Archiwa tagu: Jan Grabiec

Prywatne państwo PiS

Gazeta Wyborcza informuje o schadzkach prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, premiera rządu Mateusza Morawieckiego z pełniącą obowiązki prezesa Trybunału Konstytucyjnego – JuliąPrzyłębską. Do częstych spotkań ma dochodzić w apartamencie Przyłębskiej przy alei Szucha w Warszawie.

Zdarza się, że prezes partii Jarosław Kaczyński przyjeżdża do Przyłębskiej dwa, a nawet trzy razy w tygodniu – informuje Gazeta Wyborcza.

Prywatne państwo PiS.

Depresja plemnika

„Gazeta Wyborcza” ujawnia, że w mieszkaniu prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej odbywają się cykliczne spotkania, w których uczestniczy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Rozmówcy z rządu w rozmowie z GW podkreślają wprost, że to ważny ośrodek władzy.  Mieszkanie mieści się w reprezentacyjnym budynku z balkonami i dużymi oknami naprzeciwko TK. Obok swoje siedziby mają Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej, niedaleko jest kancelaria premiera. W PiS od dawna narasta niezadowolenie, że partyjna siedziba przy ul. Nowogrodzkiej nie jest jedynym centrum decyzyjnym.

Jarosław Kaczyński skomentował publiczne swoje kontakty z prezes TK 13 maja w programie „Pytanie na śniadanie” w TVP 2. Niespodziewanie ujawnił w nim, że Przyłębska „jest jego towarzyskim odkryciem ostatnich lat” i bardzo lubi u niej bywać, a spotkania mimo pełnionej przez nią funkcji mają prywatny charakter.

Wypowiedź ta (temat przyjaźni prezesa PiS miał być jednym z zaplanowanych przez jego PR-owców tematów rozmowy) padła w…

View original post 3 519 słów więcej

 

Reklamy

Ziobro, Jaki, faszyzm, Szydło, Kuchciński, Duda

Politycy Platformy Obywatelskiej zażądają  dymisji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i jego zastępcy Patryka Jakiego. – Nie może być tak, że osoby o faszystowskich poglądach i wspierające neofaszystów pracują w wymiarze sprawiedliwości. Odpowiedzialność ponosi za to osobiście wiceminister Patryk Jaki i prokurator generalny minister sprawiedliwości w jednej osobie, Zbigniew Ziobro – mówił w Sejmie Jan Grabiec.

Neofaszyści w MS

Wniosek posłów opozycji związany jest z poniedziałkowymi doniesieniami medialnymi. Jak podała „Gazeta Wyborcza”, asystent sędziego Sądu Rejonowego w Gliwicach Jakub Kalus podczas delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości wziął udział w happeningu skrajnych narodowców z 2017 r., podczas którego doszło do wieszania portretów europosłów PO na szubienicach. Kalus obsługiwał wówczas komisję Patryka Jakiego do spraw reprywatyzacji. Gdy ministerstwo zakończyło z nim współpracę w lutym 2018 roku, awansował z gliwickiego sądu do Sądu Apelacyjnego w Katowicach, gdzie od października 2018 r. pracuje w Wydziale II Karnym.

Według informacji GW Kalus udzielał też porad prawnych organizatorom „urodzin Hitlera”, gdzie m.in. instruował ich, jak mają się zachowywać podczas śledztw i przygotowywał im pisma procesowe.

– Jeśli te szokujące fakty nie są wystarczające do dymisji, to znaczy, że powinniśmy wzywać do usunięcia z wymiaru sprawiedliwości tych, którzy tych niegodnych ludzi zatrudniają, dają im specjalne zadania i tworzą nad nimi parasol ochronny – uważa Jan Grabiec.

– Nie może być tak, że osoby o faszystowskich poglądach i wspierające neofaszystów pracują w wymiarze sprawiedliwości. Odpowiedzialność ponosi za to osobiście wiceminister Patryk Jaki i prokurator generalny minister sprawiedliwości w jednej osobie, Zbigniew Ziobro – mówił Grabiec.

PO: Żądamy wyroku

Jedną z posłanek, której zdjęcie zawisło na szubienicy, była Róża Thun. Dziś tłumaczyła w Sejmie, że oczekuje, że w tej sprawie zapadnie w końcu wyrok w sądzie. Obecnie sprawę bada katowicka prokuratura.

– Nie dość, że od roku nie ma żadnej odpowiedzi ani decyzji w tej sprawie, to działalność tych osób się rozwija – mówiła Róża Thun. – Pan Kalus po godzinach doradza neofaszystom, a wiceminister zamiast pilnować swojego resortu, to od ponad roku jest w drodze, bo zajmuje się swoimi kampaniami wyborczymi od Warszawy po Świętokrzyskie i Małopolskę – dodała europosłanka.

Beata Szydło korzystała z usług profesjonalnej wizażystki. Jednak osoby pracujące w branży były zaszokowane kwotami, jakie płaci Kancelaria Premiera za te usługi. Okazało się na przykład, że jeden wizaż kosztował 49 tysięcy złotych. Nawet gdyby kosmetyki były ze szczerego złota a usługi dokonywali najlepsi specjaliści na świecie, kwota szokuje.

