Archiwa tagu: konstytucja

Tusk, Donald Tusk

Przesłanie.

Tusk, Donald Tusk

Tak było

PiS-owi Unia przeszkadza, więc będą z niej wyprowadzać Polskę

PiS w dłuższej perspektywie wyprowadzi nas z Unii Europejskiej? Jarosław Kaczyński gorąco zapewnia, że to nieprawda, ale jeśli pozbiera się wypowiedzi polityków obozu władzy o UE i dorzuci ostatnie działania ministra Ziobry, intencje rządzących wydają się oczywiste.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie, czy traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej jest zgodny z polską konstytucją. Chodzi o traktatowy przepis, dzięki któremu sądy krajowe mogą zadawać pytania prejudycjalne unijnemu Trybunału Sprawiedliwości.

Jeśli polski sąd konstytucyjny – działający pod dyktando PiS – uzna sprzeczność traktatu z ustawą zasadniczą, to mamy do wyboru trzy opcje:

  • zmienić konstytucję,
  • zmienić traktat,
  • rozpocząć procedurę wyjścia z Unii.

Dwa pierwsze wyjścia są w praktyce niemożliwe, zostaje więc trzecie rozwiązanie.

Można się pocieszać, bo PiS niby trochę się przestraszył, że akcja Ziobry może obniżyć wynik obozu władzy w wyborach samorządowych, ponieważ Polacy są wciąż do Unii przywiązani. Prezes Jarosław Kaczyński zaklina się, że absolutnie nikt w jego obozie nie myśli o wyprowadzeniu Polski z unijnych struktur.

Parafie rzymskokatolickie w Gdańsku wspierają kandydatów PiS, użyczając im sal na spotkania i miejsc na plakaty wyborcze. – Ja promuję wartości chrześcijańskie, to jest normalne działanie obywatelskie – mówi proboszcz Adam Kalina, u którego reklamuje się m.in. radna PiS Anna Kołakowska, walcząca z równouprawnieniem osób homoseksualnych i skazana za znieważenie posłanki PO.

Ksiądz Adam Kalina, proboszcz parafii św. Urszuli Ledóchowskiej w Gdańsku-Chełmie, zezwolił na wywieszenie na terenie parafii reklam trojga polityków. Plakaty kandydata PiS na prezydenta Gdańska Kacpra Płażyńskiego wiszą w dwóch gablotach z ogłoszeniami parafialnymi. To zaproszenia na spotkanie z Płażyńskim do salki parafialnej przy kościele ojca Pio w Gdańsku-Ujeścisku.

Na płocie parafialnym przy przedszkolu prowadzonym przez proboszcza Kalinę wiszą banery radnej z klubu PiS Anny Kołakowskiej (kandyduje teraz do sejmiku z listy Ruchu Narodowego) oraz Kazimierza Koralewskiego, szefa klubu radnych PiS w Gdańsku. Ich plakaty znalazły się również na tablicy reklamowej stojącej przed kościołem.

– Proboszcz jest gospodarzem tego miejsca, rozmawiałem z nim i zgodził się, bym zawiesił swoje materiały wyborcze – mówi Kazimierz Koralewski. – Nie było z tym problemu, często bywam w kościele Świętej Urszuli Ledóchowskiej, znam księdza proboszcza, czasami użyczał nam salki na spotkania.

>>>

Kościół nie ukrywa ścisłych związków z PiS.
Banery PiS w kościołach. Politycy PiS przemawiający na mszy od ołtarza. KK milczy w sprawie antychrześcijańskiego spotu PiS.

>>>

Reklamy

PiS pokonamy, to widać aż za bardzo, nie pozwolimy upodlić Polski

Żebrowski: Zagłosuję sercem i umysłem. Znam Rafała od dziecka i wiem, że to człowiek mądry, uczciwy i dobry

– Zagłosuję sercem i umysłem, ponieważ znam Rafała od dziecka i wiem, że to człowiek mądry, uczciwy i dobry. Któremu nie imponują pieniądze, tylko wiedza, kultura i charakter. Nie zgodzę się [że jest zarozumiały], Rafał jest osobą, której największym atutem jest to, że potrafi rozmawiać z ludźmi, słyszeć to, co do niego mówią i nawiązywać po prostu dobre relacje ze wszystkimi. Dlatego jego hasło to „Warszawa dla wszystkich” – stwierdził Michał Żebrowski w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

Nowacka: Nie żałuję dołączenia do KO

– Absolutnie ani razu nie żałuję [dołączenia do Koalicji Obywatelskiej]. Uważam, że to bardzo mądra, potrzebna dla Polski decyzja, którą stowarzyszenie Inicjatywa Polska podjęła – stwierdziła Barbara Nowacka w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Rozmowie Piaseckiego” TVN24. Jak dodał:

„Uważam, że [prezydent Lublina] popełnił błąd i uważaliśmy to wspólnie z Katarzyną Lubnauer i Grzegorzem Schetyną. Wielokrotnie apelowaliśmy do niego o zmianę decyzji i cieszymy się, że w Polsce są wolne sądy, które czasami zastępują złe pomysły samorządów. Za ten błąd świecił oczyma pan Żuk i popełnił błąd, który kosztował koalicję, ale nasze stanowisko było wspólne i spójne”

– Obrzydliwe zachowanie [prezydenta Legionowa]. Cieszę się, że w ciągu kilku godzin pożegnał Platformę – dodała.

Trzaskowski: W Warszawie nie ma miejsca na faszyzm

– Będę na pewno świętował 11 listopada i marzy mi się tym, abym mógł świętować ze swoimi dziećmi. Tylko w tym momencie musiałbym uzyskać zapewnienie ze strony rządu, że będzie żadnej tolerancji na faszyzm, hasła rasistowskie, nietolerancyjne czy ksenofobiczne na ulicach mojego miasta i jedno zapowiadam: w Warszawie nie ma miejsca na faszyzm – stwierdził Rafał Trzaskowski na briefingu.

– Będzie panowała polityka „zero tolerancji”. Tutaj nie ma miejsca na odcienie szarości. Albo ktoś jest za faszyzmem i rasizmem, uusprwaiedliwa tego typu zachowania albo jest przeciw, jak ja. Warszawa będzie natychmiast reagować, jeśli tylko będą pojawiały sui tego typu hasła, okrzyki i oczekuję od rządu, że będzie tutaj zgodny – dodał kandydat KO.

>>>

Kaczyński był i jest przeciwny Polsce w Unii Europejskiej

Napis zostanie wyświetlony na fasadzie Pałacu Kultury i Nauki w najbliższą sobotę o godz. 18.00. – „Niech każdy w Polsce wie, że Konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej!” – napisali na Twitterze Obywatele RP, którzy organizują przedsięwzięcie. Napis będzie widoczny przez tydzień.

Lider Obywateli RP zdaje sobie sprawę, że pojawić się mogą oskarżenia o naruszenie ciszy wyborczej, bo napis pojawi się na dzień przed nimi.  – „Jeśli dziś Konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu. Najwyższe prawo wszystkich stron każdego polskiego sporu dzieli. Rzeczywiście jest polityczną deklaracją, choć Konstytucja – równa dla każdego niezależnie od przekonań stanowiąca podstawę bytu wspólnego państwa – powinna być politycznie niewinna, doskonale obojętna wobec partyjnych preferencji” – powiedział Kasprzak w „GW”.

„Konstytucja” na Pałacu Kultury pojawi się dzień po pierwszej rocznicy samospalenia Piotra Szczęsnego – Szarego Człowieka, jak sam siebie określał. Dokonał tego na pl. Defilad u stóp Pałacu w proteście przeciw łamaniu demokracji przez PiS. – „Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj, zanim całkowicie pozbawi nas wolności” – napisał Piotr Szczęsny w zostawionym przez siebie przesłaniu.

NIE WIERZCIE TYM ZAPEWNIENIOM. Przeczą im słowa i czyny Kaczyńskiego. Był przeciwny wchodzeniu do UE.

Pokonać PiS, aby Polska nie została pokonana

Na kilkanaście godzin przed wyborami „Gazeta Wyborcza” ma odpalić polityczną bombę, która może zachwiać w posadach słynną spółką Srebrna oraz sceną polityczną. Chodzi o domniemany układ towarzysko-biznesowy, za którym ma stać Jarosław Kaczyński.

Jak ujawniono w czwartkowy wieczór, na dzień przed ciszą wyborczą „Gazeta Wyborcza” opublikuje artykuł pod jakże intrygującym tytułem „Deweloper Kaczyński”. Zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” (a prywatnie brat prezesa TVP) Jarosław Kurskizapowiada, że jego dziennik przedstawi bliżej spółkę Srebrna.

„Wieeeeelkie pieniądze, uwłaszczenie na publicznym majątku, osobiste zaangażowanie Jarosława Kaczyńskiego” – tak Kurski reklamuje okładkowy tekst na piątek. Dziennikarz twierdzi, że chodzi właśnie o takie związki polityki i biznesu, które prezes Prawa i Sprawiedliwości nazywał „patologicznym układem towarzysko-biznesowym”.

Wygląda więc na to, że zapowiadany tekst „Gazety Wyborczej” może być bombą, która tylko mocniej zaszkodzi i tak słabnącym ostatnio notowaniom PiS i może się odbić na wyniku wyborów samorządowych, które już w najbliższą niedzielę.

Podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa, a także podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych PiS i Andrzej Duda złamali co najmniej 13 artykułów Konstytucji, niektóre wielokrotnie – twierdzi senacki zespół ds. monitorowania praworządności.

„Ale który artykuł” – dopytywała Agata Duda dziewczynę, która widząc prezydenta i jego małżonkę kupujących jedzenie w KFC zaczęła krzyczeć, że władza łamie Konstytucję.

Wskazanie konkretnych paragrafów nie jest takie trudne. Eksperci pracujący dla senackiego zespołu wskazali ich aż 13. – Do wyborów parlamentarnych w 2019 r. przedstawimy „Białą księgę” wszystkich naruszeń prawa przez rządzących – mówi „Newsweekowi” jeden z członków zespołu, senator PO Bogdan Klich. Co się w niej znajdzie. Na pewno 13 poniższych artykułów.

1.Nieusuwalność sędziów

Co mówi Konstytucja?

Art. 180 ust. 1: „Sędziowie są nieusuwalni”.

Co robi PiS?

PiS usunął 40 proc. składu sędziów Sądu Najwyższego.

  1. Niezawisłość sędziowska i niezależność Sądów i Trybunałów

Co mówi Konstytucja?

Art. 178 ust. 1: „Sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”.

Art. 173. „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz”.

Co robi PiS?

PiS stworzył system, w którym sądownictwo jest zależne od polityków. Po pierwsze to politycy PiS nielegalnie wybrali Krajową Radę Sądownictwa, która według Konstytucji „stoi na straży niezawisłości sądów”. Po drugie to politycy PiS obsadzili Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym osobami, którzy nie mają nawet wykształcenia prawniczego. A przecież to oni będą decydować o losach sędziów, prawników czy adwokatów. Po trzecie to minister Zbigniew Ziobro steruje sądami powszechnymi poprzez prezesów i dyrektorów, których swobodnie zwalnia i mianuje mimo, że urząd prezesa sądu jest kadencyjny.

3. I Prezes Sądu Najwyższego

Co mówi Konstytucja?

Art. 183 ust. 3: Kadencja I Prezesa Sądu Najwyższego trwa 6 lat

Co robi PiS?

PiS usunął I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf po 4 latach jej kadencji.

4.Krajowa Rada Sądownictwa

Co mówi Konstytucja?

Art. 187 ust. 1: W Krajowej Radzie Sądownictwa jest 15 miejsc dla przedstawicieli sędziów.

Co robi PiS?

Wszystkich 15 „przedstawicieli sędziów” obsadzono ludźmi wybranymi przez posłów PiS, a zatem nie ma wśród nich przedstawicieli sędziów.

5. Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego

Co mówi Konstytucja?

Art. 190 ust. 1: „Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne”.

Co robi PiS?

Rząd PiS uznał niekorzystne dla siebie orzeczenia TK za nieistniejące.

6.Publikacja orzeczeń TK

Co mówi Konstytucja?

Art. 190 ust. 2: Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu w organie urzędowym.

Co robi PiS?

