną osobistą, jaką przyjdzie mi zapłacić, bo będą mnie lżyć jeszcze przez dłuższy czas. Ale ja nie chcę tonąć w niezrozumiałych dla ludzi wojenkach razem z nimi, chcę realizować polityczny program.

Jaki? Lewicowy? Oskarżono panią, że zaprzedała się Grzegorzowi Schetynie i zdradziła pani lewicowe ideały.

50 tysięcy obiadów dla dzieci w pilotażowym programie w Łodzi; perspektywa wdrożenia takiego programu w całym kraju; bezpłatna komunikacja dla dzieci i młodzieży, pod którą Inicjatywa Polska zbierała podpisy i wprowadzała w wielu miastach; refundacja in vitro w większości miast i sejmików, w których będzie rządziła Koalicja Obywatelska; ginekolog bez klauzuli sumienia; rozwój infrastruktury, w tym komunikacji publicznej; inwestycje w świeże powietrze; ścieżki rowerowe; szkoła bez chaosu, w której będzie nauczanie antydyskryminacyjne i edukacja seksualna –

to jest raczej katalog wartości lewicowych i elementy programu Koalicji Obywatelskiej. Różnimy się tym, że my będziemy mogli to zrobić, a nie tylko o tym mówić.

A co z liberalizacją ustawy aborcyjnej?
Przed nami na razie wybory samorządowe.

Nie warto teraz o tym rozmawiać?
Temat praw kobiet wraca na każdym spotkaniu. Przypominam, że dwa razy byłam przewodniczącą obywatelskiego komitetu Ratujmy Kobiety, kiedy nikt nie wierzył, że uda się ten projekt do Sejmu wprowadzić. Z najnowszych badań IBRiS dla Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wynika, że powyżej 60 proc. badanych opowiedziało się za liberalizacją prawa aborcyjnego. To już się wydarzyło, świadomość ludzi się zmienia. Ta akcja była pretekstem nie tylko do dwóch debat parlamentarnych, ale także tysięcy rozmów na ulicach miast, miejscowości i wsi.

Demonstracje są ważne i skuteczne, ale trzeba o coś walczyć. W Sejmie leżą dwa projekty liberalizujące ustawę aborcyjną, w tym jeden nasz, złożony przez posłanki i posłów. Do tematu wrócimy i jako IP będziemy zmienić ustawę. Ale do tego trzeba mieć większość.

Koalicja Obywatelska ma przetrwać w takim kształcie do wyborów parlamentarnych?
Zakładam, że Koalicja Obywatelska będzie się poszerzać, a najbliższe wybory pokażą, że współpraca jest dobrą drogą. My się przecież różnimy, chociażby w kwestiach podatkowych, ale umiemy znaleźć zdrowy balans. Z drugiej strony mamy świadomość, że PiS nie zliberalizuje prawa aborcyjnego, a wręcz przeciwnie. Musimy zrobić wszystko, aby temu zapobiec.

Im więcej osób będzie we wszystkich siłach politycznych, także wśród chadeków, przekonanych, że zmiana prawa jest konieczna, tym szybciej odniesiemy sukces. Krzycząc z niszy niewiele, niestety, zmienimy.

Przekona pani do tego polityków PO?
Wierzę, że będzie takie oczekiwanie społeczne. Że nadejdzie normalność. W takich sprawach jak edukacja seksualna czy dostęp do antykoncepcji nie będzie żadnego problemu, a od tego będziemy musieli zacząć. Sporu o liberalizację prawa aborcyjnego nie możemy toczyć z PiS-em u władzy. Więc trzeba władzę zdobyć. Prawa kobiet? Po wygranych wyborach będą szczególnie ważne.

Jak pani, osoba, która nie szczędziła krytycznych słów pod adresem PO, została przyjęta w Koalicji Obywatelskiej?
Przyznam, że całkiem nieźle. Przecież nie ukrywamy tego, że się różnimy. Nowoczesna też powstała przy sprzeciwie do działań Platformy Obywatelskiej.

ak patrzę na dzisiejsze władze PO, jestem przekonana, że oni też wiedzą, że można było inaczej i lepiej, że wielu rzeczy zaniechano lub zaczęto realizować za późno. Wszyscy chyba rozumieją, że Koalicja Obywatelska to jest decyzja strategiczna, w sprawach dużo ważniejszych niż różnice partyjne.

One interesują niektórych dziennikarzy czy aktywnych uczestników sceny politycznej, ale gdyby ci wszyscy użytkownicy Twittera spotkali się z mieszkańcami małych miast, to zobaczyliby, że ci ludzie nie potrzebują informacji o tym, kto komu podał rękę, albo dlaczego jej nie podał. A przecież różnice zdań i poglądów zdarzają się wszędzie. Stawką nie jest to, kto najmądrzejszy i ma rację i najważniejszy szyld, tylko to, żeby Polska była krajem demokratycznym i członkiem UE. To podział dotyczący podstawowych wartości.

Kompromis w polityce jednak jest w cenie?
Wystarczy spojrzeć na PiS, który właśnie dzięki kompromisowi jest u władzy.

Niełatwo było pogodzić na przykład thatcherowskiego Jarosława Gowina z socjalnym programem Solidarnej Polski i rezonującymi raz mocniej, raz słabiej nutami narodowymi. Udało im się znaleźć wspólny cel i tyle.

Ma pani wnieść do Koalicji Obywatelskiej „wrażliwość społeczną”, o tym mówił wprost Grzegorz Schetyna. PO wie, że brakiem takiej wrażliwości przegrała wybory i teraz chce to nadrobić?
Pozwolę sobie dać kluczowy przykład: zespół, który powstał w IP do negocjacji programu samorządowego, opracował listę postulatów szczególnie dla nas ważnych. Nie było żadnego punktu, który byłby sporny. Zastanawialiśmy się tylko, co jest najważniejsze i wejdzie do tzw. sześciopaku, a co można realizować lokalnie, co wojewódzko.

To pokazuje, że PO odrobiła lekcję inwestycji w człowieka. Poza tym to, co widzimy z perspektywy polityki krajowej, nie pokrywa się z tym, co widzimy z perspektywy samorządowej, gdzie niektóre rzeczy już są realizowane:

na przykład marszałek województwa zachodniopomorskiego podpisał właśnie kartę różnorodności, czyli wzmocnienie praw kobiet w samorządach; miasta czy nawet województwa chcą finansować zabiegi in vitro, samorządy prowadzą świetne programy senioralne, edukacyjne, kulturalne czy równościowe. To wszystko czasem zależy od dobrego lokalnego gospodarza. To w końcu samorządy mają wpływ na kulturę i – jeśli są światłe – zadbają, byśmy mogli zobaczyć wszystkie filmy, także takie jak „Kler”, a nie tylko prezentowane przez TVP lub wspierane przez PiS.

Widziała już pani film Wojciecha Smarzowskiego?
Niestety nie, niedawno była premiera. A pani?

Niestety, ale nie mogę się doczekać.
To sobie o nim nie porozmawiamy… Chociaż jako mężczyźni odbyłybyśmy zapewne świetną, ekspercką rozmowę (śmiech).

Ale możemy porozmawiać o tym, czy to jest obraz, który wywoła poważną dyskusję o stanie Kościoła i o pedofilii w Kościele. To powoli przestaje być temat tabu.

Moim zdaniem nikt nie zrobił tyle dla rozdziału Kościoła i państwa, co ostatnie 3 lata rządów PiS.

Ten proces na pewno przyspieszył to, że polski Kościół razem z władzą zrobił skok na państwo. To wcale nie uderzy w podstawy wiary, bo w Polsce są i będą ludzie wierzący, ale to właśnie oni zaczynają mówić dość. Wpływ na taki stan rzeczy ma także obrzydliwe krycie przestępców, czyli gwałcicieli dzieci, co wzbudza obrzydzenie i gniew społeczny.

Ludzie nie rozumieją, dlaczego jednym z ważniejszych przedmiotów w szkole staje się religia – nie fizyka, chemia czy informatyka. Nieustanne komentowanie życia politycznego czy próby ingerencji w prawo, czyste politykierstwo hierarchów też budzą sprzeciw.

Oczywiste jest, że można szanować demokrację i być osobą wierzącą. Takich ludzi jest bardzo dużo. Jak słyszą jad płynący z ambon w stronę tych, którzy nie są z PiS-em, to będą się od Kościoła odsuwać. Nie staną się pisowscy dlatego, że ksiądz tak każe. Są mądrzy i świadomi.

Kościół nie będzie miał dużego wpływu na wynik wyborów samorządowych?
Gdyby tak wcześniej bywało, że to z ambon wygrywa się wybory, to nie wygrywałaby w Polsce lewica, ani Aleksander Kwaśniewski, ani Donald Tusk, a nawet Lech Kaczyński, który nie szukał poparcia wśród kleru. To nie są te mechanizmy. A szczególnie obecnie, gdy hierarchowie  swoją pazernością, skokiem na państwo i publiczne pieniądze, wsparciem bezprawia PiS, wystawianiem na pierwszy front takich postaci jak Tadeusz Rydzyk, czy długim hołubieniem skrajnie prawicowego Jacka Międlara doprowadzili do tego, że ludzie się od Kościoła odsuwają.

Czym PiS będzie grał w kampanii wyborczej? Znowu będzie chciał przekupić wyborców?
Nie zgadzam się na mówienie o przekupywaniu – taki program jak 500 Plus trzeba było zrealizować wcześniej. I sprawiedliwiej. PiS po prostu wykorzystał jego brak i zrobił sobie z niego dźwignię PR.

W kampanii będą zastraszać, używać mediów publicznych jako młota na opozycję – przecież 30 proc. Polaków ogląda TVP, bo nie ma innej telewizji i codziennie dostaje dawkę nachalnej propagandy, w której prezentowane są nieistniejące sukcesy rządu, a wszyscy inni są zohydzani.

Władza będzie opowiadać, jak dotrzymuje słowa, zapominając, że to słowo było zupełnie inne: miało być 500 zł na każde dziecko, praworządność, pakiet demokratyczny, jawność wyboru sędziów, poszanowanie drugiego człowieka. Nie dotrzymali żadnego danego w kampanii słowa.

A w sondażach cały czas mają poparcie w granicach 40 proc.
Prawdziwym sondażem będą dopiero wybory. Musimy mieć świadomość, jak dużo jest jeszcze osób niezdecydowanych. I jak wiele osób nie wierzy, że idąc na wybory mogą coś zmienić. Do nich trzeba dotrzeć i wygrać.

Nie mówię, że będzie łatwo, przed nami ciężka praca. Część ludzi jest indoktrynowana, część wątpi, część czeka na cud czy zbawców.

Polska jest podzielona. Trudno rozmawiać z „drugą stroną”. Pani próbuje?
Niestety, bardzo rzadko chcą w ogóle rozmawiać. Część widzi szkody PiS, ale stara się je racjonalizować. Część za to jest cynicznie zachwycona, bo widzą, że w końcu mają szansę stać się nową elitą. To, że prezydent ma kompromitującego go rzecznika, wielu wydaje się przykre i niewłaściwe, ale jest wielu ludzi, którzy czekają tylko, żeby zrobić taką „karierę”. Okazuje się, że wystarczy być posłusznym PiS-owi, aby najpierw zarobić w spółkach Skarbu Państwa, a później objąć ważne stanowisko. Liczy się tylko wierność i lojalność.

Problem w tym, że jeżeli chcą budować „nowe elity”, to powinni zadbać o elementarną możliwość kompetencyjną do stawania się tymi elitami, a nie tylko do zajmowania stanowisk.

Spodziewała się pani, że Mateusz Morawiecki pokaże taką twarz?
To, co się z nim stało, jest niewiarygodne. Wcześniej wszyscy chwalili go za to, że jest otwarty, europejski, światły. Przez wiele lat był też doradcą Donalda Tuska. Nagle okazało się, że jest pierwszym do złamania, powie największą bzdurę, żeby zdobyć uśmiech prezesa.

Jego ojciec w czasach PRL-u był niezłomny, a syn pokazał, że jako premier został połamany na kawałeczki i leży jako podnóżek u prezesa. To smutne.

Co najbardziej panią przeraża w rządach PiS-u? Co jest najbardziej niebezpieczne?
Państwo ograniczające prawa obywatelskie, wolność, prawo do własnych poglądów. Oto dwa niedawne przykłady: przeszukania o 6 rano u ludzi, którzy założyli na pomnik koszulkę z napisem „Konstytucja”; prokurator umarza sprawę pobicia kobiet, które blokowały marsz nacjonalistów, czym właściwie usprawiedliwia te akty przemocy. Jeżeli nie jesteś jak PiS, wszędzie może cię za to spotkać kara. W szkole, w sądzie, w pracy. Jak się dostosujesz, to wcale nie będzie lepiej, bo

władza rozpoczęła proces odsuwania nas od UE, która oprócz funduszy, otwarcia na świat, możliwości edukacji i pracy dała nam coś najważniejszego, czyli pokój i bezpieczeństwo. To jest ważne szczególnie w czasach, w których rośnie znaczenie Rosji. Potrzebujemy Unii jak tlenu, a ludzie dzisiejszej władzy tego nie rozumieją.

Albo rozumieją…
Tym gorzej dla naszego kraju i dla nas.

