Archiwa tagu: Michał Wójcik

Ziobro już wie, co go czeka

Zbigniew Ziobro dwa dni temu zwołał konferencję prasową jako prokurator generalny, gdzie spotkał się z gradem trudnych pytań dziennikarzy. Jedno z nich dotyczyło tego, czy polityk nie powinien skorzystać z okazji, jaką daje ostatnie posiedzenie Sejmu i pozwolić, aby pojawił się wniosek o jego odwołanie, aby mógł udzielić posłom i opinii publicznej stosownych wyjaśnień. Mogłoby to być bowiem w interesie polityka. Ziobrę pytano również o sprawę niewydania dokumentów dotyczących afery hejterskiej posłom opozycji, na co ci zareagowali zapowiedzią zwrócenia się do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Trzecim niewygodnym elementem było poruszanie sprawy postępowania dyscyplinarnego ws. byłego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka i możliwości jego przyspieszenia. Na powyższe strategiczne pytania dla przejrzystości funkcjonowania Ministerstwa Sprawiedliwości i rzetelnego informowania wyborców w trakcie trwającej kampanii wyborczej trudno było jednak uzyskać odpowiedź. Pełniąca funkcję konferansjera urzędnicza odmówiła bowiem odpowiedzi na powyższe pytania zanim Zbigniew Ziobro mógł nawet zabrać głos. Padły słowa, tu cytat: “Pozwoliłam zadać pytania, ale nie pozwolę na odpowiedź. Bardzo proszę o pytania dotyczące prokuratury”:

Sytuacja jest dosyć kuriozalna, ponieważ funkcjonariusze publiczni nie mogą wybierać sobie pytań, na które wygodnie im odpowiedzieć, a pozostałe zbywać milczeniem. Konferencja prasowa nie jest bowiem medialną ustawką, gdzie mają padać tylko miłe słowa i pytania pozwalające ministrowi chwalić się swoim dorobkiem.

Nagranie przypomina sesję pytań z sali podczas spotkań w terenie z Jarosławem Kaczyńskim. Tam dochodzi bowiem już od lat do rytuału w postaci “spontanicznego” pisania pytań na karteczkach, które następnie jeden z posłów PiS przegląda, odrzucając co mniej wygodne i zadając te, które zostały, albo jak można przypuszczać, z góry wcześniej przygotowany zestaw pytań.

W resorcie starano się wymigać od odpowiedzi argumentem, że pytania dziennikarzy były niezwiązane z tematem konferencji. Jednak przy unikaniu mediów przez związanych z aferami polityków,  nieliczne konferencje z ich udziałem są jedyną okazją do zadawania takich pytań, a nie ma wątpliwości, że Polacy zasługują na odpowiedź na nie. Jednak wspomniana sytuacja, która zajęła zaledwie 30 sekund, pokazuje dobitnie, jak wygląda miejsce obywatela i dziennikarzy w demokracji według Prawa i Sprawiedliwości.

W środę wieczorem Sejm będzie głosował nad wnioskiem opozycji o wotum nieufności dla Zbigniewa Ziobry. Domaga się tego Koalicja Obywatelska. Bezpośrednim powodem jest tzw. afera Piebiaka, byłego już wiceministra sprawiedliwości, który według publikacji w mediach, miał brać udział w nagonkach na sędziów. Po południu wniosek trafił pod obrady Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka.

Komisja zajmuje się wnioskiem o wotum nieufności dla Ziobry

– Bezpośrednim powodem tego wniosku była tzw. afera hejterska, czy fabryka hejtu – jak media określają ministerstwo sprawiedliwości – mówił w uzasadnieniu przed komisją Borys Budka.

Jak dodał, afera „jest sprawą bulwersującą, która nigdy w historii III RP nie miała miejsca”. – Pod okiem bezpośredniego zastępcy ministra sprawiedliwości działała zorganizowana grupa zajmująca się hejtem, atakowaniem niezawisłych sędziów, którzy wbrew linii ministerstwa i partii rządzącej ośmielali się atakować tzw. reformę wymiaru sprawiedliwości – stwierdził. – Polityczna odpowiedzialność jest oczywista – dodał. Budka w swoim wystąpieniu przypominał, że Zbigniew Ziobro domagał się dymisji Zbigniewa Ćwiąkalskiego, gdy w 2009 r. w zakładzie karnym doszło do samobójstwa mordercy Krzysztofa Olewnika.

Budka o reakcji Ziobry na aferę Piebiaka: Chowa głowę w piasek

Według posła PO w sprawie ostatniej afery Ziobro chowa „chowa głowę w piasek”. – Udaje, ze jego zastępca znalazł się w resorcie przypadkowo, został tam zesłany przez opozycję. To był taki niemalże koń trojański i tylko dzięki szybkiej reakcji nieomylnego ministra sprawiedliwości doszło do jego zwolnienia. Nawet, jeśli przyjąć te tłumaczenia, to tym bardziej świadczy o tym, że w ministerstwie sprawiedliwości na najwyższym stanowisku znalazła się osoba nieodpowiedzialna. Dlatego, że powołała na swojego zastępce osobę, której nie znała – podnosił Budka.

Polityk przypomniał, że w marcu tego roku Prokuratura Regionalna w Katowicach zabezpieczyli materiały, które mogły być obciążające dla Łukasza Piebiaka. – Czy ktokolwiek z państwa na tej sali jest w stanie uwierzyć, ze minister sprawiedliwości, który jest także prokuratorem generalnym, nie wiedział, że w materiałach zajętych przez Prokuraturę Regionalną w Katowicach znajdują się informacje, mogące obciążać jego bezpośredniego zastępcę? Jeżeli jest tak, że nie miał wiedzy w tej sprawie, to wówczas powinien zostać zdymisjonowany jako prokurator generalny – konkludował Budka.

Wiceminister: Ubolewam, że tu kawy nie ma

Na komisji obecne jest całe kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości, w tym Zbigniew Ziobro. Szef resortu stwierdził, że Budka nie mówił merytorycznie. Obrony Ziobry podjął się jego zastępca Michał Wójcik. Ten zaczął od pokpiwania z Budki. – Ubolewam, że tu kawy nie ma, bo pan poseł Budka prawie mnie uśpił, nie przekazał niczego merytorycznego – powiedział Wójcik. Stwierdził, że opozycja wykorzystuje wniosek o wotum nieufności jako pretekst do ataku na jego szefa. Wójcik wymieniał wszystkie osiągnięcia rządzonego przez Ziobrę resorty – od walki z wyłudzeniami VAT-owskimi, przez utworzenie tzw. rejestru pedofilów czy prace komisji weryfikacyjnej.

Wójcik, odnosząc się do sprawy nagonki na sędziów, stwierdził, że doszło do „podziału w środowisku sędziowskim i konfrontacji”. – Część sędziów, którzy byli atakowani, uległa emocjom i na prywatnych forach użyła słów, które paść nie powinny. Ze strony ministra Zbigniewa Ziobry została podjęta natychmiastowa decyzja o dymisji wiceministra, nie przesądzając o winie – mówił wiceminister.

