Archiwa tagu: Marek Falenta

Strajk nauczycieli to nasza sprawa, bo walczą o godną Polskę, a nie zakłamaną i wsteczną

Powstał społeczny Komitet „Wspieram Nauczycieli”. Powołali go przedstawiciele kultury i nauki, aktorzy, celebryci, prawnicy, przy udziale oświatowych związków zawodowych. Środki z funduszu zostaną przeznaczone na pomoc strajkującym nauczycielom, którzy nie są zrzeszeni w związkach. „Ten strajk jest lekcją wychowania obywatelskiego nie tylko dla uczniów, ale i dla nas wszystkich. Jest także lekcją solidarności, której wspaniałą tradycją Polska może się chlubić” – piszą inicjatorzy Komitetu. Pieniądze można wpłacać na nr konta 13 1240 5934 1111 0010 8960 6877

Pomoc nauczycielom

W Centrum Nauki Kopernik na specjalnej konferencji prasowej zainaugurowano działalność Społecznego Komitetu „Wspieram Nauczycieli”. Jednocześnie uruchomiony został specjalny rachunek „Fundusz strajkowy”, na który można wpłacać datki.

Udział w społecznym komitecie zadeklarowali m.in. prezydent Konfederacji Lewiatan dr Henryka Bochniarz, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Andrzej Friszke, mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, Zbigniew Hołdys, Szymon Hołownia, prof. Maria Janion, Czesław Mozil, Wojciech Maziarski, Katarzyna Nowak-Zawadzka (Nauczyciel Roku 2015), reżyser Paweł Pawlikowski, piosenkarka Maria Sadowska, Małgorzata Saramonowicz, scenarzysta Andrzej Saramonowicz, były I Prezes SN prof. Adam Strzembosz, pisarka Olga Tokarczuk, uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska, prof. Łukasz Turski, raper Vienio, publicysta Jacek Żakowski.

ZNP: Fundusz wesprze nauczycieli spoza związków

Fundusze, które uda się zebrać na specjalnie uruchomionym koncie, posłużą do wsparcia nauczycieli, którzy strajkują, a nie należą do związku.

– My jakoś sobie poradzimy, ale chcemy wspomóc tysiące nauczycieli, którzy nie należą do żadnego związku zawodowego, którzy strajkując, dając nam swoje wsparcie, znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji – tłumaczył szef Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz.

Konto, na które można wpłacać fundusze, zostało utworzone przez ZNP, natomiast o tym, do kogo trafią pieniądze ze zbiórki, decydować będzie komitet obywatelski, a nie Związek – podkreślał Broniarz.

Rząd zapowiada od kilku dni, że za okres strajku nauczyciele, którzy odstąpili od pracy, nie otrzymają pieniędzy.

To nauczyciele kształtują społeczeństwo obywatelskie

– Uważam, że wszyscy powinniśmy wspierać nauczycieli walczących o swoją godność. Ten fundusz społeczny, który otwieramy, będzie mógł wspomagać tych nauczycieli, którzy z powodu strajku zostaną pozbawieni swoich dochodów i ich sytuacja stanie się bardzo, bardzo ciężka – tłumaczyła Krystyna Starczewska, polonistka i filozofka, jedna z inicjatorek komitetu.

– Stajemy po stronie nauczycieli, także z wdzięczności za to, że codziennie wspierają nasze dzieci i wnuki – mówił na konferencji Jacek Żakowski.

– Bez właściwie ukształtowanego i nauczanego obywatela, nie ma społeczeństwa obywatelskiego – mówił były I Prezes SN prof. Adam Strzembosz. – Uważam, że w sytuacji, jaka się w tej chwili ukształtowała, jest rzeczą niezwykle ważną, byśmy się zachowali jak społeczeństwo solidarne, byśmy wsparli to, co w tym działaniu nauczycieli łączy się bardzo ściśle z naszym interesem, z interesem społeczeństwa jako całości, ale także z interesem naszych dzieci, wnuków. Oni tworzą przyszłość – dodał prof. Strzembosz.

Komitet o inicjatywie

Poniżej zamieszczamy list Społecznego Komitetu „Wspieram Nauczycieli”:

„Stajemy po stronie nauczycieli z wdzięczności za to, że codziennie wspierają nasze dzieci i wnuki. Teraz to oni potrzebują naszego wsparcia.

Strajkujący nauczyciele i nauczycielki, a także inni pracownicy szkół i przedszkoli walcząc o godne wynagrodzenia zabiegają o edukację na miarę potrzeb XXI wieku. To nasza wspólna odpowiedzialność, by zarobki pozwalały im na porządną pracę bez gorączkowego rozglądania się za dodatkowymi źródłami dochodu. By nie odchodzili ze szkół, by czuli się docenieni, by mogli polecać ten piękny zawód wszystkim.

Dlatego wyrażamy solidarność ze strajkującymi nauczycielami także w imię najlepiej pojętego patriotyzmu – troski o przyszłość Polski.

Ten strajk jest lekcją wychowania obywatelskiego nie tylko dla uczniów, ale i dla nas wszystkich. Jest też lekcją solidarności, której wspaniałą tradycją Polska może się chlubić.

Strajkujący ponoszą nie tylko koszt moralny strajku, ale też koszty materialne. Ogłaszając zbiórkę chcemy wspomóc tych, którzy uczestnicząc w proteście znaleźli się w najtrudniejszej sytuacji. Dla których strata zarobków za czas strajku oznacza katastrofę finansów rodzinnych.

Jako społeczny komitet wsparcia nauczycielskiego strajku zadbamy, by pieniądze ze zbiórki zostały przekazane tym najbardziej potrzebującym.

Okażmy im pomoc, solidarność, wsparcie i życzliwość. A także wdzięczność, że walczą o lepszą szkołę dla naszych dzieci i wnuków oraz o lepszą Polskę dla nas wszystkich”.

Kołtuny pisowskie musza być przepędzone od koryta, bo cofają nas cywilizacyjnie.

Depresja plemnika

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

View original post 2 496 słów więcej

Reklamy

Afery KNF i SKOK Wołomin muszą pogrążyć PiS. Inaczej przyjdzie żyć nam w bagnie

Roman Giertych umieścił na swojej stronie, na Facebooku, List do Fortuny, którą poprosił o tyle szczęścia, ile „skapnęło” ostatnio prokuraturze. Jak pisze autor listu, przez 30 lat nie oskarżono nikogo o przestępstwo z art. 231 kk (§ 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3), a tu nagle…wręcz wysyp podejrzanych. Toż to niesamowity fart…

>>>

Zaczęło się od zatrzymania Marka Chrzanowskiego, byłego już prezesa KNF, a potem „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że właśnie podopieczny Chrzanowskiego przygotował opinię prawną, dzięki której można było wynająć budynek na siedzibę KNF za 130 mln zł. Budynek należący do rosyjskiej spółki, wynajęty został Komisji dzięki panu Kogutowi, znanemu już z tego, że korumpował polityków.

Tego już było nieco za dużo, więc aresztowano siedem osób pod zarzutem niedopełnienia obowiązków przy nadzorze nad SKOK Wołomin w latach 2013-2014, czyli w latach, gdy to nie PiS sprawowało władzę.  Co ciekawe, jak pisze Giertych, „zarzuty stawiane są osobom, które zdaniem prokuratury zbyt łagodnie nadzorowały SKOK Wołomin. Przypadkowo odwrotnego zdania były osoby z tego SKOK, które za ich zdaniem zbyt surowe traktowanie skatowali jednego z dzisiaj zatrzymanych prawie na śmierć. Gdyby wówczas zmarł, byłby bohaterem. Skoro przeżył, to do więzienia!”.

