Archiwa tagu: Łukasz Lipiński

Schetyna, Platforma i opozycja

Firma mająca około pięciu milionów długów i brak perspektywy na realne pozyskanie gotówki na pokrycie zadłużenia jest bankrutem. Można ją przejąć za symboliczną złotówkę lub dokapitalizować. W realiach politycznych dopływ funduszy od dużo większego partnera nie wchodzi w rachubę, więc pozostaje tylko zmonopolizowanie rynku. Innego wyjścia nie ma i właśnie to zrobił wczoraj Grzegorz Schetyna. Dlatego lament nad tym, że doprowadza się do anihilacji zadłużonej po uszy partii jest trochę fałszywym przejawem troski. Przecież każdy marzy o koalicjancie bez zdolności kredytowej, z trudem płacącym rachunki, a w perspektywie bliższej niż dalszej mającym na głowie postępowanie komornicze.

Przecież każdy marzy o koalicjancie wystawiającym w wyborach Wojciecha Kałużę, który kilka dni po elekcji dezerteruje i doprowadza do przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość w województwie śląskim. W poniedziałkowym wydaniu Wprost można przeczytać o kłopocie, jaki Schetyna ma z Nowoczesną. Jej kandydaci w wyborach samorządowych wystawieni na pierwszych i drugich miejscach nie zdobyli mandatów. Ta frustracja jest zapewne także jednym z czynników, które doprowadziły do tak zdecydowanych ruchów przeciw Katarzynie Lubnauer.

Inną kwestią jest odpowiedź na pytanie, jak będzie wyglądała ewentualna szeroka koalicja opozycji w wyborach 2019. Oczywiście takie partie jak SLD i PSL zobaczyły wczoraj lekcję w wykonaniu Grzegorza Schetyny i teraz z dużo większą rezerwą mogą podchodzić do zawiązywania sojuszy. Sęk w tym, że oba te ugrupowania są już nadgryzane tylko z innej strony. Ludowcy dostali w wyborach samorządowych po łapkach od Prawa i Sprawiedliwości i według analizy Ludwika Dorna z uzyskanym wynikiem nie wejdą do przyszłego Sejmu. SLD Włodzimierza Czarzastego jest z kolei na wstępnym etapie tracenia elektoratu na rzecz Roberta Biedronia. Czasem można odnieść wrażenie, że liderzy tych formacji tego nie czują.

Czarzasty może odłożyć na półkę swoje wizje porozumienia z nowym bytem Biedronia, ponieważ były prezydent Słupska ich do szczęścia nie potrzebuje. Już wyjął z SLD Krzysztofa Gawkowskiego, którego zadaniował do budowy struktur terenowych. Marzeniem ściętej głowy jest to, że były wiceprzewodniczący SLD nie objedzie struktur swojego byłego ugrupowania. Władysław Kosiniak-Kamysz też zaraz zacznie utyskiwać na postępowanie Schetyny wobec Nowoczesnej, ale największy problem ma z PiS-em i telewizją pod wodzą Jacka Kurskiego, która ich niemiłosiernie atakuje.

Czarzastemu oraz Kosiniakowi-Kamyszowi może się nie podobać przysłowiowe wejście z drzwiami szefa Platformy do Nowoczesnej. Ale może warto zapytać, czy podoba im się konsumowanie ich elektoratu w białych rękawiczkach, bo z tym mamy do czynienia w przypadku PiS-u i Roberta Biedronia. Można kogoś wchłonąć przy akompaniamencie granatów hukowych oraz z przeładowaną bronią. Równie dobrze można się skradać przez dłuższy czas w ciemnej uliczce i finalne przyłożyć nóż do gardła. Obie metody różni finezja, ale efekt jest ten sam.

* * *

Jeżeli połknięcie Nowoczesnej przez Platformę miałoby wiązać się z debatą, czym dzisiaj miałaby być opozycja i demokracja, owszem – jest to do przyjęcia.

Depresja plemnika

>>>

„Jestem pod wrażeniem postawy Pana Prezydenta Wałęsy. Dzisiejsza, odważna „manifestacja”, to kolejne potwierdzenie, dlaczego został liderem Solidarności, dlaczego szanują go ludzie na całym świecie, dlaczego zapisał się w historii. Mali zawistni ludzie tego nie zniszczą” – to reakcja jednego z internautów na założenie przez Lecha Wałęsy koszulki z napisem „Konstytucja” na pogrzeb prezydenta USA Georga H.W. Busha.

Prawicowe media i portale wręcz prześcigały się w dyskredytowaniu Wałęsy.

„Noblista uczestniczy w spotkaniu najważniejszych osób na świecie, nosi na sobie koszulkę-manifest, a prawicowi dziennikarze twierdzą, że nikt z Nim nie zamieni słowa. A dzięki temu manifestowi o łamaniu przez PiS Konstytucji napiszą jutro wszyscy. I to tych dziennikarzy boli” – skomentował na Twitterze prof. Marcin Matczak.

Lech Wałęsa na swoim profilu na Twitterze umieścił zdjęcia, na których widać, jak po uroczystości, witają się z nim Hillary i Bill Clintonowie oraz Barack Obama. – „A czy Andrzej Duda może pochwalić się takimi…

View original post 2 170 słów więcej

Reklamy

112 afer PiS

Tutaj spis afer PiS >>>

Prezydent buduje nową służbę, „łącznościowców” – informuje „Gazeta Polska Codziennie”. Koszt jej stworzenia oceniono na 1,5 miliona złotych.

W przyszłym roku, z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy, ma powstać nowa służba. Jak opisuje „Gazeta Polska Codziennie”, będą to łącznościowcy, mający zapewnić komunikację na linii Pałac Prezydencki – najważniejsze instytucje w kraju.

Koszt budowy nowej służby wyceniono na 1,5 mln zł. To kwota, dzięki której głowa państwa będzie miała „stałą i efektywną” łączność z innymi ośrodkami.

„To nie będzie żaden nasłuch, żadna służba specjalna czy wywiad prezydenta. Nigdy nie było takiego pomysłu. (…). To będą łącznościowcy” – wskazywał Dariusz Gwizdała, wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Ponieważ nowa służba ma odpowiadać za komunikację, pojawiło się pytanie, czy w takim razie obecnie Andrzej Duda ma problemy z porozumiewaniem się z innymi ośrodkami władzy. Gwizdała w rozmowie z „GPC” skwitował jedynie: „Obecnie jest to w inny sposób rozwiązywane”.

3 lata PiS ściga polityków Platformy i zero. Nic. Za to doczekaliśmy się 112+ afer PiS.

Depresja plemnika

W ostatnich tygodniach PiS musiał się mierzyć z serią problemów: porażką wyborczą w miastach, aferą korupcyjną w Komisji Nadzoru Finansowegoczy kryzysem związanym z rosnącymi cenami energii. Dlatego partyjni piarowcy stwierdzili: „już dość, trzeba przejść do kontrofensywy”. Moment był ostatni z możliwych, bo za chwilę Polacy zajmą się przygotowaniami do Bożego Narodzenia i warto, żeby przy stole nie mówili tylko o aferach.

Pomysł musiał się narodzić w ostatniej chwili. Telefony do telewizji poszły dopiero w piątek po południu, ale informacje były bardzo lakoniczne. Wiadomo było tylko, że na niespodziewanie zwołanej imprezie przemówi premier i odpowie na pytania publiczności, ale program i lista mówców były trzymane w tajemnicy do samego końca.

