Archiwa tagu: Małgorzata Gersdorf

Szparki sekretarki zarabiają po 65 tys. Muszą dobre być w te jądra, przepraszam: w te klocki

Bank centralny nie chce potwierdzić kompetencji Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik, najbliższych współpracownic prezesa Glapińskiego. Wojciechowska zarabia ok. 65 tys. zł miesięcznie! A Sukiennik mogła się znaleźć w ważnej instytucji finansowej wbrew dyrektywie UE

Martyna Wojciechowska pracuje w Narodowym Banku Polskim od 11 lat, czyli od czasu, gdy rządzący wtedy po raz pierwszy PiS desygnował na prezesa Sławomira Skrzypka. Jej kariera przyspieszyła, kiedy szefem banku centralnego został Adam Glapiński, bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego od lat 90. W 2016 r. dostała awans i została dyrektorem Departamentu Komunikacji i Promocji NBP, a jej dochody poszybowały

Pensja wyższa niż Belki

W 2015 r. Wojciechowska zarobiła 114 tys. zł, rok później – już 392 tys. zł. Do maja 2018 r. była radną sejmiku Mazowieckiego z PiS, ale – jak podaje OKO.press – zrzekła się wtedy mandatu i nie złożyła oświadczenia majątkowego za 2017 r., choć powinna. Dodatkowo zasiada jako przedstawicielka prezesa NBP w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Według naszych informacji awans dyrektorski dostała w sierpniu 2016 r. Porównując jej oświadczenia majątkowe sprzed awansu i po nim, oszacowaliśmy, że po podwyżce w sierpniu zarabia ok. 65 tys. miesięcznie wraz z premiami, dodatkowymi dochodami i bonusami. Dla porównania – były prezes NBP Marek Belka dostawał w sumie ok. 57 tys. zł miesięcznie. Pensja obecnego szefa banku centralnego nie jest znana.

Szpraki sekretarki zarabiały po 65 tys. zł. Były dobre w te klocki, przepraszam: w jądra.

Depresja plemnika

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni…

View original post 1 689 słów więcej

Reklamy

PiS u władzy to demolka Polski z możliwością utraty niepodległości. O to toczy się dzisiaj gra

Więcej >>>

Liderka stowarzyszenia Inicjatywa Polska Barbara Nowacka w wywiadzie dla portalu wiadomo.co. oceniła działania polityków i zakreśliła najbliższe cele politycznej działalności swojego ugrupowania. Oberwało się zarówno premierowi Morawieckiemu, jak i Robertowi Biedroniowi – czytamy w portalu WP.

„To Dyzma, który myśli, że jest Piłsudskim. Miał być inteligentnym technokratą, a został słabszą wersją Patryka Jakiego, czyli zrobi wszystko i powie wszystko, aby zachować władzę. Jedyna różnica jest taka, że może lepiej zna język angielski” – powiedziała o Matuszu Morawieckim. Premierowi „wydaje się, że jest kimś wielkim i może wszystko” – zauważyła. Jej zdaniem część konserwatystów prawicowych przy PiS-ie liczyła, że Mateusz Morawiecki będzie proeuropejski i trochę bardziej uczciwy. A zobaczyliśmy pustego cynika – stwierdziła bez ogródek. Surowo oceniła też roztaczane przez Morawieckiego hurraoptymistyczne wizje obecnej sytuacji w kraju: – „Afera za aferą, protest rolników, chaos w szkołach, zdenerwowanie rodziców i szykowany protest nauczycieli, strajk pracowników sądowych, podwyżki cen energii, paliwa, żywności, kolejki do lekarzy… Gdzie jest super? U premiera i jego kolegów. Tak, oni mają super” – dodała.

W odniesieniu do Roberta Biedronia określiła niebezpieczeństwa związane z jego projektem politycznym. Przestrzegła przed błędami, charakterystycznymi dla każdej partii liderskiej.  – Jedną osobę zawsze łatwiej zniszczyć. Wiele projektów powstawało na fali poparcia dla konkretnej osoby i wiary, że ta osoba pokaże, jak zmienić świat, ale one szybko się kończą i wypalają. To nie jest metoda budowania polityki, która powinna być budowana na wartościach, a nie osobowościach. W polityce ważne są nie tylko sympatia i fajny wizerunek, ale przede wszystkim wielkie idee oraz konkrety, czyli program – stwierdziła. Tymczasem Biedroń, jak zauważyła, sprzedaje koszulki ze swoim wizerunkiem. – „Jedni cenią w polityce skromność, inni wręcz przeciwnie. Ten projekt polityczny budowany jest tylko wokół Roberta, z pokazaniem liderskiego ego” – powiedziała.

Polityczka zwraca też uwagę na widoczną, jej zdaniem strategię Roberta Biedronia. – „Byłoby świetnie, gdyby zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Owszem, ma do tego prawo, ale trzeba też mieć świadomość konsekwencji, jakie taka decyzja może za sobą pociągnąć” – podkreśliła Nowacka. Jej zdaniem, to eurowybory pokażą, czy „ludzie kupią kolejny niby oddolny ruch budowany przez jednostkę”.

