Archiwa tagu: Mikołaj Małecki

Morda w kubeł – hasło wyborcze PiS

Prof. Marcin Matczak z Wydziału Prawa i Administracji UW stwierdził, że nie zdziwił go pozew Ziobry przeciw prawnikom z UJ, którzy krytykowali jego kodeks karny. Na razie minister sprawiedliwości się z niego wycofał, ale niektórzy wieszczą, że po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach sprawa wróci. Matczak przypomniał rozmowę posłanki PiS Krystyny Pawłowicz z sędzią Waldemarem Żurkiem. – „Powiedziała do niego: „cicho”, żeby się po prostu nie odzywał i nie dyskutował. Myślę, że w pewnym sensie to jest w DNA partii Prawo i Sprawiedliwość, że mówi obywatelom: cicho, kiedy my decydujemy i uchwalamy prawo, to wy macie być cicho” – powiedział Matczak w TVN24.

„W Polsce nie dyskutuje się już w ogóle na temat prawa, ponieważ istnieje jakieś takie przekonanie, że minister jest nieomylny. W związku z tym nikt nie ma prawa powiedzieć, że się pomylił. Autorzy opinii powiedzieli, że minister się pomylił, minister zamiast dyskutować z nimi, pozywa ich do sądu. To jest bardzo poważna sprawa” – stwierdził prof. Matczak. Dodał, że będzie namawiał krakowskich prawników do złożenia pozwu przeciw Ziobrze.

 „Nie może być tak, że jeżeli obywatel krytykuje projekty legislacyjne w debacie publicznej, żeby mu groziły potem pozwy sądowe ze strony organów władzy publicznej. To jest zupełnie aberracyjna sytuacja. Pierwszy raz się chyba z czymś takim spotkałem, że w momencie przedłożenia ekspertyzy naukowej, która wskazywała na znaczenie tego, jak znowelizowano przepisy, co to w praktyce będzie oznaczało; że w sytuacji, kiedy wnioski tej analizy wydawały się chyba niewygodne dla autora projektu, reaguje na to bardzo emocjonalnie twierdzeniem, że ktoś skłamał, potem jeszcze grożąc sądem” – powiedział kierownik Katedry Prawa Karnego UJ Włodzimierz Wróbel. Dodał, że nie odczuwa „żadnej ulgi ani żadnej satysfakcji” z powodu wycofania się przez Ziobrę ze złożenia pozwu. – „Od samego początku tej groteskowej afery towarzyszy mi głębokie uczucie zażenowania przede wszystkim i wstydu, bo kiedy organ państwowy w istocie naraża się na śmieszność, to jaką tu satysfakcję czuć z tego, że ostatecznie wycofuje zupełnie absurdalne pomysły związane ze ściganiem naukowców” – stwierdził prof. Wróbel.

Depresja plemnika

Wiemy nie od dziś, że komisje śledcze są dla wielu polityków szansą zaistnienia. Częściej przypominają show niż prawdziwe rozwiązywanie problemów.

Poniedziałkowe posiedzenie komisji śledczej również nie było wolne od żartów czy uszczypliwości. Przyznać jednak trzeba, że przebiegało w dość kulturalnej atmosferze.

Przed komisją śledczą ds. VAT stanął szef RE Donald Tusk. Przesłuchiwany był nie tylko przez posłów z obozu władzy, ale również przez członka komisji z PO, Zbigniewa Konwińskiego. Podczas przesłuchania poseł Platformy przypomniał politykom PiS, że oskarżając jego formację o sprzyjanie przestępcom VAT-owskim, zapomnieli, że sami głosowali za nowelizacją ustawy, o której dziś mówią, że sprzyjała przestępcom.

Chodzi o przyjętą w 2008 roku nowelizację, zgodnie z którą zniesiono tzw. 30 proc. sankcje VAT. Do czasu przyjęcia tej nowelizacji możliwe było nakładanie kar na podatników, którzy naruszali przepisy czy też się pomylili. Dziś PiS uważa, że właśnie ta nowelizacja przyczyniała się do powiększenia luki VAT.

View original post 717 słów więcej

 

Krystyna Pawłowicz – bohaterka filmu Patryka Vegi „Polityka”

Film Vegi jeszcze nie zdążył wejść na ekrany, a już narobił popłochu w PiSowskich szeregach. Wszystko dzięki scenie zainspirowanej sejmowymi wystąpieniami Krystyny Pawłowicz.

Obawom nie oparł się nawet sam szef partii rządzącej: „Mamy do czynienia z coraz jawniejszym, coraz wyraźniej pokazywanym – pewnie państwo słyszeli o zapowiedziach filmu Vegi – hejtem, czy przygotowaniem do takiego wielkiego hejtu, wielkiego ataku na zasadzie, że nie liczą się żadne fakty albo fakty są wykorzystywane w sposób instrumentalny do uogólnień, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością” – mówił w Spale Kaczyński na XIV Zjeździe Klubów „Gazety Polskiej”.

Lider Prawa i Sprawiedliwości wyjaśniał zebranym zasady działania „mechanizmu” polegającego na „wmawianiu ludziom, że dzieje się coś złego i za wszystkim stoi ich partia”.

Podkreślił, że wokół filmu Vegi toczy się „kampania reklamowa”, która ma pokazać polityków jego ugrupowania jako „ludzi złych i zdemoralizowanych”. „Ludzi, którzy nie służą Polsce, ludzi, którzy w gruncie rzeczy dopuszczają się różnego rodzaju bezeceństw. Tego rodzaju działań będzie bardzo wiele” – przestrzegał Kaczyński.

Prezes PiS wyznaczył w tej sytuacji konkretne zadanie członkom klubów „Gazety Polskiej” na czas kampanii wyborczej: „Dotarcie do każdego człowieka, do każdej parafii, do każdej gminy – to będzie nasze ogromne zadanie” – stwierdził.

Jednocześnie przyznał, że jego obóz polityczny „nie składa się z aniołów” i podkreślił, że „nie ma na świecie obozu politycznego, który składałby się z aniołów”. „Nie żyjemy w stanie świętości, bo święci się rzadko zdarzają, ale na zło reagujemy i je eliminujemy” – stwierdził Kaczyński, zapewniając, że „tam, gdzie doszło do przekroczenia albo przynajmniej do poważnego prawdopodobieństwa przekroczenia prawa karnego, tam wchodzi prokurator.”

Kmicic z chesterfieldem

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że…

View original post 1 700 słów więcej

 

PiS klęczy przed biskupami i udaje walkę z pedofilią. Takie pokraki i ancymonki rządzą w Polsce

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Kwestia walki z pedofilią w polskim Kościele katolickim jest dopiero na początku drogi i bynajmniej nie jest oczywiste, ile ona potrwa i czy skończy się pełnym sukcesem, czyli kontrolą społeczeństwa: co też dzieje się w tej sprawie za zamkniętymi drzwiami plebanii i kurii.

(…)

Nie spodziewajmy się za wiele po instytucji, w której wylęgło się zło najgorszego autoramentu, iż się oczyści, podejmie środki prawne, aby ukarać sprawców i zadośćuczynić ofiarom. Od tego powinno być prawo i służby państwa.

Bardzo nikczemna jest postawa partii rządzącej. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział podwyższenie kary więzienia za pedofilię do 30 lat, bez zaznaczenia, że chodzi o kler. Podwyższenie karalności niczego nie załatwia, bo pedofil klecha na katechezie wypracuje nowe skuteczniejsze metody pozyskiwania ofiar swoich zbrodniczych popędów.

Złotousty Andrzej Duda nawet rozszerzył swoją troskę o ofiary pedofilów i zapowiedział mus: „Z pedofilią musimy walczyć wszędzie. Szkoła, kolonie, harcerstwo”. Znowu uklęknie w niedzielę przed jakimś kapłanem i złoży hołd.

Zawiedziony jestem też opozycją, bo usłyszałem, że po odebraniu władzy PiS „żaden pedofil nie schowa się w kurii ani w partii„. Ten chowający się w „partii” to aluzja do Marka Kuchcińskiego? Nie słychać jednak o żadnej komisji państwowej ws. pedofilii w Kościele katolickim, najlepiej gdyby była ona społeczno-państwowa.