Zbieg okoliczności? Jakieś nowe fakty? Dobry efekt ciężkiej i żmudnej pracy niezależnej politycznie prokuratury? A może tylko chęć przykrycia afery Marka Chrzanowskiego i KNF? Wiara, że naród skupi się na innych wątkach, nie żądając od PiS-u przyznania się do powiązań z tą sprawą, nie doszukując się „czarnych owieczek” w partii rządzącej, nie naciskając na rozliczenie?

Gdyby wówczas Wojciech Kwaśniak zmarł, byłby bohaterem. Skoro przeżył, to do więzienia! Logika PiS.

Depresja plemnika

CBA zatrzymało szefów Komisji Nadzoru Finansowego z czasów rządu PO-PSL. Urzędnicy ci tropili nadużycia w systemie SKOK. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, którego omal nie zabili gangsterzy wynajęci przez SKOK-Wołomin.

– Krew była na podwórku, w łazience, na płaszczu i marynarce. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że mąż przeżył. Miał pękniętą czaszkę, złamaną rękę, którą się bronił, tylko na głowie założono mu kilkadziesiąt szwów – wspomina Agata Kwaśniak wydarzenia z 16 kwietnia 2014 r.

W 2014 Kwaśniak przeżył „dzięki zbiegowi okoliczności”

Tego dnia Wojciech Kwaśniak został napadnięty przed swoim domem w Warszawie przez gangstera. Zamach zlecił członek władz SKOK-Wołomin, drugiej co do wielkości Kasy systemu SKOK. Była to zemsta za wykrycie nadużyć w tej Kasie. Napastnik dopadł wiceszefa KNF po jego powrocie z pracy i bił po głowie pałką teleskopową. Bandyta wycofał się, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód sąsiada. Pobiegł do lasu. Zostawił ślad: zakrwawioną pałkę, którą porzucił w czasie…

View original post 2 295 słów więcej

PiS szpicluje opozycję

Gdy na posiedzeniu episkopatu prymas Polak zaproponował przygotowanie raportu, biskupi nie kryli niezadowolenia. Propozycja prymasa zakłada bowiem zebranie informacji także o przypadkach znanych z przeszłości. A który z hierarchów będzie chciał donieść na samego siebie? (Newsweek)

Elektorat PiS w boju.

Konwencja PIS w Kielcach (sobota, 13.10).

Operator kamery nakazuje publiczności aby wstała z miejsc. Oklaski to za mało, trzeba wyreżyserować większe uwielbienie dla premiera. Żenada…

OKO.press dotarło do ponad 1300 nagrań z policyjnych radiostacji i kilkuset stron meldunków z akcji zabezpieczania ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Dowodzą niezbicie, że policja inwigilowała działaczy pozaparlamentarnej opozycji – Obywateli RP, OSY i KOD

To sprawa bez precedensu w historii III RP. Nagrania z policyjnych radiostacji i policyjne meldunki, złożone oficjalnie w sądzie w związku z procesem, który wytoczył policji poseł Ryszard Petru, potwierdzają, że latem 2017 roku, podczas protestów przeciwko zmianom w ustawach o sądach, inwigilowano liderów pozaparlamentarnej opozycji.   

W czasie policyjnej operacji o kryptonimie „Sejm” zorganizowano na nich swego rodzaju obławę. 

Policyjni tajniacy przez kilka dni, niemal bez przerwy, śledzili liderów Obywateli RP: Wojciecha Kinasiewicza, Pawła Kasprzaka, Tadeusza Jakrzewskiego. Obserwowali każdy ich krok, a gdy to było możliwe – podsłuchiwali ich rozmowy. Meldowali przełożonym o każdym ich ruchu, o spotkaniach i uchwyconych wypowiedziach. 

Chodzili także za Maciejem Bajkowskim ze stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji i Mateuszem Kijowskim z Komitetu Obrony Demokracji oraz za ówczesnym liderem Nowoczesnej – Ryszardem Petru.

Śledzili ich nie tylko w miejscach, gdzie odbywały się manifestacje, ale także po kilka kilometrów od nich. 

Od przeszło roku władze policji i nadzorującego ją MSWiA zapewniają publicznie, że funkcjonariusze tylko dbali o bezpieczeństwo zgromadzeń.

21 lipca 2017

21 lipca 2017 roku. Szósty dzień odbywających się w całej Polsce protestów przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS. I piąty dzień policyjnej operacji kryptonim „Sejm”, której celem ma być zabezpieczenie zgromadzeń w Warszawie.

O 8.00 rano pracę zaczyna pierwsza zmiana policjantów, którzy w ramach podoperacji „Śródmieście” zabezpieczają parlament, Pałac Prezydencki i Sąd Najwyższy. To łącznie ponad 200 policjantów z Komendy Rejonowej Warszawa I, z Oddziałów Prewencji Policji i z Nieetatowego Oddziału Prewencji Komendy Stołecznej Policji. Rozstawieni są głównie w okolicy Sejmu i Senatu, który ma tego dnia obradować nad ustawą o Sądzie Najwyższym.

Jest też 20 ubranych po cywilnemu i rozstawionych pojedynczo w okolicy parlamentu funkcjonariuszy z Wydziału Wywiadowczo- Patrolowego KSP. Ich jednostka powstała by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady i pobicia) i zatrzymywać sprawców na gorącym uczynku.

Pod parlamentem od początku operacji „Sejm” wywiadowcy z WWP obserwują i śledzą liderów ruchu Obywatele RP, stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji i Komitetu Obrony Demokracji. O pojawieniu się osób „w zainteresowaniu” i o każdym ich ruchu informują na bieżąco aspiranta sztabowego G. Cz., pseudonim Gruby. To on odpowiada 21 lipca za łączność tajniaków z WWP ze sztabem, przekazuje wyżej zebrane przez nich informacje i przyjmuje rozkazy dla nich.

Kontaktuje się z asp. szt. Robertem Szusterem (kryptonim 802), zastępcą naczelnika Wydziału Sztab Policji KRP Warszawa I, później z kom. Mariuszem Stoczkowskim (kryptonim 806), z tego samego wydziału i znów z 802. Wieczorem u wywiadowców łączność ze sztabem przejmie E.C. pseudonim Cygan, a w sztabie – policjant o kryptonimie 803.

PRZEKAZYWANIE INFORMACJI PODCZAS OPERACJI „SEJM”

Wywiadowcy z WWP to jednak nie jedyni tajniacy, którzy w tych dniach w „zabezpieczają” zgromadzenia.

21 lipca, od rana, w okolicy parlamentu krąży jeszcze lub czeka w gotowości 18 policjantów uczestniczących w podoperacji „Rekonesans”. To funkcjonariusze z pionu kryminalnego KSP – policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach. Na co dzień ścigają morderców, handlarzy narkotyków, aferzystów, hakerów.

W operacji „Sejm” odpowiadają za „zabezpieczenie operacyjne”, co w praktyce oznacza śledzenie działaczy pozaparlamentarnej opozycji, a nawet – jak ujawniliśmy na OKO.press – członków młodzieżówek, którzy spotkali się ze Zbigniewem Hołdysem, by porozmawiać o zagrożeniach dla demokracji.