W kwestii najbliższych zadań Nowacka zapowiedziała, że od 6 stycznia ruszy nowa akcja dotycząca rozdziału Kościoła od państwa. – „Będziemy zbierać podpisy pod projektem [sejmowym – red.], likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół” – stwierdziła. Jakie są jego założenia? Chodzi o to, by znieść finansowanie religii w szkołach oraz zakazać łączenia uroczystości państwowych z religijnymi. Zdaniem Nowackiej „Kościół poczuł się jak w swoim państwie, a nie w państwie, w którym są także osoby niewierzące czy zwyczajnie myślące inaczej, niż doktryny wiary. Próbuje dyktować warunki, narzucać projekty ustaw, uderza w kobiety, domaga się większej ochrony i więcej pieniędzy na biznesy pana Tadeusza Rydzyka” – oceniła dobitnie.

Barbara Nowacka ma świadomopść, o co teraz toczy się gra. PiS pozostawione u władzy – to demolka Polski.

Depresja plemnika

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani…

View original post 5 567 słów więcej

Rydzyka nie chcą w Kanadzie, bo sieje nienawiść i wyciąga łapy po szmal

„W Kanadzie jesteśmy otwarci na tematy wiary, wolności osobistych i praw człowieka, jednak ta wymiana poglądów musi być pełna szacunku i obejmująca wszystkich. Niestety, komentarze ojca Rydzyka i jego gości radiowych często mają oparcie w nietolerancji. Moim zdaniem, w niektórych przypadkach wyraźnie przechodzą w mowę nienawiści” – stwierdził w rozmowie z onet.pl Thomas Lukaszuk, były wicepremier kanadyjskiej prowincji Alberta. Ten pochodzący z Polski polityk i biznesmen od wielu lat angażuje się w działania na rzecz praw człowieka i walczy o lepszy los emigrantów.

Więcej >>>

Kilka miesięcy temu, kiedy Tadeusz Rydzyk wizytował kanadyjskie miasta, Lukaszuk głośno przeciw temu protestował. Prosił biskupa Calgary, aby zapoznał się z życiorysem redemptorysty i rozważył, czy tego typu duszpasterz jest odpowiednim gościem. Zdaniem Lukaszuka, Polonia kanadyjska to jedno z ważnych źródeł finansowania przedsięwzięć Rydzyka.

Niedawno po przeczytaniu cytowanej w mediach Rydzyka wypowiedzi europosła z listy PiS Marka Jurka, który stwierdził, że Kanada stoi na czele rewolucji przeciwko rodzinie, wierze i wychowaniu chrześcijańskiemu, Lukaszuk postanowił zintensyfikować wysiłki, które zaowocowałyby zakazem wjazdu dla redemptorysty. – „Przekazałem cytaty ojca Rydzyka oraz niektórych gości Radia Maryja kanadyjskiemu ministerstwu spraw zagranicznych, a także kilku organizacjom zajmującym się mową i aktami nienawiści” – powiedział Onetowi Thomas Lukaszuk. Wprawdzie Kanada zniosła wizy dla Polaków w 2008 r., ale w niektórych przypadkach władze mogą odmówić wjazdu do tego kraju.

Rydzyka nie chcą w Kanadzie – i słusznie. To potwór, który sieje nienawiść i wyciąga lepkie łapy po szmal.

Depresja plemnika

Uwierzycie? Teraz przebrali się z narodowych w pelerynki europejskie. Polska PiS jako bijące serce Europy. To propagandowy bubel trzylecia.

View original post 2 107 słów więcej

Lenin Kaczyńskiego by się nie powstydził. Kadry przede wszystkim. Kucharka premierem? Już była – Szydło

Elementy układu personalnego w banku centralnym i KNF, odsłaniane przez media, trudno nazwać banalnymi. Głównie z racji frapujących kompetencji. Pisaliśmy niedawno o Kamili Sukiennik, „modelki od rajstop”, a obecnej zastępczyni dyrektora gabinetu prezesa Adama Glapińskiego. Teraz zrobiło się głośno o kolejnych dwóch paniach.

Jak czytamy w „Wyborczej”, do redakcji gazety zgłosili się informatorzy w sprawie układu towarzysko-politycznego, jaki wytworzył się w NBP po mianowaniu w czerwcu 2016 r. na prezesa Adama Glapińskiego. Twierdzą oni, że najbliższymi osobami Glapińskiego w banku centralnym – oprócz wspomnianej Kamili Sukiennik – jest Martyna Wojciechowska (nie mylić ze znaną dziennikarką i podróżniczką).

Wojciechowska jest byłą radną PiS sejmiku mazowieckiego (zrzekła się mandatu w maju 2018 r.). W NBP pracuje od 11 lat, gdy rządzący po raz pierwszy PiS desygnował na prezesa Sławomira Skrzypka. W 2016 r. awansowała na stanowisko dyrektora Departamentu Komunikacji i Promocji NBP, a jej roczne dochody poszybowały aż do kwoty 392 tys. zł. Za czasów Glapińskiego Wojciechowska znalazła się w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego jako przedstawicielka prezesa NBP.