Polakom jednak zakodowała się treść filmu braci Sekielskich, nie można jej wymazać marną retoryką polityczną. Inne ofiary księży pedofilów dostały przykład, że można pokonać ogromny wstyd i mówić o złu wyrządzonym im przez zbrodniczą chuć kapłanów.

Sekielski zapowiada kolejny film o pedofilii w Kościele. Presja społeczna będzie coraz większa i dojdzie do rozliczenia pedofilii wśród kleru. Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS, którzy imitują walkę z kleszą pedofilią. Imitatorami walki są Kaczyński, Duda, Ziobro i inni, wszak to klienci katolickiej kruchty pozyskujący zindoktrynowany przez nich elektorat.

Więcej >>>

W czasie dzisiejszego posiedzenia w Sejmie procedowana jest ustawa polityków Prawa i Sprawiedliwości ws. zaostrzenia prawa karnego w kwestii przestępstw seksualnych.

Depresja plemnika

Kolejny, który idzie w zaparte i udaje, że nie ma problemu pedofilii w polskim kościele. To ksiądz Sławomir Marek, proboszcz parafii w Stanowicach na Dolnym Śląsku.

Duchowny wyrobił sobie opinię o filmie, choć nawet go nie obejrzał. Po co, jeśli on i tak wie, że „w filmie WSZYSCY zboczeńcy to księża. w życiu 1 na 1000… Nie będę oglądał tego gniota, bo nie ma tam dziennikarzy, lekarzy, sędziów itd. A zboczonych księży nie bronię”.

Ksiądz Marek należy do tych, którzy usiłują przekonać opinię publiczną, iż pedofilia w kościele to tylko malutki margines, a tak naprawdę problemem są ci, którzy „dziś walczą z pedofilią Sekielski, Morozowski, Kopacz, Schetyna i Biedroń… promując pederastię, aborcję, upadek sztuki i moralności. Chodzą w pochodach dla zboczeńców a przechodząc koło kościoła głośno krzyczą no pasaran! Żałosne to i tyle!”.

Kiedy jedna z internautek zareagowała na wpisy księdza, ten w swej odpowiedzi przekroczył…

View original post 2 127 słów więcej

 

PSL nie zawodzi, zawsze wejdzie w koalicję tam, gdzie kasa

W powiecie chełmskim na Lubelszczyźnie do koalicji z PiS przystąpili działacze PSL. – „To wynik wyborów wskazał koalicję. Współpracowaliśmy dotychczas zgodnie, wyborcom to się podobało, będziemy kontynuować” – powiedział dotychczasowy starosta powiatu chełmskiego, prezes zarządu powiatowego PSL, Piotr Deniszczuk, jak czytamy w portalu Fakt.  Wybory do rady powiatu wygrało PSL, zdobywając 9 głosów. Sześć przypadło PiS, a grupa BAS i G9 uzyskały 4 mandaty. Ci ostatni chcieli dogadać się z PiS, co zepchnęłoby działaczy PSL na opozycyjny margines. Ludowcy odrzucili więc wielkie słowa lidera partii o prawie, zasadach i szacunku dla demokracji. Według portalu NaTemat postawili na ochronę stanowisk, które zdobyli przy okazji poprzednich wyborów samorządowych.

Także w powiecie białogardzkim dojdzie do egzotycznej koalicji. Dlaczego? To proste. Na 17 mandatów radnych Koalicja Obywatelska zdobyła 6, SLD Lewica Razem i KWW Niezależnych po jednym, PSL ma ich 2, PiS – 3, a KWW Wspólny Samorząd – Powiat Białogardzki – 4. I to on, jak podał „Głos Koszaliński”, ma być w koalicji z PSL i PiS. 9 mandatów wystarczy, by wspólnie rządzić. – „Zebrała się taka grupa ludzi, która chce pracować ponad podziałami na rzecz lokalnej społeczności. Podjęliśmy to ryzyko i będziemy próbowali tak funkcjonować. My się tutaj wszyscy znamy i te szyldy polityczne na dole nas zobowiązują do pewnych rozwiązań, ale patrzymy na siebie jak na partnerów, by rozwiązywać nasze, lokalne problemy” – zaznaczył szykowany na starostę białogardzkiego Piotr Pakuszto z PSL. Dodał, że Koalicja Obywatelska podejmowała rozmowy z PSL w sprawie koalicji. –„Ustaliliśmy w naszej grupie, że idziemy z PiS i KWW Wspólny Samorząd. Poinformowaliśmy władze wojewódzkie PSL o naszej decyzji. Prezes przyjął to do wiadomości. Dał nam tę powiatową suwerenność, tym bardziej, że my cztery lata temu to już trenowaliśmy” – powiedział Pakuszto, Zresztą w mijającej kadencji PSL był w jeszcze bardziej kolorowej koalicji: z SLD, PiS-em i „Porozumieniem Samorządowym”.

Gdy wcześniej poszła w Polskę wieść o tym, że działacze SLD bratają się z PiS, w odpowiedzi Włodzimierz Czarzasty odwołał jednego ze skorych do koalicji z PiS działaczy SLD i zawiesił dwóch innych. Ciekawe, czy reakcja szefa PSL będzie równie stanowcza?

Jeszcze kilka dni temu Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiadał, że żadnego wchodzenia w układy z partią, która łamie konstytucję. Szef ludowców mówił, że pamięta, jak umowy koalicyjne skończyły się dla Samoobrony oraz LPR, więc nie chce, żeby ludowcy stali się przystawką dla PiS. Czas pokaże już wkrótce.

Duda to tylko niedojrzały bubek, dudek

To nie jest najlepszy czas dla prezydenta Andrzeja Dudy. Po durnych wpisach na Twitterze, czy deklaracji jego rzecznika prasowego Błażeja Spychalskiego, że prezydent podpisze ustawę, której nie ma – tej o ustanowieniu 12 listopada dniem wolnym od pracy, Andrzej Duda zmuszony został do zrezygnowania z udziału w Marszu Niepodległości, do pójścia w którym „bez podziałów” namawiał wszystkie formacje polityczne. Prezydent za pośrednictwem rzecznika prasowego tłumaczył swoją decyzję pobytem poza stolicą. 

„Chciałbym, żebyśmy razem poszli w Marszu Niepodległości, i jest to kwestia odpowiedzialności wobec społeczeństwa. Stańmy obok siebie i pokażmy ludziom, że można być razem. Można się nie gryźć” – mówił jeszcze niedawno prezydent w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Dziś jednak okazało się, że prezydent nie weźmie udziału w marszu. „Zdecydował kalendarz” – powiedział rzecznik prezydenta Błażej Spychalski. „Prezydent od samego rana do późnej nocy bierze udział w różnego rodzaju uroczystościach państwowych. I to jest powód, dla którego nie będzie uczestniczył w Marszu Niepodległości. Tych uroczystości jest bardzo dużo” – dodał. 

Dziennikarze RMF FM dotarli do informacji, że Andrzej Duda obawiał się powtórki z głoszenia kontrowersyjnych haseł na marszu. Kancelarii Prezydenta nie udało się porozumieć co do tego z organizatorami. Nie dali oni gwarancji, że podczas marszu dozwolone będą wyłącznie biało-czerwone flagi. Postawiłoby to Dudę w niezręcznej sytuacji – firmowałby swoją obecnością wygłaszanie nienawistnych haseł. Między innymi one wpłynęły na decyzję o rezygnacji ze wspólnego maszerowania przez pozostałe stronnictwa polityczne. 

Prawo i Sprawiedliwość mogło jednak temu zaradzić. Mogło ogłosić własny Marsz Niepodległości „bez podziałów”, jednak na użytek miesięcznic smoleńskich wolało uchwalić ustawę o zgromadzeniach cyklicznych. 

Winą za blamaż starał obarczyć narodowców niezawodny Samuela Pereira. Do sprawy odniósł się wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Witold Tumanowicz.

Sedno tej przedziwnej sytuacji wyraził celnie Patryk Wachowiec z Forum Obywatelskiego Rozwoju. 

Nasze polskie świętowanie jest niczym 100 lat niepodległości. Uchwalany naprędce dzień wolny, podzielone obchody i towarzyszący wszystkiemu bajzel, jak państwo Polskie – trzyma się na ślinę jak polski „naród”. Ciekawe czy starczy kolejnych stu lat, by wreszcie zbudować w Polsce społeczeństwo. 