Dyspozycje, kogo śledzić „kryminalni”, dostają ze sztabu operacji i tam też przekazują zebrane informacje.

Przez cały dzień – 21 lipca – w operacji „Sejm” będzie uczestniczyło łącznie 30 funkcjonariuszy z WWP i 54 tajniaków z pionów kryminalnych. W sumie, w zabezpieczaniu zgromadzeń tego dnia weźmie udział 2337 policjantów.

22 minuty z 7 dni

Pracujących pod Sejmem tajniaków z WWP KSP szczególnie interesują 21 lipca trzy osoby: Wojciech Kinasiewicz i Tadeusz Jakrzewski z Obywateli RP i Maciej Bajkowski z OSY. Śledzą ich niemal bez przerwy. Meldują „górze” o każdym ich ruchu i spotkaniu.

Przez około dwie godziny (co najmniej od 13:47 do 15:37) czatują na nich wszystkich pod kawiarnią Czytelnik przy ul. Wiejskiej 12A i obserwują wewnątrz lokalu. Zgodnie z sugestią 802, czyli asp. szt. Roberta Szustera, Gruby wysyła nawet tajniaka, by „spróbował posłuchać, co oni tam mówią”.

Później wywiadowcy chodzą za nimi jeszcze przez wiele godzin. Bajkowskiego odprowadzają na dworzec PKP Powiśle i czekają aż odjedzie pociągiem, a potem znów go śledzą, gdy wraca do namiotu pod Sejmem. Z Kinasiewiczem rozstają się dopiero o 4:21 (już 22 lipca). Gdy wraca do domu, „ciągną” za nim nieoznakowanym samochodem spod parlamentu do Ronda de Gaulle’a, by upewnić się dokąd jedzie.

Najbardziej rozpoznawalny z Obywateli RP – Paweł Kasprzak, którego wywiadowcy obserwują od początku operacji „Sejm”, tego dnia pojawia się wśród manifestujących dopiero wieczorem. Z braku „wolnego” tajniaka z WWP, przez jakiś czas „prowadzą go” inni funkcjonariusze. Potem przejmują go już ludzie Grubego i śledzą do około 1.00 w nocy. Podobnie jak za Kinasiewiczem, pojadą za nim kawałek, gdy będzie wracał samochodem do domu, by upewnić się, że „nie wywinie im jakiegoś numeru”.

Wcześniej – bo około południa 21 lipca – wywiadowcy z WWP zaczynają śledzić kogoś z nieco innej bajki: polityka, posła i ówczesnego lidera partii Nowoczesna Ryszarda Petru. Idą za nim od sejmowego biura przepustek, przy ul. Wiejskiej, do siedziby Nowoczesnej, przy ul. Nowy Świat 27; z przystankiem pod restauracją Why Thai, gdzie Petru je obiad.

W sumie obserwują go prawie dwie godziny, przekazując przez radiostację informacje o tym, gdzie jest i co robi.

Kilka dni później „Gazeta Wyborcza” dostaje od anonimowej osoby 22-minutowe nagranie rozmów z policyjnej radiostacji, na którym słychać m.in. wywiadowców śledzących Kinasiewicza i Petru. Po publikacji nagrań, obaj śledzeni składają zawiadomienie do prokuratury – o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariuszy policji. Ale Prokuratura Okręgowa w Warszawie odmawia wszczęcia śledztwa.

Petru równocześnie wytacza proces policji, domagając się, by sąd zakazał nielegalnego inwigilowania go. Jego prawnicy żądają, by Komenda Stołeczna Policji przedstawiła pełne nagrania z policyjnych radiostacji i meldunki policjantów uczestniczących w operacji „Sejm”. Jak ustaliło OKO.press, policja spełniła to żądanie tylko częściowo.

Podczas operacji „Sejm” policjanci używali wielu kanałów radiowych – policja przekazała sądowi nagrania z dwóch.

Obława

Przesłuchaliśmy ponad 1300 nagrań z policyjnych radiostacji i przestudiowaliśmy kilkaset stron meldunków, które złożono jako dowód w sprawie sądowej Petru vs. policja. Zestawiliśmy chronologicznie te dotyczące śledzenia uczestników protestów.

To co powstało, to dokumentacja swego rodzaju obławy na liderów Obywateli RP, OSY i KOD.

Konkretne osoby śledzono nie dlatego, że stwarzały one w danym momencie zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego albo dlatego, że istniało jakieś zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Śledzono je, bo zostały z góry, przed rozpoczęciem zgromadzeń, wskazane tajniakom przez przełożonych.

W rozmowach przez radiostację policjanci nazywają działaczy Obywateli RP i OSY „figurantami” (co w języku służb oznacza osoby rozpracowywane operacyjnie) albo „osobami w naszym zainteresowaniu”.

Rankiem 21 lipca, gdy uczestnicy manifestacji dopiero gromadzą się pod Sejmem, 802 czyli asp. szt. Robert Szuster pyta Grubego: „A powiedz mi czy może ty zauważyłeś osoby w naszym zainteresowaniu? Czyli pan Kinasiewicz, Kasprzak, Jakrzewski?” Gruby odpowiada: „Na tę chwilę tylko Bajkowski”.

„Dobra, jak zobaczysz ich – że będą w rejonie Sejmu oczywiście – łata i na bieżąco informacje, w którym miejscu są” – rozkazuje 802. A Gruby potwierdza: „Tak jak zawsze. Dobra. Przyjął”.

Bo policyjni wywiadowcy nie tylko biernie obserwują działaczy Obywateli RP i OSY, gdy ci pojawiają się w okolicach parlamentu, ale śledzą ich, podążając za nimi krok w krok („łata” w policyjnym żargonie oznacza to samo, co „ogon”, czyli po prostu śledzenie kogoś).

Gdy po godzinie 11.00 policjanci zauważają Kinasiewicza parkującego samochód w uliczce nieopodal Sejmu, Szuster prosi Grubego o „przekazywanie informacji, w którym kierunku [Kinasiewicz] zmierza i co robi”. A policyjny wywiadowca dostaje rozkaz: „łata na niego i cały czas, non stop.”

Potem, gdy Kinasiewicz kręci się przy namiotach Obywateli RP pod Sejmem, Szuster nakazuje Grubemu: „Cały czas proszę o objęcie nadzorem”. A Gruby potwierdza: „Ma cały czas nadzór nad sobą”.

Gdy Kinasiewicz rusza spod Sejmu w kierunku ul. Pięknej, tajniacy dostają polecenie: „Cały czas za nim”. A gdy później pojawia się blisko swojego auta, zastanawiają się, czy jeśli do niego wsiądzie, mają „ciągnąć go dalej”.

Podobnie policjanci rozmawiają o innych liderach ruchów protestujących pod Sejmem. Gdy Tadeusz Jakrzewski wychodzi z kawiarni Czytelnik, Gruby zwraca się do jednego ze swoich wywiadowców: „Dawaj ogon za nim, jak możesz, pilnie”.

O Bajkowskim, po wyjściu z Czytelnika, wywiadowcy meldują: „Łatkę ma, tutaj chłopaki polecieli za nim. Zobaczymy gdzie nam się udaje”.

Zgodnie z założeniami operacji „Sejm”, jej celem miało być zapewnienie bezpieczeństwa uczestników protestów odbywających się pod parlamentem, Pałacem Prezydenckim i Sądem Najwyższym.