Polityka PiS-u prowadzona świadomie lub nieświadomie może doprowadzić do wyjścia Polski z UE? Trzeba to ludziom uświadamiać?
Trzeba mowić jako o realnym zagrożeniu. Niektórym nie trzeba uświadamiać, w Zachodniopomorskiem na przykład pamiętają dokładnie przejścia graniczne i to, co się tam działo – kolejki, kontrole. Ludzie wiedzą, z czym opuszczenie Unii może się wiązać. UE bardzo się zmienia, bo czasy nie są już tak spokojne, jak kilkanaście lat temu.

Unia targana wewnętrznymi konfliktami musi się zreformować, postawić na siłę współpracy i solidarność, a jeżeli Polska odmawia tej solidarności w wielu wymiarach, to siłą rzeczy państwa unijne zaczną rozwiązywać wewnętrzne problemy Unii tymi siłami, które są zainteresowane.

Rozumieją to kraje nadbałtyckie, Czesi, a nawet Węgrzy. Viktor Orbán jest dużo sprytniejszy niż polski rząd. Polska w końcu zostanie zupełnie osamotniona. A siana przez nich propaganda antyniemiecka jest najgłupsza, bo to Niemcy jako sąsiad i kraj, z którym jesteśmy związani gospodarczo, mogą stanąć po naszej stronie. Wyciągając demony historii, a nie dobre jej karty, PiS szkodzi nie tylko sobie.

Ten rząd obalą kobiety?
Oczywiście!

To hasło zostało poparte ciekawymi badaniami – gdyby w wyborach brały udział wyłącznie przedstawicielki płci pięknej, PiS straciłoby władzę – tak wynika z sondażu Kantar Millward Brown dla „Wysokich Obcasów”. Jest pani w stanie odpowiedzieć, dlaczego?

Kobiety są największymi ofiarami tego rządu. Dlaczego? 500 Plus dostają rodziny z 2 dzieci, ale już nie matki samotnie wychowujące dziecko, ale zarabiające trochę więcej niż dopuszczalne minimum; zabrano wsparcie dla organizacji wspierających ofiary przemocy domowej, wycofano także, mniej lub bardziej jawnie, instytucjonalną pomoc państwa w sprawach przemocy wobec kobiet.

Sędziowie zależni od Zbigniewa Ziobry nie będą stawać po stronie ofiar, bo widzą, że w parlamencie i samorządzie PiS hołubi „przemocowców”. Osadzeni za znęcanie nie zniknęli z życia politycznego; władza wycofała się z konwencji antyprzemocowej; antykoncepcja awaryjna wprowadzona jest na receptę, co czyni ją zazwyczaj bezużyteczną. Kobiety wiedzą, że nie mogą się po tym rządzie spodziewać niczego dobrego. Kobiety także będą ofiarami systemu emerytalnego, bo dostaną głodowe emerytury. Patriarchat wprowadzany przez PiS uderza w każdą z nas be względu na wiek, zawód czy zamożność.

Tylko w demokracji kobiety mogą być pewne swoich praw, a odbierając nam demokrację PiS stawia pod znakiem zapytania zdobycze ostatnich 100 lat niepodległości Polek. Dlatego wśród kobiet narasta taki sprzeciw.

Jarosław Kaczyński boi się kobiet?
Nie czytam jego działań w tych kategoriach. W ogóle daleka jestem od zastanawiania się, kogo lubi, a kogo nie lubi lub boi się prezes PiS.

Ale to może mieć wpływ na to, co dzieje się w kraju.
Kłopot w tym, że za Jarosławem Kaczyńskim stoją jeszcze straszniejsi ludzie, często bez poglądów, bez refleksji, próbujący odgadnąć myśli wodza. Powiedziałabym raczej, że Kaczyński nie myśli o tym, jakie konsekwencje dla kobiet będzie miała ta polityka i jaka jest cena, którą jest gotów zapłacić za zmiany w Polsce według jego planu.

Bez względu na koszt, jaki tysiące kobiet poniosą. Ale co go to obchodzi – bezpieczeństwo, prawa, szczęście czy godność kobiet.

Zapytam jeszcze o innego mężczyznę – dlaczego nie chce pani „zmieniać oblicza polityki” z Robertem Biedroniem?
Polska jest tu i teraz. Przed nami wybory samorządowe. Jeśli jako siła prodemokratyczna nie obronimy samorządów, za rok nie będzie na czym budować ruchów i zmieniać oblicza. Bo PiS zdominuje samorządy, odetnie resztę organizacji samorządowych od wsparcia, zawłaszczy kulturę, szkoły, instytucje. Rozumiem, że Robert taktycznie czeka, aż może ktoś osłabnie, aż się SLD czy Razem przekonają, że nie są tak wielcy jak uważają, i chętnie wejdzie w rolę nadziei i scalacza lewicy.

Jeśli uda mu się połączyć Zandberga z Czarzastym, to będzie to faktycznie sukces. Ale na razie czeka, zapowiada, że coś powoła w lutym, i mimo sympatii, jaką jest darzony, niestety odpuszcza samorządy, startuje na radnego w Słupsku. To skromnie, jak na nadzieję lewicy na ogólnopolskie odrodzenie i marsz po 11 proc.

Ja inaczej patrzę na politykę. Nie jako na czekanie na okazję na wybicie się, a na działania, które pozwolą realizować cele i wartości, które mnie do tej polityki przywiodły.

Skoro Koalicja Obywatelska ma przetrwać do wyborów parlamentarnych, to znajdzie się pani na liście do Sejmu?
Przed nami jeszcze długa droga. Ale oczywiście chcę wpływać na polską politykę, na społeczeństwo. Są reformy, które uważam, że trzeba przeprowadzić, ustawy wnieść, projekty zrealizować. A to można zrobić z Sejmu, z poziomu partii rządzącej, w demokratycznym państwie prawa po odsunięciu PiS od władzy.

Ktoś, kto uważa, że Polska lepiej poradziłaby sobie poza Unią, musi być po prostu głupi. Zresztą proszę zobaczyć, co teraz dzieje się z Wielką Brytanią, która ma dużą i silną gospodarkę – mówi nam prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, europeistka, politolog i socjolog z Instytutu Nauk Politycznych UW. Pytamy o spór rządu z Komisją Europejską i możliwe orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, a także o to, w co gra rząd Mateusza Morawieckiego i czy na pewno wie, co robi. – Zachód bazuje na poszanowaniu indywidualnych wyborów każdego człowieka, na poszanowaniu praw człowieka. Na wschodzie mamy dominację wspólnoty nad jednostką. Siłą rzeczy nasze indywidualne prawa, ambicje, plany mają bardzo dobre warunki do realizacji. Poza Unią byłoby to trudne – podkreśla.

JUSTYNA KOĆ: Jak poważna jest sytuacja, w której znalazła się Polska po skierowaniu przez KE wniosku do TSUE?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: Każda taka sytuacja, kiedy kraj członkowski jest pozywany przez KE do Trybunału, oznacza, że wcześniej dialog Komisji z tym krajem się nie powiódł. Zawsze tego rodzaju pozew jest poprzedzany próbą dialogu z państwem członkowskim; prośbą o wyjaśnienia. Po drugie, oczywiście taki pozew skutkuje procesem, jeżeli Trybunał uzna, że wniosek jest uzasadniony, a zazwyczaj tak uznaje, bo KE sprawdza to w swoich służbach prawnych. Po trzecie, oprócz samego pozwu dotyczącego materii i przedmiotu sprawy Komisja wnioskuje o zastosowanie środków, które  spowodują, iż zostanie przywrócony stan prawny sprzed tej nieszczęsnej ustawy, która zmienia sytuację sędziów SN z perspektywy ich przejścia w stan spoczynku. Jeśli weźmiemy to wszystko pod uwagę i TSUE podejmie taką decyzję, to w przypadku, gdy Polska nie zastosuje się do niej, mogą pójść za tym wysokie kary finansowe.

Jeśli Polska nie zastosuje się do wyroku TSUE, a o ten KE wnioskuje w trybie pilnym, grożą nam sankcje finansowe dwojakiego rodzaju. Zazwyczaj są one stosowane rozdzielnie, ale czasem nie. Są to kary ryczałtowe, wyliczane najczęściej na podstawie strat poniesionych z tytułu niewdrożenia orzeczenia TSUE; druga to kara jednorazowa w określonej wysokości ustalona zgodnie z wieloma wytycznymi. Mówiąc szczerze, grozi nam dość sporo.

Jak było do tej pory z orzeczeniami TSUE?
Dotychczas były to kary dotyczące zazwyczaj ochrony środowiska. Włochy dostały karę za złe gospodarowanie odpadami, niezgodnie z prawem europejskim. Tam kary dochodziły do kilku milionów euro za okres, kiedy nie było wdrażane prawo. Francji naliczono prawie 58 mln euro kary za niewykonywanie prawa europejskiego. Pytanie, co zrobi teraz Polska. Z tego, co wiem, premier Morawiecki wykazuje wolę, aby pójść na kompromis, z drugiej strony mieliśmy wypowiedź ministra Gowina, i nie tylko jego, że prawo europejskie można ignorować. Co do kwestii migracyjnej, ignorujemy prawo europejskie, bo nie wdrożyliśmy decyzji, którą powinniśmy wdrożyć już dawno.

Jak ruch KE może wpłynąć na postępowanie z art. 7?
To, co zrobiła KE, prawdopodobnie wpłynie w istotny sposób na procedurę z art. 7, która toczy się w stosunku do Polski. Tu przy podejmowaniu decyzji liczą się też orzeczenia Trybunału w konkretnych obszarach, które stanowią także obszary zainteresowania Komisji i Rady z perspektywy tej procedury.

Oczywiście mamy tu po swojej stronie Węgrów, być może parę innych państw też nas poprze w pierwszym etapie procedury, czyli w Radzie, gdzie potrzebujemy co najmniej 6 krajów do mniejszości blokującej. Ale z drugiej strony to, co dzieje się przed TSUE, może być argumentem, którym zasłoni się kraj, któremu nie jest na rękę głosować za Polską, chociaż Polska na to liczy.

Wiemy już, że w przypadku zawieszenia nowej KRS w Europejskiej Sieci Węgry zagłosowały przeciwko Polsce.
To prawda, tylko Bułgarzy się wstrzymali, podobno jeden Węgier się wahał. Oczywiście gdyby postawić sprawę w Radzie Europejskiej na ostrzu noża, gdzie wymagana jest jednomyślność, kwestię tego, czy Węgry nas poprą, może się okazać, że jednak będziemy mieli w nich sojusznika, ponieważ wobec Węgier, chwilę temu, PE dał zielone światło na rozpoczęcie procedury art. 7. Jeśli Węgrzy poczują się sami zagrożeni, to mogą dokonać transakcji wiązanej. Poprą nas w zamian za to samo zrobi Polska w ich przypadku.

Natomiast jest też wiele innych czynników, które maja wpływ na to, jak zachowają się Węgrzy. Moim zdaniem jednym z istotniejszych czynników jest fakt, że Fidesz Orbána należy do EPP, zresztą moim zdaniem na to nie zasługują, bo EPP to partia konserwatywnych i chrześcijańskich demokratów, ale jednak nie radykałów, nie jest też partią antyeuropejską. Fidesz ostatnio tak się zachowuje. Gdyby się okazało, że EPP zagrozi Orbánowi, że mogą zostać wyrzuceni z EPP, Viviane Reding już o tym mówi, to może się okazać, że Orbán dwa razy się zastanowi, czy poprzeć Polskę. Fidesz zostając w Europejskiej Partii Ludowej będzie miał wpływ na to, co dzieje się w Unii, co jest z tej perspektywy bardzo istotną kwestią. Orbán naprawdę potrafi rozgrywać bardzo wiele rzeczy na arenie międzynarodowej, czego Polacy kompletnie nie umieją.

Gdyby prześledzić głosowania i decyzje, które podejmuje Fidesz na poziomie PE w ramach EPP, to widać, że Orbán jedno mówi, a drugie robi. On głosuje co do zasady razem z EPP, czyli tak samo jak niemieckie CDU. Na potrzeby własnego elektoratu Orbán mówi mniejsze lub większe głupoty, ale w Europie zachowuje się inaczej. Polacy nie umieją tego robić i przede wszystkim są w innej grupie w PE, bo należą do frakcji konserwatystów i reformatorów.

Wato też podkreślić, że relacje Węgier z Polską nie są wcale tak silne. Wróciłam kilka dni temu z konferencji w Budapeszcie i tych rozbieżności jest mnóstwo; kwestia rosyjska, kwestia sprawności w Brukseli, właśnie przynależność do frakcji w PE. Mówiąc szczerze, to dziwię się, że te dobre relacje z Węgrami są tak mocno podkreślane przez nasz rząd, bo to nie jest prawda. Chociażby inicjatywa Trójmorza, którą tak bardzo rozdmuchujemy – Węgry nie są nią szczególnie zainteresowane.

Czy zatem art. 7 w ogóle ma sens?
Ma sens o tyle, że jest mobilizujący, powinien działać jako mechanizm prewencyjny. Jeżeli jest wszczynana procedura, to kraj powinien zmobilizować się do działania. Zresztą w Polsce było spotkanie premiera Morawieckiego z prezes Gersdorf. Inną sprawą jest, że takich spotkań w ten sposób się nie robi, to była jakaś kuriozalna próba pana premiera pokazania, że jest wola porozumienia. W stosunku do Orbána nie chodziło o art. 7 (choć wobec Węgier procedura zaczęła się przed kilkoma tygodniami), tylko pozew. Węgry stanęły w obliczu dokładnie takiego samego pozwu KE związanego z prezesem SN.