Najbardziej zabawne jest to, że rządzący mogliby zorganizować własny Marsz Niepodległości. Ale uchwalili ustawę o zgromadzeniach cyklicznych. A ta daje prawo pierwszeństwa ONRowi i Młodzieży Wszechpolskiej.

Za katastrofy PiS zapłacimy cenę większą niż Grecy za swoich populistów

>>>

Prezes PiS ogłosił, że słynna fabryka autobusów Autosan zmieni właściciela. Jeszcze dwa lata temu jej przyszłością miała być Polska Grupa Zbrojeniowa i produkcja dla wojska, teraz przyszłością jest Polska Grupa Energetyczna i autobusy elektryczne – informuje portal gazeta.pl.

Jeszcze w 2016 r. premier Beata Szydło podczas uroczystości podpisywania umowy na zakup Autosanu przez firmy PIT-Radwar oraz Huta Stalowa Wola mówiła: – „Nie tylko autobusy, ale także jest plan, żeby produkowane były tutaj również pojazdy dla wojska. Ale ten czas pewnie przed nami”.Plan był taki, że najpierw fabryka z Sanoka miała stanąć na nogi dzięki swojej tradycyjnej produkcji cywilnych autobusów, a potem wejść na rynek zbrojeniowy. Łącznie na sanocką fabrykę państwowa zbrojeniówka wydała około 40 milionów złotych – powiedział w rozmowie z portalem Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”. W taki oto sposób PiS zrealizował obietnicę wyborczą z 2015 roku, złożoną na newralgicznym dla niego Podkarpaciu.

Dzisiaj widać, że ze „zbrojeniowego” zwrotu Autosanu nic nie wyszło. PGZ rzuciło kasą, ale Autosan dla wojska produkuje w śladowych ilościach (głównie kontenery, które montuje się na ciężarówkach i wypełnia elektroniką dla łączności czy obsługi radarów). Wprawdzie w 2016 roku mówiono, że fabryka ma produkować takież kontenery na potrzeby programu zbrojeniowego Wisła (zakup systemów Patriot z USA), ale poza listem intencyjnym żadnej umowy nie podpisano.  Największym kontraktem na rzecz wojska pozostaje ten z 2017 roku na wyprodukowanie 28 cywilnych autobusów do przewożenia żołnierzy, za 18 milionów złotych.

Przyszłość pod skrzydłami zbrojeniówki najwyraźniej nie rysowała się jednak zbyt pięknie, skoro teraz Autosanem ma się zająć PGE. „Autosan ma wielką przyszłość, a to jest niemała część przyszłości Sanoka” – stwierdził prezes PiS. Rzeczywiście w 2017 roku sanocka fabryka podpisała kontrakt na dostawę czterech autobusów elektrycznych do Niemiec. PGE ma wesprzeć ten kierunek rozwoju sanockiej fabryki, choć nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia. Nieważne, skoro na horyzoncie błyszczy ambitny premiera Mateusza Morawieckiego dotyczący pojazdów elektrycznych: „do 2025 roku na polskich drogach będzie ich milion” i będą „kołem zamachowym polskiej reindustrializacji”.

Tylko że nie wszyscy podzielają ten entuzjazm. – „Zmiana koncepcji rozwoju co dwa lata na pewno Autosanowi nie pomoże” – twierdzi Cielma. Poza tym od przejęcia fabryki przez państwo w 2016 roku, zarządza nią już trzeci prezes. – Osobiście uznaję to za deklarację polityczną. Autosan to stosunkowo niewielka, ale bardzo szeroko znana firma. Ma więc być i ma produkować” – puentuje naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu – mówi Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). Pytamy też o sytuację w LOT i uchwalonym właśnie święcie 12 listopada. – Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna – mówi Marek Tatała.

JUSTYNA KOĆ: Podoba się panu pomysł, by 12 listopada był dniem wolnym?

MAREK TATAŁA: Przede wszystkim takie rzeczy nie dzieją się bezkosztowo. Według różnych szacunków koszt takiego dnia wolnego dla gospodarki to 4-6 mld złotych. To, co jeszcze bardziej oburza, poza samym kosztem, to tryb, w jakim jest to uchwalane. Przypominam, że mamy końcówkę października, a 12 listopada jest już niebawem. Wszyscy zostaliśmy zaskoczeni tym projektem ustawy, którego treść była dodatkowo nieprecyzyjna.

„Solidarność” oburzała się, że będzie możliwość otwierania sklepów, więc Senat przyjął poprawki. Kolejne posiedzenie Sejmu planowane jest na 7-9 listopada, więc prezydent podpisywać będzie ustawę zaraz po tym, a może i 13 listopada, już po święcie.

Prezydent pokazał, że potrafi podpisać ustawę nawet w kilka godzin.
To prawda. Ta ustawa jest kolejnym doskonałym przykładem degradacji, która dokonała się w procesie legislacyjnym w Polsce. Proces legislacyjny nie wyglądał dobrze już za poprzednich  rządów, które bywały za to krytykowane, niemniej teraz mamy jeszcze więcej przykładów takich skandali legislacyjnych, które są nieprzemyślanymi bublami, przeprowadzanymi w zawrotnym tempie, a jednocześnie, jako projekty poselskie, nie mają oceny skutków regulacji. To powoduje, że nikt nie dyskutuje o skutkach, chociażby gospodarczych.

W tym przypadku chodzi nie tylko o te 6 mld, ale też np. o zaplanowanie produkcji w zakładach przemysłowych czy dostaw towarów. Gdyby taki dzień był znany kilka miesięcy temu, przedsiębiorcy mogliby się do niego dostosować. Tymczasem my jeszcze dziś nie wiemy, czy ten dzień wolny będzie, czy nie.

Biuro Legislacyjne Sejmu również ma wątpliwości, wydało opinię, że zapis jest niezgodny z konstytucją.
Myślę, że to, co jest tu najgorsze, to ten pośpiech, w sytuacji kiedy mówimy o dniu wolnym za kilka tygodni i nikt nie ma możliwości się do tego przygotować. To zaburza działalność gospodarczą, ale i plany ludzi. Problemy pojawia się też w wymiarze sprawiedliwości. Taki dzień wolny skutkować będzie koniecznością przeniesienia wielu rozpraw. Będą to sprawy gospodarcze, rozwodowe, dotyczące opieki do dziećmi i wiele innych, a konsekwencje będą trudne do zmierzenia. Ludzkie szkody mogą być znaczne, bo może się okazać, że ktoś będzie się borykać ze sprawą następne kilka miesięcy, czekając ponownie na termin rozprawy.

Jeżeli partia rządząca narzeka na opieszałość w sądach, a jednocześnie wyrywa kolejny dzień, kiedy można by część rozpraw zakończyć, to jest to działanie sprzeczne z wcześniejszymi deklaracjami.

Od zeszłego tygodnia mamy poważny kryzys w LOT. Jak pan to ocenia?
W ostatnich latach w LOT nastąpiła poprawa kondycji spółki. W propagandzie, szczególnie mediów publicznych, pojawiały się hasła, że to obecny rząd uratował LOT. Tymczasem ta restrukturyzacja rozpoczęła się za poprzedniego prezesa. To, co jest teraz, to kontynuacja wcześniejszych dobrych zmian, które pozwoliły na to, że ta spółka rzeczywiście finansowo wyszła na prostą.

Kiedy słyszymy taką propagandę sukcesu, to nie dziwi, że pracownicy danej branży czy firmy występują z postulatami dotyczącymi ich wynagrodzeń. To przecież nie tylko LOT, ale i np. administracja publiczna.

W wielu miejscach pojawiły się postulaty zwiększenia wynagrodzeń, kiedy ludzie słyszeli, że sytuacja w Polsce jest doskonała. Co nie do końca jest zgodne z rzeczywistością. To, co dzieje się w LOT, jest ewidentną wizerunkową klęską zarządu, który z jednej strony chwali się świetnymi wynikami, a z drugiej zwalnia ludzi w sposób, który na pewno uderza wizerunkowo w samą spółkę i prezesa. Pamiętajmy, że LOT jest tzw. narodowym przewoźnikiem, choć moim zdaniem nie ma potrzeby, aby państwo posiadało linie lotnicze. Wiele dużych grup lotniczych za granicą jest całkowicie prywatnych albo udziały państwa są tam szczątkowe. Są to spółki notowane na giełdzie, co powoduje, że są bardziej przejrzyste, jeżeli chodzi o działalność. Polski LOT jest całkowicie kontrolowany przez państwo, a więc przez polityków.