Złośliwi mówią, że nawet te 49 tysięcy złotych nie pomogło bo trudno przykryć cechy charakteru. Beacie Szydło należy przypomnieć jej arogancję i butę, gdy krzyczała w Sejmie, że premie się jej należały. Ale makijaż za 49 tysięcy złotych? To jakiś absurd. Prawdopodobnie te pieniądze poszły jeszcze na coś innego. Na co? To już trzeba będzie wyjaśnić po wyborach, gdy sprawę będzie mogła zbadać niezależna komisja śledcza. Bo szastanie publicznymi pieniędzmi, które należą do ciężko pracujących Polek i Polaków trzeba rozliczyć.

Dzisiaj Beata Szydło jest przegrana i chce uciec z Polski do Europarlamentu.

Kaczor stchórzy, taka jego natura skunksa

Kaczyńskiego obleciał tchórz

W ostatnią środę lider Prawa i Sprawiedliwości postanowił wezwać liderów ugrupowań opozycyjnych do podpisania wspólnej deklaracji w sprawie przyszłości wprowadzenia waluty euro w naszym kraju. Jak zapewne zakładali stratedzy partii rządzącej, taki chwyt miał po raz kolejny sprowadzić debatę publiczną na wygodne dla niej tory i postawić opozycję w niewygodnym położeniu. Przy okazji taki ruch miał odwrócić uwagę od rozpalających opinię publiczną tematów czyli największego od 20 lat strajku polskich nauczycieli (z którym PiS nijak nie potrafi sobie poradzić) oraz kwestii grabieży majątku Polaków w ramach likwidacji II filaru systemu emerytalnego. 

Dziś jednak na Nowogrodzkiej mogą pożałować tamtego występu Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja początkowo nie dała się wciągnąć w jego gierki, zauważając że temat jest w tej chwili abstrakcyjny i wobec innych ważnych kwestii dziś nieistotny, a kropkę nad i postawił niezawodny Donald Tusk, przy okazji wbijając szpilę premierowi Morawieckiemu.

Dziś natomiast Koalicja Europejska postanowiła odbić piłeczkę rzuconą przez Jarosława Kaczyńskiego, stawiając go w bardzo nieprzyjemnym położeniu. Grzegorz Schetyna zaproponował mu bowiem bezpośrednią konfrontację w debacie na tematy europejskiej przyszłości Polski, która miałaby odbyć się jeszcze w tej kampanii wyborczej.

„Byłem adresatem listu pana prezesa Kaczyńskiego ws. euro i naszej opinii w tej kwestii. Chcę powiedzieć, że to, co możemy i powinniśmy powiedzieć w tej kwestii, jesteśmy gotowi, ja osobiście jestem gotowy do tego, żeby powiedzieć opinii publicznej, prezesowi Kaczyńskiemu, twarzą w twarz, w bezpośredniej debacie. To zawsze kampania wyborcza, wybory, czas przedwyborczy jest czasem na debatę, na zderzenie opinii, na pokazanie prawdziwych stanowisk partii, które reprezentujemy. Jestem do takiej debaty gotowy” – mówił na konferencji prasowej przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Lider Koalicji Europejskiej wysłał też do prezesa Kaczyńskiego list, w którym zadaje trzy pytania dot. polityki prowadzonej przez PiS w ramach Unii Europejskiej.

Pytania o łamane standardy demokratyczne (które powrócą ze zdwojoną mocą po kolejnej nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym), utratę miliardów euro straconych w prowadzonych przez PiS negocjacjach nad unijnym budżetem czy poruszanie kwestii zawierania sojuszy z europejskimi ugrupowaniami, które pozostają w mocnym związku z putinowską Rosją to z pewnością nie są kwestie, z którymi Kaczyński chciałby się zmierzyć w publicznej rozmowie. Może się jednak okazać, że nie będzie miał wyjścia.

TVP ponoć odtrąbiła już sukces wizyty Morawieckiego za Oceanem, rzeczywistość jednak skrzeczy, a spostrzeżenie byłego ambasadora RP w Kanadzie obala wszelkie mity:

„Nieśmiałe pytanie: dlaczego nie doszła do skutku wizyta PMM w Waszyngtonie, nad którą ambasada pracowała miesiące? Że wiceprezydent nie chciał się spotkać – przykre, choć zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę pozycję tego rządu. Ale nawet doradca ds. bezpieczeństwa?” – napisał na Twitterze były ambasador Polski w Kanadzie, a obecnie kandydat do europarlamentu z ramienia KE Marcin Bosacki.

„Jak to jest w ogóle możliwe, że premier 38 milionowego kraju jedzie z wizytą do innego państwa i nikt nie spotyka się z nim z władz tego państwa? nowa jakość wstawania z kolan!” – zastanawia się jeden z użytkowników Twittera.

Odpowiedź otrzymuje natychmiast, w następnym wpisie: „Przecież na świecie nikt już go nie traktuje poważnie, bo kontakt z nim to jak pocałunek śmierci. W każdym normalnym, demokratycznym państwie dla polityka, u którego sąd (kilkakrotnie) prawomocnie stwierdził posługiwanie się kłamstwem, nie byłoby miejsca w przestrzeni politycznej.”

Jakiekolwiek wątpliwości w tej kwestii rozwiewa amerykańska prasa donosząc, że spotkanie polskiego premiera w sprawach bezpieczeństwa „zostało przełożone”.