Ale tajniakom kazano śledzić organizatorów i uczestników tych protestów, nawet po kilka kilometrów od miejsc zgromadzeń.

Za Bajkowskim policjanci idą spod Sejmu, ul. Wiejską, przez Rondo de Gaulle, Al. Jerozolimskimi, aż do Dworca PKP Powiśle. W międzyczasie upewniają się u przełożonych, czy „jakby trzeba gdzieś” to mają „jechać za nim”. I dostają potwierdzenie. Dopiero gdy okazuje się, że Bajkowski wsiada do pociągu, dostają polecenie „odpuszczajcie”.

Krótko przed godziną 1.00 w nocy, gdy Kasprzak żegna się ze zgromadzonymi pod Senatem, Cygan melduje funkcjonariuszowi ze sztabu, że obserwowany „prawdopodobnie będzie odjeżdżał” i pyta: „Czy ciągniemy dalej za nim?” W odpowiedzi słyszy: „Kawałek może podjedźmy, tak żeby nam jakiegoś numeru nie wywinął”.

Za Kinasiewiczem tajniak z WWP jedzie po 4.00 rano do Ronda de Gaulle’a. I dopiero tam słyszy od przełożonych, że może „odpuścić”.

Z meldunków wynika, że w innych dniach policjanci jeździli za Kasprzakiem i Jakrzewskim aż do marketu Brico przy ul. Połczyńskiej. Za Kinasiewiczem raz doszli aż pod Belweder, a innym razem pod ambasadę Czech przy ul. Koszykowej 18.

Tajniacy jednak nie tylko obserwują liderów Obywateli RP i OSY, chodzą za nimi i jeżdżą, ale również – kiedy to tylko możliwe – podsłuchują ich rozmowy.

Po 9.00 rano, gdy asp. szt. Szuster dostaje od mundurowych pod Sejmem informację, że Obywatele chyba składają swoje namioty pod Sejmem, zwraca się do Grubego: „Ty również nasłuchuj. Posłuchaj – może coś powiedzą, coś przekażą. Jakąś informację, gdzie oni mają zamiar z tymi namiotami się udawać. Czy już se dali spokój, odpuszczają”. Gruby zapewnia: „Tak, ja mam tutaj załogę, cały czas. Oni siedzą przy tych namiotach, także cały czas tam na bieżąco przekazują informacje. Jak coś będzie – zaraz ci zgłoszę”.

Gdy przed  godziną 14. Gruby melduje kom. Mariuszowi Stoczkowskiemu (806), że „Kinasiewicz i spółka” weszli do księgarni Czytelnik, 806 pyta: „A nie spróbujesz yyy posłuchać, co oni tam mówią?” Gruby zupełnie niemieszany tym, że ma podsłuchiwać ludzi, którzy nie są objęci żadnym śledztwem odpowiada „No już Lewego wysyłam”.

Wszystko dla bezpieczeństwa

Policja od ponad roku powtarza konsekwentnie, że działania funkcjonariuszy w czasie operacji „Sejm” były zgodne z prawem i nie miały charakteru inwigilacji.

W odpowiedzi na pozew Ryszarda Petru, reprezentująca policję Prokuratoria Generalna RP napisała, że działania policji „miały jedynie na celu zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego wszystkich osób biorących udział w demonstracjach, w tym funkcjonariuszy publicznych (osób publicznych). Działania te podjęte były także z uwagi na okoliczność, iż w trakcie demonstracji wygłaszano różne poglądy, które mogły spotkać się z różnymi reakcjami obywateli (zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi), co mogło przerodzić się w agresję”. I że w związku z tym – by zapobiec naruszeniom porządku, policja „zwracała uwagę” na znane osoby, by zapewnić im bezpieczeństwo.

Śledzenie Petru było, według Prokuratorii „wpisane w działania o charakterze prewencyjno-ochronnym, mające na celu zabezpieczenie porządku publicznego w czasie zgromadzenia, w tym bezpieczeństwa (…) Ryszarda Petru”.

Prokuratoria nie wyjaśniła dlaczego nikt nie zapytał „ochranianych” osób, czy chcą być śledzone ani nie poinformował ich o śledzeniu. I dlaczego do „ochrony” wykorzystano policyjnych tajniaków.

Śledzenie Obywateli RP policja nazywa „nadzorem prewencyjnym”. I tłumaczy, że stosowano go wobec osób, które mogły zakłócić porządek publiczny lub nawoływały do takiego zachowania. Jak wyjaśnia, Obywatele RP już wcześniej „dokonywali wtargnięcia za linię płotów zaporowych” ogradzających Sejm i zapowiadali, że będą chcieli zrobić to ponownie. „Nadzór” nad nimi był więc uprawniony.

Policja nie tłumaczy jednak, dlaczego w takim razie Obywateli śledzono nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie Sejmu (by zapobiec przeskakiwaniu przez płoty), ale także daleko od niego.

TUTAJ STENOGRAMY ROZMÓW POLICJANTÓW, KTÓRZY ŚLEDZILI LIDERÓW POZAPARLAMENTARNEJ OPOZYCJI >>>

Warszawski przedsiębiorca: – Ostracyzm? Bez żartów. Początek roku, Warszawa, bankiet dla ludzi biznesu. Do sali wkracza Marek Falenta, facet z wyrokiem, człowiek dyktafon. I momentalnie otacza go wianuszek gości. Przy mnie jeden biznesmen próbował mu puścić w leasing bentleya (Newsweek)

Krystyna Janda idzie 21 października na wybory! ✌️ A Ty?

Wojciech Malajkat. Rektor Warszawskiej Akademii Teatralnej.

Kaczyński lepszy od miski ryżu Morawieckiego

Sędziowie z krakowskiego Sądu Apelacyjnego w przyjętej w sobotę uchwale potępiają działania prezydenta Andrzeja Dudy, który – wbrew wydanemu przez sąd zabezpieczeniu – powołał nowych sędziów do Sądu Najwyższego. Nie mogło do tego dojść – zdaniem sędziów – ponieważ procedurę wstrzymał prawomocnym orzeczeniem Naczelny Sąd Administracyjny. Kwestionują fakt, że kandydatów oceniała Krajowa Rada Sądownictwa, której sposób wyboru budzi poważne wątpliwości prawne i konstytucyjne.

Sędziowie zarzucają też głowie państwa, że nie poczekał na orzeczenie unijnego Trybunału Sprawiedliwości, który bada polską ustawę o Sądzie Najwyższym. Uważają, że działanie prezydenta „destabilizuje sytuację prawną i obniża zaufanie do sądów oraz wydawanych przez nie orzeczeń”.

„Ponadto czyni realnym problem odpowiedzialności Prezydenta przed Trybunałem Stanu” – podsumowują.

Ponadto sędziowie krytycznie oceniają działania rzecznika dyscypliny, który wzywa „na dywanik” kolejnych sędziów „niepokornych”.

Potępiają Zbigniewa Ziobrę, zarzucając ministrowi doprowadzenie do dramatycznych braków kadrowych w większości sądów.

Wzywają też swoich kolegów-sędziów do „czynnego i powszechnego zaangażowania się w promowanie wartości konstytucyjnych”.