Rząd PiS przez ponad 2 lata nie publikował trzech kluczowych, niekorzystnych dla siebie orzeczeń TK a potem opublikował je jako niewiążące i mające jedynie wartość historyczną.

7.Prawo łaski prezydenta RP

Co mówi Konstytucja?

Art.42 ust 3: Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu.

Co robi PiS?

Prezydent Duda „ułaskawił” (ułaskawienie to darowanie kary winnemu) Mariusza Kamińskiego, choć wyrok w jego sprawach był nieprawomocny a sam Kamiński odwołał się do Sądu Apelacyjnego. Jak powiedział Duda, swoim „ułaskawieniem” zwolnił sądy z obowiązku osądzenia sprawy, a tym samym uczynił się sędzią.

8.Głosowanie nad budżetem na 2017 r.

Co mówi Konstytucja?

Art. 120: Sejm uchwala ustawy zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Co robi PiS?

PiS przegłosował Budżet Państwa na 2017 r. odciąwszy opozycji dostęp do sali i bez wymaganej połowy posłów obecnych na sali.

9.Sędziowie TK

Co mówi Konstytucja?

Art.194 ust 1: Trybunał Konstytucyjny składa się z 15 sędziów wybieranych indywidualnie przez Sejm na 9 lat spośród osób wyróżniających się wiedzą prawniczą.

Co robi PiS?

PiS wybrał do Trybunału Konstytucyjnego Julię Przyłębską, która posiada jedynie tytuł magistra prawa, egzamin sędziowski zdała „dostatecznie” a w 2001r. została oceniona przez zgromadzenie sędziów poznańskich za osobę „nie nadającą się do orzekania”. Obecnie Julia Przyłębska tytułuje się Prezesem Trybunału Konstytucyjnego.

10.Prezydent RP

Co mówi Konstytucja?

Art. 126 ust. 2: Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji.

Co robi PiS?

Prezydent Andrzej Duda bezzwłocznie podpisywał ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i sądach mimo, że wszystkie zostały ocenione jako niekonstytucyjne przez służby prawne Sejmu i Senatu. Zgodnie z Konstytucją mógł te ustawy zawetować lub odesłać do Trybunału.

11.Kadencja sędziów TK

Co mówi Konstytucja?

Art. 194 ust. 1: Sędziów Trybunału Konstytucyjnego na 9-letnią kadencję wybiera Sejm.

Co robi PiS?

Mimo orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w tej sprawie PiS nie uznał wyboru 3 sędziów prawidłowo wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji i na ich miejsce wybrał swoich sędziów.

12.Demokratyczne państwo prawa

Co mówi Konstytucja?

Art.2: Rzeczypospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym a wszyscy obywatele są równi wobec prawa.

Co robi PiS?

Artykuł naruszony w ustawach o Trybunale Konstytucyjnym, Krajowej Radzie Sądownictwa, Sądzie Najwyższym i o ustroju sądów powszechnych.

13. Informacje o obywatelach

Co mówi Konstytucja?

Art. 51 ust. 2: Władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym.

Co robi PiS?

Pisowska ustawa dała służbom specjalnym „prawo” do pozyskiwania i gromadzenia danych o aktywności w internecie i połączeniach telefonicznych poza jakąkolwiek kontrolą – bez wiedzy i zgody sądów i bez żadnych konkretnych powodów.

Dokładny fragment tego psalmu brzmi tak:

„Słowo Pana jest prawe,
a każde Jego dzieło godne zaufania.
On miłuje prawo i sprawiedliwość,
ziemia jest pełna Jego łaski”.

Może ktoś się zastanawiać, czy Kościół wybrał te czytania specjalnie pod wybory. A może to PiS zdecydował się na tę datę nieprzypadkowo? Ks. dr hab. Dominik Ostrowski z Konferencji Episkopatu Polski zapewnia, że nie ma mowy o manipulacji tekstami liturgicznymi dla potrzeby chwili. – Zestaw biblijnych czytań liturgicznych i psalmów na msze święte jest ściśle określony przez Stolicę Apostolską i obowiązuje w całym Kościele, nie tylko w Polsce, od 1970 r., a w odnowionej wersji od roku 1981 – tłumaczy. I dodaje, że czytania powtarzają się co trzy lata, a zbieżność dat jest absolutnie przypadkowa.

Tak było, zanim powstał PiS

Lekcjonarz polski z wyrażeniem „prawo i sprawiedliwość” jest w obowiązkowym użyciu w Kościele od 1972 r., a fragmenty psalmu 33. są wielokrotnie w ciągu roku odczytywane. Ks. Ostrowski zapewnia, że wyrażenie „prawo i sprawiedliwość” z psalmu 33. nie jest aluzją do nazw własnych, a tym bardziej do nazw partii: – Jest wyrazem idei biblijnej wyrażonej w języku łacińskim jako „iustitia et iudicium”.

Czy w związku z wyborami Kościół mógł zmienić czytania, by nie budzić wątpliwości co do łamania ciszy wyborczej? Ks. Ostrowski przekonuje, że polityka nie zarządza liturgią i nie zmienia czytań w zależności od okoliczności: – Kościół na różne okoliczności życia społecznego ma specjalne zestawy modlitw i czytań, których może użyć zamiast tekstów zwykłych. Tekst mszy i czytania zmienia się z okazji np. dni modlitw o pokój lub za głodujących, czy z okazji zawarcia sakramentu małżeństwa, ale nie dotyczy to niedzieli 21 października, która jest 29. niedzielą zwykłą i teksty pozostają niezmienione.

Ale PiS-owi to pasuje

Polityk PiS, który nie chce, aby go przedstawiać z imienia i nazwiska, też zapewnia, że premier, wybierając termin wyborów, nie kierował się czytaniami mszalnymi. Mówi półżartem: – Rzeczywiście, taki zbieg okoliczności można uznać za sprzyjający dla nas, ale my w tym palców nie maczaliśmy. Cóż, widać Opatrzność nam sprzyja.

Dlaczego PiS wybrał taki termin wyborów samorządowych?

Sprzyjała też w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy na prezydenta, kiedy 6 sierpnia 2015 r. psalm głosił: „Prawo i sprawiedliwość podstawą Jego tronu”. Jeśli ubranie się w dniu wyborów na głosowanie w koszulkę z napisałem „konstytucja” może być uznane za złamanie ciszy wyborczej i agitację wyborczą, to czy „prawo i sprawiedliwość” w kościelnym psalmie nie jest tym samym? Anna Godzwon, ekspertka prawa wyborczego, mówi, że nie: – Myślę, że taką koszulkę w dniu wyborów zakłada się po to, aby zamanifestować swoje poglądy polityczne. Tekst psalmu wynika z kalendarza liturgicznego, ustalonego długo zanim powstał PiS, więc trzeba mieć dużo złej woli, aby dopatrzeć się w tym złamania ciszy wyborczej.

Rodzice i dzieci, małżonkowie i rodzeństwo na listach wyborczych

Pocieszeniem dla tych, którzy dopatrują się politycznych aluzji w mszalnych czytaniach w niedzielę wyborczą, a nie kibicują rządzącym, niech będą słowa z ewangelii przewidzianej na ten dzień: „Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: »Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę«”.

Jeżeli okaże się, że Morawiecki zrobił wynik, to przyjdzie do prezesa i powie: „panie prezesie, teraz ja pozamiatam”, a Kaczyński będzie musiał mu na to pozwolić. Z kolei w innym wariancie może przyjść do prezesa zakon PC i powiedzieć: „Jarek, ten Mateusz jednak chyba kręci, tak jak wtedy kręcił na taśmach, nie pociągnął kampanii” – wówczas posprzątany zostanie pan premier Morawiecki – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od wizerunku i marketingu politycznego.

>>>

JUSTYNA KOĆ: Mieliśmy rozmawiać o kampanii, ale wszystkich zelektryzowała wiadomość o skierowaniu przez Zbigniewa Ziobrę wniosku do TK, aby ten zbadał, czy sądy krajowe mają prawo zadawać pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE. To samobójczy ruch ministra, bo przy 80 proc. poparciu dla UE na to chyba wygląda?
MIROSŁAW OCZKOŚ: Widać, że Zbigniew Ziobro nie wytrzymał ciśnienia. I zareagował emocjonalnie i w swoim mniemaniu pewnie sprytnie. Postanowił pokonać sędziów ich własną bronią, czyli paragrafem prawnym. Natomiast wizerunkowo to może być gol samobójczy, bo jeśli Trybunał odpowie, że ten punkt traktatu jest niezgodny z konstytucją – to co? Polexit? Przy 80 proc. poparciu Polaków dla byciu w Unii. I jak to się ma do słów największego dla wielu Polaków autorytetu Jana Pawła II „od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”?
Jeśli minister Ziobro postanowił zgasić światło naszego pobytu w Unii, to chyba zagrał powyżej swoich możliwości.
Gdy rozmawialiśmy w sierpniu o nadchodzącej dopiero kampanii, przewidywał pan, że będzie ona oparta na najniższych instynktach, bardzo brutalna. Wygląda na to, że miał pan rację.
Niestety tak. Kampania była brutalna i oparta na najniższych instynktach. Dziś rozmawiamy w ostatnim tygodniu kampanii i podejrzewam, że te ostatnie dni będą jeszcze brutalniejsze. Myślę, że jeszcze w dużych miastach coś się pojawi, szczególnie tam, gdzie przegrywający w sondażach PiS wyczuwa jakieś szanse.

Sporo się zmieniło też przez te półtora miesiąca od naszej ostatniej rozmowy. Wtedy rozmawialiśmy o premierze Morawieckim, że pokazuje się jako najtwardszy PiS-owiec. Dziś, po taśmach z jego udziałem, możemy powiedzieć, że spadła maska? W sondażach jeszcze tego nie widać. 
Pierwsze sondaże wskazują spadek pół punktu procentowego. Natomiast to jest dopiero kolejna faza wizerunkowa, bo

Mateusz Morawiecki jest w pułapce. Gdy wcześniej starał się być prawdziwym, najprawdziwszym ze wszystkich PiS-owców, to w tej chwili nie ma wyboru i musi przeskoczyć sam siebie. Z pierwszego miejsca na jeszcze „bardziej pierwsze”, dlatego że jest tu prowadzona ewidentna gra.

Zresztą moim zdaniem przez jego kolegów z ugrupowania, którzy wyciągają te taśmy z szafy. To jest uderzenie ewidentne w wizerunek, a to, że się jeszcze nie „przykleiło”, to nie znaczy, że się w końcu nie „przyklei”. To jest faza wizerunkowa, gdzie teflon jeszcze działa, ale gdy pojawi się chociaż jedna rysa, to polityk już teflonowy nie będzie. Jak z patelnią, gdy pojawia się pierwsze pęknięcie, to jajecznica zaczyna się przypalać. Co to może być, jeszcze nie wiemy, ale po przegranych wyborach – zakładając, że kierownictwo uzna, że wybory zostały przegrane, nawet nie mówiąc tego na zewnątrz, ale w partii będzie taki pogląd – Mateusz Morawiecki straci posadę. Będzie to oczywiście bardzo trudne, bo pan Kaczyński dużo zainwestował w Morawieckiego, a to się nie za bardzo podoba w tzw. zakonie PC.

Zadziwiające, że te taśmy pojawiły się teraz i właśnie na Morawieckiego, bo zazwyczaj pogrążały polityków opozycji. Może to wskazywać na rozgrywkę ministra Ziobry i ministra Kamińskiego.

Ciekawe jest też to, że te skazy na wizerunku są dawkowane, ostatnio pojawiła się sprawa Kubicy. Przypomnę tylko, że Robert Kubica jest ikoną dla Polaków. To nie wygląda wizerunkowo dobrze jeszcze z jednego względu: jako bank nie chciał finansować rodaka, a teraz nagle z państwowych pieniędzy, czyli moich, pani, chce to robić. To na nieszczęście najlepiej opisuje premiera Morawieckiego, jego charakter, podejście, spojrzenie. Jednak wyszedł z niego człowiek korporacji, „po trupach do celu”. Co by z tym PiS nie robił i jak by nie tańczył kankana, to trudno mu będzie to opanować. Widać zresztą, że

duża grupa się zebrała, z panem marszałkiem Bielanem na czele, aby wizerunkowo rozłożyć poduszki, aby ten upadek Morawieckiego nie był tak bolesny. Można wiele mówić, na czele z panem prezesem, że to był Konrad Wallenrod, jednak może się okazać, że to był nawet pocałunek Almanzora.