Doliniarz Morawiecki (2)

TVP ponoć odtrąbiła już sukces wizyty Morawieckiego za Oceanem, rzeczywistość jednak skrzeczy, a spostrzeżenie byłego ambasadora RP w Kanadzie obala wszelkie mity:

„Nieśmiałe pytanie: dlaczego nie doszła do skutku wizyta PMM w Waszyngtonie, nad którą ambasada pracowała miesiące? Że wiceprezydent nie chciał się spotkać – przykre, choć zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę pozycję tego rządu. Ale nawet doradca ds. bezpieczeństwa?” – napisał na Twitterze były ambasador Polski w Kanadzie, a obecnie kandydat do europarlamentu z ramienia KE Marcin Bosacki.

„Jak to jest w ogóle możliwe, że premier 38 milionowego kraju jedzie z wizytą do innego państwa i nikt nie spotyka się z nim z władz tego państwa? nowa jakość wstawania z kolan!” – zastanawia się jeden z użytkowników Twittera.

Odpowiedź otrzymuje natychmiast, w następnym wpisie: „Przecież na świecie nikt już go nie traktuje poważnie, bo kontakt z nim to jak pocałunek śmierci. W każdym normalnym, demokratycznym państwie dla polityka, u którego sąd (kilkakrotnie) prawomocnie stwierdził posługiwanie się kłamstwem, nie byłoby miejsca w przestrzeni politycznej.”

Jakiekolwiek wątpliwości w tej kwestii rozwiewa amerykańska prasa donosząc, że spotkanie polskiego premiera w sprawach bezpieczeństwa „zostało przełożone”.

Pech nie opuszcza Polski, intelektualnmy przeciętniak Kaczyński i okazuje się, że Morawiecki – istny matoł.

Depresja plemnika

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam…

View original post 1 578 słów więcej

CBA bada aferę SKOK Wołomin, w której jej funkcjonariusz jest umoczony

Rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego Piotr Kaczorek zaczął pracować w tych służbach po dojściu PiS do władzy. Biuro – jak wiadomo – zajmuje się badaniem nieprawidłowości właśnie w SKOK Wołomin. – „Czynny pracownik CBA, które bierze udział w śledztwie w sprawie SKOK Wołomin, ma tam kredyt i go nie spłaca? To przecież ewidentny konflikt interesów. Wobec Kaczorka powinno zostać wszczęte przynajmniej postępowanie dyscyplinarne. Powinien także zostać zawieszony przynajmniej do czasu wyjaśnienia sprawy. Poza tym to wstyd dla CBA, że jest on twarzą instytucji, która zajmuje się śledzeniem nieprawidłowości w państwie i sama powinna być czysta jak łza” – powiedział Onetowi funkcjonariusz CBA, który prosił o zachowanie anonimowości.

„Nie zamierzam rozmawiać o moich sprawach prywatnych. Nigdy w życiu nie brałem żadnej pożyczki na zasadzie nielegalnej działalności” – stwierdził Kaczorek w rozmowie z onet.pl. Zapytany, czy wziął kredyt w SKOK Wołomin i go nie spłaca, odpowiedział: – „Nie mam zamiaru na ten temat rozmawiać”.

Były szef CBA Paweł Wojtunik nie ma wątpliwości. – „To sytuacja co najmniej dwuznaczna, jeśli nie korupcyjna. Sprawa powinna być już dawno temu znana biuru spraw wewnętrznych CBA i dogłębnie zbadana. To kolejny przykład na podwójne standardy. Rzecznik powinien być świętszy od papieża, tym bardziej rzecznik instytucji antykorupcyjnej . Obawiam się, a nawet jestem pewny, że ta sprawa nie zostanie obiektywnie wyjaśniona, a opinia publiczna usłyszy kolejne już oświadczenie o pełnym zaufaniu kierownictwa partii oraz CBA do tego funkcjonariusza” – powiedział Wojtunik. Onet cytuje paragraf 10 Kodeksu etyki funkcjonariusza CBA: „Aby nie budzić podejrzeń o stronniczość czy interesowność funkcjonariusz Centralnego Biura Antykorupcyjnego nie dopuszcza do konfliktu interesów, czyli sytuacji, gdy prywatne sprawy kolidują z obowiązkami służbowymi”.

Funkcjonariusz od kontaktów z mediami w CBA, które prowadzi śledztwo SKOK Wołomin, ma niespłacony kredyt w SKOK Wołomin… Ta władza stoi po szyję w ryhnsztoku powiązań i bagnie korupcji!

Depresja plemnika

Piotr Kaczorek w 2013 r. pożyczył w SKOK Wołomin 160 tys. zł, ale przez kolejne co najmniej cztery lata nie spłacał zaciągniętego kredytu. Według raportu przygotowanego przez biegłego, który wyceniał majątek SKOK Wołomin, do 1 lipca 2017 r. Kaczorek zalegał – łącznie z odsetkami karnymi – na kwotę ponad 200 tys. zł. Dziś pracuje w CBA, które bada nieprawidłowości w SKOK-u.

Więcej >>>

Wojciech Mazowiecki, syn byłego premiera, złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie podpalenia przez Jacka Międlara fotografii Tadeusza Mazowieckiego.