To jednak nie koniec powiązań rodzinnych. W sektorze państwowym dostała również pracę młodsza siostra Wojciechowskiej, Daria Wojciechowska-Bujno. Zasiadła bowiem w Komisji Nadzoru Finansowego kierowanej do niedawna przez Marka Chrzanowskiego. Gdy PiS doszedł do władzy, Wojciechowska-Bujno zasiadła w gabinecie politycznym minister edukacji Anny Zalewskiej. W 2016 r., tuż po objęciu urzędu przez Chrzanowskiego, została zaś dyrektorem jego gabinetu. Jakie są jej kompetencje? Ukończyła wprawdzie m.in. studia na wydziale dziennikarskim na Uniwersytecie Warszawskim, ale – jeśli chodzi o doświadczenie – dotychczas pracowała jako przedszkolanka oraz w firmie reklamowej. Warto dodać, że mąż Wojciechowskiej-Bujno pracuje w firmie Rochstar organizującej imprezy na zlecenia różnych instytucji. Klientem jego firmy jest także … NBP.

NBP do dziś nie udzieliło odpowiedzi na pytania o kwalifikacje Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik.

„Nie cofniemy się ani o krok!”

Depresja plemnika

Krótko mówiąc: na froncie walki o sądy Nowogrodzka zarządziła odwrót.

Skąd ten zwrot w tył?

To może zaskakiwać, bo Partia Jarosława Kaczyńskiego cofa się bardzo rzadko. Jest przekonana, że samodzielna większość w Sejmie daje jej absolutne prawo, do kształtowania polskiej rzeczywistości. Zdarzało się już jednak w przeszłości, że PiS napotykał na tak wielki opór, że niezależnie od sejmowej arytmetyki musiał ustąpić.

Mimo nacisku części własnego zaplecza, obóz rządzący nie odważył się wprowadzić przepisów jeszcze bardziej utrudniających polskim kobietom dostęp do legalnej aborcji. Do zatrzymania się zmusiła PiS bezprecedensowa mobilizacja kobiet w całej Polsce. Ich protesty pokazały, że w Polsce nie ma społecznej zgody na dalsze zaostrzanie przepisów regulujących warunki przerywania ciąży. Kaczyński zrozumiał, że jeśli spróbuje ograniczyć wolność kobiet w tym zakresie, to słono za to zapłaci przy urnie wyborczej.

Także kwestii ustawy o IPN PiS zmienił stanowisko o 180 stopni. Zmianę wymusiło zderzenie się ze ścianą na…

View original post 2 293 słowa więcej

TSUE stosuje tryb przyspieszony w sprawie skargi KE na pisowską ustawę o SN

Tak zdecydował prezes Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu Koen Lenaerts. To oznacza, że skarga Komisji zostanie rozpatrzona w ciągu kilku miesięcy. Zazwyczaj prace nad skargami KE trwają przeciętnie prawie dwa lata.

Przypomnijmy, że Komisja w złożonej przez siebie skardze pisała, że pisowska ustawa o Sądzie Najwyższym, odsyłająca część sędziów w stan spoczynku, łamie unijne prawo. Dwa tygodnie temu Trybunał Sprawiedliwości UE zdecydował o zastosowaniu tzw. środków tymczasowych i zawieszeniu stosowania ustawy o SN.

16 listopada odbędzie się wysłuchanie stron. Rozprawa – ze względu na wagę sprawy – odbędzie się przed Wielką Izbą Trybunału. W jej skład wchodzi 15 sędziów, w tym prezes i wiceprezes. Ze sprawy wyłączył się polski sędzia TSUE prof. Marek Safjan.

Po wysłuchaniu obu stron – Polski i Komisji – unijny Trybunał wyda ostateczne orzeczenie w sprawie środków tymczasowych, od którego nie będzie odwołania. Za jego złamanie grożą kary finansowe.

Zniewolony nienawiścią umysł PiS

Odrażający spot, jakim Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich dniach przed ciszą wyborczą chciał zmobilizować swój najtwardszy elektorat może zaprowadzić szefostwo sztabu wyborczego przed oblicze Temidy. Trwający minutę filmik, w którym przypomniano słowa polityków Platformy Obywatelskiej oraz części samorządowców o przyjmowaniu uciekających z terenów objętych działaniami wojennymi uchodźców powiązane z wizją 2020 roku, gdy krwiożerczy uchodźcy będą terroryzować lokalne społeczności nie wywołał spodziewanego efektu – wyborcy centrowi wyrazili masowe oburzenie uciekaniem się do antyuchodźczej retoryki i straszenia wizją wykrzywionej rzeczywistości, a środowiska narodowe wytknęły rządzącym niebywałą hipokryzję, przypominając że wbrew temu co mówi rząd Prawa i Sprawiedliwości, Polska otworzyła granicę na napływających w dużej ilości imigrantów z Bliskiego Wschodu czy Azji. 