Rekonstrukcja rządu? Przyspieszone wybory? Skutki afery

Dwie godziny propagandy

W końcu okazało się, że na konferencji z okazji trzylecia rządów PiS pod pretensjonalną nazwą „Praca dla Polski” przemówił premier, a po nim trzej wicepremierzy. Na sali siedziała dobrana publiczność i cały rząd. Morawiecki chwalił się osiągnięciami i obiecywał życie na europejskim poziomie, Beata Szydło…

View original post 3 479 słów więcej

Afera pisowskiej grupy trzymającej władzę

Leszek Czarnecki – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – twierdzi, że szef KNF oferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych. Jeden z najbogatszych Polaków tę rozmowę nagrał i poinformował o wszystkim prokuraturę.

Szef KNF, Marek Chrzanowski – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zaprosił 28 marca na spotkanie jednego z najbogatszych Polaków. Jako, że rozmowa miała być w cztery oczy, Leszek Czarnecki zabrał ze sobą dyktafon, by nagrać rozmowę. Mim, że w gabinecie włączono antypodsłuchowe urządzenia i jedna z nagrywarek Czarneckiego przestała działać, druga jednak funkcjonowała bez problemu.

Szef KNF – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zapewniał o tym, że jest życzliwy wobec banków Czarneckiego. Potem opowiadał o planach członka KNF, rekomendowanego przez prezydenta, Zdzisława Sokala. Między nami, to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie -tłumaczy. Obaj rozmówcy oceniają ten plan, jako niezgodny z prawem. Po prostu się zastanawiam, że tak powiem jaki jest cel działania drugiej strony. Bo jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież. Coś nieprawdopodobnego – twierdził w odpowiedzi Leszek Czarnecki.

Podczas rozmowy – jak pisze „Wyborcza” – szef KNF zapytał założyciela Getin Banku „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Zasugerował też, że wynagrodzenie tego prawnika, który miałby się zająć restrukturyzacją, powinno być powiązane z wynikami banków. Jak pisze „Wyborcza”, Chrzanowski miał pokazać wtedy kartkę z napisem „1 proc”. Wylądowała też wtedy na stole wizytówka radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, który przez cztery miesiące był członkiem rady nadzorczej GPW, rekomendowanym przez PKO BP.

Na koniec rozmowy Chrzanowski stwierdził, że w interesie polskiego systemu bankowego jest to, żeby ten bank [Getin Noble Bank] działałI tak, jak panu podkreśliłem, ja nie rozumiem tego, że w pewnych kręgach banki, które funkcjonują z kapitałem niemieckim, są lepiej traktowane niż banki, które funkcjonują z kapitałem polskim – miał powiedzieć szef KNF.

Po tej rozmowie Leszek Czarnecki nie spotkał się z prawnikiem, którego polecał mu jego rozmówca. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę. To mogła być prowokacja, czy dam się skorumpować – tłumaczy „Gazecie Wyborczej”. Sugeruje też, że kontrola, która weszła do jego banku dwa miesiące po rozmowie z szefem KNF, to ostrzeżenie, by wreszcie porozmawiał z radcą prawnym.

Dopiero w maju przekazuje też nagrana swojemu prawnikowi, Romanowi Giertychowi, który wysyła zawiadomienie do prokuratury w listopadzie. Dlaczego tak długo zwlekano? To była bardzo trudna decyzja. Wiem, że po tym nastąpi burza. Musiałem przygotować banki, których jestem właścicielem – podsumował.

KNF: To próba wywierania wpływu

Na artykuł zareagowała już KNF. „Urząd KNF odczytuje opisane w artykule działania p. Leszka Czarneckiego jako próbę wywierania wpływu na Komisję Nadzoru Finansowego poprzez szantaż, o czym świadczy brak niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez p. Czarneckiego w marcu br., do czego był zobowiązany w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego KNF. Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack SA
przez Idea Bank SA i potencjalnych działaniach Komisji Nadzoru Finansowego w tym zakresie. Przewodniczący KNF Marek Chrzanowski podjął kroki prawne w związku z fałszywymi oskarżeniami wysuwanymi przez p. Czarneckiego oraz w związku ze zniesławieniem mającym na celu utratę zaufania publicznego” – czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie Komisji.

Urzędnicy dodają, że podczas spotkania, Leszek Czarnecki proponował zatrudnienie byłego zastępcy szefa KNF, Filipa Świtały w roli człowieka, który miał nadzorować restrukturyzację banku. „Wobec zgłaszania tych propozycji oraz ze względu na dobro banków i bezpieczeństwo ich klientów, Przewodniczący KNF wskazał, jako jedną z możliwości, zatrudnienie p. Grzegorza Kowalczyka, posiadającego odpowiednią wiedzę i doświadczenie” – tłumaczą. KNF zapewnia też w oświadczeniu, że nie padły żadne „konkretne kwoty” dotyczące jego wynagrodzenia, nie było też „obietnic, które miałyby wiązać się z działaniami organu nadzoru wobec banków p. Czarneckiego nie pozostającymi w zgodzie  z obowiązującymi przepisami prawa oraz nieadekwatnymi do ich rzeczywistej sytuacji”.

⚠️⚠️⚠️ Zobaczcie, co zaoferował Marek , przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Getin Noble Bankowi w zamian za 40 mln zł „łapówki”.

Oczywiscie rozmowa nie byłaby kompletna bez tego typu wątków.

No to jak wezwał szefa KNF celem wyjaśnienia podejrzeń o korupcję, to ja jestem spokojny.

Jako szef banku Morawiecki „tylko” chciał skorumpować za stówkę (100 tys. zł) – z taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”.

W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć trochę po Polsce i spędzić sporo czasu na rozmowach z wyborcami. Bezcenne doświadczenie. Szczególnie gdy najświeższe obserwacje zestawia się z tymi sprzed, powiedzmy, dwóch lat. Wtedy dominowały desperacja, bezradność, a nawet poczucie beznadziei. Najczęściej padało pytanie: „jak długo to potrwa”, czasem w wersji „kiedy to się skończy”. Pytanie było w gruncie rzeczy prośbą o dodanie otuchy i o zapewnienie, że kiedyś, może nawet niedługo, „to” może się skończyć. Otóż dziś takie pytanie nie pada. Z prostego powodu. Ludzie czują, że perspektywa końca „tego” jest całkiem realna. Pytają więc, co zrobić, by ten koniec naprawdę nastąpił, a jeszcze częściej o to, jak poukładać Polskę po ewentualnym zwycięstwie. Nikt, absolutnie nikt, nie uważa, że zwycięstwo jest pewne. I jednocześnie wszyscy mają przekonanie, że jest możliwe. To zupełnie nowy przełom.