Węgrzy wówczas wycofali się z bardzo wielu kontrowersyjnych zapisów i to mimo że Orbán miał już wtedy większość konstytucyjną. To pokazuje, że te procedury jakoś działają. Co prawda wówczas nie było uruchomionego art. 7, ale zadziałała właśnie prewencja. Polska jest pierwszym krajem, wobec którego uruchomiono procedurę art. 7, wiec to jest trochę takie learning by doing.

Wróćmy do sprawy polskiej przed TSUE i uporządkujmy. Polski rząd ciągle powtarza, że wiele krajów wcześniej nie uznawało orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, więc nic się nie stanie, jak my nie uznamy.
W kwestii migracji orzeczeń TSUE rzeczywiście nie uznają Polska, Węgry, Czechy i Słowacja w jakimś stopniu. Tylko problem leży gdzie indziej. To jest tak, jakby alimenciarz mimo wyroku nie płacił. Oczywiście on może się uznawać za bardzo cwanego, tylko prawda jest taka, że jest piętnowany społecznie, rosną mu odsetki, w końcu będzie miał komornika, a na wszystkim tracą dzieciaki. To jest analogiczna sytuacja. Po prostu wyroki TSUE się respektuje, czy tego chcemy, czy nie, koniec dyskusji. Ja nie rozumiem, jak można wyciągać taki argument, że można wyroków TSUE nie przestrzegać.

Są kraje, które próbują tak robić, ale są wobec nich stosowane sankcje z różnym natężeniem. Włochy nie respektowały orzeczenia w sprawie śmieci, Francji zdarzało się, że nie respektowała wyroków, parokrotnie. Zresztą zdarzało się tez najlepszym, czyli Niemcom, zanim uporały się z jakimiś kwestiami. Problem polega na tym, że wówczas gromadzą się kary, które w końcu trzeba zapłacić. Czasem zdarza się, że sprawę uda się inaczej rozwiązać, np. w kwestiach ochrony środowiska zmienia się dyrektywa i zmienia się prawo, ale to wcale nie oznacza, że z państw zdejmowany jest obowiązek, tylko zmienia się sytuacja faktyczna. Tak będzie prawdopodobnie wyglądała kwestia kryzysu migracyjnego. Już zarówno Juncker, jak i Tusk wspominali, że system kwotowy nie ma większego sensu i że był on istotny w momencie, kiedy podejmowano decyzję. Natomiast to nie zdejmie z takich krajów jak Polska czy Węgry kwoty uchodźców, która została im przydzielona.

Jest jeszcze jeden aspekt, państwo nie płaci kar z automatu za nierespektowanie wyroku Trybunału, tylko ktoś musi o to wnioskować. To jest zupełnie inna procedura, inna podstawa prawna. Wobec tego czasami zdarza się, że ta procedura nie jest wszczynana. KE czasem odstępuje od tego, bo widzi np. wolę, aby sprawę załatwić. W przypadku Polski raczej takiej sytuacji nie będzie, bo KE już zaznaczyła, że będzie dążyła, aby jednak te sankcje na Polskę nałożyć.

Czy kiedykolwiek był przypadek orzeczenia TSUE w kwestii praworządności? Mówiła pani, że głównie to były kwestie związane z ekologią.
Głównie są to kwestie ekologiczne, ale zdarzały się też praworządnościowe. W stosunku do Portugalii wszczęto postępowanie w sprawie usunięcia kilku sędziów, którzy zostali wysłani na emeryturę. Tu raczej chodziło o decyzję administracyjną niezgodną z europejskim prawem, niż zmianę prawa, które godzi w szeroko pojętą praworządność. TSUE wydał orzeczenie w tej sprawie i Portugalia się do niego zastosowała. Była kwestia węgierska, gdzie Orbán nie zastosował się na początku do orzeczenia w kwestii usunięcia prezesa Sądu Najwyższego w 2012 roku, ale później zmienił decyzję i przywrócił prezesa. Była kwestia zmiany Prezesa Banku Centralnego na Węgrzech, gdzie też podkreślano to jako uzurpację. Orbán przez pewien czas też próbował tę sprawę bagatelizować. Tylko podkreślam, że

Orbán w takich sytuacjach przyjeżdża do Brukseli, rozmawia z Komisją i obiecuje, że zmieni zapisy, wówczas procedura dotycząca samych sankcji finansowych jest wstrzymywana, bo widać wolę polityczną kraju. Polska takiej woli nie pokazuje.

Wiceminister Wójcik powiedział nawet ostatnio, że KE nie ma prawa kształtować wymiaru sprawiedliwości w krajach członkowskich. Co mówią traktaty?
Art. 12 pkt. 1 Traktatu z Lizbony mówi bardzo wyraźnie, że sądy państw członkowskich mają stworzyć taki system, aby zapewniał on efektywną realizację prawa europejskiego. Jeżeli tego nie ma, bo następuje rozmaita manipulacja, to siłą rzeczy jest to złamanie tego artykułu.

Co by pani powiedziała tym, którzy uwierzyli prezydentowi, że Unia Europejska jest wyimaginowaną wspólnotą?
Po pierwsze, proszę sprawdzić, ile UE dała Polsce pieniędzy i ile zabrała, bo oczywiście na to też trzeba zwracać uwagę. Zestawienia są zresztą na oficjalnych stronach Ministerstwa Finansów, więc każdy może zobaczyć, ile zyskaliśmy, to są dziesiątki miliardów, które dostaliśmy właściwie za nic. Po drugie, Unia dała nam postęp modernizacyjny i włączyła nas do Zachodu. Polska zawsze miała ambicje, aby dołączyć do państw zachodnich i tym różniliśmy się od Wschodu. Jeżeli chcemy wrócić na Wschód i być częścią Euroazji czy jakkolwiek to nazwiemy, to bardzo proszę, tylko wtedy nie powinniśmy udawać, że chcemy być rozwiniętym, praworządnym krajem, a w szczególności demokracją. Warto powiedzieć też tu o pokoju.

Narzekamy na dominację Niemiec w UE, ale gdyby się okazało, że Niemcy miałyby działać samodzielnie i nie bylibyśmy połączeni wspólnotą europejską, to wcale nie jest powiedziane, że ten pokój byłby taki łatwy. W końcu warto powiedzieć też o powiązaniu z rynkami zachodnimi, to jest pewien porządek, z którego rzadko zdajemy sobie sprawę; chociażby to, że mamy prawo do odszkodowania, kiedy spóźniają się samoloty, mamy prawo do odszkodowań, kiedy usługodawcy nas wykorzystują, mamy prawo do wysokiej jakości produktów, bo Unia to reguluje, standardów higienicznych.

UE pilnuje, aby były wysokie standardy, nawet jeśli czasem wydaje się to nam śmieszne i dzięki temu też się cywilizujemy. Oczywiście warto jeszcze wspomnieć o otwarciu na mobilność, że możemy podróżować swobodnie, są programy jak Erasmus, możemy emigrować i osiąść w dowolnym kraju europejskim. Zachód bazuje na poszanowaniu indywidualnych wyborów każdego człowieka, na poszanowaniu praw człowieka. Na Wschodzie mamy dominację wspólnoty nad jednostką. Siłą rzeczy nasze indywidualne prawa, ambicje, plany mają bardzo dobre warunki do realizacji. Poza Unią byłoby to trudne.

Ktoś, kto uważa, że Polska lepiej poradziłaby sobie poza Unią, musi być po prostu głupi. Zresztą proszę zobaczyć, co teraz dzieje się z Wielką Brytanią, która ma dużą i silną gospodarkę. Jak się okazuje, Unia ma tu znaczą przewagę i Brytyjczycy mają ogromny problem z Brexitem. Jest tam teraz ogromy strach o przyszłość, przecież nawet kilkudziesięciu posłów z partii Teresy May chciało ją obalić, nie wspominając już o lejburzystach. Pamiętajmy, że to jedna z najlepszych demokracji zachodnich.

Ojciec Tadeusz Rydzyk pojechał do Kanady na spotkanie z tamtejszą Polonią. Odprawiał msze i opowiadał podczas wykładów o Bożym dziele. Jednak – jak pisze Super Express – za możliwość wysłuchania słów ojca Rydzyka, należało zapłacić 30 dolarów. Czyli ok. 80 zł od osoby.

 >>>

Ewa i Mirosław Pokorscy stali się w pewien sposób cichymi bohaterami zakończonych właśnie mistrzostw świata w piłce siatkowej. Widać ich było podczas transmisji z meczów ubranych w koszulki „Konstytucja” oraz kartkę z tym napisem. Niestety, spotkali się z agresją podczas mistrzostw i z falą hejtu w internecie. – „Nie żałuję” – zapewnił jednak w rozmowie z gazeta.pl Mirosław Pokorski.

W ubiegłą sobotę 75 urodziny świętował Lech Wałęsa. – „Na mecz Polska – USA założyliśmy więc koszulki ze zdjęciem byłego prezydenta i napisem „Sto lat”, dlatego hasło „konstytucja” wylądowało na kartce. Bilety zdobyliśmy w ostatniej chwili, akurat dostaliśmy te za sędzią, który co jakiś czas był pokazywany na telebimie, więc pokazywałem tę kartkę” – opowiadał Pokorski.

Pokorski opisał zachowanie jednego z Polaków podczas jednego z meczów rozgrywanego jeszcze w Bułgarii. – „Podczas przerwy mijałem się z Polakiem, który krzyczał za mną „ty konfidencie”. Pchnął mnie, chciał mnie przewrócić. Nie dałem się sprowokować i poszedłem dalej. Kiedy wychodziliśmy po meczu, znowu trafiłem na tego mężczyznę. Jak mnie zobaczył, zaczął mnie szarpać, próbował mi podrzeć koszulkę. Musiała interweniować ochrona” – powiedział. W Turynie z kolei to ochroniarze zachowali się agresywnie. – „W tie-breaku podszedł do nas ochroniarz i poprosił, żebym nie wysuwał ręki z kartką, żeby nie pojawiała się na wizji. Podejrzewam, że ktoś z Polaków poprosił go o interwencję. Przykleiliśmy więc te kartki na koszulkach z Lechem Wałęsą. Za pięć minut przyszło trzech ochroniarzy, którzy zaczęli nam te kartki wyrywać, odwracać i straszyć, że jeśli ich nie schowamy, to wezwą policję i zostaniemy usunięci z hali. Nazywali to agitacją polityczną” – wspominał.

W rozmowie z gazeta.pl Pokorski przyznaje jednak, że takie agresywne zachowania bolą. – „Jak mogą mnie nie boleć, gdy ludzie, którzy w ogóle mnie nie znają, piszą bzdury, że było to sfinansowane przez KOD, że mam firmę, bo nakradłem, piszą „dobrze, że jesteś stary, bo niedługo umrzesz” albo nazywają moją żonę „maciorą w za ciasnej koszulce”. Fala hejtu jest ogromna” – przyznał Pokorski.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim na taśmach z „Sowy…”

Dyzma IV RP Ziobro chce nimi skończyć karierę Dyzmie III RP Morawieckiemu

Osoba Mateusza Morawieckiego wymyka się opisowi, nie dlatego, że prezentuje bogatą osobowość. On jest wewnętrznie ubogi (po  staropolsku – nikczemny), a intelektualnie nakierowany na konsumowanie kariery. Świadczą o tym mało ambitne lektury literatury pięknej („Winnetou”), a jak już podpisał swoim nazwiskiem pozycję książkową, była to praca szwajcarskiego prawnika prof. Franka Emmerta, którego był studentem, a więc w istocie plagiat.

Stefan Chwin nazywa formację pisowską handlarzami złudzeń. Tę umiejętność premier opanował do perfekcji. A ja porównuję go do Nikodema Dyzmy III RP, choć wyszedł z wyższej klasy społecznej, lecz temperament ma podobny bohaterowi Dołęgi-Mostowicza. Morawiecki musi stwarzać miraże, bo nie potrafi kreować rzeczywistości, nie potrafi się z nią mierzyć. Na razie jako premier konsumuje to, co wypracowali poprzednicy, ale to już się kończy, na horyzoncie niedalekich zdarzeń grzmi katastrofa.

Na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie znowu szastał pieniędzmi: – „Podjęliśmy decyzję (…) przeznaczyć wiele miliardów złotych więcej na naukę z jednej strony, z drugiej właśnie na służbę zdrowia”. Później się okaże, że to mniejsze kwoty niż za rządów PO-PSL. Morawiecki po prostu chlapnął, bo miał okazję, gdyż w kalendarzu zaznaczono przemówienie na początek roku akademickiego.

Gdyby przejmował się służbą zdrowia, pojechałby do Przemyśla, gdzie już 29 dzień trwa protest głodowy pielęgniarek. To byłoby rządzenie, a nie handlowanie złudzeniami. Żalił się Morawiecki, iż z Polski wyjechało 20-25 tys. lekarzy, naprędce obliczył, ile kosztowali budżet i wyszło mu 20-30 mld zł. W arytmetyce jest dobry, ale nie w analizach socjologicznych i na ich podstawie szukania rozwiązań. W ten prosty sposób jako prezes banku sprzedawał kredyty we frankach szwajcarskich, na polskich klientach zarobił miliardy dla zagranicznych właścicieli, którzy następnie Morawieckiemu wypłacili za pracę kilkanaście milionów zł.

Dyzma III RP potrafił się podpiąć pod poprzedni rząd, gdzie nie zrobił większej kariery, był tylko doradcą. Morawieckiemu nie zaszkodziła w karierze afera podsłuchowa, wystąpił na kilku taśmach, ale one – jak dotąd – nie zostały opublikowane.