Dziś natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich poinformował, że wystąpił do prokuratury o wszczęcie śledztwa ws. spotu wyborczego PiS mającego – w jego ocenie – “jednoznacznie antyuchodźczy i antymuzułmański charakter”. Zdaniem Adama Bodnara spot wymaga analizy pod kątem przestępstwa nawoływania do nienawiści.

“W ocenie RPO film ten, zgodnie z zamierzeniem autorów, miał przedstawić społeczność migrantów, a przede wszystkim uchodźców pochodzących z krajów arabskich i wyznających religię muzułmańską w negatywnym świetle i zmierzał do wywołania u odbiorców lęku oraz niechęci wobec tej społeczności” – zaznaczono w komunikacie RPO.

Bodnar nie miał zatem innego wyjścia jak skierować do Prokuratora Okręgowego w Warszawie wniosek o wszczęcie z urzędu postępowania w kierunku ustalenia, czy spot nie miał na celu wzbudzenia wśród odbiorców nienawiści lub innych silnych negatywnych emocji wobec migrantów, uchodźców, osób pochodzenia arabskiego i wyznawców islamu, a tym samym czy nie doszło do popełnienia przestępstwa publicznego nawoływania do nienawiści ze względu na pochodzenie narodowe, etniczne lub wyznanie. W komunikacie możemy też przeczytać, że w przypadku takiego wniosku prokuratura ma obowiązek wszcząć postępowanie niezwłocznie.

Co ciekawe, w Prawie i Sprawiedliwości dziś nie ma odważnych, którzy przyznaliby się do poparcia emisji tego skandalicznego spotu, ani do wyjaśnienia motywów, jakie kierowały twórcami. Wicepremier Gowin przyznał, że się go wstydził (oczywiście deklaracja padła już po wyborach), a pani minister od uchodźców Beata Kempa wyraźnie bała się publicznie wyrazić zdanie w tej sprawie, co skrzętnie wykorzystała wczoraj Monika Olejnik w Kropce nad i.

Podejrzenie naruszenia przepisu art. 256 kodeksu karnego wydaje się uzasadnione, a ukaranie pomysłodawców powinno być normą w państwie demokratycznym, uznającym europejskie wartości. Niestety, biorąc pod uwagę ostatnie trzy lata, najbardziej prawdopodobne jest wykonanie nieprawdopodobnego szpagatu podległych Zbigniewowi Ziobrze prokuratorów, by udowodnić, że spot wcale nie był tym, co wszyscy jego odbiorcy widzieli.

— NOWE PSL ODPORNE NA MIŁOŚĆ PIS – Agata Kondzińska i Iwona Szpala w GW: “Ile ugra PSL – nie wiadomo. Poza mikrofonem politycy PO mają żal do ludowców, że nie umieli rozhuśtać nastrojów w terenie. – Nie chcieli być twardym anty-PiS-em, choć im to doradzaliśmy. Jaka była ich kampania? Pokazuje to wynik– niecałe 13 proc. W porównaniu do tego, co mieli, dostali zwyczajnie łomot od PiS – mówi ważny polityk PO. Ale PSL ma odpowiedź: bez ludowców obóz Kaczyńskiego miałby 40 proc. poparcia. Dariusz Klimczak, wiceszef PSL: – Jesteśmy odporni na miłość, którą nagle obdarzył nas PiS. Pluli na nas, kłamali, szkalowali, atakowali, tego „nowe PSL” nie zapomina”. wyborcza.pl >>>

— SYLWESTER RUSZKIEWICZ W WP O ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA SPOT PIS O UCHODŹCACH: “Jak wynika z informacji Wirtualnej Polski, pomysłodawcami spotu wyborczego o uchodźcach są ludzie związani z firmą Solvere – tą, samą, która ma na swoim koncie kampanię Sprawiedliwe Sądy. To właśnie spot o imigrantach miał przyczynić się do słabszego wyniku wyborczego PiS. (…) Informację o udziale tych osób potwierdziliśmy w źródłach związanych z kierownictwem PiS. A także w rozmowach z osobami z Kancelarii Premiera. Oni również uważają, że spot był największym błędem tej kampanii.– Kierownictwo PiS uważa, że przez ten spot partia straciła władzę w 2-3 sejmikach. I dostała o kilka procent mniej w skali całego kraju. Jednak najbardziej bolesna była porażka Patryka Jakiego w pierwszej turze. To była pokazowa kampania, wszyscy w PiS byli przekonani, że Jaki wejdzie do drugiej tury. Spot zmobilizował mieszkańców Warszawy, żeby zagłosować na Rafała Trzaskowskiego – mówi nam nasz informator, członek sztabu wyborczego PiS”.
wp.pl >>>

— WŁADYSŁAW FRASYNIUK O BEZPARTYJNYCH SAMORZĄDOWCACH – MENTALNOŚĆ KACYKÓW – mówi w rozmowie z Jackiem Harłukowiczem: “To nic innego, jak mentalność lokalnych kacyków, odwzorowująca myślenie kacyków krajowych. Czas powiedzieć głośno: ktoś ponosi za to odpowiedzialność”.