Autorytarna władza potrzebuje mitu. Najważniejszym mitem jest to, że jest niezwyciężona. Przeciwnik ma być sparaliżowany, jakby zahipnotyzowany przez gotową go ukąsić kobrę. Gdy jednak widzi on, że kobra dalej strzela jadem, ale jad nie zabija, odzyskuje poczucie mocy. Nie było większego pokazu niemocy PiS niż wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym twierdził, że „zwycięstwo PiS nie podlega żadnej dyskusji”. A już wymiar groteskowy miała sytuacja, gdy za chwilę okazało się, że nie można mu zadawać pytań. Podobny sens miałaby konferencja w sprawie niepodlegającego dyskusji fantastycznego sukcesu władzy w dziele organizacji obchodów Stulecia Niepodległości. Jasne, prezes tradycyjnie nie mówi do wszystkich Polaków, tylko do widzów TVP, którzy mają usłyszeć, że PiS wygrało. Skoro najważniejszy PKW (Prezes Kaczyński Wygrywa) ogłasza, że PiS wygrywa, to znaczy, że wygrywa. To zwycięstwo nie podlega jednak dyskusji tylko w tym sensie, że Kaczyński prawa do dyskusji oponentom odmawia. W sumie dość poruszający wyraz bezradności lidera PiS i jego podsycanej przez partyjnych współtowarzyszy wiary w magiczną moc własnych słów, które to przekonanie społeczeństwo podziela w stopniu coraz mniejszym. To słowo ciałem się nie stanie i między nami nie zamieszka.

Nie pozwolić PiS-owi na oddech, leży już na ringu, jest liczony, tak walnąć w papę, aby już się nie podniósł, aby nie hańbił imienia Polski.

Depresja plemnika

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na…

View original post 5 116 słów więcej

Duda w pocie czoła pracuje, aby stanąć przed Trybunałem Stanu. Kłamie ws. postanowień NSA

>>>

Prezydent i jego żona pojechali do Watykanu. Andrzejowi Dudzie nie udało się jednak uciec od pytań dziennikarzy, dotyczących polskiej polityki. Reporterka TVN 24 poprosiła go o komentarz do stanowiska sędziów Sądu Apelacyjnego w Krakowie. – „Wyrażamy dezaprobatę wobec działań prezydenta, który wręczył nominacje pomimo zabezpieczenia zastosowanego przez Naczelny Sąd Administracyjny” – napisali. Więcej w artykule „Krakowscy sędziowie przepowiadają Andrzejowi Dudzie Trybunał Stanu”.

„Sędziowie odnoszą się do postanowień wydanych przez NSA w sprawie, w której ja jako prezydent w ogóle nie uczestniczyłem. Ja w ogóle nie otrzymałem tych postanowień, nie byłem tam stroną” – powiedział wyraźnie zdenerwowany Duda. A ma powód do zdenerwowania, bo to nieprawda.

Jak podaje Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, do Kancelarii Prezydenta wpłynęły dokumenty, wśród których był między innymi odpis postanowienia NSA. Stało się to na dwa dni przed nominowaniem przez Dudę nowych sędziów Sądu Najwyższego. Pisma złożył adwokat Michał Jabłoński, który reprezentuje radcę prawnego z Katowic Mariusza Czarskiego. Radca nie został wybrany do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN i odwołuje się od wyników konkursu. Na złożonych w Kancelarii dokumentach widnieje pieczątka „Kancelaria Prezydenta RP. Kancelaria Główna. Wpłynęło 8 października 2018 r.”.

Konstytucjonalista prof. UW Marcin Matczak kwestionuje też słowa Dudy, że „prezydent nie jest stroną”. – „Prawomocne orzeczenie wiąże nie tylko strony i sąd, który je wydał, lecz również inne sądy organy państwowe. Czy prezydent jest organem państwowym?” – retorycznie pyta w rozmowie z „GW” prof. Matczak.

„Głosujcie na tych kandydatów, którzy nie boją się świata, którzy nie chcą was zamknąć za murem strachu. Wybierzcie wolność. Nieuczestniczenie w wyborach to tak, jakbyście pozwolili Lechowi Wałęsie decydować, z kim pójdziecie na randkę. Nie pozwólcie sobie wmówić, że wasz głos nic nie znaczy” – apeluje do młodych wyborców były prezydent.

W swoim apelu Lech Wałęsa sięga pamięcią wstecz i pisze, że sam miał dwadzieścia kilka lat, kiedy postanowił zawalczyć o swoją wolność. – „Doprowadziło to do buntu, który w efekcie zmienił świat. Taka była siła zwykłego robotnika z komunistycznej fabryki. Bardzo bym nie chciał, żebyście musieli walczyć o waszą wolność tak, jak ja to robiłem, bo za tę walkę płaci się ogromną cenę” – napisał.

Opisuje, czym jest brak wolności: „ciągłe poczucie, że ktoś cię obserwuje. To ten ścisk w brzuchu, że nie wolno ci być sobą, że musisz cały czas udawać przed światem. Wszystko podlega ocenie: jak wyglądasz, z kim się spotykasz, co mówisz, a o czym milczysz. Wkrótce tak się boisz, że sam stajesz się dla siebie strażnikiem więziennym”. 

Lech Wałęsa przyznaje, że przez ostatnie 30 lat nie wszystko potoczyło się tak, jak powinno. – „Popełnialiśmy błędy, ale nigdy nie ograniczaliśmy wolności. Dzięki temu dzisiaj wy niczym się nie różnicie od młodych ludzi z Francji, z Niemiec, z Hiszpanii. Możecie studiować, pracować, jeździć, podążać za miłością i spełnieniem po całej Europie” – napisał były prezydent. I właśnie dlatego – jak pisze Wałęsa: – „Pójście na wybory jest nie tylko waszym obywatelskim obowiązkiem, ale także powiedzeniem sobie: tak, chcę być wolny”.

>>>

Kubica może pogrążyć Morawieckiego, że puści bąbelki

Na taśmach, opublikowanych dziś przez Onet, słychać, jak ówczesny prezes BZW BK Mateusz Morawiecki … cieszy się z wypadku Roberta Kubicy. Trudno użyć innego słowa, skoro ze strony obecnego premiera padają takie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi. Ja nie chcę, k…a, co roku pięć dych płacić”.

Z nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” wynika, że ówczesny szef BZ WBK uznał dramatyczny wypadek Roberta Kubicy za zdarzenie pozytywne z punktu widzenia interesów „własnego” banku. Dlaczego?  Gdyby bowiem do wypadku nie doszło, bank BZ WBK prawdopodobnie musiałby zostać sponsorem polskiego kierowcy, czytamy w portalu Onet.

Do treści nagrań odnieśli się politycy, dziennikarze i internauci. Zarówno w tonie żartobliwym, jak i poważnym.

Były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak: „Już powoli da się rozpoznać premiera Morawieckiego po niepowtarzalnym wulgarnym stylu. Ale żeby tak o Kubicy!?”.

Wicemarszałek Sejmu i poseł Kukiz’15 Stanisław Tyszka: „Jakim trzeba być człowiekiem, by powiedzieć »na szczęście złamał rękę, raz, drugi…«?”.

Redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”, Tomasz Lis: „różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen.”

Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”: „Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.” – pisze.

Kamil Durczok na swoim profilu napisał: „A tak po ludzku, panie Morawiecki, to co pan wygaduje o Kubicy, to regularna chamówa”.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec przypomniał, że wypadek Kubicy, który „podsumował” Morawiecki, kwalifikował się jako „zagrażający życiu”.

Z kolei popularna na Twitterze komentatorka Kataryna celnie skwitowała postawę premiera – inną wobec narażonego na kontuzje sportowca niż względem mogącego być przydatnym polityka. Jak podkreśliła, w tym kontekście nie potrafi zrozumieć postawy premiera.

Co interesujące, politycy PiSu ten „wątek taśmowy” potraktowali nadzwyczaj poważnie. Adam Bielan powiedział dziś w rozmowie z Moniką Olejnik, że Mateusz Morawiecki spotkał się z Robertem Kubicą. Ta troska również nie umknęła uwadze komentatorów.

