Archiwa tagu: Marcin Warchoł

Państwo PiS abdykowało. Obudźcie się!

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

Piotr Szczęsny – bez wolności nie umiał i nie chciał żyć

Ten szczególny listopadowy czas chcemy poświęcić na wspomnienie jednej osoby. Siebie samego określił mianem Szary Człowiek. Bez wolności nie chciał i nie umiał żyć. 19 października 2017 r. na pl. Defilad podpalił się w akcie protestu przeciw zabieraniu jemu i nam wszystkim tego, co uznawał za najcenniejsze. Być może ostatnimi dźwiękami, które Piotr Szczęsny słyszał, były słowa odtwarzanego przez niego utworu „Wolność kocham i rozumiem”. Kilka dni potem zmarł nie odzyskawszy przytomności…

Piotr Szczęsny zostawił nam manifest. – „A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi” – napisał. Czy po ponad roku obudziliśmy się?

Niepokojąco aktualne po ponad roku są słowa Piotra Szczęsnego zarówno z manifestu, jak i z jego listu skierowanego do mediów. W tym ostatnim pisał, że wstydzi się, że „mam prezydenta, który jest prezydentem tylko swojej partii i jej zwolenników, i który łamie Konstytucję”. Andrzej Duda przez ostatni rok przysporzył jeszcze wiele powodów do wstydu.

Piotr Szczęsny wstydził się za premiera, którym wtedy była Beata Szydło. – „Wstydzę się, że mam premier, która realizuje wydawane jej „po linii partyjnej” polecenia” – pisał. Jednak jego słowa równie dobrze można odnieść do obecnego prezesa Rady Ministrów, czyli Mateusza Morawieckiego. Chyba jednak Szaremu Człowiekowi nie przyszłoby to głowy, że premier polskiego rządu może posunąć się do kłamstw, za które – na mocy wyroku sądowego – musiał przepraszać.

Pisał też, że wstyd mu, kiedy „znajomym z Zachodu muszę tłumaczyć, że Polska to nie to samo, co polski rząd”. Nie do zniesienia dla niego byłoby pewnie to, że z powodu pisowskich działań Komisja Europejska i unijny Trybunał Sprawiedliwości muszą zajmować się ratowaniem naszej praworządności i niezależności polskich sędziów.

Szary Człowiek nie mógł też znieść, że „opluwani są ludzie, którym należy się szacunek za to, co zrobili dla wolnej Polski”. Miał na myśli Lecha Wałęsę i sędziów ówczesnego Trybunału Konstytucyjnego. Po roku to grono – niestety – znacznie się powiększyło. Bezpardonowe ataki pisowskich funkcjonariuszy na sędziów Sądu Najwyższego i sądów powszechnych (łącznie z grożącymi im dyscyplinarkami) jeszcze rok temu nikomu nie przychodziły do głowy.

Przede wszystkim jednak nie straciło na aktualności jego wezwanie: Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”. Chciałoby się wierzyć, że m.in. dlatego tak gremialnie poszliśmy głosować w ostatnich wyborach? Pamiętajmy o ofierze Szarego Człowieka, kiedy w 2020 r. w maju wybierać będziemy europosłów, a jesienią odbędą się wybory do Sejmu.

Poświęćmy jeszcze chwilę na przeczytanie całego manifestu Piotra Szczęsnego – niech to będzie symboliczne zapalenie znicza na jego grobie.

  1. Protestuję przeciwko ograniczaniu przez władze wolności obywatelskich.
    2. Protestuję przeciwko łamaniu przez rządzących zasad demokracji w szczególności przeciwko zniszczeniu (w praktyce) Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów.
  2. Protestuję przeciwko łamaniu przez władzę prawa, w szczególności Konstytucji RP. Protestuję przeciwko temu, aby ci, którzy są za to odpowiedzialni (m.in. Prezydent) podejmowali jakikolwiek działania w kierunku zmian w obecnej konstytucji – najpierw niech przestrzegają tej, która obecnie obowiązuje.
    4. Protestuję przeciwko takiemu sprawowaniu władzy, że osoby na najwyższych stanowiskach w państwie realizują polecenia wydawane przez bliżej nieokreślone centrum decyzyjne związane z prezesem PiS, nieponoszące za swoje decyzje odpowiedzialności. Protestuję przeciwko takiej pracy w Sejmie, kiedy ustawy tworzone są w pośpiechu, bez dyskusji i odpowiednich konsultacji, często po nocach, a potem muszą być prawie od razu poprawiane.
    5. Protestuję przeciwko marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej i ośmieszaniu naszego kraju.
  3. Protestuję przeciwko niszczeniu przyrody, szczególnie przez tych, którzy mają ją bronić (wycinka Puszczy Białowieskiej i innych obszarów cennych przyrodniczo, forowanie lobby łowieckiego, promowanie energetyki opartej na węglu).
  4. Protestuję przeciwko dzieleniu umacnianiu i pogłębianiu tych podziałów. W szczególności protestuję przeciwko budowaniu „religii smoleńskiej” i na tym tle dzieleniu ludzi. Protestuję przeciwko seansom nienawiści, jakimi stały się „miesięcznice smoleńskie”, przeciwko językowi ksenofobii i nienawiści wprowadzanemu przez władze do debaty publicznej.
  5. Protestuję przeciwko obsadzaniu wszystkich możliwych do obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, którzy w większości nie mają odpowiednich kwalifikacji.
    9. Protestuję przeciwko pomniejszaniu dokonań, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów, takich jak Lech Wałęsa, czy byli prezesi TK.
  6. Protestuję przeciwko nadmiernej centralizacji państwa i zmianom prawa dotyczącego samorządów i organizacji pozarządowych zgodnie z doraźnymi potrzebami politycznymi rządzącej partii.
  7. Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych i innych LGBT, muzułmanów i innych.
  8. Protestuję przeciwko całkowitemu ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej i niemal całego radia i robieniu z nich tub propagandowych władzy. Szczególnie boli mnie niszczenie (na szczęście jeszcze nie całkowite) Trójki – radia, którego słucham od czasów młodości.
  9. Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służb specjalnych, policji i prokuratury do realizacji swoich własnych (partyjnych bądź prywatnych) celów.
    14. Protestuję przeciwko nieprzemyślanej, niekonsultowanej i nieprzygotowanej reformie oświaty.
  10. Protestuję przeciwko ignorowaniu ogromnych protestów służby zdrowia.

Protestów pod adresem obecnych władz mógłbym sformułować dużo więcej, ale skoncentrowałem się na tych, które są najbardziej istotne, godzące w istnienie i funkcjonowanie całego państwa i społeczeństwa.

Nie kieruję żadnych wezwań pod adresem obecnych władz, gdyż uważam, że nic by to nie dało. Wiele osób mądrzejszych i bardziej znanych ode mnie, podobnie jak wiele instytucji polskich i europejskich wzywało już te władze do różnych działań i niezmiennie te apele były ignorowane, a wzywający obrzucani błotem. Najpewniej i ja za to, co zrobiłem też takim błotem zostanę obrzucony. Ale przynajmniej będę w dobrym towarzystwie.

Natomiast chciałbym, żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach.

Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych, którzy decydują o tym, kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję.

I nie dajcie się zwieść temu, że co jakiś czas działalność władz uspokaja się i daje pozór normalności (jak choćby ostatnio) – za kilka dni czy tygodni znowu będą kontynuować ofensywę, znowu będą łamać prawo. I nigdy nie cofną się i nie oddadzą tego, co już raz zdobyli.

Wprawdzie to już dość wyświechtane powiedzenie, ale bardzo tutaj pasuje: Jeśli nie my, to kto? Kto jak nie my, obywatele ma zrobić porządek w naszym kraju? Jeśli nie teraz, to kiedy?

Każda chwila zwłoki powoduje, że sytuacja w kraju staje się coraz trudniejsza i coraz trudniej będzie wszystko naprawić.

Przede wszystkim wzywam, aby przebudzili się ci, którzy popierają PiS – nawet jeśli podobają się wam postulaty PiS-u, to weźcie pod uwagę. że nie każdy sposób ich realizacji jest dopuszczalny. Realizujcie swoje pomysły w ramach demokratycznego państwa prawa, a nie w taki sposób jak obecnie.

Tych, którzy nie popierają PiS, bo polityka jest im obojętna albo mają inne preferencje, wzywam do działania – nie wystarczy czekać na to co czas przyniesie, nie wystarczy wyrażać niezadowolenia w gronie znajomych, trzeba działać. A form możliwości jest naprawdę dużo.

Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej. Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj; zanim całkowicie pozbawi nas wolności.

A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać, aż wszystko zrobią za was politycy – bo nic nie zrobią! Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”.

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

Kaczyński na Halloween – mistrz destrukcji

Dzień doberek.

Proboszcz parafii w Brzeźnie Lęborskim zaprosił do odprawiania rekolekcji księdza Wincentego Pawłowicza, skazanego za molestowanie ministrantów. Zawiadamiamy o tym prokuraturę. I apelujemy do Episkopatu: nie pozwólcie, by to się powtórzyło!

Jak wykazało śledztwo OKO.press, ksiądz Wincenty Pawłowicz, skazany w 2003 r. za molestowanie chłopców we wsi pod Łowiczem, po wyjściu z więzienia, w 2006 r. został proboszczem w Krasosiłce pod Odessą na Ukrainie. Odprawiał tam msze w kilku parafiach, miał ministrantów, a z jednym z nich wyjechał nawet na wycieczkę do Włoch.

 

Według informacji, które uzyskaliśmy od mieszkańców Krasnosiłki, ks. Pawłowicz w 2017 r. wrócił do Polski. Nie wiemy, gdzie teraz przebywa. Zapytaliśmy o to kurię łowicką i odesko-symferopolską, ale od ponad tygodnia nie udzieliły nam żadnej odpowiedzi.

Wiemy jednak, że ks. Pawłowicz od 7 do 10 grudnia 2017 r. prowadził rekolekcje adwentowe w parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Brzeźnie Lęborskim, małej wsi na Kaszubach, gdy jej proboszczem był ks. Wojciech Czajkowski.

Zawiadamiamy o tym prokuraturę, ponieważ podejrzewamy, że ks. Czajkowski nie sprawdził, czy Wincenty Pawłowicz figuruje w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, czyli tzw. “rejestrze pedofilów”. A zgodnie z ustawą, która powołała ten rejestr, każdy, kto „dopuszcza do pracy lub do innej działalności związanej z wychowaniem, edukacją, wypoczynkiem, leczeniem małoletnich lub z opieką nad nimi”, ma obowiązek obowiązek sprawdzania, czy dopuszczona do kontaktu dziećmi w  rejestrze przestępców seksualnych z dostępem ograniczonym.

Tu trzeba wyjaśnić, że rejestr przestępców seksualnych ma dwie części. W publicznej zgromadzono m.in. dane sprawców gwałtów ze szczególnym okrucieństwem, gwałtów na dzieciach poniżej 15 roku życia i osób, które przestępstw seksualnych dokonywali wielokrotnie. We wrześniu 2018 r. Ministerstwo Sprawiedliwości informowało, że w rejestrze publicznym umieściło 826 nazwisk.

W części rejestru z dostępem ograniczonym umieszczono sprawców także innych kategorii przestępstw seksualnych, łącznie 3355 nazwisk. O przejrzenie ich danych do Ministerstwa Sprawiedliwości mogą wnioskować m.in. sędziowie, prokuratorzy i funkcjonariusze służb, o ile jest im to potrzebne w prowadzonych postępowaniach.

Natomiast pracodawcy muszą zapytać resort, czy dana osoba figuruje w rejestrze, zanim jeszcze dopuszczą ją do kontaktu z dziećmi. Żeby to zrobić, muszą zarejestrować się na stronie rejestru.

Jeśli ktoś tego obowiązku nie dopełni lub – co gorsza – dowie się z rejestru, że dana osoba jest przestępcą seksualnym, a mimo to pozwoli jej uczyć, opiekować się czy leczyć dzieci, może być ukarany aresztem, ograniczeniem wolności albo co najmniej tysiącem złotych grzywny.

Naszym zdaniem ks. Wojciech Czajkowski mógł zasłużyć na taką karę.

A oto dowody

Dowody można znaleźć na stronie parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Brzeźnie Lęborskim.

Znajdujemy tam dziewięć zdjęć, na których widać ks. Wincentego Pawłowicza, skazanego w 2005 r. z art. 200 kodeksu karnego na trzy lata więzienia za molestowanie pięciu ministrantów. Pawłowicz stoi za ołtarzem, czyta Pismo Święte, kroczy między ławkami z kropidłem w ręku. Nietrudno go rozpoznać. Charakterystyczną obfitą sylwetkę oraz bujną, siwą brodę znamy z wielu zdjęć Pawłowicza publikowanych przez media i filmów z kanału jego pododeskiej parafii.