— ZDANIEM FRASYNIUKA ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA EWENTUALNE PRZEJĘCIE SEJMIKU DOLNEGO ŚLĄSKA SPOCZYWA NA SCHETYNIE: “Grzegorz Schetyna. To przecież on osobiście poniósł porażkę, nie tylko w swoim własnym regionie, ale i w mateczniku Platformy Obywatelskiej. A zrobił to właśnie przez zajmowanie się własnymi partykularnymi interesami. W polityce jest taka zasada, że nie ma rzeczy, których nie dałoby się spieprzyć. I przewodniczący Platformy jest tego przykładem. (…) Gdyby Schetyna dołączył Platformę do koalicji Dutkiewicza, gdyby wystawili wspólną listę sejmikową, toby wyborów na Dolnym Śląsku nie przegrał. Mam nadzieję, że ktoś mądry pokusi się kiedyś o analizę i wyliczy, ile mandatów straciły siły prodemokratyczne w sejmiku w wyniku ambicji przewodniczącego PO, który z osobistej niechęci nie zgodził się nawet na start z jego list Rafała Dutkiewicza. Ewentualne zdobyte przez niego głosy na pewno dałyby Platformie kolejny mandat. Ale uznał, że to mu do niczego niepotrzebne. Dramat”.

— SCHETYNA NIE WZBUDZA ZAUFANIA – DALEJ FRASYNIUK U HARŁUKOWICZA: “Przy tak ogromnym negatywnym elektoracie, jaki ma Grzegorz Schetyna, nie ma takich pieniędzy, które pozwoliłyby mu wygrywać. I jeśli chce trwać, to powinien choć uczyć się od prezesa Kaczyńskiego, że na czas wyborów musi się chować. Wybory potrzebują lidera, który wzbudza zaufanie. Schetyna nie wzbudza. Za kilka miesięcy czeka go kolejny sprawdzian – wybory do Parlamentu Europejskiego. Nasza strona musi wystawić w nich wspólną, proeuropejską listę ludzi, którzy zapobiegną wyprowadzeniu Polski z UE. A potem, dalej razem, odbiorą PiS-owi władzę nad Polską. I tak jak mówiłem, że w polityce nie ma rzeczy, której nie dałoby się spieprzyć, tak nie ma też takiej, której nie dałoby się poprawić”.
wroclaw.wyborcza.pl >>>

— SŁAWOMIR SIERAKOWSKI W ZAUWAŻA ROLĘ SCHETYNY: “Zamiast tego są spektakularne zwycięstwa w największych miastach (więcej wygranych w pierwszych rundach niż cztery lata temu) i obrona pozycji w większości Polski przed partią rządzącą, która rzuciła wszystkie siły, w tym media publiczne, cały rząd i obiecywała cuda wszystkim. To nie była równa walka, a jednak Koalicja Obywatelska i PSL razem wygrywają z PiS. Warto więc przynajmniej zauważyć obok Trzaskowskiego, Zdanowskiej, Jaśkowiaka i innych, także odpowiedzialnego za całość Schetynę”.

 SIERAKOWSKI ODBIJA ARGUMENTY O BRAKU CHARYZMY SCHETYNY: “A co ze słynnym brakiem charyzmy u Schetyny? Przecież bez tego nie pojedziesz w polityce. Prawda jest taka, że nic tak dobrze nie robi na charyzmę jak procenty wyborcze. Masz sukces, to masz charyzmę, a nie odwrotnie. Charyzmy nie miał Miller, a jak zaczął zwyciężać zaczęto do niego mówić „kanclerz” z podziwem i obawą. Zanim Tusk zaczął wzbudzać powszechne zachwyty, był chłopcem w krótkich spodenkach, leniuchem i autorem książek o urokach Gdańska”.
onet.pl >>>

>>>

Do oksymoronu – PiS i demokracja – należy dorzucić nienawiść do wolnej Polski i Polaków. Takie ich zniewolenie umysłu, świetnie opisane przez Czesława Miłosza.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Oddajcie demokrację Polakom – tak można interpretować słowa prezesa unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Nieprzypadkowo prezes Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Koen Lenaerts sformułował pod adresem Polski (ciągle trzeba podkreślać przymiotnikiem: pisowskiej) kategoryczne ostrzeżenie: – „Państwo, które nie jest gotowe do dalszego podporządkowywania się orzeczeniom TSUE, wpisuje się w proces podobny do brexitowego, w proces wyjścia. To decyzja o tym, czy być, czy nie być w UE”.

Hamlet z czaszką Yoricka wypowiada najsłynniejszy dylemat: „być albo nie być”. Tą czaszką jest Polska, są aspiracje cywilizacyjne Polaków.