Czy sprawa z Robertem Kubicą może być tym pierwszym zarysowaniem teflonu? Kubica to „nasz człowiek w Formule 1”, po drugie pamiętam, jak Robert miał wypadek i była to przed długi czas pierwsza informacja we wszystkich serwisach, a cały kraj zamarł w obawie o jego zdrowie. O powadze sytuacji może świadczyć szybkie spotkanie premiera ze sportowcem? 
Warto zwrócić na to uwagę, bo to znamienne, że o jakości zarzutów nie świadczą one same, ale reakcja na nie. Przez pierwsze trzy dni, gdy wyszły taśmy, to PiS miał jeden przekaz – to odgrzewane kotlety. Widać było, że nie wiadomo, co mówić, aż musiał osobiście interweniować prezes Kaczyński, który pofatygował się do telewizji rządowej. Tam postawił wszystko na jedną kartę, opowiadając najtwardszemu elektoratowi, czyli wyznawcom, że to wszystko było z nim ustalone, a Morawiecki działał niczym kret. Tutaj ewidentnie oceniono, że

sprawa Kubicy może uderzyć w ten najtrwalszy elektorat, który kocha Kubicę, jak i wszystkich innych Polaków, którzy coś osiągnęli. Niemniej szybkość reakcji może świadczyć o tym, że to może być ta rysa, która zniszczy teflon.

Czy zatem plotka, że po wyborach może nastąpić zmiana premiera, jest realna? Czy Małgorzata Wassermann mogłaby zostać premierem, np. gdyby zrobiła dobry wynik w Krakowie, ale minimalnie przegrała prezydenturę?
Według mnie każdy scenariusz jest realny. Wszystko zależy od skali wyborczej. Wiadomo, że te wybory są fajne, bo każdy może ogłosić zwycięstwo, ale pamiętajmy, że to jest pierwszy krok wyborczy. PiS nie może sobie pozwolić na to, by twarz wyborów samorządowych była dalej premierem, jeśli nie zrobi wyniku adekwatnego do włożonych środków. A te środki nie są adekwatne, bo używa się armat do wróbli, z całym szacunkiem do wyborów samorządowych, i przykłada się strasznie dużą wagę do nich, właśnie jako pierwszych.

Może wówczas zostanie przebłagany pan prezes Kaczyński, aby został premierem na stulecie niepodległości, aby to właśnie premier Jarosław Kaczyński odsłonił pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oczywiście jest to kwestia zdrowia, ogarnięcia się i sporego wysiłku, ale taki scenariusz jest możliwy, podobnie jak scenariusz z panią Wassermann.

A może wynik będzie zadowalający i wtedy to premier Morawiecki będzie chciał wymusić rekonstrukcję rządu i wymienić ministra Ziobrę? Polityka nie lubi próżni, a widać, że tu gra się wysoko, licytuje się wysoko, zatem ktoś musi tę licytację przegrać. W polityce nie ma remisów, a w polityce wewnętrznej, w ugrupowaniu, w którym ambicje grają ważną rolę, tego remisu na pewno nie będzie.

Czyli pana zdaniem w taśmach Morawieckiego maczał palce Zbigniew Ziobro?
Tak podejrzewam, bo na to wskazują znaki na niebie i ziemi, chociaż nie siedzieliśmy pod stołem czy w tym „odgrzewanym kotlecie”, a szkoda. Pamiętajmy, że

jest też pan Patryk Jaki, który jeżeli przegra wybory w Warszawie, to będzie chciał jakoś odreagować. Ludzie w Polsce zapominają, że to są trzy ugrupowania, a nie tylko PiS. To Zjednoczona Prawica, w której mamy też Solidarną Polskę Ziobry i Porozumienie Gowina.

Jeżeli okaże się, że Morawiecki zrobił wynik, to przyjdzie do prezesa i powie: „panie prezesie, teraz ja pozamiatam”, a Kaczyński będzie musiał mu na to pozwolić. Z kolei w innym wariancie może przyjść do prezesa zakon PC i powiedzieć: „Jarek, ten Mateusz jednak chyba kręci, tak jak wtedy kręcił na taśmach, nie pociągnął kampanii” – wówczas posprzątany zostanie pan premier Morawiecki.

Wróćmy do kampanii. Chciałabym zapytać o sprawę Łodzi i ewentualnego powołania zarządu komisarycznego, jeżeli wygra Hanna Zdanowska. Marketingowo to był strzał PiS-u w stopę?
To zostało źle wymyślone i przeprowadzone. Rozumiem, że

idea była taka, że przyjedzie pan Sasin i to załatwi. Ale to polityk, który kompletnie się do takich spraw nie nadaje. To przykład drwala, który kładzie parkiet w sali balowej, więc zrobił to dłutem i młotkiem. Chciał zniechęcić łodzian, aby nie głosowali na panią Zdanowską, bo to i tak nie ma sensu. Wprowadzenie zarządu komisarycznego, co PiS oczywiście może zrobić, byłoby teraz wizerunkowym strzałem w stopę i partia straciłaby bardzo dużo.

Pan Sasin napompował niepotrzebnie sytuację i teraz nie bardzo jest z niej wyjście. Jeżeli tego nie zrobią, to po co było to gadanie i ten drwal z tym parkietem w sali balowej? Jeżeli zrobią, to łodzianie ich znienawidzą. Hanna Zdanowska ma ogromne poparcie i prawdopodobnie wygra w I turze, zresztą trudno się dziwić, bo Łódź za jej czasów bardzo się zmieniła na plus. Pamiętać trzeba, że ludzie lokalnie wiedzą dużo więcej niż globalnie. Bo tu jeden czy drugi polityk wyjdzie w telewizji i coś powie, ale ludzie nie znają tych polityków. A lokalnie znają wójta, burmistrza, prezydenta; ludzie widzą i mówią, że to zostało zrobione, tamto wybudowane itd.

Gdyby sprawa Zdanowskiej została załatwiona subtelnie, to może przyniosłaby jakiś skutek, np. gdyby przyjechał tam marszałek Bielan albo wyciągnął asa z rękawa po wyborach.

A jak pan ocenia słowa Piotra Guziała, ewentualnego zastępcy Patryka Jakiego, gdyby ten został prezydentem, że tylko samorządy PiS-owskie będą dostawać fundusze?
Ja takie coś nazywam „alko tweetem”. Większość ludzi nie kontroluje się w mediach społecznościowych, szczególnie wieczorem, myśląc pewnie, że nikt tego nie widzi. Pan Guział, chcąc nie chcąc, pewnie przez przypadek napisał prawdę. To jest też wizerunkowy strzał w kolano. Pewnie to działa w określonych kręgach wyborców PiS-u, raczej wyznawców, ale w umiarkowanym elektoracie narobiło dużo szkody. Na pewno część wyborców zastanawiała się, czy Rafał Trzaskowski, czy Patryk Jaki, ale gdy dostali taki przekaz, poczuli się jak w szantażu. Oczywiście Guział nie powiedział nic nowego, może tylko bardziej dosadnie. Już prezes Kaczyński powiedział we wrześniu, że gdy ktoś w samorządzie będzie warczał, to nie dostanie kości, tylko kością po głowie. To jest ten sam przekaz.

Pan Guział pokazał jednocześnie, że nie nadaje się do polityki, a tylko długo udawał przed nami w Warszawie jako burmistrz Ursynowa, gdzie jawił się jako inny człowiek. Okazuje się, że władza zalewa jednak mózg. Swoją drogą, to jest niesamowite, że doświadczamy tego tak naocznie w tej kampanii.

Czy kogoś by pan wyróżnił w tej kampanii, pochwalił?
Oczywiście, bo to nie jest tak, że jest wszystko źle. Mówimy o sprawach, które są nieprofesjonalne, z mojej dziedziny, bo to zawsze jest najciekawsze. Generalnie zawsze bardziej widać „plusy ujemne”. Oczywiście, że warto by się skonsultować z dobrym grafikiem komputerowym i sprawdzić ortografię, kiedy projektuje się ulotkę albo plakat. Natomiast oglądałem debatę kandydatów w Warszawie i muszę przyznać, że pan Jakub Stefaniak z PSL wypadł bardzo dobrze, mimo że PSL nie ma w stolicy szans. W ogóle kampania PSL jest niezła i dobrze sobie z nią radzi. Prawda jest też taka, że PSL walczy o życie, bo PiS postanowił je zamordować.

SLD nieźle zaczęło i fatalnie kończy. Skoro pojawił się Aleksander Kwaśniewski na konwencji, to wróżba jest raczej przeciwna. Rozumiem, że pokusa wykorzystania prezydenta, jeszcze tak popularnego, gdy się go miało, jest ogromna, ale tu nie widzę dobrych ruchów. Pan Czarzasty zachowuje się, jakby był pewny, że coś w tych wyborach zgarnie, a czeka tak naprawdę na wybory parlamentarne.

Dziwi mnie, że skoro PiS jest tak popularny, to pan Jaki schował znaczek partyjny. Na plakacie jest niczym wpis na recepcie albo na umowie z bankiem – zapisy małym druczkiem na końcu.

Muszę pochwalić natomiast pana Trzaskowskiego za ripostę podczas debaty. PiS postanowił zagrać jeszcze raz tak samo, jak podczas debaty prezydenckiej, gdy Andrzej Duda dał Bronisławowi Komorowskiemu flagę Platformy, on nie wiedział, co z nią zrobić i postawił ją w końcu na ziemi. Ewidentnie tu Rafał Trzaskowski odrobił lekcję i bardzo inteligentnie odpowiedział panu Jakiemu na jego hasło, że wychodzi z partii. To są smaczki, które aż miło się obserwuje, szczególnie wśród młodych polityków. Patryka Jakiego na pewno należy pochwalić za to, że mu się aż tak chce. Jeżeli ktoś podchodzi w ten sposób do rzeczy, to można mnóstwo negatywnych spraw mu wyciągnąć, ale jednego nie można mu odmówić, że całym sobą pokazuje, że mu zależy. Sądzę, że niektórych może to przekonać, że może gada nienajmądrzejsze rzeczy, „gruszki na wierzbie”, ale walczy. Zresztą

Andrzej Duda również obiecywał niestworzone rzeczy z panią Szydło w kampanii, Donald Trump tak samo. Można łatwo zobaczyć, ile z tego dziś zostało. Niestety, żyjemy w czasach, kiedy musimy w kampanii łykać te pastylki słodkości, nawet jak potem będziemy wymiotować. Taka jest polityka, nieapetyczna, ale oparta na apetycie wyborców. 

Budzimy się po wyborach i wchodzimy od razu w następna kampanię? Jaka ona będzie?
Oczywiście. Teraz przez dwa lata będziemy non stop w kampanii. Będzie się ona tylko nasilała, gdy będą zbliżać się wybory i odpuszczała po wyborach. Ponieważ plan strategiczny jest taki, że PiS utrzymuje władzę w Polsce, a w zasadzie poszerza ją o samorządy, a Koalicja Obywatelska chce tę władzę odebrać, to znowu nie będą to tzw. normalne wybory i normalna kampania. Polacy będą głosować bardziej przeciw niż za. Kampania samorządowa, ponieważ toczy się niżej, na poziomie wójtów, burmistrzów, to jest ciągle trochę bliżej demokracji. W myśl: to jest przysłowiowy Jan Kowalski, on był dyrektorem w szkole mojego dziecka i się sprawdził, więc będę na niego głosować. Nie patrzy się na to, czy jest z PiS-u, z PO czy z PSL, jeżeli w ogóle jest, i to jest fajne. Od następnej kampanii wejdziemy w fazę ostrej polityki.