Rekolekcje “ks. Antoniego Pawłowicza z parafii pw. św. Ojca Pio w Odessie na Ukrainie” zapowiadały ogłoszenia parafialne z 3 grudnia. A po ich zakończeniu ówczesny proboszcz parafii w Brzeźnie ks. Wojciech Czajkowski dziękował: „Dziękuję Księdzu Antoniemu, który przyjechał do nas z Odessy na Ukrainie”. Choć Antoni to drugie imię Wincentego Pawłowicza, nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia z tym samym księdzem, który w 1999 roku molestował chłopców.

Opiekował się i edukował

Nie mamy też wątpliwości, że prowadzenie czterodniowych rekolekcji jest “działalnością związaną z wychowaniem, edukacją małoletnich lub opieką nad nimi”. Na zdjęciach widzimy, że w kościelnych ławach stoi kilkanaścioro dzieci, w tym sześciu ministrantów.

Rekolekcje według słownikowej definicji, to “nauki połączone z mszą, mające na celu umocnienie wiary i odnowę moralną”. W ich trakcie ksiądz rekolekcjonista – w tym przypadku ks. Pawłowicz – wygłasza kazania i udziela sakramentu spowiedzi. Z wielu historii wykorzystania nieletnich przez księży wiemy, że spowiedź jest szczególnie niebezpieczna. Kapłani wykorzystują ją do spoufalenia się z dzieckiem, poznania jego tajemnic i uwiedzenia, a gdy ono się powiedzie – do wymuszenia na ofierze obietnicy milczenia.

Niepokojący jest też fakt, że ks. Pawłowicz miał kontakt z małoletnimi ministrantami. Jako rekolekcjonista mógł pełnić wobec nich rolę opiekuna lub przełożonego. Pełnienie tej roli z kolei mogłoby ułatwić mu przebywanie z chłopcami bez niczyjego nadzoru oraz nadużywanie swojej władzy i autorytetu kapłana.

Czy ks. Czajkowski wiedział?

Nie wiemy, czy ks. Wojciech Czajkowski, proboszcz parafii w Brzeźnie Lęborskim, wiedział o tym, że ks. Wincenty Pawłowicz był skazany za molestowanie ministrantów. W zapowiedzi rekolekcji z 3 grudnia 2017 r. i w podziękowaniach za nie przedstawiał Pawłowicza jako “księdza Antoniego, proboszcza z Odessy na Ukrainie”. Antoni to drugie imię Wincentego. Domyślamy się, że ta zamiana imion miała na celu ukrycie przed parafianami faktu, że mają do czynienia z przestępcą seksualnym. Czy ks. Czajkowski świadomie wziął udział w tej mistyfikacji?

Jeśli tak, oznacza to, że prawdopodobnie był z Pawłowiczem w zmowie, celowo oszukał swoich parafian i naraził ich na niebezpieczeństwo.

Jeśli nie wiedział, oznacza to, że niewiele zrobił, by przekonać się, kim jest osoba, której pozwolił na prowadzenie rekolekcji. Do zweryfikowania nazwiska księdza powinno wystarczyć poproszenie go o dowód osobisty. Do sprawdzenia przeszłości Wincentego Pawłowicza wystarczy wstukanie jego nazwiska w wyszukiwarkę. Kilka pierwszych wyników, których dostarcza Google, dotyczy popełnionego przez niego przestępstwa.

Jesteśmy za to niemal pewni, że to za sprawą księdza Czajkowskiego ksiądz Wincenty Pawłowicz został rekolekcjonistą w Brzeźnie. Jak dowiedzieliśmy się rzecznika od kurii pelplińskiej, której podlega Brzeźno Lęborskie,  “kuria nie była w posiadaniu informacji o wspomnianych rekolekcjach w Brzeźnie Lęborskim. Nie sprawdza też ani nie zatwierdza rekolekcjonistów w poszczególnych parafiach. Reaguje w przypadku ewentualnie zgłoszonych wątpliwości”.

Nawet jeśli ks. Czajkowski osobiście nie zlecił prowadzenia rekolekcji (mógł to zrobić np. inny ksiądz z tej parafii), to i tak można powiedzieć, że jako proboszcz dopuścił do ich prowadzenia. Inaczej mówiąc: nie zrobił nic, by Pawłowiczowi przeszkodzić  A to „dopuszczenie”, a nie zlecanie jest karalne.

Rejestr i tak nic by nie zdradził

Prokuratura ma więc przed sobą dwa zadania. Po pierwsze, musi ocenić, czy prowadzenie rekolekcji przez Wincentego Pawłowicza było “działalnością związaną z wychowaniem, edukacją, wypoczynkiem małoletnich lub z opieką nad nimi”. Po drugie, musi sprawdzić, czy słusznie podejrzewamy, że ks. Czajkowski nie sprawdził, czy ks. Pawłowicz figuruje w rejestrze przestępców seksualnych z dostępem ograniczonym. Nie powinno to być trudne, bo wszystkie takie zapytania zapisuje sobie Ministerstwo Sprawiedliwości.

Jeśli odpowiedź na oba pytania będzie twierdząca, wystarczy to, by oskarżyć księdza Wojciecha Czajkowskiego o naruszenie przepisów ustawy o rejestrze przestępców seksualnych.

Będzie mógł zostać skazany, nawet jeśli nazwisko Wincentego Pawłowicza w rejestrze nie figuruje.

A prawdopodobnie jego nazwiska tam nie ma. Znalazłoby się w rejestrze, gdyby Pawłowicz został skazany z tego samego paragrafu (art. 200 kk) po wejściu w życie ustawy, czyli po 1 października 2017 r. Wyrok, w którym przywołano ten paragraf, nie kwalifikuje jednak do umieszczenia w rejestrze, jeśli przestępstwo popełniono przed 1 października 2017 r. Ustawa działa wstecz w dużo węższym zakresie: obejmuje skazanych tylko za wybrane przestępstwa seksualne, m.in. zgwałcenie dziecka poniżej 15 roku życia lub zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem.

Dlaczego więc składamy zawiadomienie?

Dlaczego składamy zawiadomienie do prokuratury, choć wiemy, że ks. Wojciech Czajkowski i tak nie znalazłby ks. Pawłowicza w “rejestrze pedofilów”?

Z kilku powodów. Po pierwsze, wcale nie mamy pewności, że Wincenty Pawłowicz nie figuruje w rejestrze. Nie możemy wykluczyć, że popełnił przestępstwo seksualne po wejściu w życie ustawy o rejestrze, podobnie jak nie można takiej okoliczności z góry wykluczyć w każdym innym przypadku.

Po drugie, chcemy by to zawiadomienie zadziałało prewencyjnie. Domyślamy się, że niewielu księży wie o obowiązku sprawdzania  w rejestrze przestępców seksualnych nazwisk osób, mających pracować z dziećmi. Nie dowierzamy natomiast zapewnieniom przedstawicieli Kościoła, według których wszyscy zakonnicy i księża dostają wystarczające informacje o skazanych duchownych.

Dlatego apelujemy do Konferencji Episkopatu Polski o znowelizowanie “wytycznychdotyczących nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych wobec osób niepełnoletnich” tak, by uwzględniały obowiązek korzystania z rejestru sprawców przestępstw na tle seksualnym. Apelujemy także o przeprowadzenie szkoleń w tym zakresie, obejmujących wszystkich duchownych oraz pracowników kościelnych i monitorowania realizacji tych wytycznych.

Księża biskupi! Nie pozwólcie, by księża skazani za molestowanie uczyli i spowiadali dzieci!

Po trzecie, chcemy sprawdzić, jak w praktyce działają przepisy ustawy o rejestrze. Zakreślenie przez prokuraturę i sąd granic dość nieprecyzyjnych terminów, takich jak “działalnością związaną z wychowaniem lub edukacją” oraz “opieka nad małoletnim” może pomóc w rozwianiu wątpliwości, co do tego, kogo i w jakiej sytuacji ta ustawa dotyczy.

Po czwarte, chcemy przy okazji sprawdzić, czy prokuratura będzie poddawana naciskom politycznym w sprawie dotyczącej duchownego katolickiego oraz jak na takie naciski zareaguje. Chcemy jednak ufać w jej niezależność.

Koalicja Obywatelska wygrała w miastach, PSL oberwało w sejmikach. Po trzech latach rządów PiS jest nadal partią mniejszości. Przy takim podziale głosów jak w wyborach samorządowych, a mądrzejszym zachowaniu liderów PSL, SLD i „ambitnych rozłamowców lokalnych” (wystarczy że wszyscy ze zrozumieniem przeczytają większościową ordynację wyborczą, dającą ogromną premię za współpracę na listach), PiS przegra wybory europejskie i straci władzę po wyborach parlamentarnych.

Po ogłoszeniu pierwszych sondażowych wyników PSL czuło się potęgą (18 procent), liderzy ludowców oddychali z ulgą, a nawet wysuwali nowe żądania pod adresem KO. Po ogłoszeniu realnych wyników (12 procent) ludowcy znaleźli się na skraju przepaści.

Jak do tego doszło? Nie tylko 500 plus (na wsi żyje najwięcej rodzin wielodzietnych), nie tylko szczelna propaganda (mieszkańcy wsi są skazani na media państwowe, media Rydzyka i Polsat, który od paru miesięcy „pragmatycznie” skręcił w stronę PiS). Ale PiS miało mocniejszy argument. Efektywne zjadanie PSL-u przez PiS trwało przez trzy lata od 2015 roku.

Z PSL-em w ogóle jest problem (każda polska partia ma jakiś problem, więc nie oznacza to „stygmatyzowania” ludowców). Wyborcy, klientela i aparat tej partii składa się z dwóch typów ludzi – farmerów i ludzi całkowicie uzależnionych od państwa. Pierwsi są na wsi realną elitą, skorzystali na transformacji, rozumieją wartość naszych związków z UE, bo często produkują na eksport albo są stałymi dostawcami dla dużego spożywczego biznesu. Jednak druga grupa ludzi PSL to rodziny i całe środowiska od pokoleń zatrudnione w urzędach państwowych i sieciach państwowych instytucji działających na prowincji i na wsi. Na nich Kaczyński po przejęciu władzy w 2015 miał łatwego bata.

W Warszawie PSL-owcy zawsze byli potrzebni do różnych koalicji, więc wszyscy (od SLD po PO) płacili im monopolem zatrudniania w agencjach rolnych, w straży pożarnej, w wielu innych rozbudowanych sieciach instytucji gospodarczych, politycznych, społecznych na polskiej prowincji.

Po roku 2015, po przejęciu władzy w Warszawie, PiS wcale nie urządziło tam totalnej czystki ludzi PSL-u, ale zrealizowało wobec nich totalny szantaż – częściowo udany.We wszystkich instytucjach obsadzanych z „centrali” można było po roku 2015 bez żadnego problemu uratować robotę dla siebie, rodziny, przyjaciół, klientów (nawet wielokrotnie karanych), ale wyłącznie pod jednym warunkiem – za cenę przejścia z PSL do PiS. W ostatnich wyborach lokalni ludzie PSL na prowincji masowo znaleźli się na lokalnych listach PiS. W konsekwencji nastąpiło zniszczenie lub silne osłabienie wielu struktur organizacyjnych PSL, w wielu regionach i gminach. PSL zostało przez 3 lata w dużej części zniszczone, wynik wyborów samorządowych jest konsekwencją. Spadek liczby głosów w wyborach do sejmików województw z 23 do 12 procent.

Teraz jednak przyszedł jeszcze silniejszy cios, a co za tym idzie zagrożenie przetrwania PSL-u w europarlamencie i w Sejmie – utrata przez ludowców sejmików na ścianie wschodniej. PSL miało tam marszałków i urzędy marszałkowskie. Wynik ostatnich wyborów to dla ludowców utrata setek stanowisk w województwach wschodnich, które były do tej pory bazą polityczną PSL.

Po tych wyborach PiS ponawia wobec ludowców szantaż z 2015 roku. Mając nadzieję już nie tylko na przejęcie lokalnych działaczy, ale na przejęcie i zniszczenie całego PSL. Na razie mamy twarde wypowiedzi Władysława Kosiniak-Kamysza i Adama Jarubasa (tracącego właśnie stanowisko marszałka województwa świętokrzyskiego). Oni rozumieją, że kapitulacja wobec PiS i tak oznacza zniszczenie PSL. Jednak mogą stać się ofiarą „puczu” setek działaczy PSL ściany wschodniej, którzy stanęli przed perspektywą utraty pracy i są zupełnie otwarcie szantażowani przez PiS. Kosiniak-Kamysz już dziś nie może zablokować koalicji PSL i PiS w radach niektórych powiatów ściany wschodniej, stąd jego defensywne wypowiedzi na temat tego, że takie koalicje „gdzieniegdzie były tradycją” i były „owocne”.