Prezes Koen Lenaerts odbiera niepokojące sygnały z Warszawy, która zwleka z podporządkowaniem się decyzji TSUE o zawieszeniu czystki emerytalnej w Sądzie Najwyższym. „Orły” w Polsce, jak Jarosław Gowin, nawet wyrażają się na temat negocjowania z TSUE. Ależ Trybunał nie jest stroną, wydaje postanowienia, jak wszystkie sądy na świecie, które są niezależne. Prezes Kaczyński nawet zapowiedział odwołanie się. Do kogo? Nie ma w tym wypadku…

View original post 1 266 słów więcej

Beata Kempa powstała ze skamieliny i w nią się obróci. Skamienienie rozumu

Beata Kempa nie tylko tym, że nosi to samo imię, przypomina obecną wicepremier Szydło. Obydwie zajmują się w rządzie działalnością, której efektów jakoś nie widać. Szydło stoi na czele Komitetu Społecznego Rady Ministrów, a Kempa jest odpowiedzialna za sprawy dotyczące pomocy humanitarnej.

W związku z tą funkcją została w TVN24 zapytana o zdanie na temat obrzydliwego spotu PiS o uchodźcach. Monika Olejnik czterokrotnie powtórzyła pytanie: – „Dlaczego zrobiliście taki antychrześcijański spot?”. Kempa wiła się jak piskorz i uciekała od odpowiedzi. Zamiast ustosunkować się do skandalicznego pisowskiego filmiku mówiła np. o Patryku Jakim. Według Kempy, dzięki niemu PiS „wybory wygrał i poszerzył swój elektorat”.

Do końca programu nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi, czy potępia wyprodukowanie takiego spotu. – „Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, co dzieje się na terenie wielu krajów, które przyjęły imigrantów ekonomicznych, to jest tak straszne, że ja sobie nie wyobrażam, żebym ja, czy nasze dzieci były zagrożone na ulicach” – powiedziała Kempa. Zważywszy na treść nagrania, w którym PiS straszył zalewem uchodźców w polskich miastach, można by tę odpowiedź Kempy uznać za aprobatę spotu.

Za to podczas programu Kempa pobiła chyba rekord w zwracaniu się do prowadzącej: „Jeśli pani pozwoli”. Nie umknęło to uwadze internautów. Jeden z nich zaproponował: – „100 razy ,,Jeśli pani pozwoli” na 100-lecie niepodległości. Kempa „miszcz”.

„O wartości powinniśmy bić się do końca. W naszym przypadku chodzi o niezawisłość i niezależność sędziowską. Każdy biłby się, gdyby ktoś zabierał ważne dla niego wartości. Każdy też się boi. Mogę stroszyć piórka, ale to byłoby obłudne. Nie mogę zagwarantować, że nie będą trzęsły mi się ręce, ale psychicznie jestem zdeterminowany, by do końca być z ludźmi wolnymi” – mówił na spotkaniu w krakowskim klubie Pod Jaszczurami sędzia Igor Tuleya. Zatytułowano je „To brzydkie słowo na K”.

Jak powiedział Tuleya, za jedno z nich, czyli „Konstytucję”, można dostać w twarz. Zapytany, czy nie obawia się, że jego też może to spotkać, odpowiedział: – „Jestem zwykłym obywatelem, poruszam się tramwajem. Reakcje ludzi są różne. Przejawy sympatii z objawami niechęci występują wobec mnie w proporcji fifty-fifty. Natężenie tych ataków rośnie – od kilku miesięcy moi interlokutorzy mają ochotę na dłuższe pogawędki, kierują w moją stronę stek wyzwisk. One nie mają związku ze sprawami kryminalnymi, w których orzekam”.

Tuleya odniósł się też do sprawy sędziego Arkadiusza Krupy, który założył togę na symulowanej rozprawie prowadzonej na festiwalu w Kostrzynie nad Odrą i musi się teraz tłumaczyć przed rzecznikiem dyscyplinarnym. Pisaliśmy o tym w artykule „Dyscyplinarka dla sędziego za udział w festiwalu Owsiaka?”. – „Symulacje procesów są zwykłym elementem edukacji prawniczej. Przeprowadzam je w Warszawie nie tylko dla najmłodszych, ale także dla dorosłych w ramach „Nocy Muzeów”. Sam zresztą byłem na festiwalu Pol’and’Rock i nie ma do czego się przyczepić” – powiedział Igor Tuleya. Jednak wydaje się, że rzecznik dyscyplinarny jest odmiennego zdania…

Przekaz ma podany na tacy: nie można dopuścić do sytuacji, w której lewicowi wyborcy, po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu, pójdą głosować na centrum i centroprawicę.

Przez ostatnie trzy lata każde polityczne wydarzenie było zawsze wpasowywane w jedną z dominujących narracji. Po stronie opozycyjnej najsilniejsza opowiadała o realizującym węgierski scenariusz „marszu po pełnię władzy” PiS-ie. A ta słabsza – o gangu Olsena, który w pogoni za stanowiskami i pragnieniem zemsty na PO niszczy struktury państwa i naraża nas na poważne ryzyko. Po stronie obozu władzy dominowała narracja o silnej partii naprawiającej zniszczony w minionym ćwierćwieczu kraj. A mniejszościowa upierała się, że można byłoby zrobić znacznie więcej, gdyby od razu łamać opozycji kości, czyścić wszystko do bólu, przywracać sprawiedliwość i porządek. Ta mniejszościowa skupiała się przy każdym zakręcie na dywersji we własnych szeregach, odsądzała od czci i wiary polityków wypowiadających koncyliacyjne słowa, godzących się na ustępstwa.