Po nim do uzasadnienia wniosku odniósł się Bogdan Święczkowski. Prokurator krajowy komentował zastrzeżenia opozycji dotyczące działań śledczych ws. śmierci Dawida Kosteckiego i tzw. afery podkarpackiej. Święczkowski podkreślał, że zgony w więzieniach było objęte śledztwem i ustalone zostały przyczyny śmierci. – Jest mi przykro, że były minister sprawiedliwości opowiada takie rzeczy, uzasadniając wniosek o wotum nieufności. Mówi nieprawdę – powiedział.

Kmicic z chesterfieldem

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake…

View original post 1 068 słów więcej

 

W PiS trzęsienie ziemi. Ziobro na szafocie

– Stanowisko MSZ nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, że z polskim TK dzieje się źle – mówił w TOK FM prof. Marcin Matczak. Według MSZ wniosek ministra Ziobry do TK w sprawie unijnego traktatu jest bezzasadny.

– Prawniczo to stanowisko nie jest zaskakujące, ono jest dosyć oczywiste. To stanowisko ministra Ziobry było zaskakujące –  tak prof. Matczak komentuje opinię polskiego MSZ na temat wniosku ministra Zbigniewa Ziobry. w sprawie zgodności z konstytucją traktatu unijnego.

Przypomnijmy, że dokument przygotowany przez ministra sprawiedliwości uznano za wstęp do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej.

Borys Budka ostrzega: Pytania Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego to przygotowanie do polexitu>>>

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, MSZ w 16-stronicowym dokumencie stwierdza, że wniosek złożony przez ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego jest bezzasadny. „Powołując się na ten konkretny wyrok, szef MSZ Jacek Czaputowicz wykazuje, że TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – cytuje „GW”.

Prawniczo stanowisko MSZ nie jest zaskoczeniem, ale z punktu widzenia polityki może zaskakiwać. – Według mnie opinia MSZ jest dobra, bo wniosek min. Ziobry był po prostu zły. Politycznie to jest trzęsienie ziemi – ocenił w Poranku Radia TOK FM prof. Matczak.

– Czy jest możliwe, żeby Trybunał Konstytucyjny – po otrzymaniu opinii MSZ – mógł rozstrzygnąć na korzyść Zbigniewa Ziobry? – pytał Piotr Kraśko.

– Oczywiście, że to możliwe. Stanowisko ministerstwa nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, od dłuższego czasu, że z polskim TK dzieje się źle. Ta instytucja nie pełni już funkcji recenzenta działań rządu, a funkcji kogoś, kto wspiera tę władzę. Nie spodziewam się, niestety, że TK może w tej sprawie orzec zupełnie niezależnie. Nie mam więc poczucia, że bardzo sensowne argumenty ministra Czaputowicza mogą odegrać jakąś rolę. Niestety, na decyzję TK chyba będą miały wpływ kwestie polityczne niż prawne. To bardzo smutne – ocenił prawnik.

„Antysądowy amok”

Krakowski sąd uznał za zasadne odwołanie Jacka Majchrowskiego w sprawie słów premiera Morawieckiego. Szef rządu podczas konwencji wyborczej rywalki Majchrowskiego i Małgorzaty Wassermann zarzucił władzom Krakowa bezczynność ws. walki ze smogiem.

Szef KPRM Michał Dworczyk ocenił decyzję sądu w Krakowie za „całkowicie niezrozumiałą”. Mówił o „antyrządowym amoku”, który panuje w krakowskim sądzie.

– To element szerszego zjawiska, które moim zdaniem jest jednym z najbardziej smutnych aspektów kryzysu praworządności. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy właściwie każda decyzja sądu jest traktowana jak decyzja polityczna. Jeśli jest zgodna z oczekiwaniami polityka, to uważana jest za dobrą. A kiedy nie jest zgodna – polityk mówi o upolitycznieniu. Taka postawa jest uderzeniem w podstawy zaufania dla sądów, bo każdy następny wyrok każda ze stron może uznawać za polityczny – przestrzegał prof. Matczak w rozmowie z Piotrem Kraśką.

Według prawnika takie wypowiedzi jak słowa ministra Dworczyka powinny być krytykowane. Bo szef KPRM próbuje na siłę zrobić z decyzji prawnej – polityczną.

– Czy sędziowie powinni coś zrobić z tym, że minister mówi o decyzji politycznej? Czy też słowa o „antyrządowym amoku” powinni przyjąć do wiadomości? – pytał gospodarz „Poranka Radia TOK FM”.

– Dla mnie sprawa jest prosta, powinna interweniować Krajowa Rada Sądownictwa. To ciało, które stoi na straży niezależności sądów, niezawisłości sędziów. Normalnie KRS jest po to, żeby kiedy polityk wpada w amok antysądowy – bo tak trzeba tę wypowiedź nazwać – zaczyna tak poważnie krytykować sąd, to KRS powinna interweniować. Niestety, obecna KRS robi wszystko, a nie broni sędziów przed takimi atakami. To kolejna tragedia sporu, z którym mamy do czynienia – stwierdził prawnik.

Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy – mówi Zbigniew Janas, legenda opozycji w PRL. – Ale powtarzam: po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Zacznijmy od wyniku wyborów samorządowych. PiS procentowo wygrał wybory do sejmików, ale samodzielnie będzie rządził w sześciu. Przegrał za to w większości większych miast…

ZBIGNIEW JANAS: Powiedzmy wprost: dostał łupnia!

Wybory samorządowe pokazały, że PiS jednak ma z kim przegrać?
Tak i dały opozycji trochę wiatru w żagle. Ale za wcześnie jeszcze, aby mówić, że ma PiS na widelcu. Aby ta szansa została wykorzystana w wyborach parlamentarnych, potrzeba będzie wiele pracy, zabiegów i rozmów. W międzyczasie mamy wybory europejskie, w których opozycja ma silniejszą pozycję niż PiS. To będzie kolejny krok, ale nie można go zmarnować.

Jest jeszcze ważna rzecz, która cały czas siedzi mi w głowie. To, jak społeczeństwo przez następny rok będzie postrzegało opozycję, a przede wszystkim Koalicję Obywatelską, będzie uzależnione od tego, co zrobią najważniejsi prezydenci miast. Nie tylko od tego, jakie będą mieli programy, ale także, jak wykonają swoje zapowiedzi.

Wszystkie oczy będą skierowane na Rafała Trzaskowskiego?
I na Hannę Zdanowską. To oni będą pokazywali rzeczywistą twarz opozycji. To są prezydenci dwóch największych miast. Warszawa jest miastem, które ma tak dużą potęgę, także finansową, że ona może wyznaczać i pokazywać standardy działania KO, mam nadzieję poszerzonej, w różnych ważnych dziedzinach życia. Dla mnie to jest i będzie najważniejsze. Na laurach nie mogą spocząć oczywiście także prezydenci innych miast.

Zdziwiła pana mobilizacja wyborców, także w Warszawie?
Nie zdziwiła mnie.

Przypominam, że w 2007 roku PiS rządząc, przegrał wybory i to znacząco. Wtedy też była pełna mobilizacja i PiS zapłacił cenę za swoją politykę. Dlatego byłem na to przygotowany.

W lokalu wyborczym na warszawskim Ursynowie, gdzie głosowałem, od początku było widać, że jest więcej wyborców niż zwykle.