Dziennikarz TVN24 Konrad Piasecki:„Jeśli taśmy są »odgrzewanym kotletem« i »znaną od paru lat prywatną rozmową bez znaczenia«, to dlaczego premier spotyka się nagle z Robertem Kubicą dziś, by się z nich wytłumaczyć?”.

Michał Kolanko: „Spotkanie PMM z Kubicą o którym mówił @AdamBielan najlepiej świadczy o powadze sytuacji i próbach „damage control” w wykonaniu PiS. Po ujawnieniu innych fragmentów reakcja była inna”

Afera podsłuchowa może pogrążyć Mateusza Morawieckiego. I tylko jeden wątek – z Robertem Kubicą.

>>>

Kaczyński schodzi w dół po miskę ryżu, budiet kuszać

w : „Ludzie mają dość PIS-u”. Takie są fakty.

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o równaniu w dół Kaczyńskiego.

Przedstawiciele opozycji nie mają racji, zarzucając obozowi władzy kłamstwa wyborcze. Bo oni jednak mówią prawdę. Nawet jeśli tylko wtedy, kiedy się pomylą.

Wreszcie poznaliśmy równanie, na którym opierać się będą dalsze rządy PiS-u. Jest to równanie w dół! Planowane działania rządzących, w praktyce oznaczające odejmowanie i dzielenie, zapowiedział osobiście sam prezes PiSokracji podczas spotkania wyborczego w Gorlicach. Partia będzie teraz pracować nad systematycznym „obniżaniem poziomu życia” obywateli. A to w imię – jak wyjaśnił dalej szef PiS-u – „sprawiedliwości społecznej”.

Co to za „sprawiedliwość”, która „równa do dna”? Cóż, chyba ta sama, o której mówił premier PiSokracji u „Sowy”, kiedy postulował „obniżanie oczekiwań” zwykłych ludzi i sugerował, żeby „zap…li” za miskę ryżu, dla dobra gospodarki. Ta – jak się domyślamy – musi rosnąć w siłę i spółki skarbu państwa, by ludzie żyli dostatniej. Ludzie władzy, ma się rozumieć. Oraz ich koledzy.

Natomiast dla reszty rodaków partia ma program „równania w dół”, który – skądinąd – już powoli wprowadza w życie, ku niekłamanej satysfakcji niemal polowy społeczeństwa. Bo to równanie bardzo się niektórym Kowalskim podoba.

Cieszy ich, że walec „sprawiedliwości” rozjeżdża właśnie tak zwane „stare elity”, teraz „odrywane od koryta”. W celach edukacyjnych, ma się rozumieć, żeby pożyły „jak wszyscy”, za pensję minimalną. Niech znormalnieją, dotąd oddzielone od rzeczywistości szybą „nienależnego” dobrobytu. I niech poznają „zwyczajne życie”, jakie prowadzą miliony zwolenników partii aktualnie rządzącej wśród blokowisk, w tłoku osiedlowych bazarków i w środkach komunikacji publicznej. Niedawno nawet sławna pisarka Masłowska ogłosiła zresztą, że prawdziwe życie jest w autobusie do Lublina…

Być może, jak się już „gorszy sort” przeprowadzi do wielkiej płyty, to przy okazji zacznie się też ubierać jak pani prezydentowa, polubi Zenka Martyniuka i zacznie oglądać TVPiS?

Eksperyment już się zaczął. Na wsi nikt nie chodzi w niedzielę do galerii handlowych (z braku tychże?), więc tym z miast sklepy też przykładnie zamknięto. Pora na robotnicze praktyki studenckie oraz szkolne wykopki.

Tak jest prościej niż zbudować w każdej wsi „Galerię Mokotów”, no a poza tym chodzi – zdaje się – o nauczkę dla „gorszego sortu”, bo wielkie miasta nie kochają szczególnie partii pana prezesa, a i jej członkowie wyraźnie źle znoszą klimat mentalny metropolii. Kiedyś za komuny na siłę „cywilizowano” polską prowincję. Teraz ma być odwrotnie. Znaczy –  w dużych miastach też mają zapanować mody i obyczaje, jak w zaścianku. No, „żeby nie było niczego” – by zacytować klasyka. Przynajmniej w sensie wyboru stylu życia. I wtedy odbudujemy narodową jedność i poczucie wspólnoty, a przedstawiciele i zwolennicy formacji władzy nawet w stolicy poczują się nareszcie jak u siebie.

Cóż, kiedy nie da rady dać wszystkim tyle krów, co u sąsiada, to można przynajmniej sprawić, żeby mu te jego padły! Wtedy będzie może skromniej, ale za to sprawiedliwie. I taki jest – zdaje się – plan!

Niektórzy sugerują wprawdzie, że mówiąc o „obniżaniu poziomu życia” pan prezes się zwyczajnie przejęzyczył. Że to pomyłka i w zasadzie nie powiedział wcale tego, co właśnie powiedział. No, ale – z drugiej strony – to dowód, że przedstawiciele opozycji nie mają racji, zarzucając obozowi władzy kłamstwa wyborcze. Bo oni jednak mówią prawdę. Nawet jeśli tylko wtedy, kiedy się pomylą.

Macierewicz wraca pokątnie, objawił się jako peronowy

„Z okazji 12. rocznicy zbudowania peronu na stacji Włoszczowa Północ – w obecności najbliższych, ks. bp Andrzeja Kalety oraz wojewody świętokrzyskiej Agaty Wojtyszek – odsłonięta została tablica upamiętniająca śp. Przemysława Gosiewskiego, który poległ w tragedii smoleńskiej” – poinformował Antoni Macierewicz. Do wpisu dołączył zdjęcie z uroczystości.

Internauci w komentarzach podkreślali dwa wątki wpisu byłego szefa MON. Pierwszy dotyczył samej uroczystości. – „Zaleciało Bareją („okrągła trzydziesta pierwsza rocznica”)…”;

 „Wspaniała uroczystość! Czy przewidywane są równie podniośle obchodzone kolejne miesięcznice otwarcia peronu?”; – „Nie wstyd wam? Na peronie, co go sobie śp. Gosiewski kazał wybudować? Jeden z pomników prywaty i zawłaszczania publicznych pieniędzy. Już całkiem was odkleiło od rzeczywistości”; – „Przecież to jest jakaś czarna komedia…”.

Drugim wątkiem było stwierdzenie, użyte przez Macierewicza, że Gosiewski „poległ” w katastrofie pod Smoleńskiem.  – Zginął!!! W Smoleńsku i okolicach 8 lat temu nie było żadnej wojny”; – „Zginął w tragicznym wypadku, bo jego szef musiał wystartować kampanię wyborczą… BTW, gdzie te miliony na pana ekspertów wydane?”;

„Pan poległ w tej farsie, którą pan przedstawia przez 8,5 roku za pieniądze podatników”.

Macierewicz wraca pokątnie – we Włoszczowej objawił się jako peronowy.

Morawiecki przejdzie do annałów jako życzący źle Robercie Kubicy

 

Ciąg dalszy afery taśmowej. Onet opublikował kolejne nagrania z Mateuszem Morawieckim. „Na szczęście złamał rękę” – mówi o Robercie Kubicy. Na premiera wylała się fala krytyki.

Onet opublikował kolejne taśmy z udziałem Mateusza Morawieckiego, gdzie premier wypowiada się na temat wypadku Roberta Kubicy z 2011 roku.