– Taśma z premierem Morawieckim została nagrana tego samego dnia, co taśma ówczesnego szefa CBA. Myślę, że tego powodu ona w ogóle znalazła się w tym zestawie, ponieważ było to na jednym pliku – mówił Roman Giertych w programie „Tomasz Lis.”.

Giertych: afery, które będą się teraz pojawiać, będą dotkliwsze dla PiS-u

– Wiele plików nie zostało ujawnionych. One gdzieś krążą, ktoś je ma. W tym przypadku ktoś chciał uderzyć w Wojtunika i tak przy okazji premier Morawiecki załapał się na ujawnienie afery taśmowej. Wydaje mi się, że taka była przyczyna ujawnienia rozmowy premiera – mówił Giertych.

Jego zdaniem rządząca partia powoli przestaje być teflonowa. – Wszelkie afery, które będą się teraz pojawiać, będą dotkliwsze dla PiS-u z tego powodu, że ta pancerna osłona, którą mieli dotychczas, została skruszona, albo się kruszy – stwierdził adwokat.

Tusk jeździ sobie hulajnogą po Paryżu. Zestawcie tego wybitnego polityka z pokracznym Kaczyńskim obstawionym chmarą ochrony i w limuzynie za zaciemnionymi oknami.

W restauracji u „Sowy” nagrane zostały także sekstaśmy — tak wynika z akt śledztwa. Wbrew plotkom, które wciąż krążą w politycznym i biznesowym światku, nie są to jednak nagrania wideo, lecz materiały dźwiękowe.

Plotka na ten temat krąży od początku afery taśmowej — kelnerzy z restauracji „Sowa i Przyjaciele” mieli nagrywać polityków i biznesmenów nie tylko podczas rozmów, ale także w sytuacjach intymnych, z kochankami i prostytutkami.

Po lekturze kompletu akt sprawy wiemy, ile jest w tym prawdy.

„Mogło być tak, że się całowaliśmy”

Po pierwsze — nie ma sekstaśm wideo. Plotki na ten temat nie są prawdziwe. Kelner Łukasz N., który nagrywał w „Sowie” zeznał: „Ja nigdy nie dokonywałem nagrań filmowych tylko zawsze dźwięk” (To przesłuchanie kelnera prokuratura zarejestrowała na wideo. Jako pierwsi publikujemy je poniżej)

Po wtóre — takich taśm nie jest wiele. W aktach udokumentowane są trzy historie.

Pierwsza historia dotyczy bardzo znanej i wpływowej Polki, która miała w restauracji uprawiać seks z lobbistą związanym z PO. Znamy ich nazwiska, ale nie podajemy ich, ponieważ sprawa ma wymiar jedynie prywatny.

Z zeznań wynika, że para miała romans. „To były relacje prywatne i zażyłe, jest to możliwe, abyśmy w trakcie naszych spotkań okazywali sobie bliskość fizyczną” – zeznała kobieta. Dodała też, że nikt tymi nagraniami jej nigdy nie szantażował i nigdy nie otrzymała propozycji ich odkupienia. „W tym czasie ja byłem z [tu pada nazwisko] w zażyłej relacji. Mogło być tak, że się tam całowaliśmy” — zeznał jej partner. Przyznał też, że u „Sowy” spotykali się kilka razy, najczęściej sam na sam. „Nikt się ze mną nie kontaktował w sprawie takiego nagrania” — stwierdził.

„Mam w pamięci taki przebłysk”

Druga historia dotyczy zamożnego biznesmena, potentata na rynku nieruchomości, który spotkał się w „Sowie” z dwiema kobietami — 25-letnią Magdaleną oraz 35-letnią Sabiną. W spotkaniu brał też udział nieustalony przez prokuraturę „urzędnik”.

Obie kobiety zeznały w prokuraturze, że są koleżankami biznesmena, a nie prostytutkami.

Z zeznań pani Sabiny: „Ja niewiele z tego wieczoru pamiętam. Mam w pamięci taki przebłysk, że w czasie tego spotkania uprawiałam seks oralny. Jednak nie jestem tego pewna. Nie pamiętam jednak, z kim to robiłam”. Zeznała też, że wcześniej pracowała w firmie biznesmena i miała z nim romans.

Kelner stwierdził podczas przesłuchania, że nagrał owego biznesmena jeszcze raz, z innymi kobietami. Biznesmen zeznał za to, że „nie pamięta” czy uprawiał seks u „Sowy”.

„Nikt mnie nie szantażował nagraniami o charakterze intymnym” — oświadczył podczas przesłuchania, ale nie złożył wniosku o ściganie sprawców nagrywania.

W „Sowie” biznesmen bywał często — spotkał się tu m.in. z Aleksandrem Kwaśniewskim.

„Nie pamiętam seksu z wiceministrem”

Wreszcie trzecia — i politycznie najbardziej kontrowersyjna — historia dotyczy ważnego wiceministra gospodarczego w rządzie Platformy. Miał się on spotykać w restauracji z jedną ze wspomnianych kobiet, które twierdziły, że są koleżankami biznesmena od nieruchomości. To sytuacja o poważnym znaczeniu dla opinii publicznej, bowiem oznacza, że osoba podejmująca kluczowe decyzje o polityce gospodarczej rządu, stawiała się w sytuacji niezwykle łatwej do wykorzystania do celów korupcyjnych lub po prostu do szantażu.

Z zeznań kelnera: „Znam osobę o danych [tu pada nazwisko wiceministra]. Mam wiedzę, że ta osoba została nagrana w sytuacji obyczajowej, to było jedynie nagranie dźwięku. (…) Ja zarejestrowałem tę sytuację. Nie mam wiedzy czy to nagranie zostało w jakikolwiek sposób wykorzystane”.

Przesłuchiwana w prokuraturze pani Magdalena zeznała: „Nie pamiętam czy w czasie tego spotkania odbyłam z [tu pada nazwisko wiceministra] stosunek seksualny. Po zakończeniu spotkania z restauracji wyszliśmy oddzielnie”.

Przekonywała też: „Ja nie świadczę usług seksualnych. Nie jestem również osobą do towarzystwa. Ja na swoje spotkania umawiam się sama”. Prokuratura słusznie badała, czy kobieta mogła zostać ministrowi podstawiona, by zrobić nagranie i go szantażować. Pani Magdalena jednak zaprzeczyła: „Nikt mnie nie prosił, abym zarejestrowała spotkanie z [tu pada nazwisko wiceministra]. Nikt również nie nakłaniał mnie do spotkania z [tu pada nazwisko wiceministra]”.

Kelner Łukasz N. opisuje panią Magdalenę tak: „Była brunetką z długimi, do ramion włosami, była młoda i ładna”. W aktach są jej zdjęcie i dane. Wiceminister był z nią u „Sowy” dwa razy, ale raz kelner nie zdążył ich nagrać. „Ja nie mam żadnej wiedzy na temat, aby Marek Falenta szantażował kogoś nagraniami o charakterze seksualnym” — stwierdził kelner podczas przesłuchania w Centralnym Biurze Śledczym Policji.

Dlaczego nie podajemy nazwisk

Rozmawialiśmy w redakcji Onetu o tym, czy podawać nazwiska osób nagranych w sytuacjach intymnych. Mogliśmy to zrobić, bowiem wszystkie udostępnione dziennikarzom akta są formalnie dostępne dla opinii publicznej.