Też stał pan w kolejce?
Tak. I to było bardzo przyjemne. Chociaż przyznam, że trzeba przemyśleć organizację wyborów. Było za mało miejsca, stolików, pracowników komisji. Mam nadzieję, że PKW to dostrzegła. W wyborach parlamentarnych mobilizacja może być jeszcze większa…

Ma pan nadzieję, że przed wyborami parlamentarnymi powstanie szeroka koalicja anty-PiS. Jak szeroka?
Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy. Przypomnę, że jak liderzy próbowali podejmować rozmowy o jakimkolwiek porozumieniu tuż po wygranych przez PiS wyborach, mówiłem, że to za wcześnie. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, kto jest mocny, a kto słaby. Teraz to się zmieniło, widzimy polityczną szachownicę wyraźniej.

Mam też przemyślenia dotyczące PSL-u. To „inna” partia, małomiasteczkowa, wiejska i bardzo dobrze, jest wartością na scenie politycznej. Poza ludowcami myślę, że teoretycznie wszyscy mogą się porozumieć. Są rzeczy, w których znajdą wspólny język, a w innych mogą przecież zostać przy swoich poglądach i zostawić ich realizację na „po wyborach”. Taka paleta poglądów jest potrzebna.

Dlaczego wykluczył pan z tej koalicji PSL? Nie rozumiem.
Nie mówię, że porozumienie z ludowcami jest niemożliwe. Zwracam tylko uwagę na specyfikę tej partii. Być może warto ją zachować. Pozostałe partie wygrywają w miastach, ale mają większy problem z elektoratem wiejskim. Chociaż on się też zmienia. Myślę, że wiele będzie zależało do sondaży. Gdyby PSL okazał się bardzo słaby, to zapewne nie będzie innego wyjścia.

Wybory samorządowe były swego rodzaju testem. Politycy dojrzeli do prawdziwej, merytorycznej rozmowy?
Do polityki nie idą święci anielscy, tylko często bardzo twardzi i ambitni ludzie. Trochę czasu musi zapewne upłynąć. Oni też umieją kalkulować. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat.

Mówi pan o SLD? Z Włodzimierzem Czarzastym trudniej będzie się porozumieć niż z Katarzyną Lubnauer czy Barbarą Nowacką?

Członkowie SLD mogą dokonać zmiany na fotelu przewodniczącego. Spokojnie. Poza tym on też nie jest idiotą. Ma chyba ogląd sytuacji. Zachęcam wszystkich do rozmowy.

Może na czele SLD powinna stanąć kobieta?
Nie wykluczam, że coś takiego może się wydarzyć. Ale powtarzam – po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej.

A co dalej będzie robił PiS? Zaostrzy kurs i zacznie się „prawdziwa wojna”, czy schowa broń do kieszeni?
Myślę, że będziemy obserwowali różne fazy. Będzie faza gromkich okrzyków i podskoków, a potem faza uspokojenia. PiS będzie musiał umacniać swój elektorat, a dopiero później robić skok na resztę. Poza tym trzeba uwzględnić fakt, że władza straciła trochę kart przetargowych i ich polityczna uroda zbladła.

Opozycja pokazała, że nie da się tak łatwo wyeliminować. PiS musi zmieniać narrację, bo wyborca europejski jest inny niż samorządowy czy tym bardziej parlamentarny. Oni to niestety potrafią robić. Ale dobrze byłoby, żeby ludzie zapamiętywali cały ciąg wydarzeń. To będzie miało wpływ na ich decyzję.

Teraz czeka nas faza uspokojenia?
Nie, teraz będą kombinowali. Bez Sądu Najwyższego nie zrealizują swojego planu przejęcia wszystkiego. Opozycja i UE nie mogą na to pozwolić. Musimy sobie uświadomić, że upolitycznili już sądy niższej instancji. Przyznam, że jestem bardzo zbudowany postawą sędziów. Wcześniej myślałem, że tam idea nie jest najważniejsza, tylko własna pozycja, a okazuje się, że dla wielu jednak jest, bo złożyli przysięgę. Nie poddają się, nie ulegają szantażowi i walczą.

Pan dobrze wie, czym grozi upolitycznienie sądów.
Szczerze powiem, że ta pamięć o przeszłości jest jakaś dziwna. Ja akurat „siedziałem” krótko i to właściwie pod sam koniec. Byłem jednym z ostatnich więźniów politycznych. Ale mam przyjaciół, którzy spędzili w więzieniu kilka lat. Niektórzy z nich uważają, że to, co się dzisiaj dzieje, jest dobre. Nie rozumiem tego. Przecież byli skazani przez upolitycznionych sędziów, nie mogli im pomóc najwybitniejsi adwokaci, którzy też wiele ryzykowali. Musimy sobie przypominać, co się działo i stawiać jasne granice.

To, co robi PiS, nie jest żadną reformą, władza chce mieć po prostu nad sądami kontrolę. Ona się przydaje w pojedynczych przypadkach, ale chodzi także o efekt mrożący. Nie możemy do tego dopuścić, bo to się źle skończy. Pokazaliśmy, że PiS nie może wszystkiego. Ludzie muszą być zmobilizowani, bo walka się nie skończyła i trzeba ją wygrać. Mówię o walce politycznej oczywiście…

Często ta walka przekłada się na zwykłe życie. Niektóre rodziny się rozpadają, bo ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jak głęboko sięga ten podział?
Ale są rodziny, które dają sobie radę.

Mój brat na przykład jest fanatycznym pisowcem. Zostaliśmy już tylko we dwóch, więc nie mamy innego wyjścia i musimy się dogadać. Co ciekawe, obaj mamy solidarnościowe korzenie, siedzieliśmy w więzieniu, a teraz on nie zgadza się ze mną, a ja z nim. Nauczyliśmy się po prostu spuszczać powietrze z balona politycznych emocji. Mam nadzieję, że inni też się tego nauczą.

Poza tym zbliża się Wszystkich Świętych, a to jest czas na wyciszenie, zbliżenie, wspominanie. Powinniśmy pomyśleć o tych, którzy byli nam bliscy. W Ursusie myślimy o naszych przyjaciołach, którzy wywalczyli nam wolność.

Później jest za to Święto Niepodległości i to wyjątkowe, bo przypada 100-lecie odzyskania niepodległości. Ale wyjątkowego świętowania nie będzie. Przykro panu?
Jak o tym myślę, to mam przed oczami obchody 25-lecia wyborów 4 czerwca. Miałem zresztą przyjemność w nich uczestniczyć, bo wtedy jeszcze był zwyczaj, że na takie uroczystości zapraszało się tzw. przywódców podziemia i „Solidarności”, ale teraz już się nas nie zaprasza. Na Placu Zamkowym przemawiał prezydent USA Barack Obama, obecni byli prezydenci lub premierzy najważniejszych państw europejskich. Wtedy tak świętowaliśmy kolejne odzyskanie wolności.

Gdzie teraz jesteśmy? Gdzie nas ta władza zaprowadziła? Pytania są retoryczne. Będziemy kisić się we własnym sosie i negatywnych emocjach. To będzie takie typowe listopadowe święto – smutne. Nie o to chodziło.

Po raz kolejny zawładną nim narodowcy?
Tak będzie. Ci, którzy rządzą, muszą zrobić poważny rachunek sumienia. Na szczęście będzie wiele obchodów lokalnych, bez narodowców. Tam, mam nadzieję, będzie inna, radosna atmosfera. To pokazuje także siłę lokalności i to, że ludzie na dole inaczej myślą i potrafią się bawić.