Godzinę po ogłoszeniu wyników samorządowego exit poll w polskich mediach można było usłyszeć wszystkie cztery wymienione wyżej narracje. I z rozbawieniem przyglądać się próbom wpasowania w nie wyników wyborczych. „Obroniliśmy miasta”, „zablokowaliśmy autorytaryzm” – z jednej strony, a „potwierdziliśmy słuszność polityki”, „wygraliśmy kolejne wybory – idziemy po więcej” – z drugiej. Prawicowa opinia z satysfakcją kwitowała każdy „odbity sejmik”, po wielogodzinnym poście wypełnionym podawaniem kolejnych wyników w miastach. Prawie zawsze dla PiS niekorzystnych. Ale jedno było pewne: wynik wyborów nie był na tyle wyrazisty, by unicestwić którąś z dominujących po jednej lub drugiej stronie wyników opowieści.

Po części dlatego wyniki samorządowe są ze swej natury bardziej złożone od parlamentarnych i nie da się równie łatwo wskazać zwycięzcy. Jeżeli jednak przyjmiemy, że najważniejsze znaczenie mają duże miasta i sejmiki, to można śmiało powiedzieć, że w jednym i drugim wymiarze opozycja parlamentarna ma zdecydowaną przewagę. Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na wygraną tylko w jednym z 10 największych miast – Krakowie, a największym sukcesem w pierwszej turze jest zwycięstwo popieranego przez PiS urzędującego prezydenta Katowic Marcina Krupy.

Gdy chodzi o sejmiki, można uznać, że sondaże przez ostatni rok wskazywały raczej na perspektywę remisu, czyli na przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego ośmiu województw. W chwili, gdy piszę ten tekst, nie jest znany jeszcze układ sił w kilku sejmikach, niejasne jest też stanowisko Bezpartyjnych Samorządowców, ale należy uznać, że – inaczej niż w dużych miastach – w województwach sytuacja będzie bliska remisu. Także dlatego, że w trakcie kadencji sejmikowych możliwe są transfery „obrażonych” lub „skuszonych” radnych. W województwie śląskim (o ile potwierdzą się prowizoryczne wyniki) – może to być nawet decyzja jednej tylko osoby.

Z punktu widzenia ogólnopolskiej rywalizacji wydarzyły się jeszcze trzy istotne rzeczy. Po pierwsze, Koalicji Obywatelskiej udało się zmobilizować do udziału w wyborach mieszkańców dużych miast. Dało jej to bardzo dobre wyniki w Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, a zarazem zmieniło ukształtowane od lat wzory frekwencyjne. Powiedzmy tylko, że udział w wyborach wzrósł z 47 do 67 proc. w Warszawie, z 42 do 57 proc. w Krakowie i z 38 do 58 proc. w Łodzi. Ta mobilizacja jest – jak sądzę – nie tylko efektem skutecznej kampanii opozycji, ale też reakcją na zachowania partii rządzącej. Jeżeli utrzyma się w wyborach parlamentarnych – może przynieść efekty większe niż w sejmikowych. Dziś wystarczyła do tego, by przełamać fatalizm, w który popadła część zwolenników opozycji w latach 2016-2017 widząc jej bezradność w rywalizacji z obozem władzy.

Drugi element to fakt, że PSL obronił istotną część stanu posiadania na wsi. Wiele sondaży przeprowadzanych po 2015 roku wskazywało na to, że znacząca część wyborców mieszkających w gminach wiejskich i małych miasteczkach przesunęła swoje poparcie na PiS. Partia Kosiniaka-Kamysza stała się obiektem najsilniejszego ataku ze strony rządzących i wspierających ich mediów. W tej sytuacji dwucyfrowy wynik i utrzymanie się w zarządach części choćby województw musiał oznaczać sukces. Przetrwanie najtrudniejszej próby. Oczywiście PSL straci wpływy w kilku istotnych regionach. Będzie miał mniej narzędzi budowania swoich wpływów niż w kadencji 2014-2018, zapewne także na słabo widocznym z perspektywy centrum poziomie powiatów. Ale tę grę przeżył i zachował siły do następnej, nie mniej trudnej.

Nie podzielił też losu lewicy. Tej „starej”, postkomunistycznej i tej „młodej” spod sztandarów Razem i Zielonych. Wynik tych ugrupowań to trzeci istotny ogólnopolski skutek wyborów lokalnych i regionalnych. SLD udało się zdobyć miejsca sejmikowe, zachować fotele prezydentów w kilku ważnych miastach. Ale nie udało się na serio wrócić do gry, zdyskontować skoku poparcia widocznego przez cały obecny rok. Chcę powiedzieć wyraźnie – to nie jest klęska, ale raczej niewykorzystana okazja. To atut, który wypadł Włodzimierzowi Czarzastemu z ręki na chwilę przed trudną rozgrywką z Robertem Biedroniem. Gdyby SLD dostało poparcie na poziomie PSL, mogłoby rozmawiać o kształcie lewicowych list do Parlamentu Europejskiego, a potem Sejmu z pozycji siły. W tej sytuacji pozostawiło spore pole działania byłemu prezydentowi Słupska.