Chodzi o głośny list ambasadora RP w Berlinie Andrzeja Przyłębskiego, który zaprotestował przeciwko przyznaniu Nagrody Wolności i Przyszłości Mediów ustanowionej przez Fundację Mediów Sparkasse w Lipsku i w liście do jej zarządu zasugerował, że powinna trafić w inne niż Tomasza Piątka ręce. Kopię listu wysłał również – co sam przyznał w wywiadzie dla serwisu wPolityce.pl – do premiera Saksonii. Napisał: „Fakt, że nagroda finansowana z niemieckich środków publicznych ma służyć krytyce polskiego rządu i kwestionować demokrację w Polsce, jest w tym przypadku szczególnie oburzający”. Przyłębski groził, że „wybór laureata i uzasadnienie tej decyzji szkodzi dobrym stosunkom polsko-niemieckim”. Jak informowała „Gazeta Wyborcza”, ambasador napisał również, że autorowi książki „Macierewicz i jego tajemnice” „udowodniono kłamstwa”, co jest nieprawdą. Nic takiego w związku z książką Piątka nie miało miejsca. Główny bohater nie wytoczył ani jednego procesu w związku z tą publikacją, która sprzedała się w rekordowym nakładzie 230 tys.

Przyłębskiego wsparły życzliwe PiS media. W serwisie Karnowskich tak mówił o motywach swojego działania: „Pierwszym była sama osoba pana Piątka, który jest znany ze swojego stylu uprawiania dziennikarstwa. Ostatnio dał się poznać za sprawą dziwnej książki na temat pana ministra Antoniego Macierewicza, która wszystkich zbulwersowała. Drugim powodem było uzasadnienie dla przyznania tej nagrody, które było zbiorem absurdalnych zarzutów na temat braku praworządności i wolności mediów w Polsce”.

Tomasz Piątek – Aferę Macierewicza trzeba wyjaśnić do końca

Tomasz Piątek pomówiony państwowo

Gdy list ujrzał światło dzienne, zapytaliśmy MSZ, czy jego szef minister Jacek Czaputowicz wiedział o nim, znał jego treść przed upublicznieniem i ją aprobował. Chcieliśmy się również dowiedzieć, z jakich powodów to zrobił – oczywiście jeśli akceptacja z jego strony była – oraz czy planuje jakikolwiek dalsze działania w sprawie. Odpowiedź na te proste pytania zajęła MSZ ponad tydzień. Biuro prasowe resortu zapewniało nas w tym czasie, że trwa to tak długo, bo w sprawie prowadzone są rozmowy z ambasadą w Berlinie, poza tym jest rozpatrywana przez najważniejszych ludzi w resorcie.

Efektem tych rozważań kierownictwa MSZ są dwa zdawkowe zdania (otrzymaliśmy je mailem, pod którym nikt się jednak nie podpisał). Mimo to wiele one mówią o stanie polskiej dyplomacji. Zacytujmy w całości: „Ambasadorzy RP konsultują swoje działania z centralą MSZ, a ich zadaniem jest reprezentowanie na zewnątrz polskiego stanowiska w danych kwestiach. Dotyczy to także poruszonej przez Pana Redaktora sprawy”. Czyli Przyłębski konsultował z MSZ swe wystąpienie przeciwko nagrodzie dla niezależnego dziennikarza, a jego stanowisko – zawierające pomówienie o rzekomo udowodnionych kłamstwach – jest również stanowiskiem resortu, które reprezentuje. A więc i państwa polskiego.

Nobel dla Wałęsy zmorą władz PRL

Nie wiadomo, czy kierownictwo resortu z prof. Jackiem Czaputowiczem na czele zdaje sobie sprawę, że akcja Przyłębskiego, którą poparło, jest łudząco podobna do kampanii przeciwko przyznaniu Pokojowego Nobla Lechowi Wałęsie w 1983 r. (choć oczywiście ranga sprawy jest inna).

Grzegorz Majchrzak, historyk specjalizujący się m.in. w badaniu dziejów „Solidarności”, tak opisał ten niechlubny epizod dyplomacji PRL (cytat za stroną internetową Muzeum Historii Polski): „MSZ, w związku z informacjami agencyjnymi o ponownym wysunięciu osoby przewodniczącego »Solidarności« do pokojowej Nagrody Nobla (po raz pierwszy został on zgłoszony rok wcześniej), zalecił polskim dyplomatom w Oslo złożenie »wizyty na wysokim szczeblu« i przedstawienie stanowiska władz PRL w tej kwestii. Mieli oni starać się wpłynąć na norweskie władze, a za ich pośrednictwem na osoby decydujące o nagrodzie. Dyplomatom zalecono akcentowanie postępującej w Polsce »normalizacji sytuacji« oraz toczącego się rzekomo »szerokiego dialogu społeczno-politycznego i gospodarczego między różnymi patriotycznymi siłami«. Mieli oni także przestrzegać, że ponowne wysunięcie kandydatury Wałęsy może być w tej sytuacji »odczytane tylko jako chęć utrudnienia procesów stabilizacyjnych«. Z kolei ewentualne przyznanie mu nagrody miało zostać potraktowane jako »polityczny akt poparcia dla sił ekstremalnych w Polsce«. Nasi dyplomaci wykorzystywali też w celu utrącenia kandydatury Lecha Wałęsy kanały nieoficjalne. Na przykład polski ambasador w Norwegii Karol Nowakowski przeprowadził rozmowę z jednym z dziennikarzy gazety »Dagbladet«, który miał mu przyrzec wykorzystanie kontaktów prywatnych, aby oddalić kandydaturę Wałęsy”.

Historia lubi się powtarzać?

Ironią losu jest, że także wówczas zagrano kartą antyniemiecką, akcentując, że kandydaturę Wałęsy wysunął Bundestag, pomijając inne zgłaszające go instytucje. „Władze PRL nie ograniczyły się jednak do słów, poszły za nimi konkretne czyny. Przede wszystkim 11 października 1983 r. ekipa Wojciecha Jaruzelskiego wysłała do rządu Norwegii oficjalny protest przeciwko uhonorowaniu Wałęsy, (…) nie przyjmując do wiadomości, że mogą one [władze norweskie – red.] nie mieć wpływu na działalność prywatnej instytucji”.

Na koniec warto jeszcze przypomnieć, że ówczesne władze w ich antynoblowskiej szarży wsparły reżimowe media: z TVP i Trybuną Ludu na czele. Czyż historia nie lubi się powtarzać?

Waldemar Mystkowski pisze o finiszu kampanii.

Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły.

Jarosław Kaczyński nie gardzi żadną manipulacją ani kłamstwem. Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły, zatem PiS stosuje sprawdzone chwyty z poprzednich kampanii. Spot wyborczy o imigrantach przypomina ostrzeżenia prezesa sprzed trzech lat o cholerze, pierwotniakach i pasożytach.

Dla dobra pisowskiej sprawy jego najważniejsi nominowani do ubiegania się o fotele prezydenckie wypierają się PiS. Ani Patryk Jaki oficjalnie nie przyznaje się do partii Kaczyńskiego, ani Małgorzata Wassermann. Św. Piotrowi kur zapiał trzy razy, faworyci Kaczyńskiego najwyżej dwa razy usłyszą kukuryku i to pod warunkiem, że wejdą do drugiej tury, a potem jak w staropolskim powiedzeniu: „myślał kogut o niedzieli (wyborczej), a w sobotę (w ciszy wyborczej) łeb mu ucięli”.

Był taki moment, że prezes starał się w demokratycznych procedurach sięgnąć po wymarzony fotel prezydenta RP, ale nie pomogła mu nawet żałoba po bracie, gdy naród pochylał się z troską nad biednym bliźniakiem „sierotą”. Kaczyński w starciu zero-jedynkowym jest niewybieralny, pozostaje mu mącić, odwracać kota ogonem.

Liberalizm i lewica są dla niego i jego formacji lewackością, jednak w sytuacji podbramkowej prezes nawet jest w stanie sformułować – skądinąd silnie osadzony w naszej wysokiej kulturze – apel do przyjaciół Moskali (w roku 2010), lecz wieszcz adresował go do opozycji carskiej, a nie rządzących. Kaczyński wówczas także uciekł się do manipulacji z elektoratem sentymentu peerelowskiego i wielkodusznie orzekł, że Edward Gierek był patriotą.

Tę sztuczkę prezes zastosował w obecnej krytycznej sytuacji. Dojrzał w SLD możliwego koalicjanta w sejmikach, stwierdzając, że SLD będzie jednym z rozgrywających w samorządach, bo „od czasu istnienia PZPR minęło 30 lat” i tylko jeden muszą spełnić warunek: „pro publico bono”, czyli w istocie żaden.

Kaczyński nie sformułował analogicznego dowartościowania „Włodzimierz Czarzasty jest patriotą”, bo tak naprawdę nie chodzi o lewicę, ale podprowadzenie elektoratu, podszycie się pod idee lewicowe.

Czarzasty odpowiedział Kaczyńskiemu – wykluczył możliwość koalicji z PiS. Wg niego partia Kaczyńskiego robi wiele rzeczy sprzecznych z dorobkiem SLD, jak konflikt z Unią Europejską i „łamanie Konstytucji”. Czarzasty nie chce połknąć haczyka, który zarzucił na niego prezes.

Otóż pisowcy muszą zdawać sobie sprawę, że na żadnym poziomie reprezentacji demokratycznej nie są w stanie wejść w koalicję, aby współrządzić na różnych poziomach samorządowych. Wygląda na to, że będziemy mieli powtórkę z rozrywki, PiS potwierdzi stan posiadania w samorządach, a to będzie znaczyć klęskę wyborczą. A potem dojdzie do wewnętrznych rozliczeń, do sytuacji „rewolucji prawicowej” znaczy, że będą zajęci wojną wewnątrzpartyjną, wykrwawianiem się.

Nienawiść PiS – broń, którą kierują wobec nas

Oto czym się różni Platforma od PiS.

Na plaży w Kątach Rybackich prezes Jarosław Kaczyński łopatką wkopał w prasłowiański piasek biało-czerwony kołek. Przekaz był jasny. Taki biało-czerwony kołek to kołek w oko naszym wrogom. Symbolizuje naszą wolność, suwerenność i nasze aspiracje. I ten kołek, to nie jest nasze ostatnie słowo.

W filmie „Miś” Stanisława Barei (niesłusznie uważanym za komedię, choć w istocie jest traktatem polityczno-filozoficznym, służącym za podstawę programową obecnej władzy) jest słynna scena przyznania głównym bohaterom paszportu. Dwójka mocno podstarzałych już dzieci w rytm mazurka przekazuje położone na tacy paszporty, a urzędnik stanu cywilnego recytuje wiersz o miłości do Polski i polskim antracycie. Ta uroczystość ma być elementem „nowej świeckiej tradycji”.

Nigdy nie zapytałem scenarzystę filmu – Stanisława Tyma – czy do napisania tej sceny inspirowały go autentyczne zdjęcia z „Dziennika TVP” (współcześnie to takie „Wiadomości”, wtedy jednak po bloku: „jak kwitnie kraj po rządami PiS” nie było bloku informacji „jak zła jest totalna opozycja, która sprowadzi uchodźców”). W tamtym dzienniku jakiś ówczesny prezenter mówił martwym głosem, że w konkursie na „nową obyczajowość świecką” zorganizowanym przez Towarzystwo Kultury Świeckiej wygrał obrzęd przekazania gospodarstwa rolnego skarbowi państwa. Kamera pokazała dwójkę spłoszonych staruszków, którzy całowali kosę, skakali przez pług, a na koniec odbierali od państwa pieniądze. Przecierałem ze zdumienia swoje młode oczęta, ale tak, to się działo naprawdę.

Z frontu walki „dobrej zmiany”.

Oni już wiedzą, że PiS to mega obciach. A ty?

>>>

Jak PiS wrabia innych w swoje wypadki, przypadek Beaty Szydło

No, proszę. Pisowskiemu ambasadorowi Sadosiowi zmiękła rura.

W najbliższą sobotę z inicjatywy Obywateli RP na fasadzie budynku PKiN zostanie wyświetlony napis „Konstytucja”. – Jeśli dziś konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu – uważa Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

„Wyświetlmy napis KONSTYTUCJA na Pałacu Kultury i Nauki, niech każdy kandydat na prezydenta, radnego, burmistrza, posła do sejmiku wie, czego domagają się Polki i Polacy. Niech każdy wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej” – pisali Obywatele RP, rozpoczynając zbiórkę na swoją akcję w serwisie Zrzutka.pl.