Dziwi się pan opozycji, że odmawia udziału w oficjalnych uroczystościach?
Nie dziwię się. Próbowałem raz przełamać ten schemat, przyjąłem zaproszenie Andrzeja Dudy i stawiłem się w Pałacu Prezydenckim. Teraz niektórzy się ze mnie podśmiewają. Nie przyniosło mi to wstydu, ale nie przyniosło także efektu. Uznałem więc obowiązujące realia.

Śmieszy pana inicjatywa ogłoszenia 12 listopada dniem wolnym od pracy?
To w sumie nic złego.

Śmiać się trzeba, ale przez łzy, z tego, w jaki sposób PiS traktuje swoich parlamentarzystów. Oni powinni przemyśleć sobie pewne rzeczy.

To było kolejne upokorzenie Pparlamentu, czyli miejsca, które kiedyś było ważne. Chwały im to nie przyniesie. A ludziom życzę po prostu, żeby się dobrze tego wolnego dnia bawili.

>>>

Ziobro dostał kopa w żyć i leci na śmietnik historii

Coraz więcej wskazuje na to, że w ostatecznym rozrachunku po kampanii wyborczej głównym winnym zostanie uznany minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jego wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności traktatu o funkcjonowaniu UE z polską ustawą zasadniczą w zakresie udzielania odpowiedzi na takie pytania prejudycjalne, jak te zadane przez Sąd Najwyższy został właśnie spektakularnie zaorany przez kolegę Ziobry z rządu Morawieckiego, a mianowicie szefa MSZ Jacka Czaputowicza.

Resort dyplomacji wysłał bowiem do Prezes TK Julii Przyłębskiej pismo, w którym rozbija w pył argumentację resortu sprawiedliwości, udziela, niczym uczniakowi, łopatologicznego wykładu z prawa europejskiego i jego statusu w polskiej przestrzeni publicznej a na koniec wbija także szpilę prezydentowi, stwierdzając wprost, że TSUE miał prawo zawiesić stosowanie kontrowersyjnych zapisów ustawy o Sądzie Najwyższym, a Andrzej Duda to zawieszenie ostentacyjnie zignorował.

Urzędnicy Jacka Czaputowicza bezlitośnie przypominają, że polski Trybunał Konstytucyjny nie ma kompetencji, by badać prawo unijne, które Polska przyjęła “jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE. Przypomniał także wyrok samego TK z 2015 roku, który już się w tej sprawie wypowiadał, a więc wiąże tę instytucję własnym orzeczeniem.

Jak pisze portal OKO.press, minister Czaputowicz nie zgadza się z interpretacją relacji pomiędzy unijnym prawem a polską konstytucją przedstawioną we wniosku Ziobry. Argumentuje, że:

  • kompetencje TK do badania konstytucyjności unijnych traktatów są niejasne, a według części badaczy powinny ograniczyć się tylko do traktatów akcesyjnych;
  • sam TK potwierdził, że nie bada konstytucyjności unijnych traktatów;
  • prawo UE jest specyficzne i może być traktowane inaczej niż typowe prawo międzynarodowe;
  • artykuł kwestionowany przez Ziobrę to część unijnego dorobku prawnego – zaakceptowaliśmy go z góry przystępując do UE.

„Głównym celem właściwości przyznanej Trybunałowi na podstawie art. 267 TFUE jest zapewnienie, by prawo Unii Europejskiej było stosowane w sposób jednolity przez sądy krajowe. Procedura odesłania prejudycjalnego ustanowiona w art. 267 TFUE jest instrumentem proceduralnym mającym istotne znaczenie dla zapewnienia spójnego stosowania i przestrzegania prawa Unii przed wszystkimi sądami krajowymi państw członkowskich” – możemy przeczytać w piśmie MSZ.

Komentarzy internautów w tej sprawie nie brakuje. Wielu interpretuje takie pismo szefa MSZ jako kolejny akt wojny, jaką z ministrem Ziobrą toczy premier Morawiecki.Ciekawe jest to, że tak bezpośredni atak na ministra sprawiedliwości przeprowadził akurat Czaputowicz, który w PiS wciąż jest traktowany jako ciało “obce” w PiS, a wiele miesięcy temu został nazwany przez lidera PiS “eksperymentem” na tym stanowisku. Z kolei zdaniem politologa z UW Olgierda Annusewicza, takie stanowisko MSZ to zapowiedź kolejnego przesilenia w obozie władzy.

>>>

Jedno jest jednak pewne. Komunikat z MSZ zdaje się zwiastować stopniowe wycofywanie się obozu władzy z walki o taki kształt Sądu Najwyższego, jaki przeforsowano kontrowersyjnymi ustawami i sześcioma nowelizacjami do nich. Być może prezes Kaczyński już wie, że cena ustępstw może być wysoka i być może będzie wymagała głowy głównego sprawcy tego konfliktu, czyli właśnie lidera Solidarnej Polski. Nic bowiem lepiej nie przekona wyborców centrowych, że PiS wcale nie chce “Polexitu”, jak pozbycie się z rządu osoby, która całą awanturę wokoł tej kwestii uruchomiła.

– Sądy mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości – powiedział dzisiaj wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik.

  • Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o uznanie za niekonstytucyjną regulację prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do TSUE
  • Zdaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wniosek został złożony bezpodstawnie. „TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – napisał szef MZS Jacek Czaputowicz
  • Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik nie ukrywa swojego zaskoczenia postawą MSZ. – Jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis – argumentuje Wójcik

Prokurator generalny Zbigniew Ziobro wniósł do TK o uznanie za niekonstytucyjną regulacji prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawach dotyczących sądownictwa. Chodzi o ocenę konstytucyjności treści normatywnych zawartych w art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który dotyczy procedury pytań prejudycjalnych.

Wniosek Ziobry do TK to rozszerzenie poprzedniego jego wniosku z sierpnia br. Wówczas Ziobro skierował do TK wniosek dotyczący przepisów, na podstawie których Sąd Najwyższy na początku sierpnia br. zawiesił niektóre zapisy nowej ustawy o SN. Wtedy – na początku sierpnia – Kancelaria Prezydenta oświadczyła, że działanie SN, polegające na zawieszeniu stosowania niektórych przepisów ustawy o SN, nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec prezydenta ani jakiegokolwiek innego organu.

Do wniosku Ziobry odniosło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, o czym poinformowała wczoraj wieczorem wyborcza.pl. W przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego stanowisku – zamieszczonym na portalu – wskazano, że polskie prawo nie przesądza w sposób jednoznaczny kwestii dopuszczalności kontroli konstytucyjnej aktów prawa pierwotnego UE (czyli unijnych traktatów – w tym przypadku jest to Traktat o funkcjonowaniu UE).

Wójcik: TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych

Szef MSZ stwierdza, że istnieją rozbieżne stanowiska prawników, czy TK ma prawo badać unijne traktaty, czy tylko traktat akcesyjny. Czaputowicz wskazuje jednocześnie, że zgodność traktatu o przystąpieniu Rzeczpospolitej do Unii Europejskiej z polską konstytucją została przez Trybunał Konstytucyjny stwierdzona w 2005 r. „TK uznał w tym wyroku, że nie jest upoważniony do dokonywania samoistnej oceny konstytucyjności prawa pierwotnego UE. Taka kompetencja służy mu natomiast wobec traktatu akcesyjnego jako ratyfikowanej umowy międzynarodowej” – napisano.