Grzegorz Schetyna robi wszystko, aby jak najwięcej PSL-owców uratować w województwach, w których KO wygrało. Oferuje im tam więcej, niż by wynikało z ich siły – i słusznie. Rozbicie lub przejęcie PSL-u oznaczałoby bowiem władzę PiS w prawie wszystkich polskich województwach. Do tego PiS próbuje przejąć pieniądze i siłę organizacyjną PSL przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi. Po zniszczeniu PSL poza miastami nikt poza PiS-em nie będzie prowadził kampanii wyborczej, ani nikt poza ludźmi PiS-u nie będzie liczył głosów.

Jeśli PiS przejmie PSL i przejmie władzę w prawie wszystkich sejmikach, pod znakiem zapytania stanie cały program decentralizacji państwa i wzmocnienia samorządów przygotowany przez Platformę i zaakceptowany przez Koalicję Obywatelską. Zakłada on wzmocnienie kompetencji marszałków województw. Jeśli PiS zniszczy PSL i zdobędzie sejmiki, nawet po odsunięciu PiS od władzy w państwie ludzie Kaczyńskiego mieliby gigantyczne pieniądze i rozbudowane struktury w większości województw. Gdzie nie zajmowaliby się samorządem, ale przygotowywali ofensywę „prawicowej wsi, przeciwko liberalnemu miastu”.

Dlatego kluczowe dzisiaj jest zachowanie suwerenności PSL wobec PiS-u. A w przypadku uratowania partii – widoczna już dla obecnego kierownictwa PSL konieczność wspólnej z KO listy do Parlamentu Europejskiego. Pod własnym sztandarem, ale bez marnowania głosów. Ludowcy mają dobre alibi dla wielu swoich bardziej konserwatywnych działaczy i wyborców. Od zawsze są bowiem w Parlamencie Europejskim w jednej grupie politycznej z Platformą – w chadecko-ludowej EPP. EPP ma swoje bardziej liberalne i bardziej konserwatywne skrzydło. Mechanizmy wypracowane tam do ucierania ideowych kompromisów – bez paraliżu i bez rezygnacji z pozytywnej wizji Europy – mogą zadziałać także w Polsce. Stworzenie wspólnych list z Koalicją Obywatelską na wybory europejskie, a potem na wybory parlamentarne to dla PSL ryzyko, ale i jedyna szansa przetrwania. A dla Polski szansa na zakończenie terroru PiS-owskiej mniejszości łamiącej Konstytucję, przejmującej państwo i niszczącej to, czego nie potrafi przejąć. Zsumowane głosy KO i PSL już dziś pozwalają odsunąć partię Kaczyńskiego od władzy. W przypadku wspólnej listy obie partie będą miały wyraźną przewagę. Wynikającą także z większościowej ordynacji w Polsce.

Gra idzie o wszystko. Jeśli demokratyczna, proeuropejska Polska nie będzie miała swoich przyczółków poza miastami, przegra. Przeżycie PSL jest dziś jednym z warunków, żeby polskie miasta – które totalnie odrzuciły PiS – nie stały oblężonymi twierdzami. Taki był scenariusz niszczenia demokracji na Węgrzech (gdzie „duże miast” jest właściwie jedno), w Turcji, w Iranie, w Wenezueli (tam też do samego końca Chavez i Maduro przegrywali wybory na burmistrzów miast, a dziś ci burmistrzowie siedzą w więzieniach albo są na emigracji). Zawsze prowadził do pacyfikacji liberalnych miast. Polska może się obronić przed tym scenariuszem, ale tylko wówczas, jeśli przeżyje PSL.

Niecałe 2 lata temu został powołany Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, który ma funkcjonować aż do 2021 r. Na działalność tegoż komitetu PIS wyłożył 200 mln zł.  11 listopada 2018 miało być hucznie i uroczyście, tymczasem – jak już dziś wiadomo – zapowiada się wielka kompromitacja.

Najwyraźniej nie zanosi się na jakiekolwiek centralne uroczystości, żadne głowy państwa nas z tej racji nie odwiedzą, za to tradycyjnie głównymi ulicami stolicy przemaszerują bandy narodowców, którzy w żaden sposób nie chcieli się ułożyć w tej sprawie z rządzącymi.

Prezydent najpierw zapraszał na marsz po czym oznajmił, że sam udziału w nim nie weźmie. Nie zobaczymy tam też żadnego prominentnego PiS – owca… Wszystko co PiS–owski rząd oferuje to wspólne śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego. Czy to ma właśnie kosztować 200mln zł? – zastanawiają się internauci.

„Ja myślałem, że pieniądze pójdą na organizację jakiejś wielkiej i hucznej…”; Czy ktoś się orientuje, na co dokładnie ma pójść te 200 mln zł? Ktoś coś słyszał o jakichś oficjalnych uroczystościach organizowanych przez rząd? – pytają.

Inni drwią: „Mam takie przeczucie, że te 200 mln zamiast na obchody Dnia Niepodległości, te pieniądze poszły na pomniki, jeden nielegalny już stoi, a drugi nielegalny pomnik L.Kaczyńskiego, który ma być odsłonięty 10 listopada, dlatego i obchody DN marginalizują, oddajcie 200 baniek-złodzieje”– czytamy na Twitterze

Poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz zapowiada interpelację i wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Ma też sugestię na temat spożytkowania 200 baniek. PiS ma taką zasadę, że karmi swoich Misiewiczów pieniędzmi z budżetu – mówi.

Formacja, która słynęła z najlepszych kierowców, teraz jest pośmiewiskiem – powiedział w „Faktach po Faktach” Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych o ostatnich wypadkach z udziałem SOP.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz komentował pracę SOP w kontekście ostatniej kolizji kolumny wiozącej Beatę Szydło.

Uszkodzeniu uległy dwa pancerne samochody rządowe rządowe – ABW i audi. Według byłego szefa BOR ich naprawa może pochłonąć nawet 100 tys. zł.

Według byłego szefa MSWiA są to konsekwencje likwidacji Biura Ochrony Rządu i zastąpienia go Służbą Ochrony Państwa. W wyniku tej zmiany z pracy zrezygnowali najlepiej wyszkoleni profesjonaliści. Zastąpiła ich, jak mówił Sienkiewicz, „parada pajaców”.

Rozwoził paczki, został kierowcą Szydło

Zdaniem Sienkiewicza ekipa rządząca zlikwidowała Biuro Ochrony Rządu z zemsty za „wyimaginowane winy” związane z katastrofą smoleńską.

– To po prostu jest zemsta polityczna na tej formacji. Przy tworzeniu fałszywego mitu smoleńskiego BOR był jednym ze współwinnych w oczach PiS-u  – mówił Sienkiewicz.

Według byłego szefa MSWiA Biuro Ochrony Rządu „miało swoje słabości”, ale pracujący tam funkcjonariusze byli świetnie wyszkoleni. Jego zdaniem po zmianach wprowadzonych przez PiS, czyli likwidacji BOR i powołaniu SOP, profesjonalistów zastąpiła „parada pajaców”.

>>>

Po tym, jak na wybory samorządowe wpłynęło hasło polexitu, rząd podjął pracę naprawczą, ale skierowaną na własny wizerunek, a nie na to, żeby się włączyć do głównego trzonu UE – uważa prof. Artur Nowak-Far z Instytutu Prawa SGH, były wiceminister spraw zagranicznych.

Polexit jako temat wyborów samorządowych

Profesor Artur Nowak-Far pytany o faktyczny polexit – nie wyjście Polski z Unii Europejskiej, tylko zepchnięcie jej na margines Wspólnoty – podkreśla, że już teraz nie jesteśmy w centrum procesów decyzyjnych UE, a miejsce Polski w znacznej mierze zajęły inne kraje.

Co w kwestii przyjęcia euro

W Polsce od paru lat obrzydza się Unię Europejską i euro – mówi prof. Nowak-Far, który uważa, że nie powinniśmy wspólnej waluty odrzucać. Jego zdaniem Polska nie wybierając euro, zaczyna być marginalizowana.

Zapowiedź rezygnacji Angeli Merkel z szefowania CDU

– Pani kanclerz Merkel z naszego punktu widzenia jest nie do przecenienia. Ona wie, czym jest komunizm, rozumie nasze doświadczenie historyczne – uważa prof. Nowak-Far. Jego zdaniem zmiana na stanowisku kanclerza Niemiec oznacza wzrost ryzyka dla Polski.

Waldemar Mystkowski pisze o krętactwach PiS ws. TSUE.

Niczego nowego nie proponuje PiS w sprawie Sądu Najwyższego. Kwestia oparła się o najwyższy czynnik prawny w Unii Europejskiej, o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

A więc premier i podlegli mu ministrowie rozgrywają, jak potrafią – czyli kłamiąc i matacząc, patentowany kłamca (otrzymał ten patent już dwukrotnie w czasie tej kampanii samorządowej) Mateusz Morawiecki swego czasu pochwalił się, że negocjacje z instytucjami unijnymi ma opanowane w małym paluszku.

Najpierw gruchnęła wieść, iż szef dyplomacji Jacek Czaputowicz – mało kto wie, że ktoś taki nim jest – przesłał do Trybunału Konstytucyjnego elaborat kwestionujący zasadność zapytania Zbigniewa Ziobry, czy Sąd Najwyższy może zwracać się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE, bo TK nie ma takich kompetencji, aby badać prawo unijne, które Polska przyjęła „jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE.

Po ujawnieniu interwencji Czaputowicza w atrapie Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się spekulacje, czy to Ziobro został kozłem ofiarnym 32-procentowego poparcia PiS w ostatnich wyborach. Tak, tak, tak! – komentatorzy przyklasnęli tej wykładni, bo PiS już od trzech lat podobnymi im wodzi za nos, czyli prowadzi na rzeź rozumu

A wraz z tą spekulacją Ziobrze podsunięta została informacja, iż w rządzie – uwaga! uwaga! – pracuje się aż nad trzema ustawami o Sądzie Najwyższym, które mają wdrożyć postanowienie TSUE o zawieszeniu ustawy o SN dotyczącej wieku emerytalnego sędziów. Nad trzema! – a dlaczego nie nad jedną? Tak oni mają! – wspinają się na szczyty absurdów. Ba! – nad ustawą ma ponoć pracować minister nauki i szkolnictwa wyższego. Dlaczego nie minister środowiska? – był zapytać konstytucjonalista prof. Marcin Matczak.

No i wyszło szydło z worka – poprawiam się: wyszło szydło z pisowskiego chachmętu – gdy gruchnęła kolejna wieść, iż Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu nadzwyczajnie przyspiesza rozpatrywanie skargi Komisji Europejskiej na Polskę za ustawę o Sądzie Najwyższym.

To jest clou partaniny PiS w kwestii SN. I jak to w PiS jest, przystępują do dalszego mataczenia. Bo oto Ministerstwo Spraw Zagranicznych (a konkretnie biuro rzecznika prasowego) – dystansuje się od swego szefa, przyznając, iż Ziobro mógł złożyć wniosek o Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej.

Jeszcze inaczej kręcić poczęli zastępcy Ziobry, w tym wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, który stwierdził, iż odwołają się od postanowienia szefa TSUE Koena Lenaertsa, który podjął decyzję jednoosobowo.

Tak wyrażają się ponoć prawnicy z wykształcenia. Wygląda na to, że nie znają prawa – ani unijnego, ani uniwersalnego w Europie obowiązującego – prawa rzymskiego, ani prawa polskiego, bo od postanowienia sędziego o zawieszeniu decyzji, bądź aresztowania – nie ma odwołania.

Partanina PiS w tej kwestii, jak w innych jest uniwersalna. Spartaczyli nam święto 100lecia odzyskania niepodległości, spartaczą naszą obecność w Unii Eureopejskiej, bo to kolejny krok partaczy na drodze do Polexitu.

Społeczeństwo musi się obudzić, choć już może być za późno, w tej chwili na naszym unijnym zegarze jest za kwadrans dwunasta, po wyroku TSUE i nałożeniu sankcji będzie za pięć dwunasta. Wskazówka Polexitu zmierza do nieuchronnego hejnału: żegnaj bratku, czeka cię prezes PiS na ostatku.

Brak szacunku dla zmarłych i ich rodzin jest elementem większej całości – obniżenia standardów etycznych w debacie publicznej. Skończyły się czasy mówienia przeciwnikowi politycznemu „nie zgadzam się z szanownym przedmówcą”, nastąpiły czasy mówienia „jesteś idiotą” – mówi prof. Paweł Łuków, filozof, etyk, kierownik Zakładu Etyki w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Rozmawiamy o pojmowaniu śmierci we współczesnym świecie, podziałach społecznych, erozji wartości, wspólnocie, demokracji, wolności. – Albo pojawi się charyzmatyczny przywódca, który ujmie wszystkich – to jest mało prawdopodobne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach; albo po prostu dojdzie do cywilizacyjnej katastrofy, w wyniku której przestaniemy być zdolni do funkcjonowania w takich społeczeństwach. Nie wiem, jaką formę miałaby ona przybrać. Mogłaby to być katastrofa polityczna albo katastrofa gospodarcza. Ale myślę, że tylko katastrofa jest w stanie pokazać ludziom, że to, o co się teraz kłócą, nie jest najważniejsze – mówi rozmówca

KAMILA TERPIAŁ: Wszystkich Świętych to czas, w którym powinniśmy się zatrzymać, pomyśleć, powspominać, zastanowić się nad własnym życiem. W dzisiejszym pędzącym świecie to jest w ogóle jeszcze możliwe?