Powrót do ogólnopolskiej polityki ułatwia mu także wynik Partii Razem. To pierwsza weryfikacja jej siły po trzech latach od sukcesu w wyborach sejmowych. Sukcesu, który nie dał jej mandatów, ale elementarną rozpoznawalność, uczynił tematem rozmów i przedmiotem politycznych kalkulacji. Wynik nie jest rozczarowaniem. Takiego poparcia można było się spodziewać, znając realia kampanii sejmikowej, która nie toczy się w mediach, ale w „terenie”. W której atutami jest „zasiedzenie” w lokalnych wspólnotach i dostęp do zasobów atrakcyjnych dla elit gminnych i powiatowych. Tyle tylko, że kierownictwo Razem to wszystko wiedziało. A mimo to uznało, że nie może sobie pozwolić na nieobecność w tej przegranej z góry grze. Warto było zachować się niekonwencjonalnie – wystawić najlepszych swoich polityków do wyborów prezydenckich, a szerokie listy do rad miast. Z intencją możliwie silniejszego zaistnienia w tym spektaklu, który do mediów się dostał, który był przez nie relacjonowany. I warto było zbudować podstawy personalnej rozpoznawalności liderów (wielu liderów) przed obiema kampaniami 2019 roku.

Wynik SLD i Partii Razem, a także Partii Zielonych, dał solidny polityczny mandat inicjatywie Biedronia. Może on startować w warunkach najgłębszego kryzysu politycznego lewicy z bardzo jasnym przesłaniem. Nie można dopuścić do sytuacji, w której wyborcy tej formacji po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu pójdą głosować na koalicję partii centrowych i centroprawicowych. W wyborach europejskich ten argument będzie brzmiał racjonalnie, a siła przedsięwzięcia będzie mogła być w sposób „bezpieczny” dla potencjalnych wyborców Biedronia przetestowana.

Wybory samorządowe to jednak nie tylko przygrywka do tych ogólnopolskich. Choć umyka to komentatorom ogólnopolskich mediów – zostaniemy z wybranymi jesienią tego roku prezydentami, burmistrzami i wójtami przez następne pięć lat. I będziemy ofiarami lub beneficjentami nie ich przynależności partyjnych, ale w znacznej mierze ich osobistych talentów i umiejętności. Szkoda mi wielu znakomitych kandydatów, których szanse w 2018 roku zostały zredukowane do zera przez wielki, ogólnopolski konflikt. Zwłaszcza, że stanowisko burmistrza czy prezydenta jest w zasadzie jedynym, w którym ambitni i samodzielni politycy mogą jeszcze z pożytkiem dla nas funkcjonować. Partie, a zatem poziom ogólnopolski i regionalny raczej tego typu osobowości eliminują.

Wszystko wskazuje na to, że poddane partyjnej rywalizacji sejmiki w tej kadencji będą politycznie ciekawsze, ale być może mniej stabilne. Nie tylko ze względu na gry koalicyjne, ale także na personalne konflikty wewnątrz partii. Jeżeli zarządy województw kierowanych przez PiS będą zmieniać się tak często jak władze kontrolowanych przez tę formację spółek skarbu państwa, to politycznych atrakcji nie zabraknie. Tak czy inaczej za kilka tygodni – po ukształtowaniu się zarządów województw – samorząd zejdzie z pierwszego planu ustępując miejsca grze przed wyborami europejskimi, które zweryfikują plan. A główne partie mają kilka tygodni na przepracowanie swoich narracji i opisanie sensu rywalizacji w nieco inny niż przez ostatnie trzy lata sposób.

Rezerwuar ciemnoty PiS jest nieprzebrany. Sezam ciemnoty, bo jeszcze Szydło, Kempa i inne „skarbnice” mądrości.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Polsce pisowskiej bliżej do Białorusi niż do Brukseli.

Występy Andrzeja Dudy w Niemczech są nie do uratowania. Po pierwsze przemówienie prezydenta miało źle rozłożone akcenty o wadze Polski w Unii Europejskiej, bo stawianie naszego kraju w roli Chrystusa narodów – a tak należy rozumieć retorykę o niechęci Polski do poddawaniu się dyktatowi mocarstw – mogło być dobre w czasach rozbiorów, braku suwerenności, a nie dzisiaj. Zresztą w tamtych trudnych czasach zdawali egzamin z historii Piłsudscy i Wałęsowie, a nie postaci pokroju Dudy czy Kaczyńskiego.

Co chciał Duda przez to powiedzieć? Czyżby Bruksela bądź Berlin narzucali dyktat? Czyżby dyktatem miało być przestrzeganie demokracji i konstytucji swego kraju? Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zwrócił Dudzie uwagę, iż w Brukseli waga Cypru i Polski jest taka sama, te kraje mają po jednym głosie w Radzie Europejskiej.

Duda kompletnie się wówczas rozsypał, sięgnął po typ argumentu, który podsunął mu już w…

View original post 1 353 słowa więcej