Decyzja KRS ws. postanowienia TSUE. Sędziowie: uwierzymy, jak zobaczymy, bo ta Rada straciła walor wiarygodności

Ponadto, w wyroku z 2005 r. – zauważa minister – TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania. Artykuł, który ma zostać zbadany na wniosek Ziobry, to część norm prawnych, które zostały zaakceptowane, gdy Polska wchodziła do UE – wynika ze stanowiska.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne, są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – podkreślił Czaputowicz.

„Jeżeli TK może badać cały traktat, to może badać przepis”

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP1, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. – Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dot. konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji – mówił.

Wójcik podkreślił, że sądy „mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości”.

Ponadto wiceminister sprawiedliwości ocenił, że „jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis”.

– Prokuratorowi Generalnemu nie chodzi o zmianę traktatu, czy zmianę polskiej konstytucji, jakiejkolwiek ustawy. Tu chodzi o pewną praktykę, która pojawiła się w ostatnich kilku miesiącach, kiedy sądy zaczęły składać pytania prejudycjalne dot. ustroju wymiaru sprawiedliwości – mówił wiceminister.

Wyrok na Ziobrę już zapadł? MSZ wymierza ministrowi sprawiedliwości siarczysty policzek.

Mundur jak najdalej od sutanny

Pułkownik Adam Mazguła krytycznie wypowiedział się na temat wojskowych, którzy prezentują się w kościołach w mundurach.

Choroba filipińska Dudy.

Marek Suski jako Forrest Gump o IQ 72.

Pisowskie jaja impotentów

Powszechnie wiadomo, że w obozie dobrej zmiany nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystkie te z pozoru bezsensowne i nieprzemyślane ruchy mają swoje drugie dno, wynikają z mozolnie układanej i realizowanej strategii, w żadnym przypadku nie są wytworem chorej i nieposkromionej wyobraźni rządzących.

Nie inaczej jest z wprowadzonym naprędce nowym dniem wolnym, który czeka nas już za 3 tygodnie. Mowa oczywiście o 12 listopada, który to miłościwie nam rządzący postanowili ofiarować Polakom jako kolejny dzień wolny od pracy. Co tam gospodarka, co tam odpowiedzialność.

Teorii na to, czemu dobra zmiana zdecydowała się na wprowadzenie dodatkowego dnia wolnego od pracy zaraz po święcie niepodległości, jest co niemiara. Trzy najbardziej popularne zakładają, że:

1. Skoro wstaliśmy z kolan i odzyskaliśmy godność, to nie ma powodu, żebyśmy stali się pierwszym państwem w cywilizowanym świecie, które swoje święto niepodległości obchodzić będzie de facto przez dwa dni. Tak jest, kto bogatemu zabroni?

2. Inna teoria zakłada z kolei, że politycy obozu władzy tak hucznie podchodzą do świętowania najważniejszych obchodów państwowych, że przyda im się po prostu dzień wytchnienia, który pozwoli w domowym zaciszu wrócić szybko do formy. Na potwierdzenie tej tezy można znaleźć film z prezydentem Andrzejem Dudą, który tak hucznie świętował obchody rzezi na Wołyniu, że ledwo był w stanie utrzymać pion siedząc kościele.

Poseł Suski też pewnie wolałby mieć wtedy wolne niż z rana odpowiadać na trudne pytania dotyczące polityki.

3. Powód na tak szybkie procedowanie ustawy i na wprowadzenie dnia wolnego od pracy akurat 12 listopada może być jednak prozaiczny. W takim ujęciu nie ma on nic wspólnego z przedłużeniem obchodów święta niepodległości. Mianowicie 12 listopada 2018 roku obchodzimy 60. rocznicę wejścia do kin słynnego filmu “O dwóch takich, co ukradli księżyc”. W filmie tym główne role zagrali bracia Kaczyńscy: Lech i Jarosław.  

Który z tych powodów wydaje Wam się najbardziej prawdopodobny?

Pisowskie jaja – tylko tak się mówi – bo to są impotenci, bezjajeczni wielbiciele Kaczyńskiego, któremu libido poszło w ego.

Głupawka katolicka „Solidarności”

Głupawka katolicka dzisiejszej „Solidarności”.

Ciemnogród katolicki kontratakuje

Posłanka PiS Anna Sobecka napisała w tej sprawie interpelację do ministra nauki Jarosława Gowina. – „Studia gender powinny zniknąć z publicznych uczelni z powodu swojego ideologicznego podłoża” – napisała była spikerka Radia Maryja. Zapytała więc, na ilu polskich uczelniach są prowadzone takie studia, ile studentów obecnie na nich studiuje i czy ministerstwo rozważa ich likwidację na uczelniach finansowanych przez państwo?

Studia z zakresu gender prowadzone są na kilku polskich uczelniach, np. Uniwersytecie Warszawskim, Wrocławskim czy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Są to studia podyplomowe.

Sobecka w swojej interpelacji powołuje się na przykład Węgier. – „Jak informują użytkownicy Twittera na wszystkich uczelniach na Węgrzech od 2019 r. zostanie zlikwidowany nabór na studia gender. Dekret rządu premiera Viktora Orbana został opublikowany w najnowszym »Monitorze Węgierskim«. Zgodnie z przepisami w 2019 r. uczelnie nie będą już mogły rekrutować studentów na studia gender” – napisała Sobecka.

Posłanka PiS bierze przykład oczywiście ze swego mentora Tadeusza Rydzyka, dla którego gender jest synonimem zła wszelakiego. O tym m.in. w artykule „Internet i gender zatruwają dzieci, czyli Rydzyk poucza ministerstwo edukacji

Ciemnota katolicka od Rydzyka kontratakuje – Sobecka chce zlikwidować gender.

Naprawiać Polskę po PiS wcale nie będzie tak łatwo, należy odrzucić emocje i wrócić do rozumu

Czasem największe tajemnice potrafią ujrzeć światło dzienne z powodu urzędników z drugiego szeregu, którzy nie potrafią ocenić wagi posiadanych informacji rzucając je lekkomyślnie w obecności mediów. Możliwe jest, że byliśmy świadkami takiej właśnie sytuacji w toczącym się sporze rządu PiS z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W rządzie doszło bowiem do znamiennego dwugłosu. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł ogłosił bowiem wczoraj, że rząd przygotowuje nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, dzięki której będzie można zrealizować zabezpieczenie wymagane ze strony europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem parę godzin później inny z wiceministrów, Michał Wójcik cytowanie wprost swojego kolegi nazwał manipulacją. Oba zdarzenia zdają się nie być jednak przypadkowe. Dziennikarz RMF FM Tomasz Skory doszedł do wniosków, które wyjaśniałyby grę realizowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Nieporozumienie ministrów może bowiem wskazywać, że rządzący znaleźli sposób, aby w sporze z TSUE kupić bezcenny czas. Minister Warchoł natomiast był tym, który nie wiedział, że informacje o planach władzy ma trzymać na dziś w sekrecie przed mediami. Wiele bowiem wskazuje na to, że resort zdementował własne stanowisko, ponieważ rządzący będą chcieli utopić sprawę Sądu Najwyższego w niekończącej się papierologii. Zgodnie bowiem z postanowieniem zabezpieczającym TSUE Polska zobowiązana jest do przedstawienia Komisji Europejskiej za niecałe 4 tygodnie raportu ze stosowania nałożonych na nią środków tymczasowych. Jednak przed władzą pojawiła się możliwość ogrania Luksemburga:

“Według tej taktyki o przygotowaniach nowelizacji, które tak beztrosko ujawnił wiceminister Warchoł powinniśmy się dowiedzieć mniej więcej za tydzień. To dałoby rządowi chwilę oddechu, po to, by o złożeniu projektu w Sejmie poinformować, powiedzmy – za dwa tygodnie. Dzięki temu np. za trzy tygodnie będzie można poinformować o skierowaniu projektu do prac w komisji sejmowej, następnie komisja zamówi szereg opinii prawnych, zwoła posiedzenie, które niekoniecznie kończy się konkluzją… a za cztery tygodnie, kiedy przyjdzie czas przedstawienia Komisji Europejskiej raportu o postępach w stosowaniu zabezpieczenia TSUE – Polska będzie mogła odpowiedzieć “robimy co się da!”

Grając konsekwentnie w powyższą grę PiS mógłby kupić sobie nawet kilka miesięcy czasu, podczas gdy rękami prezydenta można by sprawę realizacji decyzji TSUE rozwiązać w praktyce od ręki.

Opisana przez dziennikarza niedyskrecja jest tym bardziej prawdopodobna, ponieważ wpisywałaby się w już widziane mechanizmy rządzących. Rząd PiS jako pierwszy w III RP ogłosił przykładowo program za ponad 20 mld, z których płaci ledwie miliard, a resztę kosztów ponoszą opozycyjne samorządy i rzekomo wroga Unia, zatem w biurokratycznych sztuczkach obecna władza doszła do stanu mistrzostwa. Pytanie tylko, czy nasi partnerzy tak łatwo nabiorą się na taką zagrywkę?

Ostatnimi laty praworządność w Polsce bardzo ucierpiała, o czym mówi duża część środowisk prawniczych. Co wg Pana należy zrobić, by jakość stanowionego prawa poprawić?

Kryzys praworządności oczywiście ma miejsce. Trzeba się jednak zastanowić, czy kryzys ten dotyczy stanowienia prawa czy stosowania prawa, gdyż w obu obszarach sytuacja się znacząco pogorszyła. Środowiska prawnicze widzą, że sytuacja wyraźnie się pogarsza w obszarze stosowania prawa ze względu na kontrowersyjne działania partii rządzącej w stosunku do sędziów. Natomiast jeżeli chodzi o proces stanowienia prawa to należy zwrócić uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat powstał zły zwyczaj, że najważniejsze ustawy dla państwa przechodzą w zatrważająco szybkim tempie oraz bez żadnych konsultacji, co powoduje, że w Polsce nie mamy do czynienia z prawem dobrej jakości.

Sytuację tę można poprawić w bardzo prosty sposób wracając do tzw. dobrych praktyk legislacyjnych, które polegają na dłuższym zastanowieniu się nad ustawami oraz dopuszczaniu do debaty innych podmiotów – organizacji pozarządowych, które w danej sprawie wiedzą więcej niż politycy jednej czy drugiej partii, gdyż stanowienie prawa powinno odbywać się w atmosferze dialogu, a nie monologu partii rządzącej.

Opozycja dużo mówi o łamaniu prawa przez partię rządzącą. Czy wg Pana obecna opozycja ma jakąś propozycję co zrobić z Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym i KRS po odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy?

Odpowiadając na to pytanie mogę powiedzieć, że w parlamencie powstał specjalny zespół powołany przez opozycję, który ma na celu zastanowienie się nad reformą sądownictwa.

Byłem na kilku spotkaniach tego zespołu w roli eksperta i uważam, że pomysły opozycji na reformę sądownictwa są dobre, gdyż zespół przedstawił pomysły, które poprawiają funkcjonowanie systemu sądownictwa w Polsce, ale jednocześnie nie niszczą sądownictwa.

Jest rok 2019 Prawo i Sprawiedliwość przegrywa wybory i co wtedy? Jak naprawić Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i KRS oraz co zrobić z osobami, które do tych instytucji zostały wybrane niezgodnie z prawem? 

To jest jedno z najtrudniejszych zagadnień i będzie to jeden z najpoważniejszych skutków związanych z kryzysem praworządności.

Jeżeli chodzi o naprawianie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i KRS to istnieją dwa pomysły. Pierwszy to anulowanie całego chaosu prawnego jedną ustawą, a drugi to legalne naprawianie tej sytuacji. Według mnie pierwszy pomysł jest nie do zaakceptowania, gdyż będzie to złamanie konstytucji w celu przywrócenia konstytucji i może tworzyć precedens dla kolejnych rządów do podobnych działań, natomiast drugi pomysł jest lepszy, gdyż odbędzie się na drodze konstytucyjnej.

Czy według Pana powracanie do stanu sprzed dobrej zmiany nie spowoduje sytuacji, że część społeczeństwa – wyborcy oraz osoby związane z Prawem i Sprawiedliwością nie poczują się urażone? Czy podziały społeczne się nie nasilą?

Według mnie jest to kwestia klasy i stylu polityków jak instytucje, o których rozmawiamy, zostaną zreformowane oraz jak zostaną potraktowani ludzie, którzy do danych instytucji zostali wybrani niezgodnie z prawem.

Według mnie w Polsce oprócz kryzysu praworządności obecnie jest również kryzys wspólnoty – w czasie dwóch lat rządów Prawo i Sprawiedliwość podzieliło Polskę na pół. Patrząc na obecną sytuację zadaniem kolejnego rządu będzie nie tylko zreformowanie i naprawienie szeroko rozumianego prawa oraz instytucji, ale również odbudowanie wspólnoty państwowej, które będzie polegało m.in. na tłumaczeniu ludziom, dlaczego niektóre działania zostały przez kolejny rząd podjęte w celu przywracania praworządności w Polsce.

Patrząc na to, że jesteśmy państwem, w którym są bardzo silne podziały polityczne, a które Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje do własnych celów, czy istnieje prawdopodobieństwo, że możemy jako państwo podzielić się na dwa państwa – liberalne, które chce być na zachodzie w UE oraz konserwatywne, które nie rozumie wartości świata zachodniego?

Nie sądzę, by podziały na tle socjologicznym i politycznym przełożyły się na podział na tle prawno – administracyjnym.

Podziały, o których mówimy są głębokie i wynikają z różnych przyczyn, ale zadaniem polityków jest zasypywanie tych podziałów, a nie ich wzmacnianie.

Czy w państwie, w którym zaczyna się pełzający autorytaryzm, nadal można bronić prawa metodami demokratycznymi odwołując się do różnych instytucji europejskich oraz państwowych?

Nie wszystko jest jeszcze stracone tzn. instytucje, o których mówimy, działają – Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz sądownictwo powszechne w Polsce, które nie zostało w całości jeszcze podporządkowane politykom. Według mnie do tych instytucji warto się odwoływać. Oprócz możliwości odwołania się do tych instytucji jest jeszcze obywatelskie nieposłuszeństwo, które jest specyficzną formą wyrażania sprzeciwu wobec działań władzy, a jednocześnie oznacza godzenie się na poniesienie odpowiedzialności karnej. Działania te powinny być sygnałem dla władzy, że społeczeństwo traci do rządzących zaufanie.