Były ksiądz obrażał także polityka w wulgarny sposób, o czym pisaliśmy w artykule Międlar spalił zdjęcie premiera Mazowieckiego, nazywając go…

View original post 280 słów więcej

Platforma Morawieckiemu nie odpuści

Rano na rozpoczynającym się trzydniowym posiedzeniu Sejmu, ku zaskoczeniu wszystkich, premier Mateusz Morawiecki złożył wniosek o wotum zaufania. – Od decyzji Sejmu zależy, czy będzie mandat dla kontynuowania naszych reform – tłumaczył wniosek premier. Marszałek Kuchciński ekspresowo zajął się wnioskiem i już przed godz. 18 szef rządu otrzymał wotum zaufania, od posłów PiS-u oczywiście. Premier we wcześniejszym wystąpieniu mówił dużo o wzroście gospodarczym, inwestycjach, programie 500 Plus, a nawet o wzroście liczby turystów przyjeżdżających do Polski. Chwalił i dziękował ministrom, atakował opozycję. – To było wystąpienie, które trudno analizować racjonalnie, ponieważ było ono skierowane wyłącznie do swojego twardego elektoratu – mówi Jan Grabiec, rzecznik Platformy Obywatelskiej. Na piątek zaplanowano debatę nad wnioskiem PO o konstruktywne wotum nieufności dla rządu.

Wniosek o wotum zaufania

Zaskakując wszystkich, bez porozumienia z innymi klubami premier Mateusz Morawiecki złożył w Sejmie wniosek o wotum zaufania. – Od decyzji Sejmu zależy, czy będzie mandat dla kontynuowania naszych reform – powiedział premier. Tłumaczył, że musi mieć silny mandat na czwartkowy szczyt UE. Kilkanaście minut po złożonym wniosku marszałek Sejmu Marek Kuchciński dopuścił premiera na mównicę.

Po wystąpieniu Mateusza Morawieckiego i odpowiedzi na pytania posłów opozycji już przed godz. 18 Sejm udzielił rządowi wotum zaufania. Za wnioskiem głosowało 231 posłów, przeciw było 181, a dwóch (posłów niezrzeszonych) wstrzymało się od głosu.

Wotum zaufania złożone przez Morawieckiego praktycznie eliminuje debatę z opozycją, dlatego że przy wotum zaufania marszałek może zadecydować, że posłowie opozycji mogą zadawać tylko pytania. Nawet szefowie klubów nie mają przewidzianego czasu na polemikę z premierem.

To, co przejdzie do historii z dzisiejszego przemówienia premiera Morawieckiego, to pochwała Okrągłego Stołu i zapowiedź, że nie będzie podwyżek energii. Zaskakujących wypowiedzi premier miał więcej.

Najlepszy rząd pod słońcem

Morawiecki przez godzinę przemawiał i przekonywał, że jego rząd jest czymś najlepszym, co spotkało Polskę. W przerwach krytykował rządy PO-PSL, choć swoje wystąpienie zaczął od apelu o jedność i merytoryczną dyskusję.

Mówił o wzroście gospodarczym, inwestycjach, programie 500 Plus, a nawet o wzroście liczby turystów przyjeżdżających do Polski.

– Można?! – pytał retorycznie premier. – Można! – odpowiadali mu posłowie Zjednoczonej Prawicy.

W ramach ukłonu dla elektoratu premier niespodziewanie zapowiedział, że zapowiadanych od dawna podwyżek prądu nie będzie. – Nie będzie podwyżek cen energii – obiecał premier, ale już nie dopowiedział, czy dla wszystkich, czy tylko gospodarstw domowych.

Premier wytykał poprzednikom, że nie zrobili nic dla poprawy jakości powietrza w Polsce. – Mamy wprawdzie adwent, a nie Wielki Post, ale wypadałoby posypać głowę popiołem – mówił premier, po czym dodał: – Jest tu trochę amatorów ciastek, ja również. Myślę, że przy takich ciastkach, z obniżonym już VAT-em, zasiądziemy do debaty o lepszej Polsce. Wszyscy w zgodzie. Zapraszamy do tego drogą opozycję.

Jako przykład optymalnej współpracy premier podał brytyjskich laburzystów. – Opozycja ma ważną rolę do wypełnienia. Znamy to z Wielkiej Brytanii, gdzie opozycja proponuje konstruktywne rozwiązania, a nie tylko jątrzy – mówił premier, ale chyba zapomniał, że jeszcze dziś wieczorem parlament brytyjski będzie głosować wotum nieufności dla premier, co w konsekwencji prawdopodobnie doprowadzi do upadku rządu premier Theresy May.

Bon moty premiera

Premier wygłosił też długą litanię dziękczynną do ministrów, także tych, których już dziś nie ma w rządzie, jak Antoni Macierewicz. Dziękował też Mariuszowi Kamińskiemu za pracę ze służbami. – O szczegółach nie mogę mówić, bo tam są jakieś tajne akcje – mówił premier.

Minister Beacie Kempie, która „udowodniła, że najlepsza pomoc dla uchodźców jest tam na miejscu”, a szefowej MEN Annie Zalewskiej za przywrócenie ładu w szkołach, bo – jak mówił – „teraz każdy decyduje sam, czy pośle 6-latka do szkoły, czy przedszkola”.

Minister Jadwidze Emilewicz podziękował za dbałość o przedsiębiorców, a ministrowi Kowalczykowi za ustawę o jakości pieców. – To jest program na wiele lat – mówił premier. Dziękował też Elżbiecie Rafalskiej. – Za kluby seniora – to są wielkie zmiany, przeznaczamy na to trzy razy więcej – mówił premier.

– Będziemy wielu innym krajom pokazywać, jak zapewnić jednocześnie wysoki wzrost gospodarczy i poprawę losu tych, którzy są słabsi. Nam się udało to pogodzić. Filary naszego programu to: wiarygodność, skuteczność, europejskość i jedność – mówił z dumą .