„Na szczęście złamał rękę” – powiedział o wypadku polskiego sportowca na nagraniach zafery taśmowej. Gdyby tak się nie stało, Robert Kubica najprawdopodobniej przeszedłby do Ferrari, w efekcie czego bank BZ WBK musiałby sponsorować sportowca. (BZ WBK należał do Santandera, który od był sponsorem teamu Ferrari – red.). ” Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj.” – mówił Mateusz Morawiecki.

Taśmy Morawieckiego. Premier o Kubicy: „Na szczęście złamał rękę”

Słowa Mateusza Morawieckiego o Robercie Kubicy wywołały lawinę krytyku pod adresem premiera.

Morawiecki cieszący się z poważnego wypadku wybitnego polskiego sportowca bo już nie musi mu płacić z pieniędzy banku. Morawiecki zastanawiający się jak z pieniędzy banku płacić miernemu politykowi. Nie, nie umiem zrozumieć

– napisała blogerka Kataryna. -„Jak sobie przypomnę, że Morawiecki zastąpił Szydło ze względów wizerunkowych….” – dodała w kolejnym wpisie.

Jakim trzeba być człowiekiem, żeby cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? Kubica zostaje do końca życia nie w pełni sprawny, my tracimy mistrza, a Premier Morawiecki się z tego cieszy, bo oszczędzi kilka złotych. Hańba!

– skomentowała Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej.

Niektórzy komentujący twierdzili, że Morawiecki powinien podać się do dymisji.

„Nie chcę, k…, pięć dych co roku płacić. S…” – tak Morawiecki mówił o potencjalnym kontrakcie Kubicy z bankiem BZ WBK „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi” – komentował dramatyczny wypadek polskiego kierowcy. Lider i twarz PiS. Do dymisji!

– napisał Tomasz Siemoniak.

Różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen. Polska naprawdę na kogoś takiego nie zasługuje

– napisał Tomasz Lis.

Cieszyć się, z czyjegoś wypadku, nieszczęścia, utraty zdrowia, złamanej ręki, bo zaoszczędziło się dzięki temu pieniądze? Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.

– skomentował z kolei Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”.

Jak pokazał sondaż, ujawnienie nagrań Mateusza Morawieckiego nie wpłynie na decyzje Polaków przy urnie. Ale zdaniem byłego premiera, prof. Marka Belki, rzeczywiste poparcie dla PiS może być mniejsze, niż wskazują badania opinii społecznej.

Prof. Marek Belka był jedną z pierwszych osób, które Polacy usłyszeli na nagranych w 2014 roku w restauracji Sowa&Przyjaciele taśmach. Ujawnienie rozmów czołowych wówczas polityków przyczyniło się do upadku rządów Platformy i przejęcie władzy przez PiS.

Badania wskazują, że dzisiaj nagrania nie mają już takiej mocy.

Wyniki sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej” nie pozostawiają wątpliwości. Dla 70 proc. Polaków taśmy, na których słychać wypowiedzi premiera, są na tyle bez znaczenia, że nie wpłyną na ich decyzję przy urnie wyborczej 21 października.

– Czy to jest rzeczywiście „odgrzewany kotlet” jak mówi PiS, czy Mateusz Morawiecki jest na razie politykiem teflonowym? – pytała prof. Marka Belkę Karolina Lewicka.

– Ani to, ani to. Po prostu w 2014 nie było ani jednego medium, które pominęło ten temat. Dzisiaj w TVP nie mówi się o tym. A pewnie znaczna część Polaków, szczególnie tych, którzy głosują na Morawieckiego, ogląda telewizję publiczną – odpowiedział były premier.

Mateusz Morawiecki był kretem?

Zdaniem gościa Wywiadu Politycznego wyborcy PiS o całej sprawie dowiedzieli się tylko z drugiej ręki. – Czyli od prezesa Kaczyńskiego, który stwierdził, że jest to „ogrzewany kotlet”, a język, którego używał obecny premier, był po prostu językiem „męskim”. Nikt nie zastanawia się nad tym, o czym były prowadzone rozmowy – stwierdził prof. Belka.

Lewicka przypomniała, że Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się też „wszystkim wytłumaczyć, że Mateusz Morawiecki to był swój chłop także przed 2015 rokiem”.

– Kret? Tak by nazwał Jarosław Kaczyński człowieka, który by się w drugą stronę przepoczwarzył – zaznaczył prof. Belka.

– Raczej figura literacka. Konrad Wallenrod? Nie przypisałby pan tej postaci do Mateusza Morawieckiego? – dopytywała dziennikarka TOK FM.

– To przede wszystkim postać wyobrażona. A Morawiecki nie jest postacią z bajki – nie zgodził się były premier.

Konrad Szołajski: Nie umiemy się wyzwolić z narracji obozów politycznych. Mamy klapki na oczach

Zdaniem byłego szefa NBP „sprawa taśm potwierdza, że państwo jest słabe i do dzisiaj takie pozostało”. – W dalszym ciągu te taśmy kołyszą sceną polityczną – dodał.

„Wyborcy mają w nosie taką narrację”

Lewicka zastanawiała się, czyja kampania okaże się skuteczniejsza w nadchodzących wyborach samorządowych. Prawa i Sprawiedliwości, które zapewnia, że nastał czas, by „dobra zmiana” zawitała do gmin i powiatów, czy Platformy Obywatelskiej próbującej przekonać obywateli, że jeśli działacze PiS kradli w centrali, to będą kraść i w terenie.

– Jakiś czas temu była cała seria wyborów uzupełniających  w różnych miejscowościach. Większość z nich PiS sromotnie przegrał, co oznacza, że rzeczywiste poparcie dla rządzących jest chyba mniejsze, niż mówią sondaże – stwierdził były premier.

Komisarz nadany przez PiS nie wygrał wyborów. Zwolniona za organizację koncertu Natalii Przybysz wróciła do pracy>>>

Prof. Marek Belka odniósł się również do wypowiedzi m.in. Patryka Jakiego i Mateusza Morawieckiego, sugerujących, że tylko głosowanie na działaczy Zjednoczonej Prawicy, zapewni samorządom środki z budżetu centralnego.

–  To jest skandaliczne. Myślę, że wyborcy mają taką narrację głęboko w nosie – podsumował gość Karoliny Lewickiej.

Europoseł PiS Ryszard Czarnecki mówił dziś w Radiu ZET m.in. o swojej politycznej przeszłości. Nie przesądzał o ponownym kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego i stwierdził, że jeśli tak zdecyduje Jarosław Kaczyński, to wystartuje na wójta.

Za niecały tydzień odbędą się wybory samorządowe, jednak część polityków myśli już o dalszej perspektywie. W przyszłym roku wybierzemy najpierw polskich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, a później Sejm i Senat. Od dawna pojawiają się spekulacje, że niektórzy czołowi politycy PiS mogą przenieść się z Warszawy do Brukseli.

W tym kontekście mówi się m.in. o wicepremier Beacie Szydło. Przez pierwszą część kadencji PiS kierowała ona rządem, jednak teraz jest wicepremierem ds. społecznych i nie kieruje żadnym ministerstwem. – Nie wykluczam startu w tych wyborach – powiedziała w czerwcu. Dodała, że „decyzje zostaną ogłoszone wtedy, kiedy zapadną”. Nie wiadomo też zatem, co z obecnymi europosłami PiS.

Członek Europarlamentu Ryszard Czarnecki na antenie Radia ZET podkreślał, że zależy to od decyzji Jarosława Kaczyńskiego. – O tym, kto będzie startować, zdecyduje kapitan naszej drużyny – PiS-u – czyli Jarosław Kaczyński – powiedział.