Warto tu podkreślić, że kiedy pojawia się spór płacowy w prywatnej firmie, to jest to spór między pracownikami a właścicielem i zarządem firmy. Tutaj automatycznie w ten spór wchodzą politycy, bo oni są tak naprawdę przełożonymi prezesa.

Były plany, aby sprzedać część udziałów LOT-u, zainteresowany był m.in. Wizz Air, ale po dojściu PiS do władzy zaniechano tych planów.
To jest część ogólnego trendu, który obserwujemy, a który jest nazywany repolonizacją gospodarki, co oznacza tak naprawdę renacjonalizację i utrzymywanie nadmiernej obecności państwa w różnych sektorach. Warto przypomnieć – bo trochę protest dotyczący związkowców LOT-u to przysłonił – że powstaje jednocześnie coś takiego jak Polska Grupa Lotnicza, która jest konsorcjum LOT-u z różnymi spółkami. Ukazała się właśnie analiza Forum Obywatelskiego Rozwoju, która pokazuje, jak ta grupa została dokapitalizowana z Funduszu Reprywatyzacji.

To środki, które miały być przeznaczone na zupełnie inne cele i może to wskazywać, że sytuacja finansowa w LOT nie jest tak doskonała, jak widzimy w medialnej propagandzie. W sposób oficjalny państwo polskie nie może dokonywać pomocy publicznej w LOT, bo ta pomoc została udzielona kilka lat temu, a przepisy unijne zakazują powtórnego działania tego typu.

Powstaje więc kolejny państwowy moloch, w którym być może będzie można ukrywać gorsze wyniki finansowe poprzez połączenie różnego rodzaju spółek związanych z działalnością lotniczą. „Repolonizacja” to nie tylko kupowanie czy przejmowanie prywatnych przedsiębiorstw, ale tworzenie też jeszcze większych państwowych molochów, które przez to, że nie są notowane na giełdzie, a ich zarządcy twierdzą, że nie dotyczy ich ustawa o dostępie do informacji publicznej, są nieprzejrzyste.

Rozumiem, że ma pan serce po stronie przedsiębiorców, a nie pracowników i związków zawodowych, ale musi pan przyznać, że gdy 67 osób dostaje zwolnienia dyscyplinarne za to, że strajkują, przypomina to raczej PRL i lata 80., a nie XXI wiek w jednym z krajów członkowskich UE.
Myślę, że to nie jest kwestia położenia mojego serca i nie zgadzam się na stwierdzenie, że moje serce sprzyja jednej ze stron tego i innych podobnych sporów.

To, na co watro spojrzeć, to przepisy prawa i czy według nich te zwolnienia były zgodne z prawem. Gdy obserwujemy, w jaki sposób zostało to zrobione, to jest podejrzenie, że mogą tam być nieprawidłowości.

Dlatego warto podkreślić jeszcze jeden aspekt tej sprawy i coś o czym dyskutujemy od 3 lat: po co nam wolne od nacisków polityków sądy? Pamiętajmy, że jeżeli sprawy pracowników LOT-u trafią do sądów, to będzie to spór między pracownikiem a spółką kontrolowaną przez państwo i polityków. Dlatego sędzia, który będzie się sprawą zajmował, nie powinien być zależny od tych samych polityków, aby ten spór mógł rozstrzygnąć niezależny arbiter. Kiedy pojawiają się pytania, np. przy okazji protestów, czy warto wychodzić na ulice w obronie niezależnego sądownictwa, to jest to kolejny dobry przykład, dlaczego warto.

Każdy pracownik spółki Skarbu Państwa mógłby się znaleźć w podobnej sytuacji co teraz pracownicy LOT-u i nie chciałby, aby sędzia był kontrolowany przez tych samych polityków, którzy kontrolują państwowe przedsiębiorstwo, w którym pracuje.

Premier Morawiecki, kiedy był jeszcze wicepremierem i ministrem rozwoju, a następnie finansów mówił, że wreszcie LOT wstaje z kolan, że spółka przynosi zyski. Tymczasem okazało się, że te zyski wypracowano m.in. zabierając etaty i przenosząc pracowników na zatrudnienie B2B. To nieuczciwe?
To pytanie bardziej porównawcze, jak działają inne linie lotnicze na świecie. Na pewno składnikiem takiego wyniku finansowego jest też składnik kosztów, ale źródłem sukcesu LOT jest także poprawa koniunktury. Jeżeli na świecie i w Polsce dzieje się lepiej, to ludzie mają więcej pieniędzy i chcą więcej podróżować, firmy wykonują więcej lotów w celach biznesowych.

Na pewno fakt, że przez długi okres utrzymywały się dość niskie ceny paliw, pomagał liniom lotniczym.

To, co widzimy w tej chwili, czyli próba budowania państwowego molocha, wiąże się z różnymi mocarstwowymi zapędami partii rządzącej. Zresztą „wielki LOT” jest automatycznie łączony z wielkim lotniskiem, które ma powstać. To lotnisko miałoby sens tylko wówczas, kiedy będzie z niego korzystać duża linia lotnicza. Pytanie, czy taką linię państwo i politycy są w stanie zbudować. Myślę, że nie i mam wrażenie, że mówimy tu o takim śnie o potędze, który może nigdy się nie ziścić.

Nie uważa pan, że to jest niemoralne, że w spółkach Skarbu Państwa pracownicy są zatrudniani na tzw. śmieciówkach?
Nie posługuję się terminem „umowa śmieciowa”, bo traktuję to jako pewnego rodzaju mowę nienawiści. Umowy cywilnoprawne są zgodne z prawem. Oczywiście dobrą sytuacją byłoby, gdyby sektor publiczny stanowił pewien wzór zachowań. Czasami nawet w spółkach Skarbu Państwa nie stosuje się umów o pracę, co wynika z charakterystyki naszego rynku pracy. Umowy cywilnoprawne były kiedyś częściej wybierane przez pracodawców niż dziś, kiedy sytuacja w gospodarce i na rynku pracy była gorsza.

Myślę, że byłoby dobrze zwiększyć elastyczność tradycyjnego prawa pracy, przy jednoczesnym zmniejszeniu obciążeń podatkowo-składkowych tak, aby te elementy nie zniechęcały do tradycyjnych umów, a forma umowy była zależna przede wszystkim od formy pracy.

Widzę tu konsekwencję błędnej polityki państwa, która wypchnęła w gorszych czasach gospodarczych część osób na umowy cywilnoprawne.

Skoro jesteśmy przy złych i dobrych czasach, to słychać coraz częściej, że koniunktura się kończy, gospodarka nie będzie się już w takim tempie rozwijać. Dobrze już było?
Na pewno tych sygnałów napływa coraz więcej, szczególnie z gospodarki światowej. W Stanach Zjednoczonych widzimy różnego rodzaju zawirowania na rynkach finansowych. Pamiętajmy, że przez wiele lat USA, jak i inne wielkie gospodarki, utrzymywały bardzo niskie stopy procentowe, teraz od nich powoli odchodzą. Ważnym czynnikiem, który warto obserwować, jest też fala protekcjonizmu i rosnąca presja na wojny handlowe: USA i Chiny to dwa najważniejsze punkty zapalne, ale prezydent Trump atakuje też UE, a UE odpowiada na działania USA.

To, co powinniśmy obserwować jako obywatele, to jak politycy przygotowują się na gorsze czasy i czy są na nie gotowi. Myślę, że ostatnie 3 lata były czasem, kiedy wielu z nas sytuacja mogła wydawać się dobra i poprawa faktycznie, choć nie nazywałbym tego zasługą rządu.

Polityka tego rządu długookresowo jest często nieodpowiedzialna. Taka polityka może wydawać się dobra w dobrych czasach, ale w złych, kiedy sytuacja się pogorszy i zmniejszą się wpływy podatkowe, które są silnie powiązane z koniunkturą, przestanie działać i na niektóre programy może zabraknąć funduszy, np. na program 500 Plus – to przecież koszt ok. 25 mld zł. Wtedy trzeba będzie się zastanowić, które wydatki ograniczać. To będzie prawdziwy test dla polityków, jak radzą sobie w złych czasach i czy potrafią przejść przez okres kryzysu.