łukow 2

Prof. Paweł Łuków

PAWEŁ ŁUKÓW: Pewnie jest możliwe, ale wymaga treningu. Powinniśmy przez całą resztą roku pamiętać o zmarłych i potrafić zdystansować się do tego, co się dzieje. Możemy to częściowo zaliczyć do higieny psychicznej. Jeżeli nie udaje nam się przez cały rok, to małe szanse, że uda nam się to zrobić nagle jednego dnia.

W ciągu roku też trudno się zatrzymać i trenować… Nie ma miejsca na zadumę, refleksję, przeżywanie życia.
Powinniśmy być ostrożni z takimi uogólnieniami. Mamy tendencję do oceniania innych przez pryzmat własnych doświadczeń. Ja spędzam większość mojego życia w Warszawie, ale zapewne w niewielkiej miejscowości żyłbym inaczej, wolniej.

Być może my mieszczuchy mamy czasami zaburzony obraz tego, jak wygląda życie. Wydaje nam się, że wszyscy tak gnają, a może wcale nie, może spora część ludzi żyje normalnie.

Czyli jak?
Załatwia sprawy, które są im potrzebne do tego, aby mieli zwyczajne, ludzkie życie. A potem jeszcze ewentualnie jakieś „dodatki”, jeśli wystarczy czasu. W większych miastach natomiast ścigamy się z samymi sobą – ze sobą nawzajem i z samymi sobą. Częściowo dlatego, że tak zdecydowaliśmy, ale także dlatego, że zmuszają nas do tego różne okoliczności.

Cały czas słyszymy, że powinniśmy być konkurencyjni, elastyczni, uczyć się nowych rzeczy, dostosowywać do wyzwań rynku. To bardzo mądre, ale często ci, którzy takich rad udzielają, wcale z nich nie korzystają.

Może dlatego niektórzy uciekają na wieś, najlepiej tam, gdzie nie ma ludzi. To zmęczenie światem?
Tak robią osoby, które na to stać i nie mam na myśli zdolności płatniczych, ale reformę świadomości. Wiele osób, które wynoszą się poza miasto, po prostu na nowo zdefiniowały swój pomysł na życie i dzięki temu są w stanie zrezygnować z wielu rzeczy, z których my nie potrafimy zrezygnować. To nie jest wcale proste, bo wymaga procesu przekształcania oczekiwań życiowych.

A może niektórzy wolą się nie zatrzymywać, bo uświadomienie sobie pewnych rzeczy jest trudne i bolesne?
Nie sądzę, żeby to był świadomy wybór.

Można stwierdzić, że wielu z nas nie przeprowadza refleksji nad ważnymi sprawami, bo boi się, że bilans okaże się poniżej ich oczekiwań. Ale myślę, że to nie jest aktywność zamierzona, po prostu jest to element czegoś, co nazwałabym wyuczoną bezmyślnością, w analogii do wyuczonej bezradności.

Uczymy się funkcjonowania w sposób szybki, sprawny, skuteczny, a to nie pozostawia czasu na zastanowienie się nad sobą i nad tym, czy to, co mamy, jest dla nas najlepsze. Nie zadajemy sobie pewnych pytań, a rozmaite okoliczności uczą nas, żebyśmy ich nie zadawali.

Umiemy rozmawiać o śmierci?
Ludzie zawsze zadawali, zadają i będą zadawać pytania o przemijanie. Zawsze jest potrzeba emocjonalna wyjaśnienia, dlaczego właśnie tak, dlaczego ja, dlaczego mój bliski. Ale też zmieniamy sposoby mówienia o śmierci

Obecnie można zaobserwować kilka nurtów, których skala jest trudna do oceny: jeden to trywializowanie śmierci, co obserwujemy w świecie rozrywki; drugi to udawanie, że jej nie ma i nienazywanie jej po imieniu, niemyślenie o własnej śmierci; trzeci to nurt, który czyni ze śmierci damoklesowy miecz, czyli coś, o czym powinniśmy mówić cały czas i bez przerwy mieć to w świadomości, co może nas doprowadzić do przekonania, że nasze życie jest tak naznaczone obecnością śmierci, że nie ma sensu go kontynuować.

Dlatego potrzebna jest równowaga, czyli z jednej strony zrozumienie, że śmierć i widmo śmierci jest nieuchronnym elementem naszej egzystencji i to nie jest do zmiany, a z drugiej strony zrozumienie, że nie musi to być powód do nieustającej trwogi. To może być przedmiot refleksji, ale podbudowanej wiedzą i więziami społecznymi. Jest też trend oszukiwania śmierci, przedłużania życia, kultu młodości, negowania własnej starości i słabości. Nurtów jest bardzo dużo i myślę, że każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu im ulega.

Dodałabym jeszcze trend wykorzystywania śmierci w grze politycznej. Momentem zwrotnym była chyba katastrofa smoleńska.
Śmierć nigdy nie była obca grze politycznej. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym w jego skali i wymowie społeczno-politycznej, które dotknęło podzielone społeczeństwo. W tym sensie to była rzecz wyjątkowa. Ale śmierć ludzi, jednostek i zbiorowości była od dawna wykorzystywana w polityce – czynienie przeciwnika politycznego odpowiedzialnym za śmierć kogoś ważnego, straszenie, że jeśli przeciwnik zrealizuje swoje plany, to ktoś zginie, czyli paraliżowanie przeciwnika. To znamy z przeszłości.

Mam na myśli odarcie śmierci z aury tajemniczości i wyjątkowości. Publicznie dyskutowaliśmy o tym, jakie części ciała są w trumnach, czyja to ręka, a czyja noga. Dochodziło do ekshumacji wbrew rodzinom ofiar.
Rzeczywiście

targi polityczne i pokazywanie, kto jest bardziej moralny, a kto bardziej niemoralny, doprowadziły do tego, że wiele osób zatraciło umiejętność bycia „oględnym”. Ciała ofiar katastrofy zostały sprowadzone niemal wyłącznie do poziomu dowodów w sprawie, zostały odczłowieczone. A przez to ludzie, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, stali się ofiarami po raz drugi.

Ekshumacje były nawet w mniejszym stopniu uprzedmiotowieniem ciał ofiar, a bardziej bliskich, którzy po nich zostali. To niestety jest w pewnym sensie element współczesnej polityki, w której nie ma świętości, nie ma rzeczy, których nie wypada robić lub mówić. Brak szacunku dla zmarłych i ich rodzin jest elementem większej całości – obniżenia standardów etycznych w debacie publicznej. Skończyły się czasy mówienia przeciwnikowi politycznemu „nie zgadzam się z szanownym przedmówcą”, nastąpiły czasy mówienia „jesteś idiotą”.

Jak można przeprowadzać ekshumacje na siłę, wbrew rodzinom? Ci, którzy to robią, nic nie czują?
Możemy się kłócić o to, jak daleko trzeba być oględnym w obchodzeniu się ze zwłokami, ale na pewno nie będziemy się kłócić, jak daleko trzeba być przyzwoitym wobec tych, którzy żyją, a w szczególności rodzin i bliskich osób zmarłych.

Nierespektowanie i nieliczenie się z wolą rodziny zmarłego jest przede wszystkim objawem braku najbardziej podstawowego szacunku dla innych. Nie wspominam nawet o zwykłym, ludzkim odruchu, jakim jest współczucie.

Być może niektórych na takie odruchy nie stać. Ale brak szacunku, czyli rozpoznania, że ten drugi też jest człowiekiem, jest już sygnałem ostrzegawczym.

Będziemy umieli jeszcze kiedyś ze sobą normalnie dyskutować? Czy ten mur dzielący Polaków będzie coraz wyższy?
Prawda jest taka, że polityka jest domeną polaryzacji…

Aż takiej?
Teraz

mamy do czynienia z nasileniem się tej polaryzacji. Nie widzę niestety oznak jej przezwyciężenia. To jest trend, który dotyczy dużych zbiorowości i trudno powiedzieć, jakim instrumentem można by go powstrzymać lub przynajmniej spowolnić.

Ja widzę tylko dwie możliwości: albo pojawi się charyzmatyczny przywódca, który ujmie wszystkich – to jest mało prawdopodobne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach; albo po prostu dojdzie do cywilizacyjnej katastrofy, w wyniku której przestaniemy być zdolni do funkcjonowania w takich społeczeństwach. Nie wiem, jaką formę miałaby ona przybrać. Mogłaby to być katastrofa polityczna albo katastrofa gospodarcza. Ale myślę, że tylko katastrofa jest w stanie pokazać ludziom, że to, o co się teraz kłócą, nie jest najważniejsze.

Czymś takim miała być katastrofa smoleńska, a stało się odwrotnie.
Katastrofa, o której mówię, to coś innego. Musiałaby ona dotknąć wszystkich osobiście i zmienić świat.

Musielibyśmy zobaczyć, jak bardzo nie docenialiśmy tego, co mamy, że kłóciliśmy się nie o to, co najważniejsze, i zdefiniować swój świat od nowa.

Czym jest dzisiaj wspólnota?
Wspólnoty zwykle definiuje się za pomocą praktyk społecznych i przywiązania do wartości. Wspólnotę można pojmować także konserwatywnie, myśląc o mitycznej wspólnocie ludzi o tych samych poglądach. Na drugim końcu jest wspólnota rozumiana na współczesny, demokratyczno-liberalny sposób, kiedy to mówimy o wspólnocie wartości, przywiązaniu do ideałów, które sprawiają, że wiemy, czego oczekiwać od innych i jak mamy się zachować. Ten drugi model nie jest niemożliwy, ale jest trudny do zrealizowania, zwłaszcza w dużych społeczeństwach.

Czyli jako naród nie możemy się nazwać wspólnotą?
W Polsce

dominuje wyobrażenie narodu jako wspólnoty historyczno-etnicznej. I to jest nasze nieszczęście, bo zawsze będziemy się kłócili o historię i przynależność etniczną.

Natomiast można też rozumieć wspólnotę narodową i obywatelską w kategoriach wartości, np. patriotyzmu konstytucyjnego. Wtedy wiąże nas uznanie wartości zapisanych w konstytucji, czyli możemy pomijać naszą etniczność i historyczność. Zamiast patrzeć w przeszłość i na to, kto jest bardziej, a kto mniej Polakiem, dzięki wspólnocie wartości możemy patrzeć w przyszłość.

Przywiązanie do wartości zmusza do myślenia o tym, co będzie i jak wspólnie kształtować zbiorowość. Taki patriotyzm być może zaczyna się w Polsce budzić, ale nie sądzę, żeby przybierał jakąś większą skalę.

Na razie jesteśmy w stanie pokłócić się o to, czym jest patriotyzm i kto jest patriotą.
Myślę, że zmiany w Europie i na świecie doprowadzą do tego, że patriotyzm etniczny, lokalny będzie się stawał coraz bardziej poboczny. Na znaczeniu będzie zyskiwał patriotyzm europejski, przywiązanie do pewnej kultury i wartości, które kształtują współczesną Europę. Nie jestem w stanie określić, w jakim stopniu to są przewidywania, a w jakim po prostu wyrażanie moich nadziei. Ale wierzę, że takie właśnie będzie społeczeństwo przyszłości.

Dlaczego Kościół nie chce być ostoją pojednania? Mógłby się włączyć i zaprotestować wtedy, kiedy łamana jest konstytucja, a stoi z boku.
Nie jest pani osamotniona w ocenie, że

Kościół, stojąc na straży pewnych ideałów, powinien się bardziej angażować w życie społeczne i polityczne. I jest to zrozumiałe. Konstytucja nie zawiera norm i wartości niezgodnych z nauczaniem Kościoła, wręcz przeciwnie. Dzisiejsze myślenie o demokracji i konstytucji wyrosło przecież z kultury chrześcijańskiej.

Wydaje mi się, że niewystarczające zaangażowanie Kościoła to kwestia mechanizmów instytucjonalnych. Kościół jak każda wielka instytucja jest ociężały w działaniu. Zmiana w Kościele będzie następowała, ale nie będzie to zmiana szybka. Poza tym ta reforma nie może się dokonywać w sposób rewolucyjny, do zmiany potrzeba odpowiednich ludzi.

Podczas naszej ostatniej rozmowy powiedział pan, że „zdobywając demokrację, nie nauczyliśmy się w niej żyć”. Już się nie nauczymy?
Nauczymy się, tylko pytanie, kiedy i kto z nas.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie mają już spore osiągnięcia, bo dla nich środowisko demokratycznego życia jest czymś oczywistym. To być może skutkuje brakiem czujności. Z drugiej strony ich nauka jest utrudniona, bo uczą się najgorszym możliwym sposobem, czyli przez funkcjonowanie w takiej demokracji, jaką ona jest, ze wszystkimi niedoskonałościami.