Dlaczego wiedza o nich wypłynęła dopiero teraz? W PiS odbywa się bezpardonowa walka o przywództwo po Jarosławie Kaczyńskim. Prezes najprawdopodobniej naznaczył Morawieckiego, a to się nie może podobać byłemu delfinowi Zbigniewowi Ziobrze, który wszak jako szef resortu sprawiedliwości pozyskał taśmy z przesłuchań Marka Falenty i jego kelnerów.

Widmo afery taśmowej krąży nad Morawieckim. Dyzma IV RP Ziobro chce nimi skończyć karierę Dyzmie III RP Morawieckiemu. Jak to się skończy? Raczej nie za kulisami, bo jeżeli wypłynęła wiedza o taśmach, wypłyną i one. Morawiecki nie potrafił tego powstrzymać, więc na razie przegrywa z konkurentem we własnej ekipie rządowej.

To są piękne lata w polskim sporcie. Kto wie, może piękniejszych nie będzie. I trochę szkoda czasu na przerzucanie się: że siatkówka świetlicowa przy futbolu, że piłkarze nożni mięczakami przy siatkarzach, a skoki to w ogóle nie jest sport

Był taki ładny moment na uboczu świętowania w Turynie: Vital Heynen został sam przy ławce i pakował wszystkie swoje trenerskie zabawki. Tu tablet, tu notes, żadnego pośpiechu. Wzruszony i zadowolony: robota skończona, udało się, to nam się nie śni. Siatkarze są pierwszą polską drużyną, która obroniła mistrzostwo świata w grach zespołowych. A Heynen, cztery lata temu podczas mundialu w Polsce pierwszy komplemenciarz siatkarskiego cudu nad Wisłą, teraz jest częścią tego cudu.

Polska, kraj miłości. Do podziwiania

W 2014 Heynen był w polskim mundialu trenerem Niemców i już na długo przed turniejem objaśniał niemieckim mediom, dlaczego mistrzostwa trafiły do wyjątkowego kraju. Mówił, że nigdzie siatkówka nie jest tak kochana jak tutaj, że może się nawet równać popularnością z futbolem, trybuny są pełne, każdy trener chce tu pracować (on pracę w kadrze łączył z prowadzeniem Transferu Bydgoszcz), a rząd wspiera finansowo siatkarskie szkolenie, bo w przeciwieństwie do futbolu, siatkówka jest w Polsce sportem dla całych rodzin (to cytat z niemieckich mediów). Heynen uważał to za rzecz  do podziwiania, a nie podejrzane kuriozum, i niemieckie media też opisywały to z uprzejmym zdziwieniem, bo tam nawet transmisji z wielkich imprez siatkarskich trzeba szukać w Internecie.

Opisywały z takim zdziwieniem, z jakim się opisuje, że w Holandii za panczenistami jeździ wielotysięczny tłum, w tym następca tronu i orkiestra dęta, a na hasło „Z Polski” można było swego czasu usłyszeć „Jaromir Radke!”, a nie „papież”, czy „Wałęsa”. Albo to, że w Norwegii tłumy rozbijają namioty i rozpalają ogniska, by przenocować przy trasach narciarskich i nawet król ma pomnik na nartach. I że są takie kraje, w których tłum się zbiera, żeby oglądać skakanie na nartach, że Simon Ammann może w plebiscycie na najlepszego sportowca takiego kraju pokonać Rogera Federera, a w innym kraju skoczek rzuca wyzwanie Robertowi Lewandowskiemu.

Sukces siatkarza jako cep do młócenia piłkarza

Skończył się właśnie siatkarski wrzesień. Piękny.  Momentami też śmieszny, a nawet dziwaczny, jak to od lat jest z regulaminami siatkarskich imprez. I tylko tego uprzejmego zdziwienia, z jakim można opisywać sportowy bzik w jakimś kraju, było tym razem jak na lekarstwo. Bo sami sobie często odmawiamy tego docenienia, które dają nam inni. W chwilach sukcesów siatkarzy czy skoczków zawsze się znajdzie cały tłum z refrenem o sportach, który się uprawia w kilku krajach, o januszach i o cielęcym zachwycie jakimiś bohaterami z niszy.

A z drugiej strony: pojawiają się całe zastępy tych, którzy sukcesów siatkarzy, lekkoatletów czy skoczków używają jak cepa na rozkapryszonych i przepłacanych piłkarzy. Czasem nawet sami sportowcy wystrzelą z czymś takim, co się potem ciągnie tygodniami, jak niedawny wywiad Michała Kubiaka o prostym futbolu i o siatkówce, sporcie dla ludzi o wyższym poziomie inteligencji. Tak jakby kibicowanie siatkarzom wykluczało się z kibicowaniem piłkarzom, jakby lekkoatleci i skoczkowie mieli inne podniebienia niż futboliści, a szeregowanie sportów w taki sposób miało jakikolwiek sens. I jakby jakikolwiek sport uprawiany na poważnie był łatwy i przyjemny. Zwłaszcza sport, w którym zwycięzca może zostać milionerem. A w każdym z tych sportów, o których mówimy, tak właśnie jest.

Sport niszowy niszowemu nierówny

Oczywiście, że w futbolu o wielkie pieniądze najłatwiej. Oczywiście, że futbol i lekkoatletyka są najbardziej powszechne. Oczywiście, że siatkówka jest w większości krajów świata albo nieznana, albo znana jako sport świetlicowy. Oczywiście, że w wielu krajach, nawet w Europie, o skokach słyszą tylko raz w roku, podczas Turnieju Czterech Skoczni. Ale wrzucanie wszystkiego co nie jest futbolem, tenisem czy lekkoatletyką do szuflady: „niszowe” jest głupotą. Nie mówimy o lataniu precyzyjnym, szybownictwie i biegach na orientację, nie mówimy też o pięknych ale niedochodowych sportach olimpijskich jak pięciobój nowoczesny czy wioślarstwo. Mówimy o sportach, które nawet jeśli są uprawiane tylko w kilkunastu krajach, to są tam tak uprawiane, że na najlepszych czekają wielkie pieniądze, reklamy i sława. I mamy cały zastęp polskich sportowców, którzy w ostatnich kilkunastu latach te miliony podnieśli.

Sami czasem nie dostrzegamy, że przez ostatnich kilkanaście lat polski sport z pustkowia, jakim był pod koniec XX wieku, stał się – zwłaszcza dla kibica przed telewizorem, bo z masowością uprawiania jest znacznie gorzej –  parkiem rozrywki, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Że dla pokolenia, które teraz wkracza w dorosłość, jest czymś oczywistym, że Polak może zostać kierowcą Formuły 1 i wygrać tam wyścig, może zostać zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni, Polka może dostać się do czołówki rankingu WTA i wygrać Tour de Ski, Polak może zostać kolarskim mistrzem świata i wygrywać etapy w Tour de France, piłkarze ręczni i siatkarze mogą zdobywać medale mistrzostw świata.

I nawet w futbolu, tym wielkim wyrzucie sumienia, coś się jednak trwale zmieniło na poziomie reprezentacji. A i niżej coraz więcej jest nastawienia na karierę i profesjonalizm, a nie tylko trwanie za dobre pieniądze. Przez lata po przełomie 1989 roku żyliśmy w kompleksie niższości wobec krajów bałkańskich czy sąsiadów z Czech i Słowacji: że oni umieją tworzyć drużyny sięgające po sukcesy, a Polacy nie umieją. Ale w ostatnich latach byli i siatkarze, i piłkarze ręczni, a poza grami zespołowymi: złota drużyna skoczków, złote sztafety lekkoatletyczne.

Polski sport mierzony medalami letnich igrzysk stoi. Ale w wielu innych miejscach pędzi

Tak, polski sport utknął w rozwoju mierzonym medalami olimpijskim w sportach letnich, tutaj nie ma żadnych sporów. Ale sportowa codzienność  rozwinęła się przez tych kilkanaście lat niesamowicie. Oczywiście, że mogła jeszcze bardziej. Zaniedbania są ogromne. Ale mimo wszystko bardzo dużo już się udało osiągnąć. Czasem systemowo, jak w siatkówce, gdzie płynie i kapitał prywatny i państwowy. Czasem uporem sportowców i ich rodzin, jak w tenisie, kolarstwie, narciarstwie. Ale się udało, a był czas, gdy się nie udawało. Dziś można w oczekiwaniu na finał siatkarzy, jak w tę ostatnią niedzielę września, zacząć dzień od oglądania wyścigu kolarzy, z uzasadnionymi nadziejami na polski medal mistrzostw świata, potem zobaczyć jak Polak, objawienie Serie A, strzela kolejne dwa gole. I można też zobaczyć, że czasem, jak kolarzom w niedzielę, bardzo nie wyjdzie. Nie dlatego, że są rozkapryszeni, źle się prowadzą, a orzełek na stroju nic dla nich nie znaczy. Tylko dlatego, że po prostu czasem nie wychodzi. Lekkoatletom czy siatkarzom, którymi dziś próbujemy zawstydzać piłkarzy, też czasami nie wychodzi. Jeszcze dwa lata temu, podczas igrzysk w Rio, czyli kilka tygodni po euforii Euro 2016, siatkarze byli drużyną bez ducha, podzieloną, mówiącą co innego głośno, a co innego za plecami trenera. Tak bywa. Wtedy zmienia się trenera i jedzie dalej.

Nie ma dziś powodu, żeby o obecnym pokoleniu polskich futbolistów mówić, że jest rozwydrzone i pozbawione ambicji. Bo nie jest. Nie ma też powodu, żeby wytykać siatkarzom, że ich sportu się nie uprawia powszechnie na świecie, więc mają łatwiej. Nie ma żadnego powodu, żeby się tłumaczyć z tego, że jakiś sport cię zachwyca. Po to jest, żeby zachwycał, wciągał, budował poczucie wspólnoty. Czy to żużel, taekwondo (przepraszam za prywatę, pochodzę z miasta, w którym ludzi akurat nieźle zbliżało taekwondo), siatkówka, czy futbol, czy zbliża ludzi lokalnie, czy szerzej, to już jest naprawdę drugorzędne. Patrzeć z wyższością na tych wszystkich zbzikowanych na punkcie siatkówki Polaków to jak wytykać Holendrom, że nabudowali w kraju boisk dla ludzi biegających z białymi laskami i mówiących, że to hokej, wytykać Francuzom, że kompletnie odlecieli budując boulodromy (do gry w boule, gdyby była jakaś wątpliwość), Hiszpanom że zrobili gwiazdy ze swoich pływaczek synchronicznych, a Niemcom, że rozkręcili multimilionowy biznes w końskich skokach przez przeszkody.

Guardiola uczył się od siatkarza i piłkarza wodnego

Kiedyś selekcjoner Niemców Juergen Klinsmann chciał ściągnąć na dyrektora w piłkarskiej federacji specjalistę z hokeja na trawie, bo dostrzegł, że hokejowe doświadczenia w budowaniu akcji ofensywnych mogą być w futbolu bardzo pomocne. Pep Guardiola za jednego ze swoich mistrzów uważa argentyńskiego trenera siatkówki Julio Velasco (tego od gestu Kozakiewicza po pokonaniu Polaków w zakończonych właśnie MŚ), od niego uczył się m.in. jak budować grupy, jak traktować gwiazdy (- Nie wierz w ten mit, że wszystkich piłkarzy trzeba traktować równo – mówił mu Velasco). Ten sam Guardiola do każdego klubu w którym pracuje zabiera – jako powiernika, doradcę, specjalistę do spraw ogólnosportowych – Manela Estiarte, jednego ze strzelców wszechczasów w piłce wodnej. Dziwna sprawa: w mało którym kraju w to grają, czepki bardzo śmieszne, a jednak Estiarte coś tam o sporcie na najwyższym poziomie wie, jak się okazuje.

Może to jednak nie jest takie głupie, że specjaliści od szkolenia młodzieży mówią, by nie zamykać dziecka od małego w świecie jednego sportu, pozwolić mu łączyć dyscypliny. To jest piękne, że znów, jak w latach 60. czy 70. jest w polskim sporcie cała grupa młodych zawodników i młodych trenerów, którzy zdobywają doświadczenia w tylu różnych sportach, i zaczynają się tymi doświadczeniami wymieniać. Kto wie, może będą mieli szansę wykorzystać je w przyszłości tutaj, w Polsce, a nie będą musieli rozjechać się po świecie w poszukiwaniu miejsc, w których ze sportu da się dobrze żyć, jak ci wspomniani specjaliści z lat 60. i 70. rozjechali się w  latach 80. XX wieku, co okulawiło polski sport na długie lata? A może nie, i już nie będzie w polskim sporcie lepiej niż dzisiaj? Wtedy tym bardziej: szkoda dzisiejszego czasu na podziały. Żyj swoim sportem i daj żyć innym.

>>> Giba pod wrażeniem gry Polaków. Heynen, Kurek i Kubiak chwaleni przez legendę brazylijskiej siatkówki

>>> Bartosz Kurek mógł być kim chce i nie był nim przez całe lata. Teraz jest mistrzem świata!