W sprawach znanej Polki i lobbisty związanego z PO oraz poważnego biznesmena z koleżankami sprawa jest dość prosta — to osoby prywatne, które nie zajmują funkcji państwowych i nie odpowiadają za wydawanie publicznych pieniędzy. Ich relacje seksualne są więc ich sprawą prywatną.

Inaczej ma się sprawa wiceministra. Za swej kadencji odpowiadał on za strategiczne sektory gospodarcze. Sekstaśma mogła się stać elementem szantażu wobec niego. W śledztwie wiceminister grał rolę przykładnego męża martwiąc się, że kariera jego żony cierpi z powodu jego pracy w administracji państwowej.

Zdecydowaliśmy, że podamy jego nazwisko, jeśli w aktach sprawy znajdziemy dowód, że w jakiejkolwiek kwestii poszedł on na rękę Markowi Falencie, uznanemu przez sąd za reżysera afery. To właśnie do Falenty trafiać miały, wedle zeznań kelnerów, wszystkie taśmy nagrane przez obu kelnerów, w tym także nagrania intymne.

Sprawdziliśmy kilka tropów dotyczących ewentualnych powiązań wiceministra z Falentą. Najpoważniejszy dotyczył tego, że Marek Falenta próbował naciskać na wiceministra, by państwo odkupiło jedną z przeżywających właśnie kłopoty spółek Falenty. Tyle, że presja okazała się bezskuteczna. Według ustaleń dziennikarzy Onetu, wiceminister wie o istnieniu tej taśmy, ale rzeczywiście nigdy nie był nią szantażowany.

>>>

Kaczyński będzie zmniejszał poziom życia

Na spotkanie prezesa PiS z wyborcami w małopolskich Gorlicach, nie wpuszczono niesprzyjającego mu burmistrza, więc Kaczyński mógł pozwolić sobie na całkowitą szczerość.

Mówiąc, że dobra zmiana powinna dojść do każdej gminy, do każdego powiatu oznajmił bez ogródek:

„Zależy nam na tym, aby poziom życia w poszczególnych regionach zmniejszał się, bo Polska jest jedna. Sprawiedliwość społeczna jest bardzo ważna”. Prezesa czym prędzej z dumą zacytował na Twitterze oficjalny profil PiS.

Dość szybko autorzy tego lapsusa połapali się i screen został już usunięty. W internecie jednak nic nie płonie, więc użytkownicy Twittera nie pozostawili na liderze PiS suchej nitki.

„Niesłychana szczerość prezesa Kaczyńskiego. Przebił premiera Morawieckiego z miską ryżu. /…/ Ceny pójdą jeszcze w górę. Przynajmniej nie kłamie jak Morawiecki – skomentował były szef resortu obrony Tomasz Siemoniak.

Kaczyński znalazł rozwiązanie na sprawiedliwość – najlepsi mają równać do najgorszych.

Kawa w Hiltonie. Marek Falenta uśmiechnięty, ubrany na sportowo, ale z klasą. Właśnie skończył spotkanie biznesowe, ale o tym mówi skromnie. – Nie mam już ani jednej firmy, żyję z doradzania innym. Mam doświadczenie, wiele lat na giełdzie, wiele udanych interesów, więc mam wiedzę, którą mogę się dzielić – tłumaczy.

– Ale liczy się pan z tym, że więzienia nie da się uniknąć?

– Kilkanaście miesięcy za kratami to jeszcze nie koniec świata. Jestem na to przygotowany, ale szkoda mi czasu, szkoda życia.

Więzienie dla Falenty to dwa i pół roku za nagrywanie polityków i biznesmenów. Afera taśmowa w 2014 r. wstrząsnęła Polską i wywróciła rząd PO. W warszawskich knajpach kelnerzy (jeden z nich obciążał w śledztwie Falentę) nagrali ponad 700 godzin rozmów, ponad 80 spotkań: polityków, urzędników i lobbystów. Problem w tym, że prokuratura ma tylko ułamek taśm, raptem 31 rozmów. Gdzie jest reszta?

Od Falenty nie można się tego dowiedzieć. Zapewnia, że jest tylko „kozłem ofiarnym” całej historii. – Poważnie odbiła się na moim biznesie i życiu rodzinnym. Partnerka, która w czasie gdy mnie zatrzymywano była w szóstym miesiącu ciąży, nie wytrzymała napięcia. Rozstaliśmy się – opowiada.

Wyrok jest prawomocny, jednak Falenta się nie poddaje – chce walczyć o kasację. Sąd Najwyższy zajmie się tym za kilka tygodni. Organizator afery taśmowej nie siedzi jeszcze za kratami tylko dlatego, że (przynajmniej oficjalnie) podupadł na zdrowiu.

– Jak to było z próbą samobójczą? Chciał się pan zabić?

– Nie chcę o tym mówić, ale ta afera wykończyła mnie fizycznie i psychicznie. Odchorowałem to. Trafiłem na półtora miesiąca do szpitala.

Ciekawe: odium aferzysty, człowieka, który nagrywa wszystkich dookoła, z wyrokami karnymi na koncie, nie odcięło Falenty od biznesowych kontaktów.

Znany warszawski przedsiębiorca: – Ostracyzm? Bez żartów. Opowiem wam scenkę. Początek roku, Warszawa, bankiet dla ludzi biznesu. Do sali pełnej gości wkracza Marek Falenta, facet z wyrokiem, człowiek dyktafon. I co? I momentalnie otacza go wianuszek gości. Żartuje, dobrze się bawi. Przy mnie jeden z biznesmenów próbował mu puścić w leasing bentleya. Dla sporej części biznesowej Warszawy to po prostu lepszy cwaniak. Powinno go nie być, a on wciąż na powierzchni.

Tajemnica sukcesu towarzyskiego Falenty ma drugie dno. Wielu uważa go za geniusza finansowego, który jak król Midas zmienia wszystko w złoto.

Były współpracownik Falenty: – Pracowaliśmy wspólnie przy jednym z projektów giełdowych. Widziałem go w akcji. Powiem jedno: niesamowity talent, chapeau bas!

Morawiecki kłamie w żywe oczy, a quasi dziennikarz Ziemiec tego nie spostrzega

>>>

Najnowszy Newsweek. Człowiek, który wstrząsnął i wstrząsa Polską. Opowieść o Marku Falencie i o całkiem dużym kraju, którym wstrząsnąć jest wyjątków łatwo.

Wybór takiego środka lokomocji przez szefa Rady Europejskiej pewnie wielu zaskoczył. Donald Tusk podczas wizyty w Paryżu przemieszczał się po mieście za pomocą hulajnogi.

Nagranie z przejażdżki hulajnogą po Paryżu Donald Tusk opublikował na Instagramie (wideo jest dostępne pod tym linkiem >>>).

Donald Tusk jeździ po Paryżu hulajnogą

Na filmie widzimy, jak przewodniczący Rady Europejskiej zjeżdża z górki przez paryską uliczkę i w pewnym momencie uśmiecha się do osoby nagrywającej film, po czym znika za zakrętem. Nagranie jest opatrzone podpisem: „Moja niedzielna eko-wycieczka po Paryżu”.

Zdjęcie Donalda Tuska z Bono

Donald Tusk jest bardzo aktywny na Instagramie, na którym ma ponad 74 tys. obserwujących. Niemal każde udostępnione przez niego zdjęcie jest szeroko komentowane.

Tak było chociażby w przypadku wspólnej fotografii z Bono z zespołu U2.