W szkole nie dowiadują się, o co chodzi w demokracji. Przeciętny uczeń szkoły średniej niewiele wie na temat ideałów i wartości, które uzasadniają na przykład trójpodział władz. Edukacja obywatelska w polskich szkołach jest niestety efemerydą. Ale i tak młodzi robią postępy, większe niż starsi.

Starsi nie wiedzieli, o co walczą?
No właśnie mieliśmy mało realistyczny obraz demokracji. Większość postulatów gdańskich miała charakter socjalny.

Mało kto w latach 80. miał wyobrażenie, jak wygląda życie w gospodarce, która nie jest centralnie planowana. Nie mieliśmy odpowiedniej wiedzy. Sądziliśmy, że funkcjonowanie w gospodarce rynkowej i państwie demokratycznym przychodzi samo, że nie trzeba się go uczyć. Dzisiaj wiemy i widzimy, że to nieprawda.

Konieczna jest edukacja obywatelska, która jest częścią życia na przykład Amerykanów czy społeczeństw Europy Zachodniej. Tam się nie zakłada, że człowiek jest spontanicznie przystosowany do funkcjonowania w demokracji.

Dlatego tak łatwo poszło PiS-owi zniszczenie podstawowych państwowych instytucji?
Spora część obywateli się nie sprzeciwia, bo pyta: o co chodzi? A to jest spowodowane właśnie brakiem edukacji.

Gdybyśmy wiedzieli, jaką rolę odgrywają poszczególne rozwiązania prawne i porządek publiczny społeczeństwa demokratycznego, to pewne rzeczy od razu by nas raziły.

Jest jeszcze poczucie wolności, o którą też walczyliśmy…
I mamy pewnego rodzaju poczucie wolności. Istnieją co najmniej dwa wymiary wolności jednostki. Jeden to wolność prywatna, czyli układanie sobie życia w sposób, który nam najbardziej pasuje. Jest też wolność w sferze publicznej. Znaczna część obywateli nie dostrzega związku między nimi. Podejrzewam – a może mam nadzieję – że w życiu znakomitej większości z nas nigdy nie dojdzie do sytuacji, w której ograniczenia swobód w sferze publicznej dotkną sfery prywatnej. I w tych sprawach znowu niezbędna jest edukacja. Może się mylę pokładając nadzieje w edukacji publicznej. Ale wciąż wierzę w siłę wiedzy i zdolności człowieka do rozumnego działania.

Szaleństwo PiS to metoda na Polexit

W Sądzie Najwyższym sytuacja jest paradoksalna. Czterdzieści osób, które ostatnio tam trafiły stopniowo dopuszczane są do orzekania i włączane do składów sędziowskich. Każda z nich niestety oceniana była przez nową KRS, której legalność zakwestionował sam SN, wysyłając pytania prejudycjalne do TSUE.  Na dodatek taka praktyka SN stoi w jawnej sprzeczności z tymi pytaniami. Dopuszczenie „nowych” do orzekania jest jednoznaczne z uznaniem legalności działania nowej KRS – która ich oceniała.

Sytuacja ta jest nie do przyjęcia dla całego środowiska sędziowskiego i wywołała ogromne oburzenie.

„My sobie dla nich, tych z SN, „wypruwamy żyły”, ciąga nas rzecznik dyscypliny za udział w manifestacjach, a oni chcą teraz kolaborować z tymi dublerami?” – pyta jeden z sędziów sądów powszechnych. /…/ „Przecież wielu z nas może ponieść konsekwencje za udział w manifestacjach w obronie właśnie Sądu Najwyższego. I są to konsekwencje realne, łącznie z utratą pracy i wydaleniem z zawodu sędziego, bo to może nam zrobić rzecznik dyscypliny – podkreśla. – Dlatego nie potrafimy zrozumieć tego „rozdwojenia jaźni”, jakie zapanowało w SN. Bo skoro pytają TSUE o legalność KRS, to jak jednocześnie mogą dopuszczać do orzekania osoby, które ta nielegalna Rada wynominowała? – pyta sędzia.

W ocenie byłego Rzecznika Praw Obywatelskich, prof. Andrzeja Zolla „nowi” w SN nie powinni zostać dopuszczeni do orzekania. „Tak nie powinno być – mówi prawnik. „Stojąc na ściśle prawnym stanowisku, powinno się poczekać, aż TSUE wyda w tej sprawie orzeczenie. Do tego czasu ci „nowi” orzekać nie powinni – podkreśla.

Prof. Zoll mówi też, że znając niemal wszystkich „starych” sędziów SN może zrozumieć, jakimi motywami się kierowali. „Chcieli zapewne choć trochę załagodzić te napięcia, które ostatnio wokół Sądu Najwyższego narastały” – wyjaśnia.  „I tak „po ludzku” można ich zrozumieć, jednak prawniczo tego się nie da wyjaśnić – podkreśla prof. Zoll. Ponadto uważa, że ten „sejmowy” wybór sędziów do KRS powinien zostać unieważniony i należałoby powołać nowy skład Rady. Bo nie ulega wątpliwości, że jeśli sędziów do KRS wybierają politycy, to ten organ został powołany w sposób niekonstytucyjny – zaznacza prawnik. – „Konstytucja wprost stanowi, że sędziów do Rady wybierać powinni bowiem inni sędziowie” – kwituje prof. Zoll.

>>>

W PiS trzęsienie ziemi. Ziobro na szafocie

– Stanowisko MSZ nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, że z polskim TK dzieje się źle – mówił w TOK FM prof. Marcin Matczak. Według MSZ wniosek ministra Ziobry do TK w sprawie unijnego traktatu jest bezzasadny.

– Prawniczo to stanowisko nie jest zaskakujące, ono jest dosyć oczywiste. To stanowisko ministra Ziobry było zaskakujące –  tak prof. Matczak komentuje opinię polskiego MSZ na temat wniosku ministra Zbigniewa Ziobry. w sprawie zgodności z konstytucją traktatu unijnego.

Przypomnijmy, że dokument przygotowany przez ministra sprawiedliwości uznano za wstęp do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej.

Borys Budka ostrzega: Pytania Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego to przygotowanie do polexitu>>>

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, MSZ w 16-stronicowym dokumencie stwierdza, że wniosek złożony przez ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego jest bezzasadny. „Powołując się na ten konkretny wyrok, szef MSZ Jacek Czaputowicz wykazuje, że TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – cytuje „GW”.

Prawniczo stanowisko MSZ nie jest zaskoczeniem, ale z punktu widzenia polityki może zaskakiwać. – Według mnie opinia MSZ jest dobra, bo wniosek min. Ziobry był po prostu zły. Politycznie to jest trzęsienie ziemi – ocenił w Poranku Radia TOK FM prof. Matczak.

– Czy jest możliwe, żeby Trybunał Konstytucyjny – po otrzymaniu opinii MSZ – mógł rozstrzygnąć na korzyść Zbigniewa Ziobry? – pytał Piotr Kraśko.

– Oczywiście, że to możliwe. Stanowisko ministerstwa nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, od dłuższego czasu, że z polskim TK dzieje się źle. Ta instytucja nie pełni już funkcji recenzenta działań rządu, a funkcji kogoś, kto wspiera tę władzę. Nie spodziewam się, niestety, że TK może w tej sprawie orzec zupełnie niezależnie. Nie mam więc poczucia, że bardzo sensowne argumenty ministra Czaputowicza mogą odegrać jakąś rolę. Niestety, na decyzję TK chyba będą miały wpływ kwestie polityczne niż prawne. To bardzo smutne – ocenił prawnik.

„Antysądowy amok”

Krakowski sąd uznał za zasadne odwołanie Jacka Majchrowskiego w sprawie słów premiera Morawieckiego. Szef rządu podczas konwencji wyborczej rywalki Majchrowskiego i Małgorzaty Wassermann zarzucił władzom Krakowa bezczynność ws. walki ze smogiem.

Szef KPRM Michał Dworczyk ocenił decyzję sądu w Krakowie za „całkowicie niezrozumiałą”. Mówił o „antyrządowym amoku”, który panuje w krakowskim sądzie.

– To element szerszego zjawiska, które moim zdaniem jest jednym z najbardziej smutnych aspektów kryzysu praworządności. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy właściwie każda decyzja sądu jest traktowana jak decyzja polityczna. Jeśli jest zgodna z oczekiwaniami polityka, to uważana jest za dobrą. A kiedy nie jest zgodna – polityk mówi o upolitycznieniu. Taka postawa jest uderzeniem w podstawy zaufania dla sądów, bo każdy następny wyrok każda ze stron może uznawać za polityczny – przestrzegał prof. Matczak w rozmowie z Piotrem Kraśką.

Według prawnika takie wypowiedzi jak słowa ministra Dworczyka powinny być krytykowane. Bo szef KPRM próbuje na siłę zrobić z decyzji prawnej – polityczną.

– Czy sędziowie powinni coś zrobić z tym, że minister mówi o decyzji politycznej? Czy też słowa o „antyrządowym amoku” powinni przyjąć do wiadomości? – pytał gospodarz „Poranka Radia TOK FM”.

– Dla mnie sprawa jest prosta, powinna interweniować Krajowa Rada Sądownictwa. To ciało, które stoi na straży niezależności sądów, niezawisłości sędziów. Normalnie KRS jest po to, żeby kiedy polityk wpada w amok antysądowy – bo tak trzeba tę wypowiedź nazwać – zaczyna tak poważnie krytykować sąd, to KRS powinna interweniować. Niestety, obecna KRS robi wszystko, a nie broni sędziów przed takimi atakami. To kolejna tragedia sporu, z którym mamy do czynienia – stwierdził prawnik.

Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy – mówi Zbigniew Janas, legenda opozycji w PRL. – Ale powtarzam: po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Zacznijmy od wyniku wyborów samorządowych. PiS procentowo wygrał wybory do sejmików, ale samodzielnie będzie rządził w sześciu. Przegrał za to w większości większych miast…

ZBIGNIEW JANAS: Powiedzmy wprost: dostał łupnia!

Wybory samorządowe pokazały, że PiS jednak ma z kim przegrać?
Tak i dały opozycji trochę wiatru w żagle. Ale za wcześnie jeszcze, aby mówić, że ma PiS na widelcu. Aby ta szansa została wykorzystana w wyborach parlamentarnych, potrzeba będzie wiele pracy, zabiegów i rozmów. W międzyczasie mamy wybory europejskie, w których opozycja ma silniejszą pozycję niż PiS. To będzie kolejny krok, ale nie można go zmarnować.

Jest jeszcze ważna rzecz, która cały czas siedzi mi w głowie. To, jak społeczeństwo przez następny rok będzie postrzegało opozycję, a przede wszystkim Koalicję Obywatelską, będzie uzależnione od tego, co zrobią najważniejsi prezydenci miast. Nie tylko od tego, jakie będą mieli programy, ale także, jak wykonają swoje zapowiedzi.

Wszystkie oczy będą skierowane na Rafała Trzaskowskiego?
I na Hannę Zdanowską. To oni będą pokazywali rzeczywistą twarz opozycji. To są prezydenci dwóch największych miast. Warszawa jest miastem, które ma tak dużą potęgę, także finansową, że ona może wyznaczać i pokazywać standardy działania KO, mam nadzieję poszerzonej, w różnych ważnych dziedzinach życia. Dla mnie to jest i będzie najważniejsze. Na laurach nie mogą spocząć oczywiście także prezydenci innych miast.

Zdziwiła pana mobilizacja wyborców, także w Warszawie?
Nie zdziwiła mnie.

Przypominam, że w 2007 roku PiS rządząc, przegrał wybory i to znacząco. Wtedy też była pełna mobilizacja i PiS zapłacił cenę za swoją politykę. Dlatego byłem na to przygotowany.

W lokalu wyborczym na warszawskim Ursynowie, gdzie głosowałem, od początku było widać, że jest więcej wyborców niż zwykle.

Też stał pan w kolejce?
Tak. I to było bardzo przyjemne. Chociaż przyznam, że trzeba przemyśleć organizację wyborów. Było za mało miejsca, stolików, pracowników komisji. Mam nadzieję, że PKW to dostrzegła. W wyborach parlamentarnych mobilizacja może być jeszcze większa…

Ma pan nadzieję, że przed wyborami parlamentarnymi powstanie szeroka koalicja anty-PiS. Jak szeroka?
Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy. Przypomnę, że jak liderzy próbowali podejmować rozmowy o jakimkolwiek porozumieniu tuż po wygranych przez PiS wyborach, mówiłem, że to za wcześnie. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, kto jest mocny, a kto słaby. Teraz to się zmieniło, widzimy polityczną szachownicę wyraźniej.

Mam też przemyślenia dotyczące PSL-u. To „inna” partia, małomiasteczkowa, wiejska i bardzo dobrze, jest wartością na scenie politycznej. Poza ludowcami myślę, że teoretycznie wszyscy mogą się porozumieć. Są rzeczy, w których znajdą wspólny język, a w innych mogą przecież zostać przy swoich poglądach i zostawić ich realizację na „po wyborach”. Taka paleta poglądów jest potrzebna.