>>> Wiadomo, ile reprezentacja Polski otrzymała za triumf w mistrzostwach

>>> Bruno Rezende: Polska zasłużyła na zwycięstwo. Była lepsza, najlepsza

Kler 2. Scenariusz pisze się sam

W czerwcu ujawniono akta służb specjalnych PRL wskazujące, że ksiądz Sławoj Leszek Głódź był wykorzystywany jako informator wywiadu wojskowego PRL. Sprawę opisały portal Onet.pl i dziennik „Rzeczpospolita”. Z dokumentów, do których dotarła Wirtualna Polska wynika, że równolegle, w latach 80., dzisiejszy metropolita gdański był zarejestrowany przez wywiad cywilny ludowej Polski, któremu przekazywał wyjątkowo cenne informacje na temat polityki wschodniej Jana Pawła II. Sprawę opisujemy jako pierwsi.

30 kwietnia 1986 roku do Centrali Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej wpłynął tajny szyfrogram (nr 3281) z placówki wywiadu w Rzymie. Zawierał informacje pozyskane sześć dni wcześniej przez jednego ze szpiegów od źródła o pseudonimie „Guastar”. Dotyczyły kulisów odejścia arcybiskupa Luigiego Poggi – odpowiedzialnego w Watykanie za przywrócenie stosunków dyplomatycznych z krajami Europy Środkowo – Wschodniej, w tym z Polską. Na stanowisku zastąpił go arcybiskup Francesco Colasuonno. W najważniejszym fragmencie szyfrogramu czytamy: „Mianowanie Colasuonno było dużą niespodzianką dla lobby polskiego (…) Colasuonno jest osobą nieznaną polskim duchownym pracującym nawet na eksponowanych stanowiskach w Watykanie (…) niektórzy z lobby twierdzą, że będzie trudnym partnerem dla władzy, jak i dla hierarchii”.

Tego samego dnia, do centrali wywiadu wpłynął drugi szyfrogram (nr 3321) podpisany przez tego samego oficera, sporządzony na podstawie informacji od agenta „Guastara”. Dotyczy on przebiegu obrad podczas Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Czytamy w nim: „W kościele unickim z dużym niepokojem odnotowano inicjatywę prawosławia Moskiewskiego w kwestii obchodów w 1988 r. 500-lecia utworzenia patriarchatu. Ocenia się, że jest to kolejna inicjatywa prawosławia, uzgodniona z władzami ZSRR by w ten sposób obniżyć rangę obchodów organizowanych przez kler i kościół greckokatolicki, zarówno w diasporze jak i na Ukrainie. W związku z powyższym, hierarchia unicka zamierza swoim obchodom nadać jeszcze większy wymiar propagandowy”.

Pod obydwoma szyfrogramami znajduje się adnotacja „informacja wiarygodna”. Takie zapisy umieszczono pod wiadomościami, które potwierdzano jeszcze w innych źródłach.

Donos na biskupów

Miesiąc później, do centrali wywiadu w Warszawie trafił szyfrogram napisany ponownie na podstawie informacji od „Guastara”. Tym razem dotyczył opinii arcybiskupa Poggi na temat nawiązania stosunków dyplomatycznych miedzy PRLem a Watykanem. Hierarcha (jeden z najbliższych współpracowników Jana Pawła II) wyrażał ją po odbyciu podróży do komunistycznej Polski. W donosie czytamy: „Rozmówcy P. (Poggiego – L.Sz.) wyrażali opinie, że obecna ekipa rządowa przeżywa mały kryzys. Uważa się jednak, że po Zjeździe zostanie to zażegnane i linia gen. Jaruzelskiego umocni się. Pozwoli to na definitywne rozstrzygniecie całokształtu dot. stosunków Państwo – Kościół i PRL – Watykan. Uważa się, że na jesieni dojdzie do wizyty gen. Jaruzelskiego w Rzymie i Watykanie”. W szyfrogramie zawarta jest również wiadomość, że podczas poufnych rozmów polscy biskupi mówili w Warszawie arcybiskupowi Poggiemu, iż nie sprzeciwiają się nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Była to bardzo ważna informacja dla wywiadu PRL i jego zwierzchników – generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Wywnioskowali oni, ze polski Kościół będzie popierał nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem.

Tuż przy papieżu

Cytowany wyżej stenogram, z uwagi na charakter i wagę informacji, był jednym z najważniejszych meldunków przesłanych do Warszawy przez rezydenturę „Baszta” (taki kryptonim nosiła placówka wywiadu PRL w Rzymie). Po upadku PRL i rozwiązaniu Służby Bezpieczeństwa materiały „Baszty” przejął Urząd Ochrony Państwa, a potem, po zmianach w służbach – Agencja Wywiadu. Ta ostatnia instytucja przekazała je później do Instytutu Pamięci Narodowej – w 2007 roku zostały częściowo odtajnione (sygnatury akt: BU 0449/5/42, BU 0449/9/4). Wynika z nich, że w 1978 roku, gdy kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża, w centrali MSW w Warszawie zwołano pilną naradę, w trakcie której dyrektor Departamentu I (odpowiedzialnego za wywiad cywilny) – pułkownik Jan Słowikowski – ogłosił: „Teraz celem numer jeden staje się Watykan”.

Władze PRL spodziewały się, że Papież – Polak będzie prowadził politykę wrogą komunizmowi (tak się też stało) i za wszelką cenę chciały znać jego plany. Do Rzymu pojechało więcej szpiegów, a na ich działalność znalazły się dodatkowe fundusze. W rezultacie, w latach 80. udało się pozyskać ponad setkę agentów w środowiskach polonijnych, instytucjach kościelnych, oraz w samej Kurii Rzymskiej. Najcenniejsi byli ci, którzy należeli do grona najbliższych współpracowników Papieża i mieli dostęp do sekretów watykańskiej polityki.

Jednym z nich był właśnie „Guastar”. Z odtajnionych dokumentów nie wynika, aby był najbardziej płodnym agentem. W odtajnionych zbiorach dokumentów odnaleźliśmy zaledwie 4 meldunki napisane na podstawie jego informacji, oraz 3 notatki zbiorcze (dokumenty dotyczące jakiegoś zagadnienia, o którym rozmawiano z wieloma informatorami), w których wykorzystano jego wiedzę. To niedużo, bo archiwa IPN znają przypadki agentów w Watykanie, którzy przekazywali dziesiątki meldunków (rekordzista – agent o pseudonimie „Prorok” – przekazał ich ponad 600). Jednak informacje przekazywane przez „Guastara” miały ogromne znaczenie ze względu na rangę spraw, których dotyczyły. Informator ten przekazywał wiadomości na temat spraw wyjątkowo ważnych, które zdobywał wśród osób z najbliższego otoczenia Jana Pawła II. Jego wiadomości określano jako „sprawdzone”, a on sam definiowany był jako „źródło wiarygodne” o czym świadczą adnotacje na szyfrogramach.

Kim był agent wywiadu PRL o pseudonimie „Guastar”? W dzienniku rejestracyjnym MSW (prowadzono tam ewidencję wszystkich osobowych źródeł informacji) wpisano jego dane personalne: Głódź Sławoj Leszek, oraz datę urodzenia: 13 sierpnia 1945. To dane dzisiejszego arcybiskupa metropolity gdańskiego. W dzienniku rejestracyjnym MSW znajduje się również informacja, iż „Guastar” jest księdzem katolickim. Również i to odpowiadało prawdzie. Dzisiejszy metropolita przyjął święcenia kapłańskie 14 czerwca 1970 roku, a więc w chwili sporządzania szyfrogramów był już od kilkunastu lat kapłanem.

Część akt wywiadu PRL nadal spoczywa w Zbiorze Zastrzeżonym i opatrzona jest klauzulą tajemnicy państwowej. Wśród nich wg naszych informacji, znajduje się też teczka z dokumentami opisującymi okoliczności pozyskania tego źródła do współpracy. Z powodu jej utajnienia, nie możemy poznać okoliczności nawiązania kontaktów księdza arcybiskupa z wywiadem cywilnym PRL.

Nie zna ich również pułkownik w stanie spoczynku dr Edward Kotowski – w latach 80. oficer wywiadu PRL ps. „Pietro”, skierowany do pracy w Rzymie, autor książki „Wspomnienia i refleksje oficera wywiadu PRL w Watykanie”. – Nie miałem żadnego związku z „Guastarem” i nie prowadziłem tego agenta, więc nie jestem w stanie nic o nim powiedzieć – powiedział Kotowski. Odwiedziłem go w małej miejscowości na Podlasiu, gdzie od lat mieszka. – Ale nawet gdybym potrafił, nie ujawniłbym żadnych szczegółów jego współpracy. Obowiązuje mnie tajemnica, a dekonspirację źródeł wywiadu uważam za działalność na szkodę państwa. Kotowski przyznaje jednak, że podczas swojej pracy w Rzymie słyszał o informatorze o pseudonimie „Guastar”. Czy podpisałby się pan pod stwierdzeniem, że był to jeden z najcenniejszych szpiegów w otoczeniu Jana Pawła II? – pytam. Byli cenniejsi – odpowiada wymijająco Kotowski.

Łącznik z przeszłością

Ksiądz Sławoj Leszek Głódź w 1981 roku został zatrudniony w watykańskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich na stanowisku kierownika sekcji Kościoła obrządku bizantyjsko-ukraińskiego oraz sekcji Kościoła na Białorusi obrządku bizantyjsko-ruteńskiego. Wiedział o wszystkim, co się działo w kongregacji i miał częsty dostęp do papieża Jana Pawła II. Był więc dla wywiadu PRL idealnym kandydatem do werbunku. 23 lutego 1991 w Częstochowie kapłan przyjął z rąk kardynała Józefa Glempa sakrę biskupią. W tym samym, 1991 roku ustanowiony został ordynariat polowy Wojska Polskiego, a papież mianował księdza Głodzia biskupem polowym Wojska Polskiego. W tym samym roku, kapłan awansował na generała brygady, a trzy lata później – na generała dywizji. W lipcu 2004 został arcybiskupem, a miesiąc później biskupem warszawsko – praskim. 17 kwietnia 2008 papież Benedykt XVI mianował go metropolitą gdańskim. Ten urząd ksiądz Głódź sprawuje do dziś. Wiosną 2009 roku był przedstawiany jako jeden z poważniejszych kandydatów do objęcia stanowiska prymasa Polski.

W 2007 roku, gdy w polskim Kościele wybuchł problem lustracji duchownych, arcybiskup Głódź zachował zaskakujący sceptycyzm. W mediach wypowiadał się wielokrotnie przeciwko lustracji i nawoływał do „powściągliwości w ocenach”. Rok później Episkopat powołał komisje historyczne, aby wyjaśniły sprawę współpracy duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Łącznikiem między Episkopatem a historykami został właśnie arcybiskup Głódź. Na ile mógł być bezstronny, skoro sam był zarejestrowany jako informator wywiadu PRL?

Amnezja „Tibora”

Pod większością szyfrogramów wysyłanych do Rzymu na podstawie wiadomości od „Guastara” podpisywał się niejaki „Dis”. Tego kryptonimu używał pułkownik Maciej Dubiel – w okresie 1984 – 1988 szef placówki wywiadu PRL w Rzymie. Dziś jest emerytem, żyje skromnie w Warszawie i nie rozmawia z dziennikarzami. Z kolei z rezydentury „Baszta” i z szyfrogramów wynika również, że osobą, która odbierała informacje od księdza Głodzia był oficer wywiadu o pseudonimie „Tibor”. Pod tym kryptonimem krył się major Janusz Marian Czekaj. Jak wynika z jego teczki personalnej (IPN BU 003175/343) urodził się w Gdańsku w 1948 roku, a pracę w MSW rozpoczął 1 lipca 1973 roku na stanowisku inspektora w Komendzie Wojewódzkiej MO w Łodzi. Do wywiadu cywilnego trafił we wrześniu 1982 roku. Rok później został skierowany do pracy w rezydenturze wywiadu PRL w Rzymie. Oficjalnie był II sekretarzem ambasady PRL we Włoszech. Do kraju wrócił w lipcu 1988 roku i trafił do MSZ, gdzie pracował jeszcze w latach 90. Ze służby w wywiadzie odszedł 31 lipca 1990 roku.

Dziś Czekaj jest resortowym emerytem i szanowanym biznesmenem. Kieruje m.in. spółdzielnią mieszkaniową na eleganckim, nowoczesnym osiedlu między Warszawą a Konstancinem. Bez wahania zgodził się na spotkanie. Spotkaliśmy się w znanym centrum handlowym w południowej części stolicy, niedaleko miejsca, gdzie mieszka. Elegancki i wyjątkowo dla mnie uprzejmy major Czekaj (przyszedł wcześniej aby upewnić się, że nie ciągnę za sobą „ogona” czyli obserwacji) prowadził ze mną osobliwą grę słowną – typową dla ludzi służb specjalnych. Próbował wysondować ile wiem na temat jego źródła i jakie dokumenty udostępniono mi w IPN.

– Nie wiem czy panu coś pomogę – powiedział na wstępie. – Nie wracam już do starych spraw, a odchodząc ze służby podpisałem zobowiązanie do zachowania tajemnicy. Potwierdził, że w latach 80. w Rzymie utrzymywał kontakty z księdzem Głodziem, ale nie chciał mówić jakie. Potem zasłaniał się brakiem pamięci. Nie pamiętam niczego takiego, trudno wymagać, abym pamiętał każdy dokument, który podpisywałem trzydzieści lat temu – mówił Czekaj, widząc kopie szyfrogramów rzymskiej rezydentury, zawierające pozyskane przez niego informacje. W końcu przyznał, że prowadził agenta o pseudonimie „Guastar”, którym był ksiądz Sławoj Leszek Głódź.