Wielkim osiągnięciem Polski po 1989 roku jest nie tylko fakt, że osiągaliśmy wysokie tempo wzrostu, najszybsze wśród krajów regionu, ale także to, że uniknęliśmy recesji. Jednak to, że udało się uniknąć jej przez tyle lat, nie znaczy, że zawsze tak będzie.

Kiedy możemy się spodziewać, że odczujemy to pogorszenie?
Na podstawie dzisiejszych informacji wszystko wskazuje, że nie powinniśmy się na razie spodziewać gwałtownego załamania w polskiej gospodarce, raczej coraz wolniejszego tempa wzrostu. Im tempo będzie wolniejsze, tym wolniej będziemy doganiać bogatsze kraje Zachodu. Myślę, że gwałtownego pogorszenia nie będzie przed wyborami parlamentarnymi, a te są już za rok.

Dotychczasowe dobre wyniki sondażowe partii rządzącej były związane z tym, że była dobra koniunktura, a część osób wiąże poprawę swojego stanu portfela z obecnym rządem, co jest myśleniem błędnym, ale do wyborów może się nie zmienić.

A premier Morawiecki chwali się, że rząd PiS dzięki uszczelnieniu VAT zdobył więcej pieniędzy niż wynoszą środki, które dostajemy z Unii Europejskiej.
Jeżeli chodzi o poprawę wpływów VAT, to należy przypomnieć, że nie są to tylko skutki uszczelnienia systemu, które były potrzebne. Warto jednak obserwować śrubę podatkową, którą politycy dokręcają. Jeżeli dokręcą ją za mocno, to mogą pozyskać jakieś środki, ale jednocześnie zniechęcić niektórych do prowadzenia produktywnej działalności, która przynosiłaby zyski gospodarce.

Poprawa wpływów z VAT to także zasługa dobrej koniunktury w Polsce, zależnej od koniunktury na świecie. Wpływy z VAT-u, w dobrych czasach, rosną bardziej niż gospodarka, ale w kiepskich spadają bardziej, niż pogarsza się wzrost gospodarczy.

Jeśli chodzi o same porównania, to są fałszywe, bo są to nieporównywalne kategorie. To nie powinno padać z ust premiera, który przez wiele lat działał w sektorze bankowym i zajmował się polityką gospodarczą. Pamiętajmy też, że wpływy z UE to tylko jeden z pozytywów naszego członkostwa. Inne korzyści są o wiele istotniejsze niż same fundusze europejskie. Nasza obecność na wspólnym rynku, to że nasi przedsiębiorcy mogą na nim konkurować, jest niezwykle istotną rzeczą.

To, że mamy wolny przepływ dóbr, osób, kapitału i usług, jest nawet ważniejsze, niż fundusze, które są wydawane na różnego rodzaju publiczne inwestycje. One w końcu przeminą, bo nie będą już nam przysługiwać.

Ciężki do zmierzenia, ale bardzo ważny jest też aspekt bezpieczeństwa. Jak Polska mogłaby być narażona na zewnętrzne niebezpieczeństwa, gdybyśmy nie byli członkiem UE? Polska jest krajem granicznym z Rosją Putina. Wielka Brytania może sobie pozwolić na wyjście z UE, choć widzimy, jak to trudne, bo jest krajem o wiele silniejszym gospodarczo, jest wyspą, ma większą populację, broń atomową i może wydawać więcej na obronność.

Poza tym porównania, których dokonuje Morawiecki i budowanie na nich narracji, że jest dobry polski rząd, który zwiększa VAT i łaskawa Unia, która rzuca trochę pieniędzy, to szkodliwa komunikacja.

Odpowiedzialni politycy powinni budować przywiązanie Polaków do UE i szacunek do europejskiej wspólnoty, w której jesteśmy.

Prezydent ostatnio stwierdził, że dla wielu Unia to zakazy w kupnie zwykłej żarówki, bo wspólnota tego zabrania.
Tego typu wypowiedzi uderzają w wizerunek Polski.

I prezydenta?
Też, ale przede wszystkim w wizerunek kraju, podobnie jak inne słowa i działania PiS w niektórych obszarach, m.in. praworządności. To przebija się do mediów zagranicznych i uderza w coś, co było ogromnym polskim osiągnięciem po 1989 roku. Mianowicie, udało nam się zbudować wizerunek kraju sukcesu, który był stawiany jako wzór. Na Ukrainie, kiedy trwał Majdan i rewolucja przeciwko Janukowyczowi, Polska pojawiała się często jako przykład kraju, który wszedł szybko się rozwijał, wszedł do NATO i Unii Europejskiej, miał coraz lepsze instytucje.Byliśmy wzorem w wielu krajach na wschód od Polski. Takie były też przekazy w prasie zagranicznej. Pojawiały się duże artykuły, specjalne dodatki do największych tygodników i gazet światowych. Z okazji 25-lecia transformacji „The Economist wypuścił specjalny dodatek. Zagraniczny inwestorzy, politycy czy turyści czytali dobre rzeczy o Polsce publikowane w Nowym Jorku,  Frankfurcie, Londynie czy Paryżu.

Teraz większość artykułów, które czytamy o Polsce, to jest pokazywanie tego, co złego rządzący robią w kwestii praworządności, w tym sądownictwa.

Ponadto tego typu wypowiedzi prezydenta, które są odbierane jako dyskredytowanie UE, abstrahując od naszej opinii odnośnie do dyrektywy dotyczącej żarówek, to robienie złego PR Polsce. Robienie czegoś takiego na zagranicznej konferencji przy zagranicznych gościach i dziennikarzach jest antydyplomacją.

Kaczyński zarządza strachliwymi i niedomytymi Piszczykami, prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.

PiS prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

„Wierzę, że dzisiejsza Polska – kraj wolny i demokratyczny – to także Pana zasługa. Dlatego też byłoby wielkim zaszczytem dla mieszkańców i władz stolicy Wielkopolski, gdyby zechciał Pan przyjąć zaproszenie do Poznania – miejsca, gdzie 11 listopada stanowi fenomen radosnego, wspólnego świętowania” – napisał w zaproszeniach do byłych prezydentów Jacek Jaśkowiak. Prezydent Poznania na Facebooku umieścił zdjęcia oficjalnych pism wystosowanych do Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.

Jacek Jaśkowiak przypomniał, że w Poznaniu 11 listopada to także imieniny ulicy Święty Marcin. – „To kulturalny festyn, którego centralnym punktem jest barwny korowód z udziałem tysięcy poznaniaków. Świętujemy tu radośnie, chętnie dzieląc się z gośćmi naszą świętomarcińską tradycją”– napisał prezydent Poznania. Tego dnia mieszkańcy Poznania i turyści m.in. zajadają się słynnymi rogalami świętomarcińskimi.

W tym roku festyn organizowany jest w ramach programu „Pochwała Wolności”. – „Jego istotą jest refleksja nad ideą wolności oraz budowanie świadomej, aktywnej i odpowiedzialnej wspólnoty. Społeczności, która nie wyklucza, wznosi mosty porozumienia, a swoją siłę czerpie z jedności. Odnosząc się do dramatycznego losu, który dotknął naszą Ojczyznę na przestrzeni minionego wieku, to właśnie narodowa solidarność pozwalała nam nie tylko przetrwać czas zniewolenia i ucisku, ale realizować rzeczy wielkie” – napisał w zaproszeniach do byłych prezydentów Jacek Jaśkowiak.

Przypomnijmy – „Wałęsa i Komorowski nie będą na obchodach 100-lecia niepodległości”, organizowanych przez Andrzeja Dudę.

 „Kolejne novum tej kadencji… Było już, że PAD podpisywał ustawę chwilę po otrzymaniu, ale pierwszy raz mamy „podpisanie” przed uchwaleniem… Żeby było jasne – głowa państwa i strażnik Konstytucji bezwarunkowo akceptuje ustawę, która nie ma jeszcze swego ostatecznego kształtu i to pomimo podnoszonych (również przez Biuro Legislacyjne Senatu) zarzutów” – skomentował konstytucjonalista dr Ryszard Balicki na Twitterze zapowiedź zaakceptowania przez Andrzeja Dudę ustawy o ustanowieniu 12 listopada dniem wolnym od pracy.