Dlaczego wykluczył pan z tej koalicji PSL? Nie rozumiem.
Nie mówię, że porozumienie z ludowcami jest niemożliwe. Zwracam tylko uwagę na specyfikę tej partii. Być może warto ją zachować. Pozostałe partie wygrywają w miastach, ale mają większy problem z elektoratem wiejskim. Chociaż on się też zmienia. Myślę, że wiele będzie zależało do sondaży. Gdyby PSL okazał się bardzo słaby, to zapewne nie będzie innego wyjścia.

Wybory samorządowe były swego rodzaju testem. Politycy dojrzeli do prawdziwej, merytorycznej rozmowy?
Do polityki nie idą święci anielscy, tylko często bardzo twardzi i ambitni ludzie. Trochę czasu musi zapewne upłynąć. Oni też umieją kalkulować. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat.

Mówi pan o SLD? Z Włodzimierzem Czarzastym trudniej będzie się porozumieć niż z Katarzyną Lubnauer czy Barbarą Nowacką?

Członkowie SLD mogą dokonać zmiany na fotelu przewodniczącego. Spokojnie. Poza tym on też nie jest idiotą. Ma chyba ogląd sytuacji. Zachęcam wszystkich do rozmowy.

Może na czele SLD powinna stanąć kobieta?
Nie wykluczam, że coś takiego może się wydarzyć. Ale powtarzam – po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej.

A co dalej będzie robił PiS? Zaostrzy kurs i zacznie się „prawdziwa wojna”, czy schowa broń do kieszeni?
Myślę, że będziemy obserwowali różne fazy. Będzie faza gromkich okrzyków i podskoków, a potem faza uspokojenia. PiS będzie musiał umacniać swój elektorat, a dopiero później robić skok na resztę. Poza tym trzeba uwzględnić fakt, że władza straciła trochę kart przetargowych i ich polityczna uroda zbladła.

Opozycja pokazała, że nie da się tak łatwo wyeliminować. PiS musi zmieniać narrację, bo wyborca europejski jest inny niż samorządowy czy tym bardziej parlamentarny. Oni to niestety potrafią robić. Ale dobrze byłoby, żeby ludzie zapamiętywali cały ciąg wydarzeń. To będzie miało wpływ na ich decyzję.

Teraz czeka nas faza uspokojenia?
Nie, teraz będą kombinowali. Bez Sądu Najwyższego nie zrealizują swojego planu przejęcia wszystkiego. Opozycja i UE nie mogą na to pozwolić. Musimy sobie uświadomić, że upolitycznili już sądy niższej instancji. Przyznam, że jestem bardzo zbudowany postawą sędziów. Wcześniej myślałem, że tam idea nie jest najważniejsza, tylko własna pozycja, a okazuje się, że dla wielu jednak jest, bo złożyli przysięgę. Nie poddają się, nie ulegają szantażowi i walczą.

Pan dobrze wie, czym grozi upolitycznienie sądów.
Szczerze powiem, że ta pamięć o przeszłości jest jakaś dziwna. Ja akurat „siedziałem” krótko i to właściwie pod sam koniec. Byłem jednym z ostatnich więźniów politycznych. Ale mam przyjaciół, którzy spędzili w więzieniu kilka lat. Niektórzy z nich uważają, że to, co się dzisiaj dzieje, jest dobre. Nie rozumiem tego. Przecież byli skazani przez upolitycznionych sędziów, nie mogli im pomóc najwybitniejsi adwokaci, którzy też wiele ryzykowali. Musimy sobie przypominać, co się działo i stawiać jasne granice.

To, co robi PiS, nie jest żadną reformą, władza chce mieć po prostu nad sądami kontrolę. Ona się przydaje w pojedynczych przypadkach, ale chodzi także o efekt mrożący. Nie możemy do tego dopuścić, bo to się źle skończy. Pokazaliśmy, że PiS nie może wszystkiego. Ludzie muszą być zmobilizowani, bo walka się nie skończyła i trzeba ją wygrać. Mówię o walce politycznej oczywiście…

Często ta walka przekłada się na zwykłe życie. Niektóre rodziny się rozpadają, bo ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jak głęboko sięga ten podział?
Ale są rodziny, które dają sobie radę.

Mój brat na przykład jest fanatycznym pisowcem. Zostaliśmy już tylko we dwóch, więc nie mamy innego wyjścia i musimy się dogadać. Co ciekawe, obaj mamy solidarnościowe korzenie, siedzieliśmy w więzieniu, a teraz on nie zgadza się ze mną, a ja z nim. Nauczyliśmy się po prostu spuszczać powietrze z balona politycznych emocji. Mam nadzieję, że inni też się tego nauczą.

Poza tym zbliża się Wszystkich Świętych, a to jest czas na wyciszenie, zbliżenie, wspominanie. Powinniśmy pomyśleć o tych, którzy byli nam bliscy. W Ursusie myślimy o naszych przyjaciołach, którzy wywalczyli nam wolność.

Później jest za to Święto Niepodległości i to wyjątkowe, bo przypada 100-lecie odzyskania niepodległości. Ale wyjątkowego świętowania nie będzie. Przykro panu?
Jak o tym myślę, to mam przed oczami obchody 25-lecia wyborów 4 czerwca. Miałem zresztą przyjemność w nich uczestniczyć, bo wtedy jeszcze był zwyczaj, że na takie uroczystości zapraszało się tzw. przywódców podziemia i „Solidarności”, ale teraz już się nas nie zaprasza. Na Placu Zamkowym przemawiał prezydent USA Barack Obama, obecni byli prezydenci lub premierzy najważniejszych państw europejskich. Wtedy tak świętowaliśmy kolejne odzyskanie wolności.

Gdzie teraz jesteśmy? Gdzie nas ta władza zaprowadziła? Pytania są retoryczne. Będziemy kisić się we własnym sosie i negatywnych emocjach. To będzie takie typowe listopadowe święto – smutne. Nie o to chodziło.

Po raz kolejny zawładną nim narodowcy?
Tak będzie. Ci, którzy rządzą, muszą zrobić poważny rachunek sumienia. Na szczęście będzie wiele obchodów lokalnych, bez narodowców. Tam, mam nadzieję, będzie inna, radosna atmosfera. To pokazuje także siłę lokalności i to, że ludzie na dole inaczej myślą i potrafią się bawić.

Dziwi się pan opozycji, że odmawia udziału w oficjalnych uroczystościach?
Nie dziwię się. Próbowałem raz przełamać ten schemat, przyjąłem zaproszenie Andrzeja Dudy i stawiłem się w Pałacu Prezydenckim. Teraz niektórzy się ze mnie podśmiewają. Nie przyniosło mi to wstydu, ale nie przyniosło także efektu. Uznałem więc obowiązujące realia.

Śmieszy pana inicjatywa ogłoszenia 12 listopada dniem wolnym od pracy?
To w sumie nic złego.

Śmiać się trzeba, ale przez łzy, z tego, w jaki sposób PiS traktuje swoich parlamentarzystów. Oni powinni przemyśleć sobie pewne rzeczy.

To było kolejne upokorzenie Pparlamentu, czyli miejsca, które kiedyś było ważne. Chwały im to nie przyniesie. A ludziom życzę po prostu, żeby się dobrze tego wolnego dnia bawili.

>>>

Ziobro dostał kopa w żyć i leci na śmietnik historii

Coraz więcej wskazuje na to, że w ostatecznym rozrachunku po kampanii wyborczej głównym winnym zostanie uznany minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jego wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności traktatu o funkcjonowaniu UE z polską ustawą zasadniczą w zakresie udzielania odpowiedzi na takie pytania prejudycjalne, jak te zadane przez Sąd Najwyższy został właśnie spektakularnie zaorany przez kolegę Ziobry z rządu Morawieckiego, a mianowicie szefa MSZ Jacka Czaputowicza.

Resort dyplomacji wysłał bowiem do Prezes TK Julii Przyłębskiej pismo, w którym rozbija w pył argumentację resortu sprawiedliwości, udziela, niczym uczniakowi, łopatologicznego wykładu z prawa europejskiego i jego statusu w polskiej przestrzeni publicznej a na koniec wbija także szpilę prezydentowi, stwierdzając wprost, że TSUE miał prawo zawiesić stosowanie kontrowersyjnych zapisów ustawy o Sądzie Najwyższym, a Andrzej Duda to zawieszenie ostentacyjnie zignorował.

Urzędnicy Jacka Czaputowicza bezlitośnie przypominają, że polski Trybunał Konstytucyjny nie ma kompetencji, by badać prawo unijne, które Polska przyjęła “jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE. Przypomniał także wyrok samego TK z 2015 roku, który już się w tej sprawie wypowiadał, a więc wiąże tę instytucję własnym orzeczeniem.

Jak pisze portal OKO.press, minister Czaputowicz nie zgadza się z interpretacją relacji pomiędzy unijnym prawem a polską konstytucją przedstawioną we wniosku Ziobry. Argumentuje, że:

  • kompetencje TK do badania konstytucyjności unijnych traktatów są niejasne, a według części badaczy powinny ograniczyć się tylko do traktatów akcesyjnych;
  • sam TK potwierdził, że nie bada konstytucyjności unijnych traktatów;
  • prawo UE jest specyficzne i może być traktowane inaczej niż typowe prawo międzynarodowe;
  • artykuł kwestionowany przez Ziobrę to część unijnego dorobku prawnego – zaakceptowaliśmy go z góry przystępując do UE.

„Głównym celem właściwości przyznanej Trybunałowi na podstawie art. 267 TFUE jest zapewnienie, by prawo Unii Europejskiej było stosowane w sposób jednolity przez sądy krajowe. Procedura odesłania prejudycjalnego ustanowiona w art. 267 TFUE jest instrumentem proceduralnym mającym istotne znaczenie dla zapewnienia spójnego stosowania i przestrzegania prawa Unii przed wszystkimi sądami krajowymi państw członkowskich” – możemy przeczytać w piśmie MSZ.

Komentarzy internautów w tej sprawie nie brakuje. Wielu interpretuje takie pismo szefa MSZ jako kolejny akt wojny, jaką z ministrem Ziobrą toczy premier Morawiecki.Ciekawe jest to, że tak bezpośredni atak na ministra sprawiedliwości przeprowadził akurat Czaputowicz, który w PiS wciąż jest traktowany jako ciało “obce” w PiS, a wiele miesięcy temu został nazwany przez lidera PiS “eksperymentem” na tym stanowisku. Z kolei zdaniem politologa z UW Olgierda Annusewicza, takie stanowisko MSZ to zapowiedź kolejnego przesilenia w obozie władzy.

>>>

Jedno jest jednak pewne. Komunikat z MSZ zdaje się zwiastować stopniowe wycofywanie się obozu władzy z walki o taki kształt Sądu Najwyższego, jaki przeforsowano kontrowersyjnymi ustawami i sześcioma nowelizacjami do nich. Być może prezes Kaczyński już wie, że cena ustępstw może być wysoka i być może będzie wymagała głowy głównego sprawcy tego konfliktu, czyli właśnie lidera Solidarnej Polski. Nic bowiem lepiej nie przekona wyborców centrowych, że PiS wcale nie chce “Polexitu”, jak pozbycie się z rządu osoby, która całą awanturę wokoł tej kwestii uruchomiła.

– Sądy mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości – powiedział dzisiaj wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik.

  • Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o uznanie za niekonstytucyjną regulację prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do TSUE
  • Zdaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wniosek został złożony bezpodstawnie. „TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – napisał szef MZS Jacek Czaputowicz
  • Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik nie ukrywa swojego zaskoczenia postawą MSZ. – Jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis – argumentuje Wójcik

Prokurator generalny Zbigniew Ziobro wniósł do TK o uznanie za niekonstytucyjną regulacji prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawach dotyczących sądownictwa. Chodzi o ocenę konstytucyjności treści normatywnych zawartych w art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który dotyczy procedury pytań prejudycjalnych.

Wniosek Ziobry do TK to rozszerzenie poprzedniego jego wniosku z sierpnia br. Wówczas Ziobro skierował do TK wniosek dotyczący przepisów, na podstawie których Sąd Najwyższy na początku sierpnia br. zawiesił niektóre zapisy nowej ustawy o SN. Wtedy – na początku sierpnia – Kancelaria Prezydenta oświadczyła, że działanie SN, polegające na zawieszeniu stosowania niektórych przepisów ustawy o SN, nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec prezydenta ani jakiegokolwiek innego organu.

Do wniosku Ziobry odniosło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, o czym poinformowała wczoraj wieczorem wyborcza.pl. W przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego stanowisku – zamieszczonym na portalu – wskazano, że polskie prawo nie przesądza w sposób jednoznaczny kwestii dopuszczalności kontroli konstytucyjnej aktów prawa pierwotnego UE (czyli unijnych traktatów – w tym przypadku jest to Traktat o funkcjonowaniu UE).