Według jego relacji, zarejestrowanie księdza Głodzia jako „Guastara” wcale nie oznacza, że był on świadomym informatorem wywiadu. – Była taka praktyka, dla lepszej ochrony źródeł, że relację jednego agenta w dokumentach przypisywano innej osobie – tłumaczy. – Było też tak, że agenta rejestrowano bez jego wiedzy i zgody. To o tyle ciekawe, że stało w całkowitej sprzeczności z praktyką działania służb specjalnych PRL, która zabraniała rejestracji jako agentów tych ludzi, którzy rzeczywiście nimi nie byli. Na koniec rozmowy, major Czekaj powiedział: Sławek to naprawdę porządny człowiek, dużo nam pomógł w Rzymie i ma swoje zasługi w tym, że podpisano konkordat między Polską a Watykanem. Po co mu robić krzywdę? Tyle, że nie chodzi tutaj o żadne robienie komukolwiek krzywdy. Chodzi o prawdę, która dopiero teraz, po wielu latach, wyłania się z archiwów IPN, a z którą ksiądz arcybiskup musi się zmierzyć. Choćby przez wzgląd na szacunek dla pamięci Jana Pawła II, z którym blisko współpracował przez tyle lat.

Przez niemal trzy miesiące bezskutecznie zabiegaliśmy o kontakt z księdzem arcybiskupem Głodziem. Pytania do niego wysłaliśmy za pośrednictwem jego osobistego sekretarza – księdza kanonika Bartłomieja Starka. Ksiądz Stark obiecał nam przez telefon, że odpowiedzi zostaną nam udzielone niezwłocznie za pośrednictwem maila. Ostatecznie, mimo upływu wielu tygodni, odpowiedzi nie uzyskaliśmy a ksiądz Stark przestał odbierać telefony. Nie odpisywał również na wysyłane do niego SMS-y. Także próby połączenia się telefonicznego z księdzem arcybiskupem spełzły na niczym. Dlaczego metropolita gdański unika pytań o swoje relacje z wywiadem PRL?

Po wczorajszej emisji w TVN 24 reportażu o tzw. “układzie radomskim” i jego planach zdobycia fortuny na zmianie trasy planowanej drogi ekspresowej S12, w wielu mieszkaniach działaczy Prawa i Sprawiedliwości oraz środowiska biznesowego z nimi związanego z pewnością padło wiele niecenzuralnych słów. Wdrażany w życie od wielu lat plan wykupu nieruchomości na obrzeżach Radomia przez lokalnych samorządowców z partii Jarosława Kaczyńskiego i biznesmena, dla którego dobra zmiana trwa już od ponad dekady (PiS Radomiem rządził od 2004 roku) oraz ich korzystne spieniężenie właśnie najprawdopodobniej będzie musiał zostać wyrzucony do kosza. Wszystko za sprawą zdeterminowanych mieszkańców jednej z wsi, którzy przejrzeli na oczy widząc jak ich kosztem wzbogacić planuje się lokalny układ oraz rzetelnie przeprowadzonej pracy dziennikarskiej Bertolda Kittela z TVN.

Na czym polegać miał interes życia? Cały reportaż do obejrzenia tutaj, a w dużym skrócie cała sprawa dotyczy planowanej budowy drogi ekspresowej S2 i wariantów jej przeprowadzenia. Przebieg trasy, mającej być potrzebną obwodnicą miasta, można zaplanować tak, by pociągała za sobą jak najmniejsze dla Skarbu Państwa koszty, była jak najkrótsza, najwygodniejsza dla kierowców oraz w możliwie najmniejszym stopniu dotykała okolicznych mieszkańców, których wobec braku innych możliwości będzie konieczność wywłaszczyć w zamian za odszkodowanie. Gdy jednak lokalny układ polityczno-biznesowy staje się właścicielem kilkudziesięciu nieruchomości znajdujących się na obrzeżach miasta, nieznajdujących się na trasie planowanej trasy S12, a były prezydent miasta, z tym układem bezpośrednio powiązany rodzinnie i biznesowo przypadkowo znajduje się w komisji sejmowej zajmującej się opiniowaniem tej konkretnej drogi ekspresowej, to zaczynają dziać się czary. Plany nieoczekiwanie dla wielu się zmieniają, trasa nagle nabiera kilku łuków tak, “by trafić w konkretne działki”. Bo choć, co do zasady, do wywłaszczenia w zamian za odszkodowanie ze Skarbu Państwa może dojść w sytuacji, w której istnieje ważny cel publiczny, to w państwie PiS najwyraźniej podjęto działania, by z tym ważnym celem publicznym powiązać całkowicie nieważny, choć dochodowy interes prywatny ludzi władzy.

Jak jednak wspomniałem na początku, bardzo prawdopodobne, że lokalny układ będzie musiał skapitulować, a w najbliższych dniach na dywanik prezesa Jarosława Kaczyńskiego zostanie wezwany radomski baron PiS Marek Suski. W samym środku kampanii wyborczej przed wyborami samorządowymi, w bastionie PiS, lokalni działacze zostali nakryci na próbie wydojenia polskiego państwa z pieniędzy publicznych, nie zważając jednocześnie na dramat mieszkańców jednej ze wsi, przez której środek dochodowy dla lokalnego układu projekt trasy S12 prowadził. Co więcej, naświetlenie sprawy przez media raczej uniemożliwi do niej powrót. Ehh muszą się w końcu za te media wziąć, bo tyle planów krzyżują. Przecież premier Morawiecki już nawet zaplanował znaczne zwiększenie kwot na nowe drogi lokalne, żal by było zatem nie skorzystać. Na szczęście projekt ustawy dekoncentracyjnej ponoć jest już gotowy. Jak ujawniła wczoraj posłanka Lichocka, choć nie widziała go na oczy, z pewnością jest to dobry projekt.

Polska – Brazylia. Finał mistrzostw świata. Większej rekomendacji, jak powtórka meczu o złoto z 2014 roku nie trzeba było szukać. W niedzielę o 21.15 w Pala Alpitour spotkały się zespoły po przejściach i zmianach. Jeden z nich miał zostać mistrzem świata.

Choć siatkarska finałowa opowieść zaczęła się od błędów serwisowych po obu stronach i słabszego ataku biało-czerwonych, to Bartosz Kurek szybko nadał jej tonu. Jego 3 ataki, blok i as serwisowy do pierwszej przerwy technicznej dały Polsce prowadzenie 8:6. Później Fabian Drzyzga „odblokowywał” w ataku kolejnych graczy, którzy źle zaczęli starcie – Artura Szalpuka, Michała Kubiaka i Piotra Nowakowskiego (14:11). Brazylia w tym momencie słabła, bowiem model gry Bruno (ciągłe ataki Wallace’a) był zbyt czytelny. „Gwoździem” do trumny Canarinhos w tym secie był atak Kubiaka z drugiej linii, dający wynik 16:13. Po nim zespół Renana dal Zotto nie był już w stanie wyjść na prowadzenie mimo dwóch asów Felipe Fontelesa na 20:21 i późniejszego wyrównania na 23:23. Atak Szalpuka na kontrze i blok Kurka zakończyły tę partię zwycięstwem biało-czerwonych (28:26).

Fantastyczną serię w ataku mieli polscy zawodnicy na początku kolejnej partii. 3 udane zagrania Kurka, 2 Szalpuka i 2 bloki Drzyzgi dały im prowadzenie 8:4. Późniejsze przejściowe trudności biało-czerwonych w zdobywaniu punktów w dużej mierze wynikały z większej swobody gry, którą zyskali Brazylijczycy przez słabsze zagrywki rywali (14:12). Choć biało-czerwoni wciąż byli na trzypunktowym prowadzeniu, to przez środkową część seta nie oni rozdawali punkty w meczu, a Brazylijczycy błędami i dobrymi atakami. Trzeba jednak przyznać, że Polacy odzyskali kontrolę nad meczem w widowiskowy sposób – niezwykle mocnym atakiem Kurka z drugiej linii w drugi metr (22:17). Set został zakończony skutecznym atakiem Michała Kubiaka na lewym skrzydle (25:20).

„Pogrom” po czterech dobrych atakach Kurka, dwóch blokach Kochanowskiego i jednym Drzyzgi Polacy zafundowali Brazylijczykom na początku trzeciej partii (11:5). Canarinhos na moment stracili wiarę w zwycięstwo i zaczęli popełniać wiele kosztownych błędów, oddalających ich od perspektywy przedłużenia meczu (8:15). Przy tak dużej przewadze biało-czerwoni grali natomiast spokojnie, jakby przyzwyczajając się do myśli, że są o kilka piłek od obrony tytułu mistrza świata (19:14). Mimo że zespół Renana dal Zotto odrobił straty do stanu 21:22, to wkrótce euforyczną radość dał Polakom Kurek, kończący ten mecz (25:23).

Zwolennik PiS wierzy w brednie, przeciwnik myśli. O przekrętach PiS, Wałęsie i siatkarzach

Święta prawda.

„Poszukujemy byłych studentek, które zdawały egzaminy i uzyskiwały zaliczenia u prof. Jacka Majchrowskiego w pokoju nr 71 w motelu Krak w 2004 r.” – takiej treści ulotki pojawiły się w Krakowie w ramach kampanii samorządowej.

Kto stoi za tą nieczystą akcją wymierzoną w długoletniego prezydenta Krakowa i kandydata na prezydenta (popieranego przez Platformę Obywatelską, Nowoczesną, PSL i SLD)? Nie sposób orzec, bo strona internetowa wpisana na ulotce to fejk, za to numer telefonu, pod który należy donosić na prezydenta to telefon dla widzów… TVP Info.

Co na to wszystko Jacek Majchrowski? Na swoim profilu na Facebooku zdecydował się upublicznić poniżające go ulotki i wpisy, przyznając, że zdążył się już przyzwyczaić do tego, że każda, kolejna kampania oznacza zbieranie na niego haków.

A jednak ta samorządowa kampania wyborcza stoi hakami, oszczerstwami i chwytami poniżej pasa, jak dotąd żadna inna.

Ani dróg ani mostów

Weźmy choćby na tapetę klan Morawieckich. Senior rodu Kornel, reprezentujący partię Wolnych i Sprawiedliwych próbował zarejestrować listę wyborczą z podpisami zmarłych. Komisja wyborcza w Warszawie zakwestionowała 198 z dwustu podpisów, z czego kilkanaście należało do nieboszczyków. Córka Kornela, Anna, która zdecydowała się kandydować na burmistrza Obornik Śląskich w jednym z wywiadów zapewniła,że do kandydowania namawiały ją lokalne środowiska, które „znały jej zaangażowanie w sprawy społeczne”. Dodała, że od lat związana jest z gminą, konkretnie z wioską Golędzinów.

– Tu prawie pół wieku mój dziadek z ojcem wybudowali dom, tu się wychowałam, tu jest nasz dom – podkreślała Morawiecka.

W ulotce wyborczej kandydatka na burmistrza napisała, że mieszka w Golędzinowie na stałe od czterech lat. Miejscowi tymczasem twierdzą, że nigdy nie widzieli Morawieckiej, pamiętają jedynie Kornela, jak ten, dawno temu „w gumowcach śmigał przez pola”.

Więcej, wieloletni sołtys Golędzinowa Janusz Jaworski bije się w pierś, że Morawiecką po raz pierwszy ujrzał na wrześniowych dożynkach w pobliskim Pęgowie. Kandydatka odczytała wtedy list od premiera (czyli brata).

Premiera, który wzbił się ostatnio na wyżyny manipulacji. Podczas wyborczego spotkania z mieszkańcami Świebodzina oznajmił, że za rządów Platformy Obywatelskiej „nie było dróg i mostów”.

I będzie już dobrze

– Premier Morawiecki zagrał na emocjach. Tymczasem wystarczy przejrzeć roczniki statystyczne z czasów, kiedy rządziła PO, by przekonać się, że to nieprawda – zauważa Mateusz Zaremba, politolog z Uniwersytetu SWPS, badacz zachowań wyborczych. – Tyle, że wielu wyborców woli wierzyć słowom ulubionych polityków, niż zweryfikować ich wypowiedzi, często brutalne. I wątpliwe etycznie.

Ta kampania jest brutalna, zdaniem Zaremby, również dlatego, że spora część wyborców jest podatna na argumenty populistyczne, które proponują proste rozwiązania takie jak: przyjdą dobrzy ludzie, wyrzucą poza nawias ludzi złych, zrobią kilka prostych rzeczy i będzie już naprawdę dobrze.

– Miejskie imprezy z gwiazdami będą niebiletowane, kamienice podświetlone, Olsztyn będzie piękny – zapewnił ostatnio wyborców Olsztyna Czesław Jerzy Małkowski, były prezydent miasta, skazany w I instancji na pięć lat więzienia za gwałt na urzędniczce w ósmym miesiącu ciąży. To nie przeszkadza mu kandydować po raz kolejny i sugerować, że poprzednie wybory na prezydenta wygrał właśnie on (choć przegrał). Innymi słowy, według Małkowskiego wybory w 2014 roku były sfałszowane. – Niewątpliwie doszliśmy do sytuacji, w której przeważają argumenty emocjonalne, nie rzeczowe – twierdzi Mateusz Zaremba. Powód? – Po 2015 roku zaostrzył się w Polsce konflikt polityczny. Wielu obywateli uważa, że w kraju doszło do złamania standardów konstytucyjnych i wyborczych. Na to nakłada się przekonanie części polityków i części społeczeństwa, że już w 2014 roku, podczas wyborów samorządowych, doszło do nadużyć podczas głosowania. To może elektryzować elektoraty.