Prawdziwą furorę zrobiło jednak zdjęcie Donalda Tuska w Nowym Jorku podczas wrześniowych obrad ONZ. Wówczas uwieczniono byłego premiera, jak przechodzi przez przejście dla pieszych. Fotografia wielu skojarzyła się ze słynną okładką płyty „Abbey Road” grupy The Beatles.

Do końca PiS pozostały ok. 322 dni

– Jest coraz gorzej. Przez trzy lata Sejm stał się terenem zamkniętym, taką fortecą. Pamiętam czas, nie byłem jeszcze posłem, każdy mógł przejść, spacerowali turyści, rodziny z dziećmi, pokazywały parlament. Teraz wszystko jest otoczone płotem. Zdarzyła nam się sytuacja, na ostatnim posiedzeniu Sejmu mieliśmy zespół parlamentarny ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Był ekspert, były wiceszef ABW, nie został wpuszczony. Mimo że dzień wcześniej był zgłoszony. To jakaś paranoja. Żadnego [uzasadnienia nie było]. Posłanka Kluzik-Rostkowska czekała w biurze przepustek 40 minut – stwierdził Tomasz Siemoniak w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

– Po prostu Sejm jest zamykany. Władza PiS-u, a najbardziej marszałek Kuchciński ma jakąś obsesję, że nie wiem, ktoś przyjdzie, coś mu zrobi. Boją się po prostu ludzi, żyją w złotych klatkach – dodał poseł PO.

W PiS może wkrótce wybuchnąć kolejna awantura korupcyjna. Okazuje się bowiem, że praktyki upolityczniania i obsadzania Misiewiczami publicznych funkcji mogły zajść jeszcze dalej niż do tej pory sądziliśmy. “Fakt” natrafił bowiem na informacje, które wskazują, że w obozie władzy może dochodzić do “kupowania” stanowisk po znajomości.

Na jaw wyszła sprawa posła Tomasza Latosa, szefa sejmowej Komisji Zdrowia. W podległym MSWiA szpitalu dyrektorem został bowiem szwagier posła, niedługo po czym na konto parlamentarzysty trafiło 120 tys. zł darowizny od nikogo innego jak siostry posła, żony zwycięzcy resortowego postępowania. Warte podkreślenia jest to, że było to pierwsze tego typu rodzinne wsparcie.

Sprawa budzi duże kontrowersje. Mowa tutaj o obsadzeniu kierowniczej funkcji w SP ZOZ MSWiA w Poznaniu im. prof. Ludwika Bierkowskiego. Dyrektorem stosunkiem głosów 4:2 (przeważyli ludzie resortu) został Witold Pstrąg-Bieleński, który uprzednio stracił stanowisko dyrektora Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego w Poznaniu. Nieoficjalnie powodem było fatalne zarządzanie placówką, które choć dla pacjentów oznaczało horrendalne kolejki, to jednak nie przeszkodziło urzędnikom w powierzeniu “ekspertowi” pod opiekę dużego publicznego majątku. Drugim kandydatem był Jacek Profaska, były dyrektora innego poznańskiego szpitala.

O podejrzanych kulisach sprawy świadczy fakt, że MSWiA nie ujawniło jeszcze szczegółów procedury wyboru dyrektora szpitala tłumacząc się „koniecznością dokonania dodatkowych czynności wyjaśniających i analitycznych w zakresie przedmiotowym sprawy”. Dzięki powyższemu zagraniu resort zdobył czas, aby ewentualny skandal wybuchł dopiero po wyborach, ponieważ termin przekazania dokumentów ustalono dopiero na 29 października.

Opisany przypadek nasuwa poważne podejrzenia, czy poseł Tomasz Latos nie załatwił swojemu szwagrowi stanowiska w zamian za korzyść majątkową. Polityczni delegacji w komisji dawali mu ku temu odpowiednie narzędzia, a zbieżność terminu “darowizny” nie zdaje się być przypadkowa. Sprawę należy zatem pilnie wyjaśnić, ponieważ jeśli podejrzenia mediów się potwierdzą, to mamy do czynienia z ordynarną korupcją, dla której w państwie prawa nie może być nawet najmniejszego przyzwolenia.

100 nagród dla PiS na 100. lecie niepodległości. Okradanie PL

>>>

To Jan Krzysztof Bielecki, mentor Donalda Tuska i były premier, wprowadzał Mateusza Morawieckiego na polityczne salony. – My nie wiemy, kim on jest. Sprawa jest trudna dla naszego elektoratu, bo nie jest tak pragmatyczny jak wyborcy PO – żali się działacz PiS.

– Morawiecki to przede wszystkim duży biznes, a potem duża polityka. Kiedy Onet odpalił taśmy z premierem nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele, Platforma mogła nam naprawdę zaszkodzić. Wystarczyło zagrać kilkoma cytatami. Ci z PO, owszem, krytykowali, ale raczej rytualnie, nie tak, jak potrafią, gdy im zależy – mówi polityk z PiS. – I to jest najlepszy dowód, że Morawiecki ma wciąż wielu wpływowych przyjaciół po tamtej stronie. Tyle że nie należy ich szukać w polityce, ale na jej zapleczu.

– Teorie spiskowe PiS. Morawiecki był u nas promowany i popychany w szeroko pojętym środowisku młodszego pokolenia, które jednak miało podziemną kartę. Sądziliśmy, że mamy te same poglądy. Ale on chciał władzy i poszedł tam, gdzie mu ją dawali. Można powiedzieć, że koncertowo nas ograł – przyznaje polityk PO.

Pytamy, czy się przedstawi. Nie, wolałby pozostać anonimowy, tak jak inni jego koledzy z Platformy, z którymi rozmawiałyśmy.

Morawiecki, nim został ulubieńcem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, w środowisku liberałów spędził lata. Poznał ludzi, którzy dbali o gospodarcze zaplecze rządu PO: dzielili wpływy w spółkach skarbu państwa, doradzali w gabinetach polityków.

  –   u Jacka Żakowskiego

Nie będzie finansowania inwestycji w  jeśli wygra  – twierdzi  .   –  u Jacka Żakowskiego

#100aferPIS na 💯-lecie: 100.NAGRODY MINISTRÓW PIS Jak wykazał @KrzysztofBrejza rząd PIS przyznał sobie 3.5 mln zł nagród w 2016-17r. Był to system drugich pensji. Jak mówiła Szydło – te pieniądze im się należały.

Dla porównania, rząd PO/PSL przez 8 lat przyznał 38 tys. zł nagród

Demokracja jest tylko fasadą, niezależność sądów fikcją, a wolność mediów cenzurowana

Sędzia Sławomir Jęksa, który uznał, że Joanna Jaśkowiak nie będzie musiała zapłacić grzywny za użycie podczas demonstracji niecenzuralnych słów, będzie musiał się tłumaczyć przed rzecznikiem dyscyplinarnym. Wniosek o wszczęcie wobec niego postępowania złożył Przemysław Radzik, zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów sądów powszechnych, powołany na to stanowisko przez Zbigniewa Ziobrę – ustaliła „Gazeta Wyborcza”.