Polityka zagraniczna w rozkwicie

– Jesteśmy skuteczniejsi, ale to nie jest polityka poklepywania po plecach, jak u naszych poprzedników. Potrafimy się dogadywać. W ramach grupy V4 umiemy się znakomicie dogadywać, mimo że każdy premier jest z innej grupy europejskich partii – zaznacza Morawiecki.

Szef MSZ Jacek Czaputowicz zdaniem premiera przywrócił sterowność polskiej dyplomacji, czego dowodem ma być umieszczenie polskiej flagi na Krzywej Wieży w Pizie 11 listopada.

Szkoda, że premier nie dodał, że ta „skuteczna polityka” skutkuje tym, że Polska w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy ponad dwukrotnie częściej przegrywała głosowania w Radzie Europejskiej, niż w czasach poprzedniej koalicji PO-PSL.

Na koniec był ukłon w stronę PiS-u. – Chciałbym przywołać myśl Lecha Kaczyńskiego, że niewłaściwa jest dychotomia tradycji i modernizacji. My chcemy przede wszystkim dla młodych Polaków przełamywać szklane sufity. To jest wykonanie testamentu Lecha Kaczyńskiego – konkludował Morawiecki.

Przemowa do elektoratu

Zdaniem komentatorów wypowiedź premiera przypomina raczej cyrk niż merytoryczną dyskusję nad rządem, a całe przemówienie naszpikowane było konfabulacjami i przekłamaniami. Podając liczby, Mateusz Morawiecki nie podawał skali, w innych przypadkach zapominał dodać, że poprzednicy zmagali się z największym od dziesięcioleci kryzysem.

JUSTYNA KOĆ: Czy jako największy klub opozycyjny wiedzieliście wcześniej, że będzie wniosek o wotum zaufania dla premiera?

JAN GRABIEC: Oczywiście żadnych oficjalnych informacji nie mieliśmy, a sprawa wotum była utajniona przez marszałka Sejmu i PiS. Jakkolwiek wczorajsze popołudniowe machinacje przy harmonogramie pracy pokazywały, że coś się rano wydarzy. Mimo że żadnej oficjalnej informacji  nie mieliśmy, to oczywiście jesteśmy przygotowani do merytorycznej debaty o stanie państwa w związku z wnioskiem o wotum nieufności. Chętnie do takiej debaty byśmy przystąpili, niestety takiej debaty dziś nie było.

Premier chwalił ministrów i krytykował opozycję. Jak odniesie się pan do jego słów?
To było wystąpienie, które trudno analizować racjonalnie, ponieważ było ono skierowane wyłącznie do swojego twardego elektoratu, stałych widzów „Wiadomości” TVP czy TVP Info. Premier mówił językiem sloganów propagandowych i partyjnych przekazów, tam nie było próby nawiązania kontaktu z rzeczywistością, którą widzi większość Polaków. Nie było odwołania do tego, co dziś jest największym problemem, czyli do afer, które są wokół i w ramach rządu PiS, ani do życia codziennego: podwyżek, niskich pensji nauczycieli czy braku perspektyw i ciągle trwającego eksodusu młodych za granice. Nic na temat bieżących problemów premier nie powiedział. To były tylko przekazy oficjalne partii i propaganda sukcesu przypominające miejscami bardzo to, co działo się w latach 80. w PRL i w stanie wojennym. Wtedy też rząd chwalił się tym, że na święta będą cytrusy i że już statek z Kuby dopływa do portu w Gdyni. Dziś premier Morawiecki opowiadał, że o 3 proc. zmniejszył VAT na mandarynki, zapomniał dodać, że jednocześnie rząd PiS podniósł VAT, który miał spaść już dwa lata temu, do 23 proc., co kosztuje co roku miliardy złotych polskie rodziny.

Premier zapowiedział, że nie będzie podwyżek energii, co prawda nie podał szczegółów, ale obietnica padła. To zagranie do elektoratu w stylu 300 Plus wyprawki szkolnej dla wszystkich?
To jest wprost kłamstwo. Bardziej porównałbym to do tych wypowiedzi z kampanii wyborczej, za które premier Morawiecki musiał przepraszać, bo przegrał procesy. Podwyżki cen energii już się dzieją. Już szpitale, szkoły, polskie samorządy, które płacą za oświetlenie ulic, dostały informacje, że będą płaciły o 60-70 proc. większe rachunki. To nie jest kwestia przyszłości, tylko to już się dzieje. Oczywiście wymiar tej podwyżki będzie zależał ostatecznie od ustawowego regulatora, ale to zapewnienie premiera jest propagandą sukcesu, że być może Polacy nie zauważą, jak będą wyglądały ich rachunki po 1 stycznia.

Nie wycofujecie wniosku o konstruktywne wotum nieufności? Marszałek wyznaczył już termin: piątek, godz. 21.00.
Chcemy po 3 latach rządu poważnej debaty, ponieważ PiS, który ma większość w Sejmie, ucieka od poważnych debat na jakikolwiek temat. Jedyną możliwością debaty jest złożenie wniosku przez największą partię opozycyjną o wotum nieufności. Mamy to zagwarantowane w konstytucji i na pewno z tego skorzystamy. Będzie to okazja do tego, aby przedstawiciele opozycyjnych klubów w swoich wystąpieniach zadali pytania rządowi i przedstawili wizję tego, co naprawdę dzieje się w Polsce, co powinno się zmienić. Takich debat nie ma w Sejmie, marszałkowie wyłączają mikrofon posłom opozycji, a to daje nam gwarancję debaty. Nawet jeśli miałaby się odbyć o 2 w nocy, i tak do niej przystąpimy, bo zamierzamy realizować obowiązek opozycji.