– Warto jednak zwrócić uwagę też na to, że tak wielka podaż kłamstw w tych wyborach oznacza, że istnieje spory popyt na oszczerstwa. Przecież premier Morawiecki ma możliwości intelektualne do wypowiedzenia zdania, że „za PO nie wybudowano tyle dróg i mostów, ilu można się było spodziewać”. Ale wolał zagrzmieć, że za czasów Platformy nie było nic! – dopowiada prof. Radosław Markowski, socjolog i politolog z Polskiej Akademii Nauk. – To dowód na to, że dzisiejszy wyborca PiS oczekuje właśnie takich komunikatów. Nieskomplikowanych. I co z tego, że fałszywych?

Jednak nie chwyt retoryczny

– Ta kampania samorządowa tonie w brudzie. Co do technik szkalowania kontrkandydatów mamy ewidentnie sytuację przeniesienia metod z czasu ostatnich wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Już nikogo nie dziwią fałszywe konta i boty, wysyłające kłamliwe informacje, które mają wbić w ziemię przeciwnika – mówi prof. Markowski. Zauważa przy okazji, że pojawiają się także nowe techniki manipulowania wyborcami.

– Mało kto wie, że w Polsce pączkują dziś fejkowe ośrodki badania opinii publicznej. Kowalski odbiera telefon, w świętej wierze odpowiada na dwa proste pytania „ankieterów”, po czym jest zalewany hejtem. „A czy pan wie, że jeden z kandydatów na prezydenta Warszawy nocą zamienia się w przestępcę? Wie pan, że taki, a taki kandydat molestuje kobiety w parkach?”.

Na szczęście, brutalna i brunatna kampania miewa czasem w Polsce twarde konsekwencje. Chociaż Sąd Okręgowy w Warszawie, w kuriozalny sposób oddalił rozpatrywany w trybie wyborczym pozew Platformy Obywatelskiej przeciwko premierowi (poszło o te drogi i mosty), uznając, ewidentne łgarstwo Morawieckiego za „chwyt retoryczny”… to sąd apelacyjny zmienił tę decyzję i premier musiał przeprosić PO za swoje słowa. Także na antenie publicznej, a w praktyce – rządowej telewizji.

Polska mapa politycznego hejtu. Gdzie powstaje najwięcej nienawistnych wpisów?

Najnowszy sondaż dla „Głosu Wielkopolskiego” jasno pokazuje stawkę poznańskiej gry o władzę w mieście. Jacek Jaśkowiak (Platforma Obywatelska) startujący jako kandydat Koalicji Obywatelskiej w pierwszej turze zdobyłby 42,5 proc. głosów, za nim z 25,1 proc. poparcia plasuje się Tadeusz Zysk popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. Trzecie miejsce w przedwyborczym rankingu zajmuje kandydat koalicji lewicy, obecny wiceprezydent Tomasz Lewandowski z 14,7 proc. głosów. Popierany przez byłego prezydenta Jarosław Pucek z KWW Dobro Miasta ma szansę na 10,8 proc., kandydatka ruchów miejskich Dorota Bonk-Hammermeister z Prawa do Miasta to 4,6 proc., w końcu Wojciech Bratkowski z KWW Poznań od Nowa to 2,3 proc. potencjalnych głosów.

Kto zdobędzie władzę w największych polskich miastach?

Jacek Jaśkowiak, prezydent z zaskoczenia

Wszystko wskazuje więc na ponowne zwycięstwo Jacka Jaśkowiaka, który wygrał cztery lata temu, zaskakując obserwatorów prognozujących zwycięstwo Ryszarda Grobelnego, wieloletniego prezydenta miasta. Jaśkowiak chętnie podkreśla, że korzenie jego zaangażowania w sprawy miejskie tkwią w ruchach miejskich – w 2010 r. wystartował jako kandydat ruchu My Poznaniacy, zdobywając 7,16 proc. głosów. W 2014 r. Jaśkowiak wygrał w drugiej turze jako kandydat Platformy Obywatelskiej, zwycięstwo było jednak możliwe dzięki mobilizacji sił społecznikowskich i lewicy.

Prawdziwa stawka wyborów samorządowych

Nowy prezydent zasłynął spektakularnymi działaniami, przeciwstawiając się Antoniemu Macierewiczowi, gdy ten forsował pomysł, by uroczystościom ku czci ofiar Czerwca 1956 towarzyszyło odczytanie apelu smoleńskiego; objął patronatem Marsz Równościi sprzeciwił się przywróceniu Pomnika Wdzięczności (Chrystusa Pana) w lokalizacji oczekiwanej przez inicjatorów pomysłu. W ratuszu najtrudniejszy „resort” – zarządzanie infrastrukturą – powierzył wiceprezydentowi Maciejowi Wudarskiemu z ruchów miejskich.

Maciej Wudarski i Joanna Jaśkowiak nie będą rywalizować z prezydentem

Wudarski, mimo że był inicjatorem wspólnego komitetu wyborczego Prawo do Miasta, łączącego miejskie siły społeczne, nie zdecydował się na kandydowanie, uznając, że byłoby to nielojalne wobec szefa, czyli prezydenta Jaśkowiaka. W powstaniu Prawa do Miasta uczestniczyła Joanna Jaśkowiak, żona prezydenta, co wywołało spekulacje, czy aby małżonkowie nie będą z sobą konkurować w wyborczym wyścigu. Joanna Jaśkowiak przecięła dywagacje, wycofując się w ostatniej chwili. Kandydatką ruchów miejskich w Poznaniu została więc Dorota Bonk-Hammermeister.

Wyborcza mobilizacja ruchów miejskich

Czego Poznaniowi trzeba, by stał się metropolią o znaczeniu międzynarodowym

Dorota Bonk-Hammermeister w wywiadzie dla poznańskiego wydania „Gazety Wyborczej” wskazała katalog spraw, jakich dotychczas nie udało się zrealizować, a mieszczą się w wizji dobrego miasta promowanej przez ruchy: program rowerowy, uspokojenie ruchu na Jeżycach, dokończenie buspasu na Garbarach. To szczegółowe przykłady rozwiązań, jakie Poznań podejmuje lub musi podjąć, by zmierzyć się z wyzwaniami przyszłości, jakie w pełni identyfikuje nowa strategia rozwoju 2020+ przyjęta w 2017 r.

Badania ewaluacyjne przeprowadzone przez poznańskich socjologów pokazały, że największym bodaj problemem rozwojowym miasta jest przekonanie jego mieszkańców o szklanym suficie, który uniemożliwia realizację w mieście ambitnych projektów i pełne wykorzystanie zasobów ludzkich oraz materialnych, w jakie obfituje Poznań. Jacek Jaśkowiak, który wygrywając w 2014 r. zadeklarował, że nie chce kierować miastem dłużej niż przez dwie kadencje, przekonuje, że wie, jak ów szklany sufit usunąć i uczynić z Poznania metropolię o znaczeniu międzynarodowym.

Tadeusz Zysk obiecuje walkę z korkami i wielkie inwestycje

Najpoważniejszym kontrkandydatem w staraniach o drugą, a więc i – zgodnie z deklaracjami – ostatnią kadencję jest Tadeusz Zysk, znany wydawca kandydujący z poparciem PiS. W pierwszym punkcie swojego programu umieścił budowę premetra, czyli szybkiego bezkolizyjnego tramwaju. Dwie linie premetra miałyby rozwiązać problem korków w rozwijającym się mieście. Kolejne pomysły Zyska na miasto to wielkie inwestycje: Park Stulecia, hala widowiskowo-sportowa, Muzeum Powstania Wielkopolskiego (mimo że jego budowę zainicjował już Jacek Jaśkowiak).

Do wyborów 2018 trzeba się dobrze przygotować

Debaty przedwyborcze bez kandydatów

Cechą charakterystyczną rozkręcającej się poznańskiej kampanii jest nieobecność najważniejszych kandydatów podczas przedwyborczych debat. Ostatnio Jacek Jaśkowiak nie dotarł na debatę organizowaną przez TOK Fm, a Tadeusz Zysk opuścił salę w trakcie spotkania.

Wyniki sondaży wskazują na zwycięstwo Jacka Jaśkowiaka, ale on sam najlepiej wie, że do wygranej w I turze jeszcze sporo brakuje, a II tura zawsze oznacza ryzyko nawet dla faworyta, gdy ten musi liczyć się ze sporym negatywnym elektoratem. Należą do niego m.in. ci wszyscy, którym nie odpowiada nadmiernie progresywna ekspresja prezydenta.

75. urodziny Lecha Wałęsy.

Brawo UE! Wstyd polsko!

27 przywódców UE podpisało sie pod życzeniami urodzinowymi dla p.Prezydenta ktore przywiózł do Gdańska p.Prezydent . Wsród nich jest podpis Premiera Węgier ,Victora Orbana. Zabrakło tylko życzeń od Premiera RP

– Wszyscy udają, że dla dobra Kościoła go krytykują i marzą o tym, żeby w Kościele katolickim działo się lepiej. Ja odwrotnie, chcę żeby działo się jak najgorzej – tłumaczył Jerzy Urban podczas premiery „Kleru”, w rozmowie z serwisem przeAmbitni.pl.

Kilka dni temu w Warszawie odbyła się uroczysta premiera filmu „Kler”. Wśród aktorów i celebrytów, którzy przybyli na pokaz, pojawił się również Jerzy Urban. Redaktor naczelny tygodnika „Nie” w rozmowie z serwisem przeAmbitni.pl szczerze przyznał czego życzy Kościołowi katolickiemu.

„Chcę jak najgorzej dla Kościoła”

Zapytany o kontrowersje jakie wzbudza „Kler”, Urban stwierdził: „To wzbudza moje mieszane uczucie, bo ja redaguję pismo silnie antyklerykalne i taki film i jego wielka popularność (…), banalizuje temat i jakby odbiera mi dotychczasową niemal wyłączność na atakowanie kleru, ja tracę jakby silnik swojego biznesu”.

Dalej Urban podkreślił, że taki „aplauz dla tego filmu” to dla niego „bardzo ciekawe zjawisko”. – Ja w tym dostrzegam kawał swojej roboty też, bo to się nie wzięło z niczego. Ja ma tylko inne podejście do tej kwestii niż antyklerykałowie. Ja nie jestem antyklerykalny, tylko antyreligijny – tłumaczył dalej w rozmowie z dziennikarką.

– Wszyscy udają, że dla dobra Kościoła go krytykują i marzą o tym, żeby w Kościele katolickim działo się lepiej. Ja odwrotnie, chcę żeby działo się jak najgorzej. Żeby byli sami pedofile, sami kanciarze i żeby Kościół był jeszcze ohydniejszy niż jest – stwierdził w końcu szczerze Urban.

Jak dodał, problemy Kościoła oznaczałyby „mniej podatnych na oszustwo jakim jest – jego zdaniem – wiara”. – Religijna szczególnie. Inne wiary też są mylące i sam tego doświadczyłem – podkreślił Urban.

Celna obserwacja.

W najnowszym Newsweeku rozmowa z Wojciechem Smarzowskim i reportaż o – tak jest – dobrych księżach : co w Kościele i w Polsce zmieni „Kler”.

Metaforyczna sytuacja.

Trzepanie kasiory, a w alkowie na zakrystii trzepanie…

>>>

Były prezydent Radomia Andrzej Kosztowniak dziś jest posłem. Dogląda w Sejmie projektu obwodnicy miasta, która nagle zaczęła się wić i falować. Przebiegnie dzięki temu przez wiele działek należących do powiązanych z posłem samorządowców, bogatego biznesmena oraz ich rodzin.

– Wie pan, do czego służy poseł w tym kraju? Do przyciskania przycisków – te słowa biznesmena powiązanego z lokalnymi politykami kończą reportaż TVN o „radomskim układzie korupcyjnym”.

Z wyemitowanego w sobotę materiału „Superwizjera” TVN wynika, że samorządowcy i posłowie PiS oraz Roman Saczywko, miejscowy potentat branży budowlanej, przez lata wypracowali korzystny dla siebie układ zależności. Interesy polityków i biznesmena skupiły się m.in. wokół terenów, przez które przechodzić ma droga S12 – część obwodnicy Radomia. Wykupili tam działki, na których zarobić mogą ogromne pieniądze z odszkodowań od państwa.

W Sejmie zespołem ds. budowy trasy S12 kieruje poseł PiS Andrzej Kosztowniak, były prezydent Radomia. Jego siostra zaś jest w grupie właścicieli działek.

„Ktoś wpływowy chce zarobić…”

Reporter TVN Bertold Kittel skupił swoje dziennikarskie śledztwo na nagłych, tajemniczych zmianach planu przebiegu drogi S12, południowej obwodnicy Radomia. W filmie występują mieszkańcy gminy Kowala. Są przerażeni, że w projekcie Generalnej Dyrekcji Krajowych Dróg i Autostrad znienacka umieszczono wariant, w którym S12 biegnie przez tereny zabudowane, przecinając na pół okoliczne wsie i gminę. Szok mieszkańców jest tym większy, że w początkowych planach droga przebiegała przez nieużytki, a jej przeprowadzenie nie wymagało wyburzania domów i wywłaszczania ludzi.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o KOD.