Wójcik: TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych

Szef MSZ stwierdza, że istnieją rozbieżne stanowiska prawników, czy TK ma prawo badać unijne traktaty, czy tylko traktat akcesyjny. Czaputowicz wskazuje jednocześnie, że zgodność traktatu o przystąpieniu Rzeczpospolitej do Unii Europejskiej z polską konstytucją została przez Trybunał Konstytucyjny stwierdzona w 2005 r. „TK uznał w tym wyroku, że nie jest upoważniony do dokonywania samoistnej oceny konstytucyjności prawa pierwotnego UE. Taka kompetencja służy mu natomiast wobec traktatu akcesyjnego jako ratyfikowanej umowy międzynarodowej” – napisano.

Decyzja KRS ws. postanowienia TSUE. Sędziowie: uwierzymy, jak zobaczymy, bo ta Rada straciła walor wiarygodności

Ponadto, w wyroku z 2005 r. – zauważa minister – TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania. Artykuł, który ma zostać zbadany na wniosek Ziobry, to część norm prawnych, które zostały zaakceptowane, gdy Polska wchodziła do UE – wynika ze stanowiska.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne, są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – podkreślił Czaputowicz.

„Jeżeli TK może badać cały traktat, to może badać przepis”

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP1, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. – Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dot. konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji – mówił.

Wójcik podkreślił, że sądy „mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości”.

Ponadto wiceminister sprawiedliwości ocenił, że „jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis”.

– Prokuratorowi Generalnemu nie chodzi o zmianę traktatu, czy zmianę polskiej konstytucji, jakiejkolwiek ustawy. Tu chodzi o pewną praktykę, która pojawiła się w ostatnich kilku miesiącach, kiedy sądy zaczęły składać pytania prejudycjalne dot. ustroju wymiaru sprawiedliwości – mówił wiceminister.

Wyrok na Ziobrę już zapadł? MSZ wymierza ministrowi sprawiedliwości siarczysty policzek.

Mundur jak najdalej od sutanny

Pułkownik Adam Mazguła krytycznie wypowiedział się na temat wojskowych, którzy prezentują się w kościołach w mundurach.

Choroba filipińska Dudy.

Marek Suski jako Forrest Gump o IQ 72.

Pisowskie jaja impotentów

Powszechnie wiadomo, że w obozie dobrej zmiany nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystkie te z pozoru bezsensowne i nieprzemyślane ruchy mają swoje drugie dno, wynikają z mozolnie układanej i realizowanej strategii, w żadnym przypadku nie są wytworem chorej i nieposkromionej wyobraźni rządzących.

Nie inaczej jest z wprowadzonym naprędce nowym dniem wolnym, który czeka nas już za 3 tygodnie. Mowa oczywiście o 12 listopada, który to miłościwie nam rządzący postanowili ofiarować Polakom jako kolejny dzień wolny od pracy. Co tam gospodarka, co tam odpowiedzialność.

Teorii na to, czemu dobra zmiana zdecydowała się na wprowadzenie dodatkowego dnia wolnego od pracy zaraz po święcie niepodległości, jest co niemiara. Trzy najbardziej popularne zakładają, że:

1. Skoro wstaliśmy z kolan i odzyskaliśmy godność, to nie ma powodu, żebyśmy stali się pierwszym państwem w cywilizowanym świecie, które swoje święto niepodległości obchodzić będzie de facto przez dwa dni. Tak jest, kto bogatemu zabroni?

2. Inna teoria zakłada z kolei, że politycy obozu władzy tak hucznie podchodzą do świętowania najważniejszych obchodów państwowych, że przyda im się po prostu dzień wytchnienia, który pozwoli w domowym zaciszu wrócić szybko do formy. Na potwierdzenie tej tezy można znaleźć film z prezydentem Andrzejem Dudą, który tak hucznie świętował obchody rzezi na Wołyniu, że ledwo był w stanie utrzymać pion siedząc kościele.

Poseł Suski też pewnie wolałby mieć wtedy wolne niż z rana odpowiadać na trudne pytania dotyczące polityki.

3. Powód na tak szybkie procedowanie ustawy i na wprowadzenie dnia wolnego od pracy akurat 12 listopada może być jednak prozaiczny. W takim ujęciu nie ma on nic wspólnego z przedłużeniem obchodów święta niepodległości. Mianowicie 12 listopada 2018 roku obchodzimy 60. rocznicę wejścia do kin słynnego filmu “O dwóch takich, co ukradli księżyc”. W filmie tym główne role zagrali bracia Kaczyńscy: Lech i Jarosław.  

Który z tych powodów wydaje Wam się najbardziej prawdopodobny?

Pisowskie jaja – tylko tak się mówi – bo to są impotenci, bezjajeczni wielbiciele Kaczyńskiego, któremu libido poszło w ego.

Głupawka katolicka „Solidarności”

Głupawka katolicka dzisiejszej „Solidarności”.

Ciemnogród katolicki kontratakuje

Posłanka PiS Anna Sobecka napisała w tej sprawie interpelację do ministra nauki Jarosława Gowina. – „Studia gender powinny zniknąć z publicznych uczelni z powodu swojego ideologicznego podłoża” – napisała była spikerka Radia Maryja. Zapytała więc, na ilu polskich uczelniach są prowadzone takie studia, ile studentów obecnie na nich studiuje i czy ministerstwo rozważa ich likwidację na uczelniach finansowanych przez państwo?

Studia z zakresu gender prowadzone są na kilku polskich uczelniach, np. Uniwersytecie Warszawskim, Wrocławskim czy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Są to studia podyplomowe.

Sobecka w swojej interpelacji powołuje się na przykład Węgier. – „Jak informują użytkownicy Twittera na wszystkich uczelniach na Węgrzech od 2019 r. zostanie zlikwidowany nabór na studia gender. Dekret rządu premiera Viktora Orbana został opublikowany w najnowszym »Monitorze Węgierskim«. Zgodnie z przepisami w 2019 r. uczelnie nie będą już mogły rekrutować studentów na studia gender” – napisała Sobecka.

Posłanka PiS bierze przykład oczywiście ze swego mentora Tadeusza Rydzyka, dla którego gender jest synonimem zła wszelakiego. O tym m.in. w artykule „Internet i gender zatruwają dzieci, czyli Rydzyk poucza ministerstwo edukacji

Ciemnota katolicka od Rydzyka kontratakuje – Sobecka chce zlikwidować gender.

Naprawiać Polskę po PiS wcale nie będzie tak łatwo, należy odrzucić emocje i wrócić do rozumu

Czasem największe tajemnice potrafią ujrzeć światło dzienne z powodu urzędników z drugiego szeregu, którzy nie potrafią ocenić wagi posiadanych informacji rzucając je lekkomyślnie w obecności mediów. Możliwe jest, że byliśmy świadkami takiej właśnie sytuacji w toczącym się sporze rządu PiS z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W rządzie doszło bowiem do znamiennego dwugłosu. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł ogłosił bowiem wczoraj, że rząd przygotowuje nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, dzięki której będzie można zrealizować zabezpieczenie wymagane ze strony europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Tymczasem parę godzin później inny z wiceministrów, Michał Wójcik cytowanie wprost swojego kolegi nazwał manipulacją. Oba zdarzenia zdają się nie być jednak przypadkowe. Dziennikarz RMF FM Tomasz Skory doszedł do wniosków, które wyjaśniałyby grę realizowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Nieporozumienie ministrów może bowiem wskazywać, że rządzący znaleźli sposób, aby w sporze z TSUE kupić bezcenny czas. Minister Warchoł natomiast był tym, który nie wiedział, że informacje o planach władzy ma trzymać na dziś w sekrecie przed mediami. Wiele bowiem wskazuje na to, że resort zdementował własne stanowisko, ponieważ rządzący będą chcieli utopić sprawę Sądu Najwyższego w niekończącej się papierologii. Zgodnie bowiem z postanowieniem zabezpieczającym TSUE Polska zobowiązana jest do przedstawienia Komisji Europejskiej za niecałe 4 tygodnie raportu ze stosowania nałożonych na nią środków tymczasowych. Jednak przed władzą pojawiła się możliwość ogrania Luksemburga:

“Według tej taktyki o przygotowaniach nowelizacji, które tak beztrosko ujawnił wiceminister Warchoł powinniśmy się dowiedzieć mniej więcej za tydzień. To dałoby rządowi chwilę oddechu, po to, by o złożeniu projektu w Sejmie poinformować, powiedzmy – za dwa tygodnie. Dzięki temu np. za trzy tygodnie będzie można poinformować o skierowaniu projektu do prac w komisji sejmowej, następnie komisja zamówi szereg opinii prawnych, zwoła posiedzenie, które niekoniecznie kończy się konkluzją… a za cztery tygodnie, kiedy przyjdzie czas przedstawienia Komisji Europejskiej raportu o postępach w stosowaniu zabezpieczenia TSUE – Polska będzie mogła odpowiedzieć “robimy co się da!”

Grając konsekwentnie w powyższą grę PiS mógłby kupić sobie nawet kilka miesięcy czasu, podczas gdy rękami prezydenta można by sprawę realizacji decyzji TSUE rozwiązać w praktyce od ręki.

Opisana przez dziennikarza niedyskrecja jest tym bardziej prawdopodobna, ponieważ wpisywałaby się w już widziane mechanizmy rządzących. Rząd PiS jako pierwszy w III RP ogłosił przykładowo program za ponad 20 mld, z których płaci ledwie miliard, a resztę kosztów ponoszą opozycyjne samorządy i rzekomo wroga Unia, zatem w biurokratycznych sztuczkach obecna władza doszła do stanu mistrzostwa. Pytanie tylko, czy nasi partnerzy tak łatwo nabiorą się na taką zagrywkę?

Ostatnimi laty praworządność w Polsce bardzo ucierpiała, o czym mówi duża część środowisk prawniczych. Co wg Pana należy zrobić, by jakość stanowionego prawa poprawić?

Kryzys praworządności oczywiście ma miejsce. Trzeba się jednak zastanowić, czy kryzys ten dotyczy stanowienia prawa czy stosowania prawa, gdyż w obu obszarach sytuacja się znacząco pogorszyła. Środowiska prawnicze widzą, że sytuacja wyraźnie się pogarsza w obszarze stosowania prawa ze względu na kontrowersyjne działania partii rządzącej w stosunku do sędziów. Natomiast jeżeli chodzi o proces stanowienia prawa to należy zwrócić uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat powstał zły zwyczaj, że najważniejsze ustawy dla państwa przechodzą w zatrważająco szybkim tempie oraz bez żadnych konsultacji, co powoduje, że w Polsce nie mamy do czynienia z prawem dobrej jakości.

Sytuację tę można poprawić w bardzo prosty sposób wracając do tzw. dobrych praktyk legislacyjnych, które polegają na dłuższym zastanowieniu się nad ustawami oraz dopuszczaniu do debaty innych podmiotów – organizacji pozarządowych, które w danej sprawie wiedzą więcej niż politycy jednej czy drugiej partii, gdyż stanowienie prawa powinno odbywać się w atmosferze dialogu, a nie monologu partii rządzącej.

Opozycja dużo mówi o łamaniu prawa przez partię rządzącą. Czy wg Pana obecna opozycja ma jakąś propozycję co zrobić z Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym i KRS po odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy?

Odpowiadając na to pytanie mogę powiedzieć, że w parlamencie powstał specjalny zespół powołany przez opozycję, który ma na celu zastanowienie się nad reformą sądownictwa.

Byłem na kilku spotkaniach tego zespołu w roli eksperta i uważam, że pomysły opozycji na reformę sądownictwa są dobre, gdyż zespół przedstawił pomysły, które poprawiają funkcjonowanie systemu sądownictwa w Polsce, ale jednocześnie nie niszczą sądownictwa.

Jest rok 2019 Prawo i Sprawiedliwość przegrywa wybory i co wtedy? Jak naprawić Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy i KRS oraz co zrobić z osobami, które do tych instytucji zostały wybrane niezgodnie z prawem? 

To jest jedno z najtrudniejszych zagadnień i będzie to jeden z najpoważniejszych skutków związanych z kryzysem praworządności.

Jeżeli chodzi o naprawianie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i KRS to istnieją dwa pomysły. Pierwszy to anulowanie całego chaosu prawnego jedną ustawą, a drugi to legalne naprawianie tej sytuacji. Według mnie pierwszy pomysł jest nie do zaakceptowania, gdyż będzie to złamanie konstytucji w celu przywrócenia konstytucji i może tworzyć precedens dla kolejnych rządów do podobnych działań, natomiast drugi pomysł jest lepszy, gdyż odbędzie się na drodze konstytucyjnej.

Czy według Pana powracanie do stanu sprzed dobrej zmiany nie spowoduje sytuacji, że część społeczeństwa – wyborcy oraz osoby związane z Prawem i Sprawiedliwością nie poczują się urażone? Czy podziały społeczne się nie nasilą?