„Obwiniona użyła słów wulgarnych, które były słyszane przez dzieci, co jest oczywistym złem. Ale znacznie większym złem jest to, co dzieje się w Polsce. Mamy ciąg naruszeń Konstytucji w związku z ograniczaniem wolności zgromadzeń, przejmowaniem instytucji konstytucyjnych, czyli Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, w chwili obecnej Sądu Najwyższego, naruszaniem zasady trójpodziału władzy” – mówił sędzia Jęksa, uzasadniając swoją decyzję. Więcej na ten temat w artykule „Sąd uniewinnił żonę prezydenta Poznania za użycie słów „Jestem wk***wiona”.

Wniosek w sprawie sędziego Jęksy trafił do Marioli Głowackiej, zastępczyni rzecznika dyscyplinarnego przy poznańskim Sądzie Apelacyjnym. Głowacka poprosiła już sędziego o pisemne wyjaśnienia. – „Kraj, w którym sędziowie są ścigani za to, że wydają takie, a nie inne wyroki bądź uzasadniają je w taki, a nie inny sposób, jest krajem, w którym ludzie nie mają już pewności, że ich proces będzie toczył się rzetelnie. Zastraszanie sędziów zawsze zmierza do wydawania wyroków po myśli tych, którzy sędziów zastraszają. Oni liczą na to, że ze strachu przed konsekwencjami i dla świętego spokoju sędziowie będą działać po ich myśli. Nie jest tak, że nie wierzę w niezawisłość sędziów, bo wierzę. Ale warunki są takie, że sędziowie wydający niewygodne dla władzy wyroki mogą być w prosty sposób, dość szybko, przez upolitycznioną Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego usuwani z zawodu” – skomentował w rozmowie z „GW” Bartłomiej Przymusiński, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów „Iustitia”.

Tomasz Piątek z Nagrodą Wolności, PiS chciał storpedować laur, jak kiedyś komuchy Nobla dla Wałęsy

Andrzej Przyłębski, ambasador RP w Berlinie, zaapelował do niemieckiej fundacji, by nie przyznawała nagrody Tomaszowi Piątkowi, autorowi książki „Macierewicz i jego tajemnice”. W uzasadnieniu apelu napisał, że „wybór laureata szkodzi dobrym stosunkom polsko-niemieckim”. I zapewniał, że wolność mediów w Polsce nie jest ograniczona.

Tomasz Piątek w swojej książce „Macierewicz i jego tajemnice” rzucił światło na nieznane wcześniej powiązania byłego ministra obrony Antoniego Macierewicza z Rosją. Polityk pozwał potem dziennikarza (m.in. o publiczne znieważenie lub poniżenie konstytucyjnego organu RP), jednak prokuratura umorzyła postępowanie.

Niemcy doceniają Piątka

Niemiecka fundacja Medienstiftung der Sparkasse Leipzig, która wyróżniła Piątka za tę właśnie publikację, co roku nagradza dziennikarzy pracujących na rzecz wolności prasy. Przewodniczący organizacji podkreślił, że wyróżnienie dla Piątka to „wyraz solidarności z dziennikarzami w Polsce, którzy domagają się prawa dla nieograniczonego dostępu do informacji oraz wolności i niezależności mediów”. Zaznaczył też, że pomimo ciężkich warunków pracy Piątek nie dał się zastraszyć.

Sam laureat zadeklarował, że otrzymane w ramach nagrody 30 tys. euro przeznaczy na wspieranie niezależnego dziennikarstwa w Polsce i poza nią. Na swoim profilu na Facebooku napisał: „Tak się składa, że w dniu przyznania nagrody uczestniczyłem w konferencji z udziałem dziennikarzy z całej Europy. Z ich relacji wynika, że wolność słowa i prawo do prawdy w wielu europejskich krajach są zagrożone. (…) Jeśli chcemy zachować w przyszłości wolne społeczeństwo i wolne media, potrzebujemy mobilizacji. Potrzebujemy niezależnych dziennikarzy”.

Przyłębski nieudolnie próbował wpływać na decyzję fundacji

Dziś „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że przyznanie nagrody Piątkowi próbował zablokować Andrzej Przyłębski, ambasador RP w Berlinie oraz mąż prezes Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej. O sprawie pierwszy poinformował ukazujący się w Lipsku dziennik „Leipziger Volkszeitung”. W liście do fundacji przyznającej to wyróżnienie Przyłębski pisze: „Fakt, że nagroda finansowana z niemieckich środków publicznych ma służyć krytyce polskiego rządu i kwestionować demokrację w Polsce, jest w tym przypadku szczególnie oburzający”. W liście zapewniał też, że wolność mediów w Polsce nie jest ograniczona, na co dowodem ma być rola, jaką odgrywają w Polsce niemieckie koncerny medialne.

Kopię jego apelu otrzymały również władze landu Saksonii. Zignorowały go jednak, podobnie jak przedstawiciele fundacji Medienstiftung der Sparkasse Leipzig.

„Nie można krytykować kraju, w którym się pracuje”

To nie pierwsze kontrowersyjne zachowanie Przyłębskiego. Przypomnijmy, że zaraz po zaprzysiężeniu w 2016 r. udzielił wywiadu polskojęzycznej audycji publicznego radia WDR. Dyplomata zarzucił prezydentowi Niemiec niezrozumienie sytuacji w Polsce, a mediom – antypolskie fobie. Oskarżył też prezesa niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, że przedstawił Polskę jako państwo autorytarne oraz że wzmacnia „niewspółmiernie ostrą” krytykę Polski. Ryszard Schnepf, były ambasador w USA, komentując wówczas te słowa, zauważył: – Nie można krytykować kraju, w którym się pracuje. To podstawowa i fundamentalna zasada. Wejście na wojenną ścieżkę z miejscowymi władzami uniemożliwia skuteczną pracę.

Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans dołącza do rywalizacji o stanowisko przyszłego przewodniczącego KE – informuje we wtorek wieczorem portal „Politico”.

Portal opublikował list, jaki do szefa Partii Europejskich Socjalistów Sergeja Staniszewa wysłała przewodnicząca Socjaldemokratycznej Partii Niemiec Andrea Nahles. Deklaruje ona w nim poparcie dla kandydatury Timmermansa w wyścigu o fotel szefa KE.

>>>

Kukiz’15 testuje prawdomówność PiS – powtarza jego wniosek o sejmową komisję śledczą ds. afery podsłuchowej z 2014 r.

(…)

GRA NAGRANIAMI

Mimo upływu ponad czterech lat od opublikowania pierwszych nagrań opinia publiczna wciąż nie ma pełnej wiedzy dotyczącej m.in. tego, ile jest nagrań, kto został nagrany, na czyje zlecenie i w czyich rękach znajdują się lub znajdowały taśmy. A także czy nagrania mogą lub mogły być narzędziem szantażu – wskazuje klub Pawła Kukiza we wniosku, który jest wersją lekko zmodyfikowanego projektu PiS z września 2014 r.

(…)

Dziś Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga prowadzi nowe śledztwo dotyczące potajemnych nagrań (tzw. mała afera taśmowa). Bada nagrania, których istnienie wyszło na jaw po zamknięciu głównego śledztwa. Także w tym postępowaniu podejrzani są Falenta, jego szwagier i kelnerzy (Falenta ma już 11 zarzutów za taśmy, które ujawniły media po zamknięciu głównego śledztwa).

>>>

Duda w pośpiechu powołujący sędziów SN, żeby zdążyć przed budzącym strach werdyktem TSUE. Tak się nie zachowuje dojrzały człowiek i odpowiedzialna głowa poważnego, dumnego państwa, ale amoralny i gardzący prawem drobny cwaniak.