Platforma nie odpuszcza. W piątek dojdzie do wotum nieufności dla Morawieckiego.

Depresja plemnika

Wielu komentatorów politycznych komentowało dzisiejszy zwrot akcji w Sejmie jako świetne zagranie premiera Morawieckiego. Istotnie, szef rządu Prawa i Sprawiedliwości zaskoczył szykującą się do bombardowania jego osoby opozycję, która z pewnością gotowa była przedstawić bardzo długą listę jego zaniedbań, nie tylko w aspekcie najnowszej afery w Komisji Nadzoru Finansowego. Dzięki sprytnemu zagraniu w zasadzie odwrócił przebieg tej dyskusji, dając sobie okazję do chwalenie się swoimi (także wyimaginowanymi) sukcesami zamiast się bronić przed konkretnie sformułowanymi zarzutami ze strony PO, Nowoczesnej czy PSL. To należy mu niewątpliwie zapisać na plus, tym bardziej że jednocześnie postawił do pionu wewnątrzpartyjną opozycję.

Biorąc natomiast pod uwagę, że do świąt zostało już mniej niż dwa tygodnie, taki ruch ma spore szanse przynieść profity polityczne. Premier oprócz powtórzenia w pełnej dawce tępej propagandy, którą wyborcy PiS niemal codziennie słyszą na kanałach informacyjnych TVP, rzucił też zapowiedź ręcznego powstrzymania koniecznych podwyżek cen prądu, co z pewnością zostanie pozytywnie…

View original post 420 słów więcej

Kaczyński skończy sromotnie jak Janukowycz, albo Ceaușescu

Polska na 100-lecie niepodległości jest Polską niezgody, skłóconą, rozrywaną sprzecznymi emocjami. A to wszystko jest skutkiem dążenia wybranej demokratycznie rządzącej partii PiS do zniszczenia dorobku Polaków po 1989 roku i zamiany demokracji na rodzaj miękkiej, katolicko podbudowanej dyktatury politycznej. Jednakże rządząca partia, która dysponuje większością parlamentarną, nie jest większością społeczną, nigdy nie była i mam nadzieję, nigdy nie będzie! Więc reszta społeczeństwa w coraz większym stopniu zaczyna rozumieć zagrożenie i mam nadzieję, że zacznie bardziej aktywnie działać na rzecz obrony demokratycznego państwa prawa – mówi prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego

KAMILA TERPIAŁ: Z czym dzisiaj kojarzy się Święto Niepodległości?

IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie nie wiadomo, co świętujemy, poza ogólnie sformułowaną wolnością, odzyskaniem wolności i państwa. Jakiego państwa? Jakie treści się za tym kryją? Wiadomo, że centralnym punktem jest marsz nacjonalistów i przedwojenne hasło „katolickie państwo narodu polskiego”. Nie wiem, czy chcę w ten sposób czcić rocznicę odzyskania niepodległości. Nie wiem nawet, kto jest prawdziwym bohaterem, nikt nie rozpoczął dyskusji na ten temat. Właściwie nie wiem, co obchodzę, obchodząc 100-lecie niepodległości! Wobec tego: jakie wnioski mamy z tego święta wyciągnąć? Na myśl przychodzi mi tylko jeden.

Jaki?
Przechodziłem w środę przez plac Piłsudskiego i zauważyłem, że pomnik Lecha Kaczyńskiego jest nieco większy i wybija się bardziej niż pomnik Józefa Piłsudskiego.

Mamy zatem na jednym placu dwóch bohaterów – Marszałka i byłego prezydenta, którego jedyną zasługą jest to, że otworzył Muzeum Powstania Warszawskiego i zginął w katastrofie, do której nie powinno dojść. To budowanie nieprawdziwego bohatera narodowego i dość kiepska treść obchodów tego 100-lecia.

Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz Marszu Niepodległości. Po czym prezydent objął go swoim patronatem i uczynił wydarzeniem państwowym. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać?
Jak wiadomo, Andrzej Duda próbował coś wcześniej negocjować z nacjonalistami, zaprosił byłych prezydentów na obchody i Marsz Niepodległości, po czym sam się z tego wycofał. Teraz mamy bardziej skomplikowaną sytuację, niż wtedy, gdy odpowiadałem bezpośrednio na pani pytanie. Jest właśnie piątek wieczór i właściwie nie wiemy, co się będzie działo! Było pewne, że sąd zakwestionuje decyzję prezydent Gronkiewicz-Waltz, lecz jej decyzja była przeciwko marszowi, który zamienić się mógł w manifestację neofaszystów europejskich! Wszak udział zapowiedzieli neofaszyści włoscy, słowaccy i z paru innych krajów! Teraz ma być marsz prezydencko-rządowy, ale może będą dwa marsze?

Mam wrażenie, jakbym oglądał przedstawienie Sławomira Mrożka, ale nie na scenie teatralnej, tylko wielkiej, publicznej scenie Polski. Tylko to chyba przerasta nawet wyobraźnię Mrożka…

Dlaczego w ogóle wcześniej próbowali się dogadać z nacjonalistami?
Od początku rządów PiS-u obserwujemy, pomimo kilku niespójności, bardzo przychylną postawę wobec radykałów nacjonalistycznych, czyli polskich faszystów. Ich hasła nie różnią się niczym od tych, które znamy z historii. Władza myślała, że uda im się przejąć akcję narodowców. Tyle że najpierw, uchwalając ustawę o zgromadzeniach cyklicznych, zapewniono im prawo do organizacji marszu, później zapewne w jakiś sposób próbowano ich przekupić, ale się nie udało. W końcu oficjalnie przejęto. Ale podstawy prawne tej decyzji są bardzo wątpliwe!