– Jarosław Kaczyński decyduje, kto będzie startować. Jak każe mi startować do Parlamentu Europejskiego, to wystartuję, a jak na wójta, to też wystartuję.

– powiedział. Stwierdził, że nie wie nic o plotkach, jakoby do PE miał kandydować minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

– Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę – o wyborczym eksperymencie, którego dokonało Prawo i Sprawiedliwość opowiada w rozmowie z Gazeta.pl politolog prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Opublikowane dzisiaj sondaże Kantar Millward Brown dla „Gazety Wyborczej” oraz IBRiS dla Onetu pokazują, że pięć dużych miast – Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Warszawa – trafi jednak w ręce opozycji. Zaskoczenie?

Nie powinniśmy być zaskoczeni. Powiem więcej, obserwując uważnie działania PiS-u w ostatnich miesiącach można zauważyć, że partia przyjęła określoną strategię w wielkich miastach.

Na czym ona polega?

Na Nowogrodzkiej są świadomi, że ich ludzie nie byli i nie są faworytami w metropoliach, więc partia może pozwolić sobie na kandydatury, będące swego rodzaju eksperymentem. Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę. To kandydatury, które miałyby pracować na przyszłość, zwiększać oddziaływanie PiS-u na pokolenie 30- i 40-latków, które przecież w ostatnich wyborach prezydenckich głosowało mniej licznie na Andrzeja Dudę niż pozostałe grupy wiekowe. Jedyne, co może nieco zaskakiwać w wynikach tych badań, to wysoki wynik Rafała Trzaskowskiego.

Dlaczego?

Bo jest wyraźnie wyższy niż wynik samej Koalicji Obywatelskiej do rady miasta.

Badanie było przeprowadzone po niedawnej debacie kandydatów na prezydenta stolicy.

To fakt. Trudno tę debatę uznać za udaną dla Patryka Jakiego. Chyba po raz pierwszy w tej kampanii Rafał Trzaskowski i jego sztab nie popełnili najmniejszego nawet błędu. To mogło zaprocentować na tle głównego kontrkandydata, ale też pozostałych startujących.

Kandydaci PiS-u w żadnym z miast nie wygrywają nie tylko w drugiej, ale nawet w pierwszej turze. „Szklany sufit” dla prawicy w metropoliach?

Oczywiście, że istnieje coś takiego jak „szklany sufit” dla prawicy w wielkich miastach. Nie ma w tym nic zaskakującego. Aczkolwiek czasami wybory prezydenckie w miastach zakłócają utarte podziały partyjne.

To znaczy?

Spójrzmy na Kraków i prezydenta Jacka Majchrowskiego. Jego droga do politycznych sukcesów jest naprawdę trudna do wyjaśnienia. Przecież to były członek SLD, a Sojusz w stolicy Małopolski niknie w oczach – trwale próg 5 proc. przekracza chyba tylko w niewielkiej części Nowej Huty i obu Prądnikach. Zdarzały się już wybory, które prezydent Majchrowski wygrywał dzięki życzliwej neutralności PiS-u, a także takie, w których triumfował z poparciem Platformy. Jego elektorat to wyborcy Platformy, lewicy, ale także ludzie z mniej zamożnych osiedli.

Inny ciekawy przypadek to Gdańsk. Cytując klasyka, tutaj wiemy, że nic nie wiemy. Wszystko z powodu minimalnych różnic między dwójką prowadzących kandydatów – Pawłem Adamowiczem i Jarosławem Wałęsą. Faworytem i tak jest ten drugi, bo jednak matecznik jest i zawsze będzie bastionem partii. Gdyby nie start obecnego prezydenta Gdańska, być może byłoby to miasto, w którym Koalicja Obywatelska mogłaby się pokusić o zwycięstwo już w pierwszej turze.

Wciąż może się o nie pokusić w Poznaniu. Jackowi Jaśkowiakowi brakuje do tego ledwie 2 proc. głosów.

Z perspektywy historycznej wydaje się to niesłychane. Przecież przed wojną Poznań był stolicą polskiej prawicy, w mieście bezsprzecznie dominowali narodowcy. Zwłaszcza w latach 20. ubiegłego wieku otrzymywali poparcie, od którego nawet dzisiaj mogłoby się zakręcić w głowie.

Skąd zmiana o 180 stopni?

To rezultat powojennych zmian geopolitycznych, ale przede wszystkim transformacji ustrojowej, w efekcie której Poznań jest miastem o stabilnej nadreprezentacji wyborców liberalnych. Widać to na przykładzie osób, które chcą głosować na prezydenta Jaśkowiaka – pokolenie 25-34 lata, ludzie z wyższym wykształceniem. Ale Poznań jest elementem szerszego podziału. W Wielkopolsce wysokie poparcie dla PiS-u zaczyna się na obszarach, graniczących z dawnym zaborem rosyjskim, tam, gdzie żyje się biedniej. Natomiast stolica jest bardzo liberalna i jest to bardzo trwały podział.

Wynika to z tego, że Poznań w dobie transformacji dobrze sobie poradził – ma, pomimo widocznych ubytków, nie najgorszą demografię, dobrze rozwinięty sektor usług i bujne życie akademickie. To wszystko sprawia, że prawica ma w stolicy Wielkopolski mocno pod górę. Poza tym, tutejszy kandydat PiS-u, pan Tadeusz Zysk, zupełnie nie pasuje do eksperymentu wyborczego, który PiS podjęło w innych dużych miastach, gdzie wystawiło relatywnie młodych i mniej znanych polityków. To dobitnie pokazuje, że w Poznaniu PiS nie liczy na nic.

Ale nie tylko w Poznaniu szans na wyborcze zwycięstwo brak. Co się stało, że na ostatniej prostej kampanii PiS w wielkich miastach wyhamowuje, zamiast przyspieszać?

W sytuacji silnej bipolaryzacji sceny politycznej u części wyborców zawsze pojawia się dążenie do centrowości. W przeszłości obserwowaliśmy to przy okazji wyborców prezydenckich. Gdy w 2005 roku walczył Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim, dobry wynik miał Andrzej Lepper. Gdy pięć lat później zmagali się Bronisław Komorowski z Jarosławem Kaczyński, wszystkich zaskoczył Grzegorz Napieralski.

Nie można porównywać wyborów prezydenckich do samorządowych. To dwie różne bajki.

Wybory samorządowe też temu sprzyjają. Pamiętajmy również o najdziwniejszym aspekcie polskiej polityki – ogromnej dysproporcji wyników PiS-u w wyborach parlamentarnych i wyborach do sejmików wojewódzkich. Nawet politologowi trudno stwierdzić, czym można to wyjaśnić. W tych wyborach PiS walczy przede wszystkim o sejmiki wojewódzkie. Kampania ogólnokrajowa bardzo wyraźnie skoncentrowana była na tematyce wiejsko-rolniczej – zarówno ze względu na rywalizację z PSL, jak również z powodu trudnej sytuacji rolników w ostatnich miesiącach. Ta grupa społeczna to bastion partii rządzącej, więc zarzuty o niedopilnowanie czegokolwiek byłyby dla PiS-u dyskwalifikujące.

PiS jest mocne na wsi, więc w wielkich miastach wypadnie słabiej, niż przypuszczano. Trochę to za proste.