Jak wyliczyli, by móc przez tydzień wyświetlać napis „Konstytucja” na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, potrzebują 30 tys. zł. „Niech każdy w Polsce wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej!” – zachęcali do zrzutki w mediach społecznościowych. Już zebrali ponad 41 tys. Proszą więc o wpłaty na kolejny tydzień.

Napis ma się pojawić na fasadzie budynku PKiN w najbliższą sobotę o godz. 18, a więc na dzień przed wyborami samorządowymi.

„Konstytucja” na fasadzie PKiN

– Nie bez powodów pojawią się z całą pewnością oskarżenia o naruszenie ciszy. W dzisiejszej sytuacji konstytucja – najwyższe prawo wszystkich stron każdego polskiego sporu – dzieli politycznie. Rzeczywiście jest polityczną deklaracją, choć konstytucja – równa dla każdego niezależnie od przekonań stanowiąca podstawę bytu wspólnego państwa – powinna być politycznie niewinna, doskonale obojętna wobec partyjnych preferencji – zwraca uwagę Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

Czy Sebastian K., oskarżony ws. wypadku Beaty Szydło, był skłonny zgodzić się na warunkowe umorzenie śledztwa ze wskazaniem jego winy? – Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna – ujawnia mec. Władysław Pociej.

  • – Prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak, w sposób zupełnie nieograniczony, podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony – mówi mec. Pociej
  • – Nawet gdy są użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie zwalnia kierowcy pojazdu uprzywilejowanego z obowiązku zachowania zasady szczególnej ostrożności – tłumaczy prawnik
  • – Jeśli – jak donosiły media – wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku, to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie – ocenia obrońca Sebastiana K.

***

Szymon Piegza, Onet: Dlaczego zdecydował się pan bronić Sebastiana K.?

Proszę przypomnieć sobie sytuację z dnia, w którym miał miejsce ten wypadek: bardzo młody człowiek, u progu dorosłości, wówczas nawet jeszcze nie maturzysta, staje sam wobec potężnych instytucji państwa oraz mediów i zostaje poddany natychmiastowemu osądowi. Tak nie może być. Trzeba było, by ktoś za nim stanął. Tak widzę swoją rolę jako adwokata: zrobić wszystko, aby prawa należne każdemu obywatelowi były w pełni respektowane w każdej sytuacji.

Każdy aplikant adwokacki pamięta z pierwszych wykładów z historii Adwokatury Polskiej następujący fakt: po odzyskaniu niepodległości Józef Piłsudski dekretem „w przedmiocie statutu tymczasowego Palestry Państwa Polskiego” powołał do życia Adwokaturę Polską. Powiedział wtedy, że tylko adwokat jest w stanie podjąć się obrony obywatela przed państwem. Miał rację.

Przewaga państwa nad obywatelem

Na czym polega przewaga państwa w tej sprawie?

Między innymi na tym, że jako obrońca jestem zagrożony zarzutem karnym z art. 241§1 kk, jeśli ujawnię jakiekolwiek wiadomości z postępowania przed ujawnieniem takich wiadomości na rozprawie głównej. Zwróćmy uwagę, że prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak w sposób zupełnie nieograniczony podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony. Na jakiej podstawie, a przede wszystkim, w jakim celu minister i prokuratura podejmują takie działania?

Kolejny przykład to sytuacja związana z niedopuszczeniem mnie do czynności przesłuchania pani premier Beaty Szydło, mimo iż dostałem oficjalne zawiadomienie o terminie i miejscu. O tym, że nie zostanę dopuszczony do przesłuchania dowiedziałem się już po jego rozpoczęciu. Informację tę przekazała mi protokolantka. Niestety zgodnie z obowiązującym mnie prawem nie wolno mi było komukolwiek udzielić żadnej informacji o tej odmowie, a jednak wiadomość o tej decyzji prokuratury pojawiła się w internecie kilka minut później. Po prostu prokuratura powiadomiła o tym media. Dlaczego jednej stronie procesu wolno udzielać w nieskrępowany sposób każdej informacji o postępowaniu, a druga strona jest takiej możliwości pozbawiona?

Nie można się było odwołać od tej decyzji?

W takiej sytuacji nie przysługują żadne środki odwoławcze.

Złożył pan natomiast zażalenie na niesłuszne zatrzymanie Sebastiana K. w dniu wypadku.

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu wydał postanowienie, że to zatrzymanie było legalne, ale bezzasadne, czyli nie było przyczyny dla której mój klient został zatrzymany. Przypominam, że zatrzymanie jest formą pozbawienia wolności. Człowiek zostaje pozbawiony możliwości dysponowania własną osobą w nieskrępowany sposób.

Dla jakiej przyczyny zastosowano zatrzymanie? To był uczestnik zdarzenia, który nie uciekał, nie stawiał oporu, nie był pod wpływem narkotyków lub alkoholu. Wystarczyło spisać jego dane i wezwać na przesłuchanie następnego dnia. W jakim celu ktoś podjął decyzję, żeby postawić zarzut i przesłuchać go jeszcze tego samego dnia? Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w sprawach o wypadki komunikacyjne takie działanie się nie zdarza. Zarzut został postawiony mojemu klientowi niemal tuż po zdarzeniu.

Przypomnijmy, że prokuratura prowadziła śledztwo przez ponad półtora roku i winy nadal nie udowodniono.

Chcąc być lojalnym wobec trojga prokuratorów, którzy stanowili zespół prowadzący czynności w tej sprawie, muszę powiedzieć, że długotrwałość tego postępowania na pewno w znacznej części była powodowana koniecznością prowadzenia dowodów w ramach pomocy zagranicznej. Pojawiło się wiele dokumentów, które podlegały rygorom tłumaczenia przez tłumaczy przysięgłych.

Jednak końcowy wniosek prokuratora okręgowego, który był wnioskiem o warunkowe umorzenie tego postępowania, był oczywiście nie do przyjęcia dla mojego klienta.

Dlaczego?

Zarysowałem mojemu klientowi wszelkie konsekwencje; plusy i minusy związane z tym rozstrzygnięciem. Obrońca nie ma prawa wymagać od klienta, żeby zajął takie a nie inne stanowisko. Jego rolą jest udzielenie klientowi wszelkich możliwych informacji, ale decyzja zawsze należy do klienta. Dokonałem mojej oceny tej sytuacji i uznałem, że okoliczności, które nie zostały na początku wyjaśnione, mogą decydować o tym, czy on jest winny czy nie.

Wydaje się, że w trakcie wypadku doszło do wielu zaniechań. O jakich dokładnie okolicznościach mówimy?

Okoliczności te były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na pierwszej rozprawie, w dniu wczorajszym. Wobec treści postanowienia Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, zakazującego upubliczniania wyjaśnień oskarżonego, zmuszony jestem do odmowy udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Wątpliwości od samego początku dotyczyły też tego, czy kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany.

Nie do mnie, a do sądu należy rozstrzygnięcie czy samochody rządowe używały sygnałów uprzywilejowania, a jeśli tak to jakich. Media powoływały się na relacje świadków, którzy twierdzili, że sygnałów dźwiękowych nie było. Proszę nadto zważyć na jedną ważną okoliczność: nawet, gdyby były użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie przesądza o sprawstwie.

Kolumna uprzywilejowana czy pojazd uprzywilejowany nie mają prawa jechać bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na innych użytkowników ruchu. Także te pojazdy muszą się poruszać z zasadą zachowania szczególnej ostrożności. Co to oznacza w praktyce? Jeśli inny użytkownik ruchu nie daje pierwszeństwa przejazdu, to pojazd uprzywilejowany ma obowiązek jechać tak, aby nie spowodować wypadku. Jeśli warunki tego wymagają to kolumna, choć uprzywilejowana, ma bezwzględny obowiązek nawet się zatrzymać.

Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: ostateczna treść zarzutu, który usłyszał mój klient to nieumyślne spowodowanie wypadku poprzez nieustąpienie pierwszeństwa samochodowi uprzywilejowanemu, a nie kolumnie uprzywilejowanej. W jaki sposób był oznakowany ten samochód uprzywilejowany? Procedury mówią jasno: samochód uprzywilejowany musi mieć zamontowane światła uprzywilejowania w taki sposób, by były one widzialne w promieniu 360 stopni od tego samochodu, czyli tylko na dachu. Czy tak było w tym przypadku? Odpowiedź na te pytania musi dać proces, który właśnie się rozpoczął.

Jak się szybko okazało, ze świadkami również był problem, ponieważ kierowcom, którzy byli najbliżej całego wypadku BOR natychmiast kazał odjechać z miejsca zdarzenia.

Tu znów dotykamy okoliczności, które były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na rozprawie.

Brak dowodów w sprawie

Prokuratura przez ponad półtora roku nie znalazła jednoznacznych dowodów potwierdzających, że kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany. Czy w takiej sytuacji brak tak naprawdę jasnych dowodów na winę Sebastiana K.?

W moim przekonaniu tak właśnie jest. Od samego początku czekaliśmy na ewentualne całkowite umorzenie postępowania przeciwko mojemu klientowi wobec braku winy. Mamy ostatecznie akt oskarżenia.

Do tej pory prokuratura chciała warunkowego umorzenia śledztwa ze wskazaniem winy oskarżonego Sebastiana K. Trzy miesiące temu nie zgodziliście się na takie zakończenie. Sebastian powiedział mi, że gdyby nie pana pomoc, sam byłby skłonny przyjąć taką propozycję, by jak najszybciej zakończyć sprawę i mieć święty spokój.

Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna. Rolą obrońcy jest pokazać mu elementy, które wskazują na jego korzyść.

Warunkowe umorzenie jest przesądzeniem wyłącznej winy. Oskarżony ponosi wtedy odpowiedzialność za całość zdarzenia. Z jego polisy OC są pokrywane szkody naprawy rządowej limuzyny. Mój klient podjął decyzję, że nie da sobie przypisać winy za to zdarzenie.

Co z zasadą domniemania niewinności?

Zdaję sobie sprawę z tego, w jak niezwykle trudnej sytuacji stoi obywatel w sporze z państwem. Absolutna przewaga instytucji państwa na każdym polu powoduje, że obywatel staje przed ogromnym wyzwaniem. Prokuratura zbiera materiały i twierdzi, że ów obywatel jest winien. Powstaje zatem pytanie, czy państwo poprzez prokuraturę prawidłowo oceniło tę sytuację?

Sebastian obawiał się również, że w momencie wzięcia na siebie winy poszkodowani członkowie BOR oraz pani premier mogliby wytoczyć proces ze względu na uszczerbek poniesiony na zdrowiu.

Jest to teoretycznie możliwe. Wtedy szkody na osobach, które doznał uszczerbku, są również regulowane z OC.

Wczoraj przed oświęcimskim sądem rejonowym ruszył proces w sprawie zderzenia FiataSeicento i kolumny BOR, do którego doszło 10 lutego 2017 roku. Przypomnijmy, że wcześniej ten sam sąd chciał, by sprawa była rozpatrywana w Krakowie.

Było oficjalne wystąpienie Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, żeby przenieść sprawę do innego sądu. Sąd Apelacyjny w Krakowie odmówił temu wnioskowi uznając, że skoro wypadek zdarzył się w Oświęcimiu, to rozpozna tę sprawę sąd właściwy wg zasad ogólnych.

Jak pan skomentuje doniesienia medialne mówiące o tym, że w tym samym sądzie w ubiegłym roku pojawił się wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak i miał rozmawiać z sędziami o tej sprawie?

Jeśli, jak donosiły media, wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie. Podkreślam, iż informacja taka dotarła do mnie tylko z mediów. Jest oczywistym, że dla obrońcy to poważny sygnał ostrzegawczy.

Ma pan jakieś obawy w sprawie samego procesu?

Powstaje pytanie, z jakąś częstotliwością sąd będzie wyznaczał terminy rozpraw. Zupełnie nieprzewidywalna jest, jak zawsze w sprawach z wieloma dowodami osobowymi, kwestia stawiennictwa świadków, których w tej sprawie jest dużo. Nie mam na razie żadnych przesłanek do utraty zaufania do składu sędziowskiego i wierzę głęboko, że tak pozostanie.

Konstytucja zawędruje na miejsce symboliczne dla Warszawy, na Pałac Kultury i Nauki.