Czym może zakończyć się taki flirt władzy tymi środowiskami?
Władza podejmuje też nieliczne akcje przeciwko radykałom, ale z reguły im sprzyja. Z jednej strony jest to chęć włączenia narodowców w ogólną nutę katolickiego państwa pseudodemokratycznego, ale z drugiej chodzi też o to, aby zachować nad nimi kontrolę, tak aby nie wystawali poza hasła narodowe, ale już nie faszystowsko-nacjonalistyczne.

PiS zjednoczony z częścią episkopatu chciałby całkowicie reprezentować nurt narodowy. Koniec końców, przedwojenny ONR działał legalnie tylko kilka miesięcy.

PiS-owi trudno będzie nad nimi zapanować?
To są tak naprawdę małe grupki, ale rosną w siłę, także intelektualnie. Oni się po prostu douczają. Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie z ONR-u są coraz bardziej intelektualnie przygotowani, sięgnęli do obrzydliwej tradycji nacjonalizmu i faszyzmu polskiego, mają argumenty i sami się organizują. Skłonni są do podejmowania dyskusji, wysuwając argumenty, które ludzi mogą skołować. Tym bardziej że nie ma intelektualnego przeciwdziałania tego rodzaju ideologii.

Jeszcze raz przytoczę wyniki badań CBOS-u, z których wynika, że tylko 7 proc. badanych czuje się nacjonalistami, ale aż ok. 20 proc. nie potrafi powiedzieć, czy tak, czy nie. To jest ogromna, niezdecydowana część społeczeństwa i terytorium do podbicia przez zorganizowane grupki nacjonalistów. To może się wymknąć spod kontroli Jarosława Kaczyńskiego i jego dworu.

A wtedy będzie bardzo niebezpieczne, dlatego że będzie antagonizowało i tak już niezwykle zantagonizowaną scenę polityczną i społeczeństwo. Emocje całkowicie dominują nad racjami i argumentami. To może prowadzić do bardzo poważnych konsekwencji.

Dlaczego historia nas niczego nie uczy? Wiele osób pyta, jak to możliwe, że w kraju tak doświadczonym podczas II wojny światowej nacjonalizm podnosi głowę.
Odpowiedź można znaleźć w wizji przeszłości, w której własne winy są zrzucane na innych. Spore zasługi ma tutaj ojciec Tadeusz Rydzyk, który stworzył ideologię odwołującą się do tradycji nacjonalistycznych, umiejętnie je rozszerzył i pogłębił, budując nowoczesną wykładnię. W konsekwencji

podczas Święta Niepodległości kwiaty składane są nie tylko przed pomnikiem Romana Dmowskiego, ale ostatnio także – Józefa Piłsudskiego. Coś, co było różnymi wizjami Polski, kompletnie rozbieżnymi światopoglądami, okazuje się być czymś tożsamym, „zjednoczonym”! Obserwujemy zatracenie istotnej różnicy i nadanie polskości z jednej strony elementom, które wypracował Roman Dmowski, ale jednocześnie odwołanie się do tradycji narodu prześladowanego, czyli wizji romantycznej, z którą on walczył.

To my jesteśmy ofiarami, a za nasze klęski cały czas odpowiedzialne są Niemcy i Rosja. Jesteśmy też gnębieni przez Europę, a chcemy wybić się na własną niezależność, bo jesteśmy potęgą samą w sobie. A to idee, które jakoś przenikały słynne miesięcznice. Owszem, mamy elementy walki z takim myśleniem, ale to ciągle jest za mało, aby było polityczną przeciwwagą dla PiS-u.

Dlaczego nie potrafimy się cieszyć z odzyskania niepodległości?
Winna jest płytkość tych obchodów, nijakość, brak odwołania się do tego, co tak naprawdę stworzyło nowoczesną Polskę, czyli ruchu „Solidarności”. To jest przecież największy sukces tego 100-lecia, który odbudował Polską suwerenność i zbudował prawdziwą demokrację, którą teraz się niszczy. W dodatku zbudował wizję niepodległej Polski opartej na niepodległych obywatelach, a więc wolnym państwie opartym na prawach człowieka i obywatela. Nie można się jednak do tego odwołać, bo

przecież nie można wspomnieć o Lechu Wałęsie czy Tadeuszu Mazowieckim lub Bronisławie Geremku i innych bohaterach, którzy dla PiS-u stali się antybohaterami. Dlatego 11 listopada będzie jeden akcent, który będzie kompromitacją Polski i będzie budził sprzeciw wielu obywateli, czyli akcent nacjonalistyczny, neofaszystowski. To bardzo przygnębiające.