Według mnie jest to kwestia klasy i stylu polityków jak instytucje, o których rozmawiamy, zostaną zreformowane oraz jak zostaną potraktowani ludzie, którzy do danych instytucji zostali wybrani niezgodnie z prawem.

Według mnie w Polsce oprócz kryzysu praworządności obecnie jest również kryzys wspólnoty – w czasie dwóch lat rządów Prawo i Sprawiedliwość podzieliło Polskę na pół. Patrząc na obecną sytuację zadaniem kolejnego rządu będzie nie tylko zreformowanie i naprawienie szeroko rozumianego prawa oraz instytucji, ale również odbudowanie wspólnoty państwowej, które będzie polegało m.in. na tłumaczeniu ludziom, dlaczego niektóre działania zostały przez kolejny rząd podjęte w celu przywracania praworządności w Polsce.

Patrząc na to, że jesteśmy państwem, w którym są bardzo silne podziały polityczne, a które Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje do własnych celów, czy istnieje prawdopodobieństwo, że możemy jako państwo podzielić się na dwa państwa – liberalne, które chce być na zachodzie w UE oraz konserwatywne, które nie rozumie wartości świata zachodniego?

Nie sądzę, by podziały na tle socjologicznym i politycznym przełożyły się na podział na tle prawno – administracyjnym.

Podziały, o których mówimy są głębokie i wynikają z różnych przyczyn, ale zadaniem polityków jest zasypywanie tych podziałów, a nie ich wzmacnianie.

Czy w państwie, w którym zaczyna się pełzający autorytaryzm, nadal można bronić prawa metodami demokratycznymi odwołując się do różnych instytucji europejskich oraz państwowych?

Nie wszystko jest jeszcze stracone tzn. instytucje, o których mówimy, działają – Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz sądownictwo powszechne w Polsce, które nie zostało w całości jeszcze podporządkowane politykom. Według mnie do tych instytucji warto się odwoływać. Oprócz możliwości odwołania się do tych instytucji jest jeszcze obywatelskie nieposłuszeństwo, które jest specyficzną formą wyrażania sprzeciwu wobec działań władzy, a jednocześnie oznacza godzenie się na poniesienie odpowiedzialności karnej. Działania te powinny być sygnałem dla władzy, że społeczeństwo traci do rządzących zaufanie.

Według mnie o przykładach obywatelskiego nieposłuszeństwa można już mówić – jest nim np. działalność Obywateli RP. Niewykluczone, że jeżeli władza nie zejdzie z drogi pełzającego autorytaryzmu, to przykładów takich będzie więcej.

Patrząc na narzędzia i możliwości, które posiada obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny – Zbigniew Ziobro. Czy wg Pana istnieje ryzyko, że po odsunięciu PiS od władzy, następna ekipa postanowi zachować kompetencje, które posiada Ziobro?

Spotkałem się już z takim stanowiskiem, ale uważam, że z punktu widzenia politycznego zachowanie tych narzędzi byłoby trudne do zrealizowania ze względu na program partii, które są prokonstytucyjne i prodemokratyczne. Według mnie partie o takim programie przed wyborami będą musiały się jasno zdeklarować, co zrobić ze wszystkimi naruszeniami konstytucji oraz jak odwrócić ten kryzys, który obecnie mamy.

Wydaje mi się, że byłoby to samobójstwo polityczne, gdyby ugrupowanie prokonstytucyjne niosące hasła przywracania praworządności w kraju zdecydowałoby się po wyborach  zachować narzędzia, o których rozmawiamy. Według mnie nie doszłoby do takiej sytuacji ze względu na to, że ugrupowanie takie mogłoby więcej stracić niż zyskać.

Po wyborach nowa konstytucja lub naniesienie poprawek do obecnej konstytucji? 

Nie, uważam, że nie ma takiej potrzeby. Jestem przeciwnikiem uchwalania nowej konstytucji ze względu na to, że im starsza konstytucja tym lepsza – lepiej rozumiemy wyrażone w niej wartości.

Wydaje mi się, że można by rozmawiać o pewnych poprawkach do konstytucji, który byłyby oparte na negatywnych doświadczeniach ostatnich dwóch lat, ale to zależy od konstrukcji przyszłego parlamentu.

Myślę, że potrzebna jest pewna refleksja nad konstytucją w obszarach, które wzmacniają praworządność, niezależność sądownictwa, prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego, jednak nie sądzę, aby dobrym momentem na to był okres następujący bezpośrednio po wyborach.

Według mnie ważniejsze po wyborach będzie uspokojenie emocji, a dopiero potem poddanie konstytucji pewnej refleksji, gdyż ustawa zasadnicza nie powinna być zmieniana w emocjach i pośpiechu.

Marcin Stanisław Matczak (ur. 23 marca 1976) – polski prawnik, radca prawny, doktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii prawa, profesor nadzwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o kadrach PiS.

Wyborcy PiS darują tej partii każdą wpadkę, każde przekłamanie.

Czy to wina jesieni, która zawsze wpływa negatywnie na stan psychiczny człowieka? Czy też „zmęczenie materiału” po trzech latach nieustającej huśtawki emocjonalnej, jaką funduje nam PiS? Nie wiem, ale coraz mi bliżej do słów Otto von Bismarcka, który powiedział: „Dajcie Polakom rządzić, sami się wykończą”. Swoje dzieciństwo i młodość przeżywałam w czasach PRL-u, dorosłość już po transformacji ustrojowej. Bywało różnie, ale nigdy wcześniej nie zetknęłam się z taką nienawiścią Polaka do Polaka, taką agresją.

Odnoszę wrażenie, że nie ma już narodu polskiego jako takiego. Są dwie, zwalczające się grupy, lżące się wzajemnie, obrażające na każdym kroku. Grupy, które łączy już tylko język i obszar zamieszkania. Stan ten jest bardzo umiejętnie podtrzymywany przez niektórych polityków, którzy w imię swej niepohamowanej żądzy władzy, z przyjemnością patrzą, jak naród się wzajemnie rozdrapuje, nienawidzi, kaleczy słowami. Wiadomo, tak rozwalonym społeczeństwem łatwiej rządzić, łatwiej utrzymać go w karbach, więc niech się ludziska żrą… na chwałę PiS-u i prezesa.

Całkiem łatwo i sprawnie daje się Polaków podzielić, bo mamy coś takiego w swej mentalności, co niezwykle pomaga. To dziwna jakaś tendencja, że jak „kochamy to na zabój”. Stąd Polak nie ma problemu z postawieniem na piedestale tego, którego wielbi z całego serca i duszy. Nieważne, czy to piedestał z tektury, czy ze spiżu, ważne, że jest i wara każdemu, kto podniesie rękę na idola. Taki idol może wszystko, nawet bzdury pleść, działać niezgodnie z przyjętym prawem, mieć za uszami mniejsze lub większe wykroczenia, a i tak podziw dla niego pozostanie wciąż taki sam. A i tak każde jego słowo będzie przyjęte z zachwytem, pełnym uznaniem, że to sama prawda, czysta prawda i tylko prawda.

Mam znajomego, który od kilku lat jeździ po krajach UE, gdzie zarabia na tyle dobrą kasę, iż udało mu się już postawić dom, jeździ dobrym samochodem, rodzina byczy się co roku na wakacjach w miejscach, o których przeciętny Polak może tylko pomarzyć. Dzięki naszej obecności we wspólnocie europejskiej żyje sobie jak „pączek w maśle”, a jednak mówi, że UE to największe zło dla Polaków, pozbawia nas tożsamości narodowej, doi nas z wielkiej kasy i w ogóle to totalna porażka. Znajomy jest wyznawcą PiS-u i cokolwiek, jakkolwiek, to zawsze podpisze się pod tym, co politycy tej partii wciskają. Nawet gdy stoi to w całkowitej sprzeczności z tym, co sam widzi i z czego sam tak chętnie korzysta.

Rolnik, który najpierw bardzo długo czekał na pieniądze z UE, bo PiS zajęty był obsadzaniem stanowisk w Agencji Rolnej i nie miał czasu na bzdury. Potem dotknęła go klęska suszy i okazało się, że na pomoc władzy za bardzo liczyć nie może, bo ma ona swoje priorytety, ot chociażby obsypanie się nagrodami i premiami. Z niepokojem obserwuje politykę państwa wobec problemu afrykańskiego pomoru świń, zapędy USA, by wstrzymać import polskiej wieprzowiny, co mocno uderzy go po kieszeni. Oddaje za grosze owoce i warzywa, które w sklepach mają przebitkę nawet kilkaset procent… i co? Głosuje na PiS, bo to jego partia, bo jej wierzy.

Renciści i emeryci powyżej 60 roku życia. Wprawdzie czekają w kolejce do lekarzy dłużej niż kiedyś, wydają mnóstwo kasy na lekarstwa, żyją za groszowe emerytury, ale co tam. Oni kochają PiS i pozostaną mu wierni na wieki wieków.

Kobiety wdzięczne za 500 Plus, młodzież, która żadnej zmiany na gorsze nie widzi, bo zajęta jest urządzaniem swojego życia i chwilowo nie patrzy za bardzo w przyszłość. Naukowcy, którzy do tej pory nie mogli się wybić, bo talentu im nie starczało, a teraz wreszcie brylują. No i cała rzesza tych, którzy uwierzyli, że w dzisiejszych czasach każdy może zostać Nikodemem Dyzmą, nawet gdy się niewiele sobą reprezentuje.

Tak… wyborcy PiS darują tej partii każdą wpadkę, każde przekłamanie, bo nikt tak pięknie nie mówi im, jacy są ważni, potrzebni, prawdziwie polscy. Nikt tak wspaniale nie przypomina naszej historii, którą dotąd wszyscy fałszowali, a dopiero teraz jest prawdziwa. Nikt tak skutecznie nie karmi ich fobii, z jednej strony strasząc każdą innością, z drugiej – obiecując pełne wsparcie i opiekę przed złem, co to się czai i gotowe jest w każdej chwili zaatakować.

Z tą wielką miłością do PiS-u wiąże się nierozerwalnie jeszcze chyba większa nienawiść do każdego, kto za PiS-em nie jest. Obrzucanie inwektywami trwa w najlepsze, a poziom słownictwa aż woła o pomstę do nieba. A druga strona nie pozostaje dłużna. Kopiemy się, uderzamy najmocniej jak się da, rzucamy w siebie stekiem wyzwisk… a wszystko to przy pełnej aprobacie rządzących i Kościoła, który dokonał już wyboru. Stanął po stronie PiS-u, widząc w tej partii swoją szansę na mamonę, dobrą pozycję i Polskę wyznaniową, która pozwoli im żyć w bogactwie i przepychu.

I to jest właśnie nasza Polska. Polska XXI wieku. Kraj, w którym jeden dla drugiego wilkiem. Gdzie powszechnie wierzy się, iż niezgoda buduje, każda inność zasługuje na potępienie. Państwo, w którym ludzie zaprzedali się polityce, tak mocno dali się nią omamić, że zapomnieli, co jest ważne. Klęczą przed tymi, którzy dumnie wdarli się na piedestały i dla nich w odpowiednim momencie będą gotowi wyjść na ulice. Dla nich pozwolą, by brat bił brata, a krew będzie miała smak zwycięstwa… tylko kogo i nad kim?

Fragment felietonu Waldemara Mystkowskiego.

Oddajcie demokrację Polakom – tak można interpretować słowa prezesa unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

(…)

Po wyborach samorządowych jeszcze PiS nie ogłosiło, że suweren (czyli my, Polacy) daje mu prawo do reformowania sądownictwa, ale już ustami szefa kampanii wyborczej Tomasza Poręby stwierdziło: – „Wyniki wyborów samorządowych to gigantyczny sukces PiS”.

Ta gigantomachia PiS jest zniewalająca. W procentach PiS do Koalicji Obywatelskiej ma się jak 34 do 27, jeżeli do 27 dodamy wynik PSL, SLD bądź lokalnych komitetów to wynik ten rzeczywiście będzie się przedstawiał jak w Warszawie zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego nad Patrykiem Jakim – 56 do 28.

Gdzie tu zatem gigantyczne zwycięstwo? A piszę o tej pisowskiej gigantomachii w kontekście autora wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego ministra sprawiedliwości Ziobry, który walczy z Morawieckim o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. Zakładnikiem w tej walce o przywództwo na prawicy jest „być albo nie być” Polski w UE.

Ziobro okazuje się być za kulisami lepszy od Morawieckiego, bowiem w kluczowych sejmikach wojewódzkich dla PiS ma swoich radnych, którzy zadecydują, czy w nich będzie rządzić prawicowa większość. Ziobro szachuje Morawieckiego, który miał się pozbyć ministra sprawiedliwości. Ta walka odbywa się kosztem przyszłości Polski, stąd takie kategoryczne ostrzeżenie prezesa TSUE.

Więcej >>>