Dobić PiS, dobić szarańczę – chaos i zdezorientowanie w Kaczyńskiego kuwecie

>>>

PiS tak naprawdę mówi: Euro, pa!

Ponoć nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale mamy na raty. W obliczu złych sondaży PiS postanowił proces przyspieszyć, wciąż zapewniając, że są za zostaniem w UE. Aby mieć pewność co do kierunku w jakim idziemy

W sztabie Prawa i Sprawiedliwości nerwowa atmosfera udzieliła się już chyba wszystkim. Co rusz zamawiane są wewnętrzne sondaże i podkręcane obietnice wyborcze.

Gra toczy się o sporą stawkę, dlatego też prezes Kaczyński ogłosił swoistą mobilizację i nakazał wszystkim posłom, którzy akurat nie mają jakiś posiedzeń komisji sejmowych, do wyjazdu w teren i pracy na lepszy wynik wyborów samorządowych.

„Wszyscy parlamentarzyści dostali od prezesa Jarosława Kaczyńskiego nakaz działalności w terenie. – Usłyszałem w partii, że jak ktoś zobaczy któregoś z nas w stolicy, to koniec będzie – opowiada nam z parlamentarzystów”

Zakładane były dwa scenariusze: albo odbijemy się w terenie realnie, albo nie. Bo zwycięstwo ogólne w skali kraju nie oznacza realnej władzy na dole. Dlatego takie nerwy” – tłumaczy jeden z polityków PiS.

Parlamentarzyści swoją agitacją mają wesprzeć przede wszystkim premiera Morawieckiego, który jest lokomotywą tych wyborów z ramienia partii, ale jednocześnie może stać się ich kozłem ofiarnym w wypadku przegranej.

W PiS na finiszu kampanii zapanował potworny chaos. Klęska zajrzała w oczy Kaczyńskiemu. Czy trafi go szlag, apopleksja?

Ziobro raz się pomylił i rzekł prawdę, iż PiS wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej

Morawiecki chciałby Ziobrę wyrzucić?

„Nie mam żalu do Ziobry” – zapewniał w Polsat News prezes Kaczyński, ale wydaje się, że to tylko dobra mina do złej gry, co potwierdzają wypowiedzi innych polityków partii rządzącej.

Sprawa dotyczy wniosku, jaki na początku października minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego. Nie informując nikogo prokurator generalny chce, aby TK uznał „art. 267 traktatu o funkcjonowaniu UE, który umożliwia sądom krajowym zadawanie pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE, został uznany za niezgodny z Konstytucją RP, jeśli pytania będą dotyczyć „ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej”.

Samowolka Ziobry, która wyszła na jaw tuż przed wyborami samorządowymi i która stawia wyraźne pytanie co do przyszłości Polski w UE, wywołała złość wśród partyjnych kolegów.

Minister sprawiedliwości próbuje ratować sytuację tłumacząc, że wywoływanie polexitu to zwykła manipulacja. W wystosowanym oświadczeniu zapewnił, że wniosek nie jest próbą wyprowadzenia Polski z UE, ale jego istotą „jest zbadanie kompetencji polskich sądów do występowania z pytaniami w sprawach, które nie są objęte regulacją prawa europejskiego. Ostatnio niektóre polskie sądy kierowały pytania, które były próbą obrony przywilejów zawodowych. Tymczasem zdaniem polskiego rządu o ustroju sądów decyduje wyłącznie prawo krajowe”.

Zupełnie innego zdania są politycy opozycji, a także konstytucjonalista prof. UW Marcin Matczak, który mówi, że „po korzystnym dla Ziobry wyroku będziemy mieli dwa rodzaje pytań – dobre i złe. Po pytaniu prejudycjalnym polskiego sądu, a w szczególności po odpowiedzi Trybunału UE Ziobro będzie mógł powiedzieć: szanujemy UE, ale to pytanie jest, niestety, niekonstytucyjne. Da to prawo ignorowania decyzji Trybunału, co jest jednoznaczne z podłożeniem bomby pod nasze członkostwo w Unii.

Od wniosku Ziobry odżegnują się politycy PiS, a także sam premier, z którym minister sprawiedliwości od dawna toczy spór. Czy w przypadku słabych wyników w wyborach samorządowych Ziobro poniesie konsekwencje swojej samowolki? Czas pokaże, ale pojawiają się już spekulacje o możliwości wysłania prokuratora generalnego do europarlamentu.

Kolejne środki przekazano ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości na konta podmiotów Tadeusza Rydzyka. Zbigniew Ziobro to jedyny silny stronnik redemptorysty pozostały w rządzie po dymisji Jana Szyszki i Antoniego Macierewicza. Jak donosi “Super Express” toruński biznesmen ma domagać się powrotu tego ostatniego na ministerialne stanowisko, co więcej, opracował już ponoć nawet plan, jak do tego doprowadzić.

Nie jest tajemnicą, że współpraca partii Jarosława Kaczyńskiego z redemptorystą nie opierała się na wzajemnej sympatii. Mimo tego Prawo i Sprawiedliwość korzystało do tej pory z wpływu mediów Tadeusza Rydzyka na istotną część elektoratu, udzielając ludziom Rydzyka miejsc na swoich listach wyborczych. Do frakcji toruńskiej należą m. in. wymienieni byli ministrowie, posłanka Anna Sobecka, czy pozbawiony ostatnio członkostwa w partii exposeł Andrzej Jaworski.

“Mamy media publiczne, więc media o. Rydzyka nie są nam aż tak potrzebne” – powiedział SE ważny polityk PiS.

Informator z środowiska ojca Rydzyka wypowiedź skwitował następująco, zdradzając alternatywny plan: “Jeszcze do nas przyjdą… Jest nawet pomysł, aby stworzyć alternatywne wobec PiS listy do PE, na których mógłby się znaleźć m.in. Macierewicz. Czekamy. Na pewno ojciec Rydzyk chce jego powrotu do rządu. Jeśli będzie miał zapewnienie w tej kwestii, to odpuści temat budowy list”.

Marek Ast z PiS, pytany o szanse powrotu Macierewicza do rządu odpowiedział: “To, czy wróci on do rządu, zależy od premiera i przyszłego rozdania po wyborach parlamentarnych. […] Każdą uwagę ze strony ojca dyrektora przyjmujemy z szacunkiem i jeżeli ona jest trafiona to wtedy należy z pokorą głowę pochylić”.

Spięcie na linii Rydzyk-Prawo i Sprawiedliwość dało o sobie znać choćby podczas wrześniowej fety z okazji corocznego Dziękczynienia Radia Maryja. Mimo przekazania w sumie ponad 164 mln zł na interesy Tadeusza Rydzyka, obecna na niej reprezentacja PiS usłyszała“My w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej pracujemy dla ojczyzny. Studiujący u nas muszą zapłacić. Czy to jest sprawiedliwe? Czesne nie jest duże, ale jest. Dlaczego na jakiś uniwersytet pieniądze daje rząd – miliard czy dwa miliardy, a tutaj nic? […]Dlaczego pieniądze idą na uniwersytety, które są przesiąknięte lewactwem, gender, a wykładowcy są często demoralizatorami przeciwko Bogu i ojczyźnie? Tam ministerstwo daje środki, pomimo tego, że rządzi prawica, a tutaj nie”.

Wtedy stwierdził też, że PiS myśli, iż „Radio Maryja to środowisko, które daje im 1-2 procent głosów, więc nawet jeżeli więc ci ludzie by na nich nie głosowali, to i tak wygrają”. W istocie Prawo i Sprawiedliwość dużo zyskało na przejęciu telewizji publicznej i eksploatuje ją do granic topornej propagandy. Partię Kaczyńskiego czeka jednak wielka wewnętrzna walka o władzę z Zbigniewem Ziobrą oraz, jak mówią coraz częstsze pogłoski, dymisja premiera Morawieckiego. Nie jest więc wykluczone, że PiS zabłaga o poparcie strategicznego sojusznika wcześniej niż zamierzało, co czyni powrót Macierewicza do rządu realnym.

Środowy występ prezesa Kaczyńskiego w Polsacie to klasyczny przykład zarządzania kryzysem. U progu wyborów samorządowych PiS ma dwa problemy: nagrania z wypowiedziami Mateusza Morawieckiego, kiedy był jeszcze u boku Tuska, i odebraną jako zapowiedź polexitu akcję prawną ministra Ziobry w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości.

Kto chce wierzyć Kaczyńskiemu, że Morawiecki to człowiek empatyczny, a nie zimny gracz o swoje, ten niech wierzy. Prawda jest taka, że wierchuszka pisowska spanikowała po wycieku nielegalnych nagrań, w których Morawiecki mówi rzeczy moralnie dyskwalifikujące.

A to przecież Kaczyński namaścił go na premiera i broni go jak żadnego innego polityka swojej partii. Więc ewentualne straty wizerunkowe i wyborcze po nagraniach i akcji Ziobry obciążą też konto samego prezesa.

W tej sytuacji szefowie propagandy pisowskiej doradzili ratunkowy wywiad w prywatnej telewizji, a nie w jawnej tubie partyjnej, jaką stały się media dawniej publiczne. Przy okazji Polsat zapunktował w elektoracie „zjednoczonej prawicy” i umocnił poza nim wrażenie, że dołącza do „dobrej zmiany”. Co poza tym elektoratem raczej chwały stacji nie przysparza.

Kaczyński zagrał w Polsacie zdartą płytą: czarne jest białe, delfin Morawiecki jest the best, opozycja jest the worst. Kiedy prezes bajdurzył o pasożytach przywlekanych przez uchodźców, to był to dla jego zwolenników akt odwagi przeciwko brukselskiemu dyktatowi, kiedy Schetyna użył słowa „szarańcza”, to był to zdaniem prezesa język goebbelsowski.

Kiedy nielegalne nagrania służyły do walenia w PO, PiS wołał: larum! Kiedy pokazują obecnego premiera jako człowieka bez moralnych skrupułów, za to z obrotowymi poglądami, Kaczyński usiłuje je zbagatelizować: ot, Mateusz sobie prywatnie pogadał, a który mężczyzna nigdy nie przeklął? No, może z wyjątkiem księży.

OK, to już wiemy, że Kaczyński na „Kler” nie poszedł. Jego prawo, choć jako lider ma obowiązek wiedzieć z autopsji, dlaczego na film Smarzowskiego walą tłumy: na dziś już ponad trzy miliony widzów.

W sprawie polexitu usłyszeliśmy, że PiS chce być w UE, a Kaczyński był pierwszym w Polsce politykiem namawiającym do wstąpienia. Kto chce, niech wierzy. Czy operacja ratunkowa się prezesowi udała, zdecydują w niedzielę obywatele. Oczywiście pod warunkiem, że jak najliczniej pójdą oddać głos.

Wyświetlanie napisu na fasadzie jednego z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Polsce będzie trwało przynajmniej tydzień (a więc obejmie także dzień wyborów – 21 października). Na taki okres udało się zebrać pieniądze w ramach zrzutki w internecie. Koszt tygodnia wyświetlania to aż 30 tys. zł. Ruch zapowiada, że jeżeli darczyńcy wpłacą więcej pieniędzy, grafika na fasadzie PKiN może być widoczna dłużej, np. aż do drugiej tury wyborów. Pojawiły się więc pytania o celowość i sens takich wydatków.

W co najmniej czterech z sześciu największych metropolii czeka nas dogrywka 4 listopada

Poróżnieni w idei

Wysokie koszty tej akcji wywołały wiele krytycznych komentarzy – Obywatelom RP stawiane są pytania, czy nie lepiej przeznaczyć tych pieniędzy na działania wspierające protesty obywatelskie (np. na edukację, pomoc prawną czy inne działania prodemokratyczne), a także kwestie dotyczące samej idei, przypominające, że konstytucję należy stosować w działaniu, a nie promować samo hasło.

„Konstytucja to nie jest w naszym plemieniu (i w ogóle w żadnym porządku) odpowiedź na pytanie podstawowe i nie stanie się takim, choćby napis zawisł na Pekinie do końca świata. To jest sublimacja idei i działań, z którą nigdy w swej masie nie zmierzyliśmy się – czytamy w jednym z komentarzy. – Pytania podstawowe i odpowiedzi na nie leżą – tak mi się wydaje – trochę gdzie indziej, a my zestawiamy uparcie dojrzałe, subtelne relacje obywatel–wspólnota i obywatel–państwo z kwestiami natury bytowej i psychologicznej”.