Roman Giertych pospieszył z następną „poradą”. – „Skoro PAD jest gotów podpisać PiS ustawę, której jeszcze nie ma, to może podpisałby in blanco kilkadziesiąt kartek, dał je Jarkowi i pojechał do końca kadencji na narty”. Pozostali internauci też mieli swoje propozycje: – „Ja bym zlecił wykonanie 235 + 61 manekinów sterowanych pilotem, żeby posłom i senatorom PIS też dać wolne. Konstrukcja banalna tylko trzy przyciski na pilocie: za, przeciw, wstrzymanie. Ewentualnie wgrać im jeszcze owację i buczenie dla lepszego efektu”; – „Ja bym teraz na szybko wpisał do tej ustawy zniesienie wiz do USA. A co? Zrobią nam coś?”.

Przypomnijmy, że Biuro Legislacyjne Senatu zwracało uwagę m.in. na zasadę bezpieczeństwa prawnego, według której ustawodawca nie powinien zaskakiwać obywateli nowymi aktami prawnymi.  – „Skoro wszelkie stosunki w państwie układane były w sposób uwzględniający, że 12 listopada 2018 r. jest dniem roboczym, zmiana tej zasady de facto w przededniu tego dnia, skutkować będzie trudnymi do oszacowania skutkami prawnymi, społecznymi i finansowymi po stronie uczestników obrotu prawnego oraz ingerencją w ukształtowane już stosunki prawne” – napisali senaccy prawnicy. Jak wiemy, na niewiele się to w państwie PiS zdaje…

Najważniejsi politycy Prawa i Sprawiedliwości od blisko tygodnia powtarzają jak mantrę, że partia rządząca wcale nie zamierza wyprowadzać Polski z Unii Europejskiej, a wyborcy, którzy w obawie przed realizacją takiego scenariusza masowo ruszyli do urn wyborczych w dużych miastach zostali zmanipulowani i okłamani nierzeczywistym zagrożeniem. Zabawne to jest o tyle, że w samym finale kampanii wyborczej to przecież Prawo i Sprawiedliwość straszyło nierzeczywistym zagrożeniem ze strony hord krwiożerczych uchodźców z północnej Afryki.

W centrum manipulacji jest jedno twierdzenie, że PiS przygotowuje Polexit. Jest to kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo. PiS, a wcześniej PC, było zawsze, od samego początku lat 90. jako pierwsza partia ze wejściem do EWG, a później do UE. Trzymaliśmy się tej linii przez cały czas i trzymaliśmy się jej dalej. Wiemy, że musimy przestrzegać europejskiego prawa i będziemy go przestrzegali. Chcę to bardzo mocno podkreślić. Ale oczekujemy także, że władze UE też tego prawa będą przestrzegać i będą przestrzegać zasady równości” – mówił podczas konwencji PiS w Radomiu prezes tej partii.

Tyle tylko, że w przeciwieństwie do kwestii zalewu Polski przez muzułmańskich najeźdźców, perspektywa Polexitu nie tylko jest zagrożeniem realnym. Kaczyński za wszelką cenę chce zapobiec rozpowszechnieniu się informacji, która staje się oczywista dla mieszkańców dużych miast, do wyborców w ośrodkach małomiasteczkowych i wiejskich, a mianowicie tego, że proces opuszczania Unii Europejskiej, jako wspólnoty wartości i zasad, charakteryzujących państwa demokratyczne już się rozpoczął i trwa nieprzerwanie od trzech lat. Żeby to dostrzec, wystarczy przypomnieć, ile trwało przygotowywanie Polski do wejścia do UE, bo wbrew panującej powszechnie narracji nie stało się to w ciągu kilkunastu miesięcy dzielących referendum akcesyjne od daty wejścia w życie jego wyników.

Gdy w 1989 roku Polska odzyskała po raz kolejny niepodległość i uwolniła się z rosyjskiej strefy wpływów politycznych, suweren oczekiwał, że rozpoczniemy swój marsz w kierunku krajów zachodnich. Aby nam pomóc, Unia Europejska otworzyła drzwi dla krajów zza żelaznej kurtyny, przygotowując także zestaw kryteriów, które musimy spełnić, by do tej organizacji móc przystąpić. Tzw. kryteria kopenhaskie (przyjęte na szczycie Rady Europejskiej w Kopenhadze w czerwcu 1993 roku) były pewnego rodzaju kierunkowskazem dla polskich rządów i przez prawie 10 lat te wymagane zmiany wdrażano. Jakie to były zmiany wszyscy mniej więcej wiemy – wdrożenie zasad pełnego trójpodziału władzy, poszanowanie praw człowieka i praw mniejszości, gospodarka rynkowa, wolna konkurencja i rynek a także chęć uznania i poszanowania dorobku prawnego UE oraz przyjęcie w dłuższej perspektywie unii politycznej, gospodarczej i walutowej. Te wszystkie zmiany zostały wprowadzone, zasady wdrożone i dostosowane do standardów unijnych. To właśnie całokształt tych reform ustrojowych pozwolił na stworzenie i przyjęcie nowej Konstytucji w 1997 roku, a następnie na wyrażenie woli przystąpienia do UE w 2003 roku.

Jeśli od trzech lat rządów “dobrej zmiany” kolejnymi ustawami wykonywane są ordynarne kroki wstecz, względem zmian wprowadzonych celem wypełnienia kryteriów kopenhaskich, to oznacza to wprost wycofywanie się z takiego kształtu ustroju, który jest uznany za modelowy i wymagany przez UE. Dziś mielibyśmy wielkie problemy z uzyskaniem zgody na wstąpienie do UE, analogiczne do tych, jakie ma dziś przykładowo Turcja czy Ukraina. Nie spełniamy kryteriów politycznych i instytucjonalnych, co więcej postawa polskiego rządu pokazuje wręcz wrogość co do wzoru narzucanego przez organizacji. Unia Europejska dziś walczy z polskim rządem nie o to, by utrwalić nad Polską kontrolę (to zarzucają UE jej przeciwnicy) a o to, byśmy pozostali krajem takim, jak byliśmy w 2004 roku, byśmy nie cofali się do systemu sprzed 1989 roku. Byśmy po przeprowadzeniu zamach na konstytucyjny ustrój w ciągu jednej nocy nie przyjęli ustawy nas z UE wyprowadzającej (bo tak, to jest tak proste).

Właśnie to jest dziś największym zmartwieniem Jarosława Kaczyńskiego – że Polacy zrozumieją, że on decyzję o odwrocie z UE już podjął i ona jest już wdrażana w życie. Media natomiast atakuje nie dlatego, że kłamią na ten temat, ale że w ogóle o tym mówią, gdy powinny milczeć, pozostawiając zwłaszcza jego elektorat w błogiej nieświadomości.

Od trzech lat w Polsce władzę sprawuje PiS, które oprócz łamania konstytucji narusza również wszystkie inne standardy państwa demokratycznego jednocześnie dzieląc ludzi na prawdziwych Polaków i gorszy sort. Biorąc pod uwagę narrację obecnej władzy i podziały społeczne, które w ciągu trzech lat się nasiliły, można zadać pytanie – do czego doprowadzi populizm i radykalizm obecnej ekipy rządzącej? A do czego może doprowadzić pozorny spokój opozycji?

Wrzenie

Patrząc na obecną polaryzację społeczeństwa w ważnych dla państwa sprawach – polityka, religia, gospodarka, prawo itd. można śmiało powiedzieć, że w Polsce w czasie trzyletnich rządów PiSu powstaje podłoże pod rewolucję lub nawet wojnę domową. Można spodziewać się, że prędzej czy później dojdzie po którejś ze stron do wybuchu, gdyż poziom debaty publicznej już dawno przekroczył „cienką czerwoną linię”, a konsekwencją jej przekroczenia mogą być wydarzenia, które znamy z podręczników historii.