Dochodzi jeszcze jedna możliwość. Chodzi o kandydatów PiS-u w metropoliach. Dla wyborców tradycyjnie popierających formację Jarosława Kaczyńskiego – średnio-starsze pokolenie, bardziej socjalne w podejściu do gospodarki, ceniące politykę w tradycyjnym wydaniu – eksperyment z nowymi, młodymi twarzami może być niezrozumiały. To z kolei przekłada się na spadek poparcia, zwłaszcza na obrzeżach elektoratu prawicy.

A może po prostu kandydaci PiS-u w dużych miastach spisali się poniżej oczekiwań? Popełnili błędy albo nie wykorzystali swoich szans?

To bardziej kwestia strukturalna niż personalna. Patrząc całościowo, jeśli PiS może w tych miastach realnie o coś grać, to o dobry wynik do rady miasta w niektórych z nich (nawet z szansami na zajęcie pierwszego miejsca). Przykładem niech będzie Warszawa. Chodzi o symboliczne pokazanie, że nawet w na wskroś liberalnym mieście potrafimy wygrać. Z kolei wystawieni przez PiS politycy walczą już w kontekście przyszłości, w kontekście wyborów parlamentarnych. W nich PiS może być pewne jedynie tego, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to wejdzie do Sejmu jako największe ugrupowanie. Ale samodzielna większość w Sejmie pewna już nie jest. Dlatego w PiS-ie wiedzą, że cały czas muszą poszukiwać nowych wyborców.

Jak to zrobić?

Chociażby wysuwając Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera. To był pierwszy krok w tę stronę, pierwszy eksperyment – człowiek z zupełnie innego świata nowym reprezentantem PiS-u. Teraz podobny manewr, choć w innych okolicznościach, jest przeprowadzany w metropoliach. Czy to coś PiS-owi da, dowiemy się ze struktury wyników wyborczych.

Jeszcze jedna rzecz jest warta podkreślenia – poza przypadkiem prezydenta Adamowicza w Gdańsku, strategia lidera Platformy prawdopodobnie przyniosła sukces, czyli faktyczną konsolidację liberalnej opozycji, a w niektórych miastach (Łódź, Lublin) nawet nie tylko liberalnej. Kiedy Lech Kaczyński wygrywał wybory na prezydenta Warszawy, zawdzięczał to w olbrzymiej mierze kryzysowi i strukturalnym podziałom w obozie liberalnym. Teraz coś takiego wystąpiło jedynie w Gdańsku, a PiS w tak mocno liberalnym mieście nie ma możliwości wykorzystania tego podziału.

Czyli 21 października, albo raczej 4 listopada, nie spodziewa się pan niespodzianki w którejś z metropolii?

Nie. Oczywiście zawsze pozostaje zagadka w postaci Gdańska, ale to kwestia przepływu elektoratu między dwoma liberalnymi kandydatami. Tylko tu mamy potencjał odstępstwa od schematu. W Krakowie jest co prawda Łukasz Gibała i niewiadoma, jak rozłożą się w drugiej turze oddane na niego głosy. Poza tym, stolica Małopolski to wielki ośrodek akademicki, czyli wielu młodych, wahliwych wyborców. Nie spodziewam się jednak, żeby to oni był reżyserami wyników w drugiej turze w tym mieście. W Warszawie powinniśmy się pochylić nie tyle nad starciem dwóch głównych kandydatów na prezydenta stolicy, co nad wynikami do rady miasta. Gdyby Koalicja Obywatelska nie zajęła pierwszego miejsca w wyborach do rady miasta, PiS z pewnością przedstawiałoby to jako swój wielki sukces i wykorzystywało w wyborach parlamentarnych jako przełamanie dominacji liberałów w wielkich miastach.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła wyniki swojego sondażu prezydenckiego w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu. Wcześniej swoje badania publikowały m.in. gazety lokalne wydawane przez Polska Press oraz Onet i „Fakt”. Jaki obraz się z nich wyłania?

Warszawa: zacięty wyścig

Wybory samorządowe w stolicy są zazwyczaj najbardziej upolitycznione w kraju. To stąd Lech Kaczyński ruszał po prezydenturę kraju, a z kolei zwycięstwo Hanny Gronkiewicz-Waltz oznaczało zmierzch poprzednich rządów PiS. Tym razem partia Jarosława Kaczyńskiego także wybrała Warszawę na miejsce głównej bitwy z opozycją w metropoliach. To jedyne wielkie miasto, w którym kandydat PiS ma realne szanse na zwycięstwo.

Odbiło się to niespotykaną w innych miastach polaryzacją: według sondaży kandydaci PiS i Koalicji Obywatelskiej mogą uzyskać w I turze grubo ponad 70 proc. głosów wszystkich warszawiaków, a żaden z pozostałych kandydatów nie może liczyć nawet na 5-proc. poparcie.

Warszawa dekoracją w konflikcie PO-PiS

Kampania miała swoją dynamikę: na początku wyraźnie prowadził Rafał Trzaskowski (Koalicja Obywatelska), potem Patryk Jaki (Zjednoczona Prawica, czyli PiS i mniejsi koalicjanci) zaczął go doganiać. Ostatnie dni przyniosły jednak sondaże, w których Trzaskowski zaczął odbudowywać przewagę. W opublikowanym dziś badaniu IBRiS dla Onetu kandydat opozycji ma 42 proc. poparcia, a przedstawiciel obozu władzy – 32 (w tym samym badaniu z 27 września Trzaskowski prowadził tylko 38:35).

Decydująca będzie więc II tura. Na razie wszystkie dotychczasowe sondaże przewidywały zwycięstwo kandydata opozycji, niektóre bardzo wyraźne. Przed nami jednak dwa tygodnie wyjątkowo zaciętej kampanii między turami, co – jak pokazały krajowe kampanie prezydenckie – potrafi odwrócić wyniki z pierwszego głosowania.

Autokary Jakiego straszą Trzaskowskiego

Łódź: W wyborach Zdanowska pewna

Obecna prezydent, niezależna, ale popierana m.in. przez PO, PSL, SLD i KOD, jest zdecydowaną faworytką wyborów. W różnych sondażach jej poparcie sięga 60–65 proc. To oznacza, że Hanna Zdanowska może realnie liczyć na zwycięstwo już w I turze. Jej głównym rywalem jest Waldemar Buda z PiS, ale może on liczyć na 20–25 proc. głosów.

Zdanowska po raz trzeci

Nie wiadomo jednak, co będzie po wyborach, bo szef komitetu stałego rządu Jacek Sasin sugerował niedawno, że rząd może robić problemy Zdanowskiej z objęciem mandatu. Prezydent Łodzi została bowiem niedawno skazana za poświadczenie nieprawdy w dokumencie bankowym sprzed dekady. Zdaniem większości ekspertów ten wyrok nie jest jednak przeszkodą w sprawowaniu urzędu.

Gdańsk: II tura, ale kto z kim?

W stolicy Pomorza druga tura jest przesądzona, ale o udział w niej walczy trzech kandydatów: niezależny, dotychczas reprezentujący Platformę Paweł Adamowicz, obecny kandydat Koalicji Obywatelskiej Jarosław Wałęsa, syn byłego prezydenta oraz rekomendowany przez PiS Kacper Płażyński, syn byłego marszałka Sejmu.