Skąd ten pośpiech w reformowaniu wymiaru sprawiedliwości

Za 30 czy 60 tys. zł (o ile uda się je zebrać) można zrobić bardzo wiele konkretnego. „Jak myślę o tym w kontekście np. zamknięcia hostelu dla osób LGBT zagrożonych bezdomnością czy rodzin migranckich, które żyją z grzybem na ścianie, albo wyzyskiwanych lokatorek, to na serio mi słabo… – to kolejna wypowiedź. – [Albo w kontekście] organizacji antyprzemocowych, które żebrzą o każdy grosz, czy inicjatyw antydeportacyjnych. Każdej sprawy, która faktycznie pokazuje, że w Polsce łamie się prawa człowieka i obywatela. Po raz kolejny symbol przerósł znaczenie”.

Wydaje się, że dyskusję sprowokowały przede wszystkim koszty tej akcji, bo komentarze nie pojawiały się tak licznie, gdy na początku października dzięki inicjatywie Obywateli RP administracja Sądu Najwyższego na polecenie I Prezes wywiesiła na fasadzie budynku wielki transparent z napisem „Konstytucja”.

Pomniki w koszulkach z napisem „KonsTYtucJA”. Co na to władza?

„Niech takie napisy pojawią się wszędzie tam, gdzie wciąż są ludzie, którzy poczuwają się do obowiązku wobec konstytucji. Ci, którzy dzisiaj niewinne i bezbronne słowo »konstytucja« czytają jak zniewagę, niech wiedzą, że kiedy stracą władzę, to samo prawo najwyższe będzie gwarancją ich wolności i godności, a niezawisłe sądy ochronią ich przed odwetem. To właśnie takiej Polski bronimy” – nawoływali wówczas w swoim apelu Paweł Kasprzak z Obywateli RP i Władysław Frasyniuk.

To ważne słowa, ważne szczególnie w praktyce. Ale może napis i akcja wywieszania koszulek czy transparentów z „Konstytucją” bez głębszej podbudowy dla odbiorców i mediów to umniejszenie pojęcia najważniejszego polskiego aktu prawnego? Na pewno dla niektórych. Bo z punktu widzenia części tych aktywistów i aktywistek, którzy podejmują realne działania w obronie zapisów Konstytucji RP (np. blokowali wstęp do biura przepustek Sejmu, by obnażyć bezprawne zakazy wstępu do parlamentu, jakimi ich objęto, lub uczestniczyli w tzw. kontrmiesięcznicach w imię wolności do manifestacji), to jedynie błaha akcja medialna. Akcja pusta w swych znaczeniach, pusta, bo odwracająca uwagę od nadużyć władzy wykorzystującej instrumentalnie pewne przepisy do własnych celów. W tym do wywoływania tzw. efektu mrożącego w obywatelach.

Oto fragment jednego z komentarzy właśnie takiej aktywistki: „Akcja Konstytucja [plakaty, koszulki na pomnikach] miała swoje walory, ale one moim zdaniem już się wypaliły, a i my działamy na straszliwą tego pojęcia dewaluację. Wypaliły się, bo pozostały w sferze romantycznej symboliki i nie zostały wniesione na wyższy pułap; a może paradoksalnie na niższy, bo zanim zaczniesz recytować Miłosza, upewnij się, że znasz i rozumiesz alfabet [pojęć]”.

Marsze KOD pokazały społeczny sprzeciw. Obywatele RP walczą

Co na to wszystko Obywatele RP?

– Sukces zbiórki mnie trochę zdziwił. Świadczy moim zdaniem o tym, że „nasza strona” jest głodna symboliki godnościowej. Pałac Kultury to, cokolwiek by nie mówiła propaganda, czytelny symbol kulturowy nie tylko Warszawy, ale i Polski (przypomnę choćby „Małą apokalipsę” Konwickiego). Konstytucja wyświetlona na nim zaspokaja potrzeby godnościowe tych, których obecna władza otwarcie wyrzuca poza polskość. Wygląda na to, że działając trochę po omacku, dotknęliśmy czegoś dla części obywateli bardzo ważnego. Mam też nadzieję, że trochę się tym dołożymy do upowszechnienia pojęcia patriotyzmu konstytucyjnego i związanego z tym pojęcia narodu politycznego – wyjaśnia Magdalena Pecul-Kudelska z Obywateli RP.

– Krytyka akcji jest oczywiście zrozumiała – w końcu 30 tys. zł to niebagatelna suma, a i nie wszyscy przywiązani są do symboli. Po części też wynika z tego, że akcja widziana jest jako izolowana, a w istocie jest to część działań rozpoczętych przez nas wywieszeniem baneru na budynku Sądu Najwyższego, a jeszcze wcześniej przez KOD ich na wpół humorystycznymi akcjami „pomnikowymi” – wyjaśnia dalej. – My to traktujemy bardzo poważnie – napis „Konstytucja” jest znakiem instytucji (sądów, samorządów, redakcji mediów), które nadal odgrywają swoją przewidzianą w niej rolę, a nie stały się narzędziami partii rządzącej. Zawisł już na niektórych budynkach samorządowych (m.in. w Gorzowie Wielkopolskim, Sopocie, Gdańsku i Wrocławiu, 17 października zawiśnie w Poznaniu) i na budynku redakcji POLITYKI. To wezwanie, za Timothym D. Snyderem, do obrony niezależnych instytucji. Niewiele już ich zostało – samorządy, media, być może komisje wyborcze, częściowo sądy. Musimy dołożyć starań, by pełniły swoją konstytucyjną funkcję. Do plakatowania konstytucją zamierzamy też zachęcić indywidualnych obywateli, traktując to jako formułę odpowiednią na stulecie niepodległości Polski. W końcu to, czym jest Polska, jest zapisane w konstytucji.

Statuetka za dekorację z konstytucją

Głos zabrał także lider Obywateli RP Paweł Kasprzak. W jego tekście pojawiają się jednak tak zadziwiające kwestie, że trudno nie odnieść wrażenia, że są to raczej zawoalowane tłumaczenia niż przemyślany plan działania. Oczywiście Kasprzak potrafi mówić wzniośle o najważniejszym polskim akcie prawnym, nie raz to robił przy okazji kontrmiesięcznic itd. Sam podejmował też realne, oddolne akcje pokazujące, jak stosować prawa zawarte w konstytucji w praktyce. Domagał się szanowania konstytucji, wraz z innymi Obywatelami RP i aktywistami na własnej skórze sam sprawdzał reakcję władzy.

Tym razem jednak, obok wielkich słów, sprowadza problem do kilku przyziemności. Pisze np.: „Dziś, 17 października, plakat »Konstytucja« autorstwa Luki Rayskiego drukuje w formacie A2 »Gazeta Wyborcza« w całym swoim nakładzie. (…) Policzmy się. Niech plakaty z konstytucją pojawią się w naszych oknach. Drukując plakat, pomyślmy o kopiach dla sąsiadów. Odwiedźmy ich – może zrobią to samo. Fundacja Obywateli RP ogłasza konkurs na najlepiej udekorowane konstytucją budynki mieszkalne. Nagrodą będzie statuetka postaci z naszego znaku”.

Twórca plakatu „Konstytucja” opowiada POLITYCE o sztuce protestu

Czyli co? Rywalizujmy ze sobą o nagrodę, bo to teraz na czasie, bo inni to też zrobią, bo to modne? Niestety za mało – moim zdaniem – w tych słowach (bolesnych przecież) wspomnień praktyka. Kasprzak pisze także o tym, że ruch spodziewa się zarzutów o złamanie ciszy wyborczej, bo napis będzie wyświetlany m.in. 20 i 21 października. Dlaczego w ogóle o tym wspomina? Konstytucja jest przecież apolityczna, jest aktem nas wszystkich. Mówienie o tym, że w ogóle może być inaczej (nawet jeżeli już były przykłady upolitycznienia tej kwestii), to czysta prowokacja. „Jeśli dziś konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu. Ich deklaracje o politycznym wymiarze prawa są z ducha bolszewickie. Niech te deklaracje władzy staną się jasne dla wszystkich obywateli niszczonego” – czytamy w tekście (oświadczeniu?) lidera. Potem pojawia się lekkie w swej formule nawiązanie do najtragiczniejszej porażki opozycji ulicznej, czyli do samobójczej śmierci Piotra Szczęsnego (Szarego Człowieka). „Zapraszamy w przedwyborczy wieczór na pl. Defilad w Warszawie. Dzień po rocznicy samospalenia Piotra Szczęsnego – niech znak »Konstytucja« ma moc przebudzenia, o którym pisał do nas w tamtym tragicznym apelu” – pisze Kasprzak.

Trudno określić, co ma na myśli, szczególnie w tym dramatycznym kontekście, bo już chwilę później nawiązuje do Święta Niepodległości. Ale aż nie chce się wierzyć, że lider Obywateli RP oczekuje przebudzenia społecznego w zasadzie „z niczego”, bo z powodu rozpromowania plakatu czy samego hasła.

Od czasu samospalenia minął już prawie rok, a ruchom obywatelskim, mimo ich setek działań i akcji, nie udało się sprawić, by ludzie naprawdę masowo wyszli na ulice. Aby wyszli i na niej zostali w obronie praw zapisanych właśnie w konstytucji. A teraz ma to sprawić błaha znaczeniowo akcja? Błaha, bo nie idą za nią (jak na razie) większe działania dotyczące edukacji konstytucyjnej, prawnej, społecznej. Jest za to prowokacja – oby do prawdziwej dyskusji, a nie tylko do kolejnej politycznej, przedwyborczej przepychanki na oskarżenia i obelgi.

Popkultura może służyć

Nie potępiajmy jednak w czambuł ewentualnego potencjału, bo taki oczywiście istnieje. W końcu – z drugiej strony – wieszanie napisów „Konstytucja” na pomnikach to ogromna kampania prodemokratyczna, zainicjowana przez Komitet Obrony Demokracji, podjęta przez wiele osób prywatnych, a teraz także przez Obywateli RP.

Nawiązywanie do polskiej konstytucji przez znane postaci muzyki – Rogera Watersa, Micka Jaggera czy Bono – obiegło wiele krajów świata, co znacząco przyczyniło się do przebicia się informacji o zmianach systemowych, jakie obecnie w Polsce przebiegają. Także w reakcjach polskich polityków, w działaniach policji wobec niewinnej przecież akcji wywieszania koszulek z napisem „Konstytucja” na pomnikach zarówno dziennikarze, jak i widzowie czy czytelnicy mediów często dostrzegali swoistą nadgorliwość władzy. Czy trzeba czegoś więcej?

PiS z pomocą policji walczy z obywatelami. Brzmi znajomo

Trzeba. Aby taki spontaniczny pozornie projekt przełożył się nie tylko na bezrefleksyjne wywieszenie kolejnej koszulki na kolejnym pomniku dla własnej popularności, ale na podejmowanie przez obywateli działań mających na celu coś więcej, musi za nim iść określona akcja edukacyjna lub społeczna. Także częściowo popkulturowa. Np. taka, jaką wywołały w latach 40. historie o komiksowym Supermanie, który zaczął walczyć z Ku Klux Klanem. Emisja kolejnych odcinków „The Adventures of Superman” z serii „Clan of the Fiery Cross” z tym właśnie wątkiem (powstałym zresztą na podstawie prawdziwego śledztwa dziennikarskiego) na falach amerykańskiego radia miała niebagatelny wpływ na zniesienie Apartheidu w USA. Miała, bo nie tylko ujawniła skrywane fakty, obnażyła bolesną prawdę, ale i wypromowała u młodych ludzi określone zachowania, pokazywała wartości płynące z szacunku wobec drugiego człowieka, równości ludzi oraz potrzeby tolerancji.

Podobnym przykładem wykorzystania popkultury do krzewienia wyższych idei była muzyka (a dokładniej teksty piosenek) w historii różnych konfliktów politycznych. Tu można wspomnieć ogromny rynek podziemnych rockowych nagrań w czasach PRL w Polsce, niesamowitą muzyczną historię z RPA opisaną w słynnym filmie dokumentalnym „Sugar Man”, boom nagrań i koncertów hippiesowskich w czasach wojny w Wietnamie czy choćby rolę artystycznej wizji „The Wall” Pink Floyd.