Analogie historyczne 

Jedną z najtrafniejszych analogii historycznych do obecnej sytuacji w Polsce stanowi schyłek republiki weimarskiej. Niemcy w wyniku przegranej I wojny światowej popadły w stan kryzysu gospodarczego oraz permanentnej  frustracji społecznej, spowodowanej m.in. poczuciem poniżenia traktatem wersalskim. Naród niemiecki w latach dwudziestych, podobnie jak „lud pisowski”, marzył o powstaniu z kolan. Odpowiedzią na te potrzeby stała się nowopowstała ideologia nazizmu. Coraz bardziej napięta sytuacja umożliwiła dojście Hitlera do zwycięstwa wyborczego. W ramach żmudnej, wiodącej przez nieudany pucz i więzienie, drogi do władzy przywódca nazistów wprowadzał nowomowę, która jest zjawiskiem dzisiaj w Polsce powszechnym. Tworzył bojówki polityczne, co można porównać z uprzywilejowaną pozycją ONRu i innych organizacji, zrzeszających „prawdziwych Polaków” i rozprawiał się ze swoimi przeciwnikami politycznymi. Uprzywilejowaną kastą stali się członkowie NSDAP, zwłaszcza ci najwierniejsi wodzowi, których należało jakoś wynagrodzić za lata poniewierki. Dziś w Polsce też nagradza się wiernych krótkotrwałymi prezesurami w spółkach skarbu państwa. Oprócz tego szukano wroga „prawdziwych Niemców”, winnego wszystkich ich klęsk i upokorzeń. Stali się nim Żydzi, którym odmówiono człowieczeństwa i przypisywano zdradzieckie knowania w ramach międzynarodowego spisku. A pamiętamy zapewne jeszcze wypowiedzi o zarazkach i pasożytach, dotyczące imigrantów… Lub ostatnie – o ojkofobii, na którą cierpią sędziowie.

Podobnie jak w III Rzeszy działo się też w państwach bloku komunistycznego, gdzie większość przywilejów otrzymywali członkowie partii, którzy działali dla jej dobra indoktrynując młodzież lub walcząc z przejawami buntu. A przecież większość działaczy PiS wychowało się w tamtych czasach.

Wszystkie te zjawiska zachodzące w III Rzeszy i PRLu powoli stają się codziennością w Polsce. Wprowadzenie reformy edukacji, która ma na celu wpojenia i wychowania obywatela „Dobrej Zmiany”, który będzie wyznawał wartości katolicko–narodowe. Umarzanie różnego rodzaju spraw przed „zreformowanymi” sądami, które nie rozpatrują i nie wydają wyroków wobec członków organizacji jawnie wspieranych przez rząd PiSu.

Czy w Polsce może dojść do wojny domowej lub dyktatury?

Analizując proces dochodzenia Führera i NSDAP do władzy oraz tworzenia III Rzeszy można dać na powyższe pytanie odpowiedź twierdzącą. Naziści, jak wiadomo, doszli do władzy w wyniku wygranych wyborów, w których dostali 43,9 % głosów, co dało koalicji – DNVP (Niemiecka Narodowa Partia Ludowa) i NSDAP 288 mandatów (na 444) w Parlamencie, a Hitlerowi tekę kanclerza Rzeszy. Po wyborach zaczęto wprowadzać nową wizję państwa, które miało być zamieszkiwane przez „prawdziwych Niemców” popierających Hitlera i wzorowo służących Rzeszy. W wyniku tych działań w ciągu kilku lat wprowadzono nowy ustrój, a naród niemiecki zdecydował w referendum opuścić Ligę Narodów. Wszyscy polityczni oponenci Hitlera skończyli w więzieniu.

Biorąc pod uwagę wydarzenia historyczne, które przywiodły Niemcy do dyktatury, można śmiało powiedzieć, że Polska zmierza w podobną stronę. Właściwie połowę tego procesu mamy za sobą, gdyż demokracja i wszelkie standardy państwa praworządnego w naszym kraju obumierają. Umożliwia to wprowadzenie nieformalnych rządów autorytarnych PiSu z Kaczyńskim na czele i uznanie wszelkich innych organizacji za nielegalne. W tym miejscu można dodać tylko: „taka była wola suwerena”, na co politycy PiSu bardzo często w swoich wypowiedziach się powołują.

Natomiast jeżeli chodzi o kwestie wojny domowej lub rewolucji można śmiało powiedzieć, że nastroje w polskim społeczeństwie w ostatnim czasie bardzo się zradykalizowały, a ponadto władza stara się wręcz sprowokować rozruchy. W tej sytuacji wystarczy mały błąd, by wywołać może nie rewolucję czy wojnę domową, a zamieszki, które mogą wymknąć się spod kontroli. Może ktoś nie nadstawi drugiego policzka, nie pójdzie ze skargą do sądu, tylko po prostu odda…  A PiS tylko na to czeka, szukając pretekstu do dokręcenia śruby lub wprowadzenia stanu wojennego (słynne zapytanie posłanki Pawłowicz o pułkownika Mazgułę).

Słuchając gorszących i prowokacyjnych wypowiedzi polityków PiSu o oponentach politycznych nie sposób zaprzeczyć, że tzw. czerwona linia już dawno została przekroczona.    I nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się za nią wrócić.

„Sterowanie z tylnego siedzenia przedstawicielami władzy, którzy łamią prawo, nie musi być bezkarne” – pisze wybitny karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego dr Mikołaj Małecki. Przestępcą jest także osoba, która nakłania lub ułatwia sprawcy łamanie przepisów albo wydaje mu takie polecenie. Prezes Kaczyński nie może spać spokojnie – grozi mu wyrok

Profesor Wojciech Sadurski, członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiegooskarżył czołowych polityków PiS o przestępstwa związane z demontażem rządów prawa w Polsce. Jego bezkompromisowy głos na łamach „Wyborczej” rozognił debatę medialną, a prorządowe media oskarżyły profesora o zabawę w prokuratora.

Wśród oskarżonych znaleźli się prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki, była premier Beata Szydło, sędzia i obecna prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska, a także prezes PiS Jarosław Kaczyński.

„Zabawa w prokuratora” wobec przedstawicieli rządu to nic trudnego – jako funkcjonariusze publiczni ponoszą odpowiedzialność w momencie złamania prawa. Podobnie jest w przypadku sędzi Przyłębskiej, kierującej upolitycznionym Trybunałem Konstytucyjnym.

Ale co z posłem Jarosławem Kaczyńskim, oficjalnie nie mającym nic wspólnego z ekscesami rządu?

Nie jest tajemnicą, że Jarosław Kaczyński zarządza państwem PiS z tylnej ławki. Mimo to podstawa prawna dla jego odpowiedzialności karnej za udział w rozmontowywaniu polskiej praworządności pozostaje kwestią sporną.

Co grozi mu za czyny, których sam nie popełnił, ale które zrodziły się w jego głowie?

Dr Mikołaj Małecki, wybitny karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w analizie prawnej dla OKO.press i Archiwum Osiatyńskiego podsumowuje, jakie zarzuty grożą Kaczyńskiemu. Wyjaśnia m.in. na czym polega sprawstwo kierownicze, na podstawie którego swoje oskarżenie sformułował profesor Sadurski:

„Kierownik ma przynajmniej potencjalną władzę nad poczynaniami wykonawcy przestępstwa: inicjuje kolejne etapy przestępstwa, steruje przebiegiem akcji lub podejmuje decyzję o zakończeniu czynu. Kierowanie może też ograniczać się do fazy planowania”.

Małecki wymienia także inne przepisy pozwalające postawić zarzuty osobom, które, choć działały tylko pośrednio, brały udział w przestępstwie. Karalne jest:

  • współdziałanie z funkcjonariuszem publicznym, który łamie prawo (bycie wspólnikiem);
  • wydawanie mu poleceń (wykorzystywanie istniejącej zależności między dwiema osobami);
  • nakłanianie do popełnienia czynu zabronionego (gdy dana osoba nie miała tego w planach);
  • pomaganie w nim (nawet w formie konsultacji czy narad).

Przytoczone przez Małeckiego zapisy kodeksu karnego wskazują jasno: prezes PiS nie może spać spokojnie – grozi mu wyrok. Nie ochroni go nawet poselski immunitet.

Poniżej publikujemy całą analizę dr. Mikołaja Małeckiego.


Sterowanie z tylnego siedzenia przedstawicielami władzy, którzy łamią prawo, nie musi być bezkarne. Sprawcą przestępstwa jest nie tylko ten, kto własnoręcznie przekracza uprawnienia lub nie dopełnia ciążących na nim obowiązków, ale także osoba, która nakłania lub ułatwia sprawcy łamanie przepisów albo wydaje mu polecenie ich naruszenia.