Wszyscy trzej mają szanse na druga turę, bo różnice między nimi są niewielkie: według „Wyborczej” prowadzi Adamowicz z 30 proc., za nim plasuje się Wałęsa z 26 proc., a trzeci jest Płażyński z 23 proc. W innych sondażach (dla „Dziennika Bałtyckiego”, Onetu i „Faktu”) prowadził Wałęsa, i to wyraźnie, z 32–37 proc. poparcia, a Adamowicz i Płażyński byli bardzo blisko siebie (20–22 proc.).

W drugiej turze faworytem sondaży jest Wałęsa, ale w ostatniej „Wyborczej” prowadzi z Adamowiczem minimalnie (45:43). To oznacza, że bratobójcza kampania przed 4 listopada może być bardzo zacięta. Jeśli to Płażyński wejdzie do drugiej tury, sondaże nie dają mu szans na zwycięstwo.

Gdańsk, iskrzy w obozie demokratycznym

Kraków: Faworyt Majchrowski

Według najnowszego sondażu „Wyborczej” obecny prezydent Jacek Majchrowski (40 proc.) ma już w pierwszej turze wyraźną przewagę nad Małgorzatą Wasserman (PiS). To dość zaskakujący wynik, bo we wcześniejszych badaniach różnica między nimi była raczej minimalna, w jednym z nich (Estymator dla „Do Rzeczy”) to kandydatka PiS prowadziła jednym punktem.

Łukasz Gibała (prywatnie siostrzeniec wicepremiera Jarosława Gowina), trzeci kandydat, jeśli chodzi o wynik w sondażach, z poparciem do 16–17 proc. ma raczej małe szanse zagrozić prowadzącej parze.

W drugiej turze, według sondażu „Wyborczej”, Majchrowski ma wyraźną przewagę nad Wasserman (61:35). Inne badania też wskazywały na sukces Majchrowskiego (np. w badaniu „Dziennika Polskiego” 58:42).

Majchrowski ma z kim przegrać

Poznań: Jaśkowiak bliski sukcesu już w I turze

W stolicy Wielkopolski zdecydowanym faworytem jest obecny prezydent Jacek Jaśkowiak z Koalicji Obywatelskiej. Sondaż „Wyborczej” daje mu 48 proc. poparcia, co mogłoby oznaczać, że w jego zasięgu byłoby nawet zwycięstwo w I turze (potrzebne ponad 50 proc. głosów). Wcześniejsze badania też dawały mu ponad 40 proc. poparcia.

Tadeusz Zysk z PiS ma szanse na około 20–25 proc. głosów i jeśli dojdzie do drugiej tury, to on zmierzy się w niej z Jaśkowiakiem. Trzeci z kilkunastoprocentowym poparciem jest były wiceprezydent miasta, popierany przez lewicę Tomasz Lewandowski.

W ewentualnej II turze wszystkie sondaże pokazują miażdżącą przewagę Jaśkowiaka nad Zyskiem (np. 70:22 w „Wyborczej”).

Jaśkowiak w drodze do reelekcji

Wrocław: Prowadzi Sutryk

Na Dolnym Śląsku największe problemy były z wyłonieniem kandydata opozycji: Platforma przez jakiś czas forsowała Michała Kazimierza Ujazdowskiego, startować chciał też poseł Nowoczesnej Michał Jaros. W końcu kandydatem popieranym przez dotychczasowego prezydenta Rafała Dutkiewicza i Koalicję Obywatelską jest Jacek Sutryk, obecnie urzędnik wrocławskiego ratusza.

Wszystkie sondaże dają mu prowadzenie w I turze („Wyborcza” – 38 proc.). We wcześniejszych badaniach sięgało ono nawet 47 proc., ale wygląda na to, że także we Wrocławiu potrzebna będzie II tura. W niej jednak Sutryk będzie zdecydowanym faworytem.

Jego rywalką będzie zapewne kandydująca kolejny raz z poparciem PiS Mirosława Stachowiak-Różecka. Kandydatka prawicy ma poparcie sięgające w różnych sondażach 20–30 proc. (w „Wyborczej” 22 proc.). Szanse na dwucyfrowy wynik ma jeszcze Katarzyna Obara-Kowalska z Bezpartyjnych Samorządowców.

Prawie pewne, kto będzie prezydentem Wrocławia

Waldemar Mystkowski pisze o Morawiecki i jego słowach o Robercie Kubicy.

Premier zyskuje wizerunek człowieka, który nie ma ludzkich odruchów.

Jedyny nasz kierowca jeżdżący w Formule 1 Robert Kubica nie dorósł do patriotyzmu Mateusza Morawieckiego, a przynajmniej nie cieszył się jego sympatią, gdy jeszcze nie uległ wypadkowi. Taśma z podsłuchu z „Sowy & Przyjaciele” odkrywa psychologiczną prawdę o premierze. Już wcześniej poznaliśmy jego knajacki język – kiedyś nazywany: spod budki z piwem – a teraz także brak empatii do ciężko poszkodowanego kierowcy. W tym kontekście zrozumiałe jest, iż Morawiecki ma gdzieś niepełnosprawnych, którzy protestowali w Sejmie oraz głodujące pielęgniarki.

Ależ bezwzględnym okazuje się być człowiekiem. Gdy Kubica uległ wypadkowi, a przed wypadkiem załatwiono jego przejście do teamu Ferrari, Morawiecki cieszył się jak dziecko, że jednak do tego nie dojdzie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi”. Taka radość zapanowała u Morawieckiego, ówczesnego prezesa BZ WBK, który to bank w wyniku sprzedaży stał się częścią hiszpańskiego banku Santander. Morawiecki, aby udokumentować swoją niechęć do polskiego kierowcy musiał puścić wiązankę przekleństw: – „Nie chcę, k…a, pięć dych co roku płacić. Sp…aj…”.

Myślę sobie, że Kubica mimowolnie może się cieszyć. Po wypadku długo nie było wiadomo, czy wyjdzie z niego cało i czy wróci do swego ulubionego sportu, wszak ciągle o to walczy. Morawiecki w niechęci do sponsorowania polskiego sportowca mógł postąpić iście filmowo – przecież lubi Chucka Norrisa, który w reklamie nabierał klientów banku: „ludzie są tacy głupi, że to działa” – i wysłać kogoś do szpitala albo sam podjąć się zadania wyrwania rurek i wenflonów, które ratowały Kubicy życie. Przesadzam? Nie bardzo, acz to figura narracyjna.

Postać Morawieckiego wygląda na coraz bardziej przerażającą. Z zimną krwią kłamie, jest zdecydowanie w tym lepszy od samego prezesa Kaczyńskiego, zyskuje wizerunek takiego człowieka, który nie ma ludzkich odruchów. To ktoś odhumanizowany, nie tylko na bakier z odczuciami patriotyzmu, które winny budzić empatię do Kubicy, a przejmowała się nim cała Polska.

W słowach Morawieckiego odczuwam zgrzyt nienaoliwionych nożyc używanych przez postać z horroru Freddy’ego Nożycorękiego. „Chrum-chrum” – zdaje się zgrzytać Morawiecki („k…a, sp…aj”), aby zrobić krzywdę tym, których napotka na swojej drodze. Pamiętacie jego zachowanie, gdy raz spotkał się z protestującymi niepełnosprawnymi w Sejmie? Nie patrzył im w oczy – jak to Nożycoręki – był zimny, a niepełnosprawni mieli nieprzyjemne odczucia. Nożycoręki obecnie ma narzędzia, aby dobrać się do całej Polski, a nie tylko do Roberta Kubicy, zrobić nam kipisz i horror – „k…a, sp…aj”.