Akcja przyniesie więcej szkody niż pożytku? Niekoniecznie

Jeżeli to zbyt odległe propozycje, wystarczy spojrzeć na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. To nie jest tylko wielka charytatywna zbiórka pieniędzy. To są wieloletnie programy edukacyjne, regularne szkolenia na temat pierwszej pomocy w szkołach, nauka wrażliwości i empatii prowadzona na różne sposoby. To też „stylowe” podziękowania dla młodych – poprzez koncerty i rozmaite programy na Przystanku Woodstock (obecnie Pol’and’Rock). To edukacja medialna. A efekt? Tysiące osób zaangażowanych, samodzielnie i oddolnie organizujących rozmaite wydarzenia w ramach WOŚP. W różnych wsiach, miasteczkach czy miastach, z różnych środowisk, osobno, a jednak wspólnie.

Czy więc napis „Konstytucja” na pomnikach, budynkach, koszulkach ma szansę wpłynąć na jakąś przemianę w Polsce? Sam napis na pewno nie – wytworzenie mody na coś to jeszcze nie sukces. Moda nie jest przecież tym samym co zbudowanie poczucia wspólnoty, a już na pewno nie tym samym co obudzenie świadomości bycia sprawczym i posiadania realnego wpływu na wydarzenia. Niemniej dobrze poprowadzona kampania obywatelska na fali takiej mody już może wywołać zmianę postrzegania samych siebie wobec wartości określonych w prawie. Jeżeli jednak za napisem „Konstytucja” wywieszanym na murach będzie tylko sam mur – akcja przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Początek wyświetlania napisu Konstytucja na PKiN zaplanowano 20 października o godz. 18. O tej godzinie przed głównym wejściem do gmachu będzie można się spotkać z Obywatelami RP.

Ile kradną pisowcy? Zobacz >>>

Waldemar Mystkowski pisze o „skoordynowanej” akcji PiS – „dzień śrubokręta”.

W rolach głównych tym razem wystąpili Zbigniew Ziobro i ambasador w Brukseli Andrzej Sadoś.

Dzień świstaka ponoć zdarza się raz na rok, ale jego charakterystyką jest powtarzalność i może trwać bardzo długo, jeżeli nie potrafimy sobie z nim poradzić. W Polsce dzień świstaka trwa circa 3 lata. Dzień świra – wiadomo, dzień w dzień, acz natężenie świrowania jest różne. Dzisiaj 17 października 2017 przeżywamy dzień śrubokręta, który najzgrabniej podsumował Donald Tusk, bo to on symbolicznie został zaatakowany śrubokrętem.

Najpierw wieść gruchnęła, że Zbigniew Ziobro używa śrubokręta, aby jak najszybciej odkręcić Polskę od Unii Europejskiej, bo tym jest skierowanie wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. A to znaczy, iż minister sprawiedliwości i prokurator generalny pyta o potwierdzenie, iż w Polsce nie obowiązuje prawo unijne, więc nie trzeba go przestrzegać, ani nie jest nadrzędne do prawa stanowionego w kraju. Ziobro w konsekwencji tak naprawdę stwierdza we wniosku, że traktat akcesyjny jest nieważny.

Konsekwencją odpowiedzi TK – nie wątpimy, że magister Julia Przyłębska przyzna Ziobrze rację – jest nieuznanie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, czyli w Polsce obowiązuje tylko bezprawie PiS. A bezprawiem nazywam takie obowiązywanie prawa, w którego przestrzeni sądy są zależne od partii i przestały być niezależną władzą sądzenia – jednym z trzech filarów systemów demokratycznych. Prof. Wojciech Sadurski w krótkiej tweeterowej analizie wniosek Ziobry scedował na jego „znajomość” prawa i określił ministra i prokuratora określeniem „Panie Nieuku”.

Ziobro jednak po południu obudził się z ręką w nocniku. Opublikował komunikat na stronach Prokuratury Krajowej, odkrywając Amerykę: – „Polska należy i będzie należeć do Unii Europejskiej. Jej unijny status musi być silny, nie gorszy niż innych państw. Nie możemy mieć mniej praw niż Niemcy czy inne kraje członkowskie”.

Co mają Niemcy do nieznajomości prawa Ziobry, nie wiem, ale fajerka mu pod siedzeniem przypiekła, tym bardziej, że jego zwierzchnik Mateusz Morawiecki jedzie do Brukseli, aby mamić władze unijne. Lecz tam doszło do naprawdę śmiesznej sytuacji mrożkowskiej. Ambasador Andrzej Sadoś został złapany in flagranti z śrubokrętem w dłoni podczas wykręcania śrub przy tablicy w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE, ponieważ na niej jest nazwisko Donalda Tuska. Tablica upamiętnia ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa, na którą premier Tusk zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. No i popatrzcie wszyscy się wówczas zjawili.

A więc – dzień jak co dzień – dzień świra przemienił się w dzień śrubokręta. Donald Tusk ma cierpliwość lekarza zakładu zamkniętego. Opublikował na Twitterze diagnozę Polski: – „Mniejsza o tabliczkę. Ważne, żeby Polski nie odkręcili od Unii Europejskiej”.

Duda, powołując 27 sędziów do SN, nie tylko złamał prawo, ale też stracił instynkt samozachowawczy

Aleksander Stępkowski, który wczoraj nie został powołany na sędziego Sądu Najwyższego, zwyczajnie zablefował.

W rubryce „obywatelstwo” profesor całkiem świadomie podał tylko jedno – polskie. Dopiero przy pytaniu: „Czy kandydat posiada wyłącznie obywatelstwo polskie” –  Stępkowski oświadczył, że dopiero co złożył oświadczenie o wyrzeczeniu się obywatelstwa brytyjskiego i czeka na potwierdzenie „wywarcia skutków prawnych”. „Wówczas moje polskie obywatelstwo będzie wyłączne” – wyjaśniał pan sędzia.

Na dodatek, o wykluczającym z konkursu na sędziego Sądu Najwyższego wciąż trwającym podwójnym obywatelstwie wiedziała także sprawdzająca go Krajowa Rada Sądownictwa.

Mimo to rekomendację dla kandydata, który nie spełnia podstawowego warunku, KRS wysłała do prezydenta. Dopiero Andrzej Duda jego powołanie zablokował.

Zajście eufemistycznie wyjaśniał prezydencki prawnik Paweł Mucha mówiąc, że powodem niepowołania założyciela instytutu Ordo Iuris na sędziego Sądu Najwyższego była „kwestia niezgodności z przepisami”.

Przypomnijmy: Prezydent powołał w środę nowych sędziów Sądu Najwyższego w Izbach: Cywilnej, Karnej oraz Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Mimo, że uczynił to bezprawnie minister w jego kancelarii Paweł Mucha nazwał to „przywracaniem fundamentów zaufania do wymiaru sprawiedliwości”. Oznajmił, że nie ma żadnego uzasadnienia dla wstrzymywania przez prezydenta powołania nowych sędziów SN bądź dla czekania na „jakąkolwiek aktywność jakiegokolwiek innego organu”.

Zawrzało na Facebooku pod postem zamieszczonym przez Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, który „nakrył” kandydata PiS do rady miasta w Będzinie / woj. śląskie/ na zachowaniach odbiegających od norm przyjętych w cywilizowanym świecie, a już z całą pewnością nie mających nic wspólnego z moralnością głoszoną przez partię, w której kandydat znalazł dla siebie miejsce do życia.

Niejaki Adrian Dzienisiewicz zagustował w niewinności i bez ogródek zaoferował 15 – latce „wsparcie finansowe bez wiedzy rodziców i karierę za miłe chwile”.

Zauważył dziewczynkę na Instagramie i mimo, że znał jej wiek, a może właśnie dlatego ruszył na wyuzdany podryw:

„Robię rozeznanie rynku wśród modelek. Chciałabyś żebym coś poszukał dla ciebie?” – napisał do niej

„No, nie wiem” – zawahała się zagadnięta

„Za miłe chwile mogę się bardziej postarać, nikt nie musi wiedzieć o spotkaniu, prawda? Odpisz szczerze” – zachęcał… i dalej:

„Za miłe chwile, to znaczy?” – naiwnie zapytało dziewczę

Lubisz się całować? Masz kamerkę?”- brnął dalej obleśny typ

 „Mógłbym pogadać z kuzynem, on przy miss Polonia nastolatek i starszych się kręci, może byś została miss”

„Oki”

„Lubię dotyk, a ty?”

„Zależy jaki”

„Przyjemny”

 

I w tym miejscu obleśny PiS–owiec przystąpił do konkretów proponując sponsoring:

„Chciałabyś wsparcie finansowe bez wiedzy rodziców? Odpowiedz szczerze.

„A czemu miałabym to ukrywać przed rodzicami?”

„Bez rodziców stawka może wzrosnąć, a chyba lepiej mieć więcej?”

Na co liczył ten typ? Raczej nie ma wątpliwości, a internauci rozprawili się z nim bez litości:

Znam/znałem gnoja osobiście. Człowiek z kompleksami i manią wyższości. Prace licencjacką pisał na temat Adolfa Hitlera i ma szeroko zakrojone poglądy rasistowskie. Po drugie oszust i kombinator. Nie jestem zdziwiony takim jego zachowaniem, obleśny typ w realnym świecie nigdy by nikogo nie poznał. Gościu działa w Będzińskich strukturach PiS. – napisał jeden z użytkowników Facebooka.

Autentyczność tej korespondencji potwierdził Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, a także sama 15- latka.

Cejrowski versus Morawiecki

Jak donosi portal Fakt.pl, nie wszyscy prawicowi dziennikarze bronią Mateusza Morawieckiego po publikacjach kolejnych taśm ze słynnej restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Dowód? Premiera zrugał w mediach Wojciech Cejrowski, popularny podróżnik i zagorzały zwolennik PiS.

Przypomnijmy: Onet opisał w ubiegły poniedziałek zeznania kelnerów Łukasza N. i Konrada Lasoty, z których wynika, że istnieją inne, niż dotychczas opublikowane nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” z udziałem premiera Mateusza Morawieckiego. W momencie nagrywania nie był on jeszcze premierem, lecz prezesem Banku Zachodniego WBK.

Kelnerzy zeznali w prokuraturze, że w nagraniach mowa jest o zakupie mieszkań na podstawione osoby, czyli tzw. „słupy”. Z kolei dziennikarze Onetu przypomnieli nagranie, na którym Morawiecki obiecywał „ciche” wsparcie finansowe dla byłego wiceministra w rządzie PO-PSL, Aleksandra Grada. Wsparcie, bagatela, w wysokości nawet do 100 tys. zł! Poza tym prezes WBK pomagał w załatwieniu pracy dla syna europosła Ryszarda Czarneckiego.

Wojciech Cejrowski, znany z wyjątkowo kontrowersyjnych komentarzy, do tej pory zawsze był przychylny rządowi. Ale nie tym razem. – „Jakichś nowych rzeczy się dowiedzieliśmy, i o tym człowieku, który takim językiem mówi przy eleganckim stole. W moich oczach spodnie mu spadły do kostek i nie chcę oglądać gościa, który takim językiem się posługuje” – powiedział Cejrowski w „Radiowym Przeglądzie Prasy”, publikowanym w serwisie YouTube. – „Po prostu jest mi przykro, że zrobił (Morawiecki – red.) nas w konia, bo jawił się kim innym, kiedy w garniturach do zdjęć pozował, kiedy wspierał PiS i zostawał premierem. Jawił się kulturalnym, młodym człowiekiem, który miał jakieś kariery bankowe” – dodał. Publicysta uważa, że premier „mówi takim samym językiem, jak komuniści”.

Przypomnijmy: do tej pory zarówno politycy PiS, jak również dziennikarze popierający obóz dobrej zmiany mieszali z błotem dziennikarzy Onetu, a proceder nagrywania najważniejszych polityków nagle okazał się przestępczy. Gdy publikowane były nagrania polityków Platformy, PiS był zadziwiająco zgodny, że dziennikarze mają do tego pełne prawo, zauważa portal Fakt.

>>>

Cejrowskiemu nie podoba się chamstwo M. Morawieckiego. To się porobiło!