Według mnie o przykładach obywatelskiego nieposłuszeństwa można już mówić – jest nim np. działalność Obywateli RP. Niewykluczone, że jeżeli władza nie zejdzie z drogi pełzającego autorytaryzmu, to przykładów takich będzie więcej.

Patrząc na narzędzia i możliwości, które posiada obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny – Zbigniew Ziobro. Czy wg Pana istnieje ryzyko, że po odsunięciu PiS od władzy, następna ekipa postanowi zachować kompetencje, które posiada Ziobro?

Spotkałem się już z takim stanowiskiem, ale uważam, że z punktu widzenia politycznego zachowanie tych narzędzi byłoby trudne do zrealizowania ze względu na program partii, które są prokonstytucyjne i prodemokratyczne. Według mnie partie o takim programie przed wyborami będą musiały się jasno zdeklarować, co zrobić ze wszystkimi naruszeniami konstytucji oraz jak odwrócić ten kryzys, który obecnie mamy.

Wydaje mi się, że byłoby to samobójstwo polityczne, gdyby ugrupowanie prokonstytucyjne niosące hasła przywracania praworządności w kraju zdecydowałoby się po wyborach  zachować narzędzia, o których rozmawiamy. Według mnie nie doszłoby do takiej sytuacji ze względu na to, że ugrupowanie takie mogłoby więcej stracić niż zyskać.

Po wyborach nowa konstytucja lub naniesienie poprawek do obecnej konstytucji? 

Nie, uważam, że nie ma takiej potrzeby. Jestem przeciwnikiem uchwalania nowej konstytucji ze względu na to, że im starsza konstytucja tym lepsza – lepiej rozumiemy wyrażone w niej wartości.

Wydaje mi się, że można by rozmawiać o pewnych poprawkach do konstytucji, który byłyby oparte na negatywnych doświadczeniach ostatnich dwóch lat, ale to zależy od konstrukcji przyszłego parlamentu.

Myślę, że potrzebna jest pewna refleksja nad konstytucją w obszarach, które wzmacniają praworządność, niezależność sądownictwa, prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego, jednak nie sądzę, aby dobrym momentem na to był okres następujący bezpośrednio po wyborach.

Według mnie ważniejsze po wyborach będzie uspokojenie emocji, a dopiero potem poddanie konstytucji pewnej refleksji, gdyż ustawa zasadnicza nie powinna być zmieniana w emocjach i pośpiechu.

Marcin Stanisław Matczak (ur. 23 marca 1976) – polski prawnik, radca prawny, doktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii prawa, profesor nadzwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o kadrach PiS.

Wyborcy PiS darują tej partii każdą wpadkę, każde przekłamanie.

Czy to wina jesieni, która zawsze wpływa negatywnie na stan psychiczny człowieka? Czy też „zmęczenie materiału” po trzech latach nieustającej huśtawki emocjonalnej, jaką funduje nam PiS? Nie wiem, ale coraz mi bliżej do słów Otto von Bismarcka, który powiedział: „Dajcie Polakom rządzić, sami się wykończą”. Swoje dzieciństwo i młodość przeżywałam w czasach PRL-u, dorosłość już po transformacji ustrojowej. Bywało różnie, ale nigdy wcześniej nie zetknęłam się z taką nienawiścią Polaka do Polaka, taką agresją.

Odnoszę wrażenie, że nie ma już narodu polskiego jako takiego. Są dwie, zwalczające się grupy, lżące się wzajemnie, obrażające na każdym kroku. Grupy, które łączy już tylko język i obszar zamieszkania. Stan ten jest bardzo umiejętnie podtrzymywany przez niektórych polityków, którzy w imię swej niepohamowanej żądzy władzy, z przyjemnością patrzą, jak naród się wzajemnie rozdrapuje, nienawidzi, kaleczy słowami. Wiadomo, tak rozwalonym społeczeństwem łatwiej rządzić, łatwiej utrzymać go w karbach, więc niech się ludziska żrą… na chwałę PiS-u i prezesa.

Całkiem łatwo i sprawnie daje się Polaków podzielić, bo mamy coś takiego w swej mentalności, co niezwykle pomaga. To dziwna jakaś tendencja, że jak „kochamy to na zabój”. Stąd Polak nie ma problemu z postawieniem na piedestale tego, którego wielbi z całego serca i duszy. Nieważne, czy to piedestał z tektury, czy ze spiżu, ważne, że jest i wara każdemu, kto podniesie rękę na idola. Taki idol może wszystko, nawet bzdury pleść, działać niezgodnie z przyjętym prawem, mieć za uszami mniejsze lub większe wykroczenia, a i tak podziw dla niego pozostanie wciąż taki sam. A i tak każde jego słowo będzie przyjęte z zachwytem, pełnym uznaniem, że to sama prawda, czysta prawda i tylko prawda.

Mam znajomego, który od kilku lat jeździ po krajach UE, gdzie zarabia na tyle dobrą kasę, iż udało mu się już postawić dom, jeździ dobrym samochodem, rodzina byczy się co roku na wakacjach w miejscach, o których przeciętny Polak może tylko pomarzyć. Dzięki naszej obecności we wspólnocie europejskiej żyje sobie jak „pączek w maśle”, a jednak mówi, że UE to największe zło dla Polaków, pozbawia nas tożsamości narodowej, doi nas z wielkiej kasy i w ogóle to totalna porażka. Znajomy jest wyznawcą PiS-u i cokolwiek, jakkolwiek, to zawsze podpisze się pod tym, co politycy tej partii wciskają. Nawet gdy stoi to w całkowitej sprzeczności z tym, co sam widzi i z czego sam tak chętnie korzysta.

Rolnik, który najpierw bardzo długo czekał na pieniądze z UE, bo PiS zajęty był obsadzaniem stanowisk w Agencji Rolnej i nie miał czasu na bzdury. Potem dotknęła go klęska suszy i okazało się, że na pomoc władzy za bardzo liczyć nie może, bo ma ona swoje priorytety, ot chociażby obsypanie się nagrodami i premiami. Z niepokojem obserwuje politykę państwa wobec problemu afrykańskiego pomoru świń, zapędy USA, by wstrzymać import polskiej wieprzowiny, co mocno uderzy go po kieszeni. Oddaje za grosze owoce i warzywa, które w sklepach mają przebitkę nawet kilkaset procent… i co? Głosuje na PiS, bo to jego partia, bo jej wierzy.

Renciści i emeryci powyżej 60 roku życia. Wprawdzie czekają w kolejce do lekarzy dłużej niż kiedyś, wydają mnóstwo kasy na lekarstwa, żyją za groszowe emerytury, ale co tam. Oni kochają PiS i pozostaną mu wierni na wieki wieków.

Kobiety wdzięczne za 500 Plus, młodzież, która żadnej zmiany na gorsze nie widzi, bo zajęta jest urządzaniem swojego życia i chwilowo nie patrzy za bardzo w przyszłość. Naukowcy, którzy do tej pory nie mogli się wybić, bo talentu im nie starczało, a teraz wreszcie brylują. No i cała rzesza tych, którzy uwierzyli, że w dzisiejszych czasach każdy może zostać Nikodemem Dyzmą, nawet gdy się niewiele sobą reprezentuje.