Mamy prawdziwą zagadkę: jak to jest, że od wyborów w 2015 r. namnożyło się takich nadgorliwców…

– „To nie cenzura, lecz nadgorliwość i głupota” – powiedział prezes TVP Jacek Kurski, gdy jego podwładni, nadzorujący transmisję z festiwalu filmowego w Gdyni, wycięli fragment wypowiedzi reżysera Wojciecha Smarzowskiego. Okropnego pecha ma pan prezes TVP. Ktoś mu chyba złośliwie podsyła takich nieinteligentnych pracowników, którzy ni stąd, ni zowąd samowolnie wycinają różne rzeczy. Skąd im w ogóle do głowy przychodzi, że można coś wycinać? Przecież kierownictwo TVP bardzo dba o zachowanie standardów i przestrzeganie reguł dobrego dziennikarstwa i nigdy w życiu nie zgodziłoby się, by tak ingerować w treść transmisji.

Ale nie tylko Kurski ma tak ciężkie życie z podwładnymi. Zbigniewowi Ziobrze i Joachimowi Brudzińskiemu też nie jest lekko. Wśród ich pracowników również trafiają się tacy nadgorliwi. Gdy w Białej Podlaskiej pewien jegomość powiesił koszulkę z wulgarnym słowem „Konstytucja” na szlachetnej figurze Lecha Kaczyńskiego, policjanci wparowali bladym świtem do domu tego chuligana, przeprowadzili rewizję, narobili hałasu, przestraszyli małe dziecko. – „To było działanie nieadekwatne” – przyznał minister Brudziński.

Pewnie było mu strasznie przykro, że jego podwładni zachowali się tak głupio i postawili go w niezręcznej sytuacji. Zwłaszcza, że w tym tygodniu sąd stwierdził, iż robienie rewizji domowej z powodu koszulki na pomniku było działaniem nieuzasadnionym i nieadekwatnym do przedmiotu sprawy: – „Prokurator wydając zaskarżone postanowienie nadał prymat ochronie porządku publicznego rozumianego jako estetyka miejsca publicznego nad chronioną konstytucyjnie nietykalnością osobistą i prawem do prywatności oraz nienaruszalnością mieszkania”.

No i znowu powstaje to samo pytanie: co tym nieinteligentnym funkcjonariuszom do łbów strzeliło? Jak mogli wpaść na tak głupi pomysł, żeby robić rewizję w domu? Przecież kierownictwo resortu bardzo pilnuje, żeby zawsze postępować adekwatnie do przedmiotu sprawy i przestrzegać reguł.
Wszystko to dowodzi, że jakieś fatum wisi nad „dobrą zmianą”. Albo mamy do czynienia ze spiskiem. Może jakiś wróg celowo nasyła takich nadgorliwców, którzy podejmują nieadekwatne działania?

W tych dniach mamy nowy przykład z Radomia: pan Dariusz Przytuła sfilmował komórką, jak wrogowie wieszają koszulkę z „Konstytucją” na pomniku (tym razem była to figura Eugeniusza Kwiatkowskiego) – i policja zaraz wzięła go na przesłuchanie, bo skoro widział, sfilmował i umieścił na Facebooku, a nie zgłosił, to znaczy, że sam złamał prawo. Niezgłoszenie przestępstwa jest karalne. W sumie słusznie postąpiła policja, ale chyba znowu nadgorliwie. Może być z tego kolejna afera.

Albo pamiętacie, jak nadgorliwa pełnomocniczka wojewody we Wrocławiu Dominika Arendt-Wittchen przywaliła z liścia wrogowi narodu? Niby się należało, ale wybuchł kolejny skandal i trzeba się było tłumaczyć, że przeholowała.

Gdyby to wszystko zsumować, to mamy prawdziwą zagadkę: jak to jest, że od wyborów w 2015 r. namnożyło się takich nadgorliwców? Zupełnie jakby się uwzięli i celowo postanowili skompromitować obóz władzy. Ciekawe, kto ich podpuścił. Bardzo ciekawe.

Waldemar Mystkowski pisze o Wałęsie.

Wkład Lecha Wałęsy w historię Polski jest nie do przecenienia. Jego miejsce w podręcznikach historii jest obok największych. Gdy dzisiejsze emocje wyparują i znajdą swoje miejsce w obiektywnej narracji, Wałęsa będzie jednym tchem wymieniany wśród 5-10 najważniejszych postaci w dziejach Polski.

Gdyby nie było Wałęsy, czy upadłby komunizm? Tak, ale wyglądałoby to inaczej, najprawdopodobniej dłużej by przetrwał i nie obyłoby się bez rozlewu krwi. Piszę Wałęsa, myślę „Solidarność” – ta klasyczna, bo dzisiejsza Piotra Dudy to antySolidarność, odpowiednik komuszego CRZZ.

Wiele zawdzięczają Wałęsie Rosja (ZSRR) i kraje byłego Układu Warszawskiego. Wałęsa przyspieszył erozję komuszego reżimu, był katalizatorem przemian. To dzięki niemu komuniści rosyjscy zdecydowali się na Gorbaczowa, który zainspirowany „Solidarnością” rozpoczął pierestrojkę. Głównym burzycielem Muru Berlińskiego był Wałęsa. Gdyby Polacy potrafili wykorzystać siłę mitu Wałęsy, Niemcy nie odmówiliby, aby w Berlinie stanął pomnik naszego wielkiego ziomka.

Dlaczego tak się stało, że Wałęsa jest dzisiaj w kraju przez jedną ze stron postponowany? Stało się tak nie dlatego, że jesteśmy narodem wichrzycieli (bo jesteśmy), ale dlatego, że polskie społeczeństwo nie ma w swoim kodzie paradygmatu demokracji i procedur wolności. Jesteśmy powierzchowni, a więc nasza odpowiedzialność za kraj jest śliska, dlatego tak łatwo niektórym politykom przedstawiać kłamstwa jako prawdy. Gombrowicz tę przypadłość nazywał niedojrzałością, zielonością. Tak było w okresie międzywojennym, tak jest dzisiaj. Po czasach bohaterów „Solidarności” przyszedł czas tchórzy – Kaczyńskich, Morawieckich, Dudów.

Tchórz nie stanie na ubitej ziemi, ale się schowa za kordonem ochroniarzy i pomówień. Jeszcze Polska jest bezpiecznie usytuowana geopolitycznie w dużym organizmie politycznym Unii Europejskiej, ale to może się w każdej chwili zmienić. Wówczas przypomnimy sobie o mądrości Wałęsy, o mądrości zbiorowej „Solidarności”. Czy będzie już jednak za późno? Nie chcę kasandryczyć, acz czarno widzę, gdy PiS dłużej utrzyma się u władzy.

Dzisiaj Lech Wałęsa obchodzi 75 lat, trzy ćwiartki wieku. Powinien być wyniesiony w naszej pamięci i grzać się w chwale zwycięzcy, niestety tchórze są innego zdania. Pierwszy przewodniczący „Solidarności” udzielił wywiadu Deutsche Welle, w którym ostro wyraził się o rządzących od 3 lat: – „Mamy nieodpowiednich, niezbadanych medycznie ludzi, ludzi małych, zakompleksionych, którzy przypadkiem zdobyli władzę”.

Polska po przypadkach II wojny i reżimu komuszego przetrwała, acz okaleczona, więc po przypadku PiS też tak będzie, zatem ten „przypadek zdobycia władzy” trzeba im wytrącić z rąk. Wałęsa nam i młodszym dawał przykład, tak jak wcześniej Piłsudski, a jeszcze wcześniej Kościuszko. Lech Wałęsa nie jest przypadkiem bohaterem, jest nim pełną gębą.

>>>

Żeby można było napisać te słowa Polacy musieli pokonać Amerykanów, którzy sprawiali wrażenie, że są nie do przejścia. A jednak w turyńskim półfinale zatrzymał ich zespół Vitala Heynena. Było 3:2 w setach (25:22,20:25,23:25 i 15:11).

Turyn: polscy siatkarze awansowali do półfinału mistrzostw świata

Wielki powrót Bartosza Kurka

Jeśli trzeba byłoby wskazać tego jednego, od którego najwięcej zależało, to prawie wszyscy wskazaliby atakującego Bartosza Kurka. Przeżywa swoje wielkie dni. Cztery lata temu miał być filarem ówczesnej reprezentacji. Trudno było uwierzyć, że skreślił go z kadry, prawie w ostatniej chwili, trener Stephane Antiga. A jednak końcowy triumf sprawił, że mało kto podważał tę zaskakującą decyzję. Kurek nie załamał się, choć kolejne sezony nie były przecież jednym wielkim pasmem sukcesów. Nawet na początku tych zawodów można było mieć wątpliwości, czy stawianie na tego atakującego nie jest jeszcze jedną ekstrawagancją dowodzącego kadrą Belga. Szybko okazało się, że ten wybór, jak wiele innych, sprawdził się w stu procentach.

Polacy mocniejsi od statystyk

Przed półfinałem lepiej było nie zaglądać do statystyk. Jeśli są takie zespoły, które nie leżą Polakom, to Amerykanie byliby na czele listy. Teraz z niej znikną. Również teoretyczne porównanie klasy poszczególnych graczy nie wypadało dobrze dla naszych. Może i tak jest w rzeczywistości, ale to nie Amerykanie, tylko Polacy potrafili stworzyć w sobotni wieczór mocniejszy zespół. Nikt nie może przecież powiedzieć, że sukces jest niezasłużony.

W pierwszym secie poszło nadspodziewanie łatwo dla Polaków, w drugim na odwrót. Po wyrównanym trzecim wydawało się, że nasza ekipa może stracić wiarę w finał. Ale pogodzenie się z porażką jest pojęciem nieznanym w naszym obozie. Analizując na zimno, czwarty set i tie-break to pokaz przewagi sportowej i mentalnej biało-czerwonych.

Czternastka Vitala Heynena

Kilkutygodniowe zawody, w których trzeba wychodzić aż dwanaście razy na plac gry, żeby bić się o najwyższe stawki, są przedsięwzięciem wycieńczającym i wyniszczającym. Tym bardziej widać teraz głęboki sens zabiegów Vitala Heynena mających na celu przygotowane czternastki, z której każdy będzie gotów wejść pod siatkę w najtrudniejszym nawet momencie. Półfinał wywalczyli Bartosz Kubiak, Michał Kubiak, Paweł Zatorski, ich koledzy z pierwszej szóstki i wszyscy pozostali, którzy trochę częściej siedzą na ławce. Przecież ci teoretycznie rezerwowi Dawid Konarski, Aleksander Śliwka, Grzegorz Łomacz i pozostali też mieli swój bardzo wymierny wkład w tak wielkie osiągnięcie, które może być jeszcze większe. Mistrzowie świata chcą przecież obronić tytuł.

To jest to!

Kościół jest koalicjantem PiS. Razem rżną Polskę

Karol Tchórzewski to syn obecnego ministra energii, który niedawno oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Pan Karol związany jest od lat z PiS-em Od 2006 roku zasiada w sejmiku mazowieckim. Jest też prezesem elektrociepłowni w Siedlcach, gdzie zarabia średnio 14 tys zł miesięcznie.

Teraz Tchórzewski walczy o prezydenturę. Ostatnio zorganizował spotkanie wyborcze w przykościelnej kaplicy. Na Facebooku umieścił fotki z tego spotkania i zapewne bardzo zdziwiła go reakcja internautów.

Jak pisze portal Dzień Dobry Siedlce, „Skandal wyborczy w Siedlcach! To się już w głowie nie mieści! Siedlecki PiS zorganizował swoje spotkanie wyborcze w… Kaplicy Matki Boskiej Kodeńskiej przy kościele św. Stanisława. Ciekawi nas co na to biskup siedlecki i Episkopat Polski? Czy tak wygląda apolityczna twarz Kościoła?  Informacje o tym bulwersującym incydencie podesłali nam internauci. Karol Tchórzewski, syn ministra i kandydat PiS na prezydenta Siedlec jak gdyby nigdy nic rozdawał wśród członków PiS swoje banery i plakaty wyborcze w przykościelnej kaplicy. Spotkaniem pochwalił się nawet na swym facebookowym fapage’u. Post spotkał się z oburzeniem internautów i po kilku godzinach został usunięty. Na zdjęciach widać kandydatów do rady miasta startujących z list PiS. Także tych z Siedleckiego Towarzystwa Samorządowego i dawnych członków PO, w tym byłego posła, usuniętego z szeregów tej partii. Widać też urzędników i pracowników miejskich spółek. Na jednej z fotografii Henryk Niedziółka, przewodniczący rady miasta z uśmiechem zwija baner wyborczy kandydata na prezydenta. Widać także prezesa Agencji Rozwoju Miasta Grzegorza Orzełowskiego.
Czy są jakieś granice, których ci ludzie nie przekroczą?
O sprawie będziemy jeszcze informować. O komentarz poprosimy m.in. kurię biskupią.
A jakie jest Wasze zdanie? Czy Kościół to odpowiednie miejsce na takie hece? Rozpoznajecie twarze zebranych tam ludzi?
”.

Po kilku godzinach jego post został usunięty. To jednak nie kończy sprawy i myślę, że wszyscy oczekujemy na odpowiedź władz kościelnych, które wyjaśnią nam, dlaczego apolityczna z założenia instytucja, pozwala politykom na prowadzenie kampanii wyborczej w swoich murach.

Kościół jest koalicjantem PiS. Te dwa podmioty rzadzą w Polsce. Wszak Duda, Morawiecki i Kaczyński całują biskupów w pierścień, acz ci woleliby, aby całowały dzieci. Korupcja polityczna i pedofilia – ramię w ramię – sojusz ołtarza i tronu.

Hairwald

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za…

View original post 1 202 słowa więcej