Wina też po stronie wspólnika

Niektóre przestępstwa opisane w Kodeksie karnym mogą zostać popełnione wyłącznie przez funkcjonariuszy publicznych. Przykładem może być art. 231 Kodeksu karnego, opisujący występek polegający na niedopełnieniu obowiązków lub przekroczeniu wiążących daną osobę uprawnień, czym działa się na szkodę interesu prywatnego lub publicznego (np. dobra Rzeczypospolitej Polskiej).

Odpowiada za niego wyłącznie funkcjonariusz publiczny: konkretny poseł, minister czy piastun stanowiska kierowniczego w określonej instytucji publicznej.

Przepisy określające znamiona konkretnych przestępstw z reguły wskazują na to, że sprawca działa w pojedynkę.

Nie oznacza to jednak, że odpowiedzialność karną za atak na dobro prawne ponosi wyłącznie osoba, która własnoręcznie przyczynia się do naruszenia dobra. Karalne jest także współdziałanie ze sprawcą,

niezależnie od tego, jaki jest status osoby współdziałającej z funkcjonariuszem publicznym – nie musi być ona funkcjonariuszem tego samego typu (np. poseł współdziałający z prezydentem RP), a nawet w ogóle nie musi być osobą pełniącą funkcję publiczną (np. były poseł nakłaniający funkcjonariusza do popełnienia przestępstwa). Przesądzają o tym ogólne zasady odpowiedzialności karnej określone w Kodeksie karnym.

Odpowiedzialność kierownika

Wysoce karygodną formą udziału w cudzym przestępstwie jest wydanie innej osobie polecenia, aby ta wykonała czyn zabroniony, przy wykorzystaniu łączącego te osoby stosunku zależności (art. 18 § 1 in fine k.k.).

Nie ma znaczenia, czy zależność ta wynika z przepisów prawa, sytuacji faktycznej, czy innego typu zależności emocjonalnej. Kto w takich warunkach wydaje polecenie, by funkcjonariusz publiczny złamał prawo, sam staje się sprawcą tego samego przestępstwa.

Inną formą karalnego współdziałania jest sprawstwo kierownicze, polegające na kierowaniu postępowaniem innej osoby w czasie ataku na dobro prawne (art. 18 § 1 in media parte k.k.). Kierownik musi mieć przynajmniej potencjalną władzę nad poczynaniami wykonawcy przestępstwa: inicjuje kolejne etapy przestępstwa, steruje przebiegiem akcji lub podejmuje decyzję o zakończeniu czynu.

Sądy przyjmowały sprawstwo kierownicze również wtedy, gdy kierowanie czynem ograniczało się do fazy planowania przestępstwa (karalne czynności przygotowawcze).

Możliwe jest sprawstwo kierownicze odniesione do zaniechania, np. niewykonania konkretnych obowiązków przez urzędnika państwowego, o ile kierownik czynu trwale utrzymuje osoby mu podległe w stanie bezprawnej bezczynności.

W przypadku przestępstwa urzędniczego (gdy ustawa wymaga od sprawcy szczególnej cechy osobistej), warunkiem odpowiedzialności karnej za sprawstwo polecające lub kierownicze jest wiedza szefa akcji o statusie bezpośredniego wykonawcy czynu – mówi o tym art. 21 § 2 k.k. Przykładowo, wydający polecenie przekroczenia uprawnień służbowych musi wiedzieć, że adresuje je do funkcjonariusza publicznego, by odpowiedzieć karnie za czyn z art. 231 k.k.

Nakłanianie i pomaganie

Mniej perswazyjne formy współdziałania określa art. 18 § 2 i 3 k.k.: mowa o podżeganiu i pomocnictwie. Karalne jest więc nakłanianie kogoś do popełnienia czynu zabronionego, a więc wzbudzanie zamiaru u osoby, która go nie miała, oraz ułatwianie popełnienia przestępstwa przed lub w trakcie czynu. Nie chodzi przy tym wyłącznie o fizyczne czy logistyczne wspieranie sprawcy; przepis mówi również o udzielaniu mu rady lub informacji, a więc formach pomocy psychicznej.

Wszelkie konsultacje czy narady dotyczące czynu zabronionego, popełnianego przez inną osobę, mogą stanowić przestępstwo.

Ustawa wymaga jednak wówczas, by pomocnik działał umyślnie. Natomiast podżegacz musi działać z zamiarem bezpośrednim (chcieć, aby inna osoba dokonała czynu zabronionego).

Nie ulega wątpliwości, że działania noszące znamiona podżegania czy pomocnictwa do popełnienia przestępstwa, a tym bardziej sprawstwo czynu w formie polecenia lub kierowania nie powinny być objęte zakresem zastosowania jakiegokolwiek immunitetu poselskiego.

Inna sprawa, że odpowiedzialność najwyższych osób w państwie przed Trybunałem Stanu stanowi w istocie rzeczy formę odpowiedzialności dyscyplinarnej. Jeżeli osoby te dopuszczą się pospolitego przestępstwa, np. kierowania zorganizowaną grupą przestępczą bądź niedopełnienia obowiązków skutkującego naruszeniem Konstytucji, oprócz odpowiedzialności dyscyplinarnej przed Trybunałem Stanu powinny zostać im postawione standardowe zarzuty prokuratorskie, w imię równości wobec prawa wszystkich obywateli Rzeczypospolitej (art. 32 ust. 1 zdanie 1 Konstytucji RP).

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie, który zniszczył święto 100-lecia odzyskania niepodległości.

A może prezydent znowu zmieni zdanie i jednak weźmie udział w Marszu Niepodległości? W jego przypadku wszystko jest możliwe.

Zwykle Andrzej Duda słucha się prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ale tym razem tak nie jest. Przecież jego szef nie powiedział, żeby nie poszedł 11 listopada w Marszu Niepodległości, przecież Jarosław Kaczyński uwielbia maszerować do wszelkiej prawdy.

Jeszcze w piątek w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” prezydent wyraził marzenie: – „Żebyśmy razem poszli w Marszu Niepodległości”. „Razem”, czyli miał także mnie na myśli. A dzisiaj w poniedziałek marzenia pękły jak bańka mydlana, rozwalając się o sufit niemocy.

Co się stało? Udziału w marszu odmówili byli prezydenci Polski Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski. Na uroczystości 100-lecia odzyskania niepodległości z zagranicy nie przybędzie nikt znaczący. Warto przypomnieć, że na 25-lecie pierwszych wolnych wyborów 4 czerwca 2014 roku obecnych było przeszło 10 prezydentów, w tym prezydenci USA i Francji, a nawet król i królowa z Belgii – a wiemy, jak rzadka występuje na globie ustrój monarchiczny. Można zatem zadać sobie pytanie, po co drugi dzień świąt niepodległościowych – 12 listopada – wszak nie będzie po czym odpoczywać…

A może Duda wkurzył się na szefa MSW Joachima Brudzińskiego, który zapowiedział, że „policja wyłapie niosących transparenty faszystowskie na marszu niepodległości” – mowa o marszu w ubiegłym roku. Tych faszystów miało być sztuk 8, jak utrzymywał Brudziński. W styczniu twierdził, że policja „ich namierza”, do tej pory nie zostali namierzeni.
A może empatia Dudy dostała wzmożenia w związku z tym, że policja w dniach 9-12 listopada zajmie pokoje w hotelu Centrum Zdrowia Dziecka?

Wsłuchałem się w wypowiedź rzecznika prezydenta i jestem na wpół usatysfakcjonowany odpowiedzią, lecz powstaje z kolei inne pytanie. Błażej Spychalski stwierdził (transkrypcja jego wypowiedzi): „11 listopada prezydent od rana do późnej nocy bierze udział w uroczystościach państwowych. Kalendarz zdecydował”. Czyli nie prezes zdecydował, ale kalendarz. Więc mam pytanie: kim jest ten Kalendarz?

Nie wierzę, aby Duda zestrachał się z powodu wierszyka częstochowskiego, który krąży po internecie:

„Lubię, kiedy Pan Andrzej chichocze – #urocze
Gdy o „Ojczyźnie dojnej” – jazgocze – #urocze
Kiedy „są sprawy trudne” bełkocze – #urocze
Kiedy z „ruchadłem leśnym” świergocze – #urocze
Gdy z żenujących żartów rechocze – #urocze
Kiedy na widok Prezesa dygocze – #urocze”.