Tak… wyborcy PiS darują tej partii każdą wpadkę, każde przekłamanie, bo nikt tak pięknie nie mówi im, jacy są ważni, potrzebni, prawdziwie polscy. Nikt tak wspaniale nie przypomina naszej historii, którą dotąd wszyscy fałszowali, a dopiero teraz jest prawdziwa. Nikt tak skutecznie nie karmi ich fobii, z jednej strony strasząc każdą innością, z drugiej – obiecując pełne wsparcie i opiekę przed złem, co to się czai i gotowe jest w każdej chwili zaatakować.

Z tą wielką miłością do PiS-u wiąże się nierozerwalnie jeszcze chyba większa nienawiść do każdego, kto za PiS-em nie jest. Obrzucanie inwektywami trwa w najlepsze, a poziom słownictwa aż woła o pomstę do nieba. A druga strona nie pozostaje dłużna. Kopiemy się, uderzamy najmocniej jak się da, rzucamy w siebie stekiem wyzwisk… a wszystko to przy pełnej aprobacie rządzących i Kościoła, który dokonał już wyboru. Stanął po stronie PiS-u, widząc w tej partii swoją szansę na mamonę, dobrą pozycję i Polskę wyznaniową, która pozwoli im żyć w bogactwie i przepychu.

I to jest właśnie nasza Polska. Polska XXI wieku. Kraj, w którym jeden dla drugiego wilkiem. Gdzie powszechnie wierzy się, iż niezgoda buduje, każda inność zasługuje na potępienie. Państwo, w którym ludzie zaprzedali się polityce, tak mocno dali się nią omamić, że zapomnieli, co jest ważne. Klęczą przed tymi, którzy dumnie wdarli się na piedestały i dla nich w odpowiednim momencie będą gotowi wyjść na ulice. Dla nich pozwolą, by brat bił brata, a krew będzie miała smak zwycięstwa… tylko kogo i nad kim?

Fragment felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Oddajcie demokrację Polakom – tak można interpretować słowa prezesa unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

(…)

Po wyborach samorządowych jeszcze PiS nie ogłosiło, że suweren (czyli my, Polacy) daje mu prawo do reformowania sądownictwa, ale już ustami szefa kampanii wyborczej Tomasza Poręby stwierdziło: – „Wyniki wyborów samorządowych to gigantyczny sukces PiS”.

Ta gigantomachia PiS jest zniewalająca. W procentach PiS do Koalicji Obywatelskiej ma się jak 34 do 27, jeżeli do 27 dodamy wynik PSL, SLD bądź lokalnych komitetów to wynik ten rzeczywiście będzie się przedstawiał jak w Warszawie zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego nad Patrykiem Jakim – 56 do 28.

Gdzie tu zatem gigantyczne zwycięstwo? A piszę o tej pisowskiej gigantomachii w kontekście autora wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego ministra sprawiedliwości Ziobry, który walczy z Morawieckim o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. Zakładnikiem w tej walce o przywództwo na prawicy jest „być albo nie być” Polski w UE.

Ziobro okazuje się być za kulisami lepszy od Morawieckiego, bowiem w kluczowych sejmikach wojewódzkich dla PiS ma swoich radnych, którzy zadecydują, czy w nich będzie rządzić prawicowa większość. Ziobro szachuje Morawieckiego, który miał się pozbyć ministra sprawiedliwości. Ta walka odbywa się kosztem przyszłości Polski, stąd takie kategoryczne ostrzeżenie prezesa TSUE.

Więcej >>>

Lewizna Rydzyka: Macierewicz, Wójcik, Michalkiewicz

Odnoszę wrażenie, że totalna opozycja uważa, iż aby uzyskać pomoc z zewnątrz i władzę – trzeba jak najmocniej zniszczyć fundamenty polskości: Kościół w Polsce i polską armię – zaznaczył były szef MON Antoni Macierewicz w cotygodniowym felietonie „Głos Polski” w Radiu Maryja i TV Trwam.

Antoni Macierewicz zwrócił uwagę, że głównym przeciwnikiem totalnej opozycji nie jest Prawo i Sprawiedliwość, ale Polska i polskość.

– Trudno inaczej zareagować na ten niesamowity atak, jaki ma miejsce na Kościół w Polsce, duchowieństwo i armię. Dwa filary polskości, dwa główne fundamenty, dzięki którym istniejemy jako państwo i utrzymujemy swoją narodową tożsamość. To, co dzieje się w związku z tzw. filmem, bo nie wiem, czy „film” jest właściwym słowem dla tej propagandowej szmiry „Kler”; to, co dzieje się w związku z Wojskami Obrony Terytorialnej, ale także postponowaniem wszelkich cech charakterystycznych i wartości, jakie niesie ze sobą polskie duchowieństwo i polski żołnierz, nie da się inaczej wytłumaczyć, jak tylko przekonaniem ludzi, którzy to robią, że zniszczenie duchowieństwa, Kościoła, polskiej armii jest niezbędnym elementem uzyskania wsparcia z zewnątrz, które ma tych ludzi utrzymać przy władzy bądź im ją przywrócić: aby uzyskać władzę trzeba jak najmocniej zniszczyć fundamenty polskości – mówił polityk.

>>>

Czy się to komuś podoba, czy nie, to tak, jak w przypadku tego konkursu, Fundacja Lux Veritatis czy Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej ma prawo złożyć – tak jak każdy podmiot – wniosek. Nie jest to podmiot w żadnym razie wykluczony i nie może być jakiegoś marginalizowania podmiotu nie wiadomo z jakich powodów – mówił wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik w ramach czwartkowej audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.    

Wczoraj w Sejmie posłowie Platformy Obywatelskiej Cezary Tomczyk oraz Marcin Kierwiński zaatakowali dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka CSsR oraz zainicjowane przez niego dzieła, sugerując, że Ministerstwo Sprawiedliwości w ramach środków z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym przekazało pieniądze „wprost na konta ojca Tadeusza Rydzyka”.

Radio Maryja nie otrzymywało od Ministerstwa Sprawiedliwości żadnych środków na swoją działalność – zapewnił Michał Wójcik.

– Nie ma na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości informacji, jakoby Radio Maryja miało otrzymać środki na swoją działalność. Jeżeli, to jest rzeczywiście fundacja Lux Veritatis, ewentualnie Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Jeżeli chodzi o kwestię kwot i kiedy zostały przyznane te kwoty, to podałem szczegółowe informacje, że właściwie dopiero w tym roku fundacja Lux Veritatis wystąpiła o dotację w konkursie na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości w obszarze akcji informacyjnej. Chodziło o kwotę ok. 416 tys. złotych. To jest akcja informacyjna „bądźmy bezpieczni”. Natomiast WSKSiM wystąpiła na akcję „Masz jedno życie – stop dopalaczom”. To było na kwotę ok. 195 tys. złotych – wyjaśnił wiceminister sprawiedliwości.

>>>

>>>

Szef MSZ Czaputowicz nie wykluczył, że Polska będzie kupować rosyjski gaz z Nord Stream 2. Wiarygodność PiS już dawno leży na dnie, a tu się okazuje, że to jest dno dna. Skoro jesteśmy w świecie Barei, to może trzeba za ten gaz płacić ryżem albo jakąś stówką z banku?