Powinna zmobilizować się druga strona, która nie zgadza się z tymi hasłami?
Mam nadzieję, że się zmobilizuje i wyjdzie na ulice, bo to pokaże, w jakim stanie jesteśmy, że nie ma jednej przekonującej wykładni przeszłości, jesteśmy w trakcie walki o to, co ma być polską tradycją, prawdziwym osiągnięciem. To będzie oddawało prawdziwy sens tych obchodów. Polska na 100-lecie niepodległości jest Polską niezgody, skłóconą, rozrywaną sprzecznymi emocjami. A to wszystko jest skutkiem dążenia wybranej demokratycznie rządzącej partii PiS do zniszczenia dorobku Polaków po 1989 roku i zamiany demokracji na rodzaj miękkiej, katolicko podbudowanej dyktatury politycznej. Jednakże

rządząca partia, która dysponuje większością parlamentarną, nie jest większością społeczną, nigdy nie była i mam nadzieję, nigdy nie będzie! Więc reszta społeczeństwa w coraz większym stopniu zaczyna rozumieć zagrożenie i mam nadzieję, że zacznie bardziej aktywnie działać na rzecz obrony demokratycznego państwa prawa.

Jaka jest rola Kościoła w budowaniu tej wizji historii i państwa?
W ostatnią niedzielę czytano w kościołach list Konferencji Episkopatu Polski na temat 100-lecia odzyskania niepodległości, przygotowany zresztą parę miesięcy wcześniej. Dla mnie jest to dokument zastraszający. Pokazuje, że mamy do czynienia z nakładaniem się działania politycznego PiS-u i większości kościelnych władz. Ani razu nie pada w nim słowo demokracja, nie ma mowy o miłości do ojczyzny i między narodami, kategorii pokoju i szacunku. Nie ma też mowy o udziale Kościoła w walce o wolną, demokratyczną i obywatelską Polskę „Solidarności”. Bardzo charakterystyczne, prawda?

Polityka PiS-u w pigułce?
Mamy delikatniejszą wersję „katolickiego państwa narodu polskiego”.

Co wynik wyborów samorządowych zmienił na scenie politycznej?
Z jednej strony te wybory zostały wygrane przez PiS, a z drugiej wcale nie zostały wygrane. Pokazały, że rośnie siła oporu społecznego.

Pomimo obrzydliwej propagandy obozu władzy Polacy zachowali swój rozsądek. PiS przegrał właściwie we wszystkich miastach, a to świadczy o tym, że kwestia samorządności i porządku społecznego, który nie jest państwem scentralizowanym, jest dla ludzi ważna. Odpowiedź na dążenia PiS-u jest jednoznaczna – żadnego centralizmu nie chcemy.

Jest więc nadzieja na umocnienie się ducha walki o demokratyczne, obywatelskie państwo prawa. Państwo, w którym władza jest kontrolowana w różnoraki sposób w interesie obywateli.

Poza tym to jest jasny sygnał, że pochód narodowego populizmu PiS-u jest do zatrzymania. Powtarzam to jak mantrę, że gdyby działania opozycji były mądrzejsze, bardziej przemyślane, pokazywały pożytki z demokracji, otwierały perspektywę na przyszłość, to wyniki obozu władzy byłyby gorsze. To nie były zwykłe wybory samorządowe i element ogólnopolskiej polityki, tak jak w wyborach parlamentarnych, odgrywał bardzo ważną rolę. Przypuszczam, że tak samo będzie w przypadku wyborów do PE.

Najważniejszym zadaniem dla opozycji jest stworzenie oddolnego ruchu, który będzie przekonywał do tego, żebyśmy zostali demokracją w Europie.

Ważne, żeby opozycja razem próbowała tworzyć taki ruch?
Wyobrażam sobie, że można stworzyć taki obraz koalicji, w której każdy zachowuje swoją tożsamość, ale wskazuje wspólny cel – nie tylko pognębienie PiS-u, ale także pokazanie innej propozycji odzyskania demokratycznego i bardziej sprawiedliwego niż dotąd państwa. Do tego potrzeba inteligentnych przywódców.

Taka mobilizacja wyborców i wynik wyborów był do przewidzenia?
Wydaje mi się, że tak. Chociaż kilka wyników było zaskakujących, m.in. wygrana w I turze Rafała Trzaskowskiego. Mobilizacja dotyczyła przede wszystkim tych, którzy byli obrażeni na PO, do tego dołączył jeszcze nowy prodemokratyczny elektorat. Badania pokazują, że akceptacja liberalnej demokracji, uznanie jej za ważny ustrój, chęć angażowania się po jej stronie w ciągu dwóch lat znacząco wzrosła i utrzymuje się na wysokim poziomie. Okazało się, że deklaracje zaczynają się przekładać na społeczne zachowania.

Kaczyński skończy sromotnie jak Janukowycz, albo Nicolae Ceaușescu.

Depresja plemnika

Przemówienie Donalda Tuska iskrzyło od odniesień do współczesnej sytuacji w Polsce. Szef Rady Europejskiej mówił o „współczesnych bolszewikach” i antyeuropejskich postawach. – To dla niego początek kampanii i już widać, jakie będą jej główne kierunki – mówi w rozmowie z Gazeta.pl dr Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego.

Donald Tusk w ramach Igrzysk Wolności wygłosił wykład pod tytułem „11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. Szef Rady Europejskiej po historycznym wprowadzeniu płynnie przeszedł do współczesności. Kreśląc obraz współczesnej Europy były premier mówił o „brunatnym, jednoznacznie antyeuropejskim” i „nacjonalistycznym” nurcie w Europie. Jednak jedno z najmocniejszych sformułowań padło, gdy mówił o Polsce:

Liczcie przede wszystkim na siebie. Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc bronił zachodu, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w symbolicznym sensie, to miał o wiele trudniejszą sytuację. Skoro oni dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście…

View original post 2 515 słów więcej