Archiwa tagu: Jacek Harłukowicz

Wszystkie drogi PiS prowadzą do Polexitu

Działkowiec + Ogrodnik + Deweloper Oto 3 problemy PiS….?

Publicysta „Die Welt” Sven Felix Kellerhoff zwraca uwagę na rosnącą liczbę krajów domagających się od Niemiec reparacji wojennych. Po Grecji i Polsce takie roszczenia zgłosiły Kraje Bałtyckie.

– Moraliści i populiści są zgodni (co do zasadności roszczeń), lecz skutki zaspokojenia tych roszczeń byłyby „dramatyczne” – ostrzega autor komentarza.

„Kto wyrządził szkodę, musi ją naprawić” – pisze Kellerhoff zaznaczając, że jest to rozsądna zasada obowiązująca w państwach prawa. Gdy jednak widać, że zadośćuczynienie wyrządziłoby szkody, które przewyższyłyby korzyści wynikające z naprawienia strat, wtedy rozsądniej jest poszukać kompromisu.

Polacy domagają się nierealnych sum

Dziennikarz „Die Welt” pisze, że Niemcy stały się ostatnio notorycznym celem roszczeń reparacyjnych. Grecja i Polska domagają się nierealnych sum”. Jeżeli Niemcy zgodzą się na to, wkrótce ustawi się kolejka „półtora tuzina” państw, które w czasie wojny były okupowane przez Niemcy.

Kellerhoff przypomina stanowisko niemieckiego rządu, że wszystkie roszczenia reparacyjne zostały ostatecznie zamknięte traktatem 2+4 z 1990 roku.

Nie prawo, lecz moralna presja

„Greckim i polskim populistom nie chodzi jednak o prawo międzynarodowe, lecz o moralną presję, która ma skłonić Niemcy do zmiany stanowiska” – pisze publicysta.

Zdaniem Kellerhoffa w przypadku dojścia w Niemczech do władzy rządu lewicowego (SPD-Zieloni-Lewica) istnieje niebezpieczeństwo, że ugnie się on przed żądaniami poszkodowanych krajów. Szczególnie Zielonym trudno zrozumieć, że „w polityce zagranicznej nie ma miejsca na moralność”.

Reparacje mają „dwojaki charakter” – „z jednej strony chodzi w nich o naprawę konkretnych szkód materialnych, z drugiej zaś o upokorzenie pokonanego przeciwnika”. „Krajom, które w przeszłości otrzymały reparacje, rzadko wyszły one na zdrowie” – ostrzega Kellerhoff.

Negatywne skutki reparacji

Publicysta „Die Welt” opisuje negatywne skutki reparacji, jakich w 1871 roku od pokonanej Francji zażądał kanclerz Otto von Bismarck. Paryż musiał zapłacić w ciągu kilku lat pięć miliardów franków w złocie. Kontrybucja pogłębiła odwieczną wrogość między obu krajami i doprowadziła do kolejnej wojny w 1914 roku. W Niemczech potężny zastrzyk gotówki doprowadził do przegrzania koniunktury i do krachu na rynku w 1873 roku.

Po I wojnie światowej Francja domagała się odwetu – Niemcy zostały zobowiązane do zapłacenia „astronomicznych” sum – 132 mld marek w złocie. Gospodarczy kryzys wyniósł do władzy narodowych socjalistów, którzy zlikwidowali demokrację. Skutki są dobrze znane – podkreśla Kellerhoff.

Reparacje mogą zniszczyć UE

„Miejmy nadzieję, że w Europie nie dojdzie do nowej wojny, i że nawet aktualne roszczenia Polski i Grecji tego nie zmienią. Z pewnością jednak euro i Unia Europejska rozpadłyby się, gdyby oba te kraje blokowały pracę Brukseli, dopóki Niemcy nie uznają rzekomych zobowiązań reparacyjnych” – pisze Kellerhoff.

„Równocześnie doszłoby do wzrostu resentymentów, a skutkiem byłby ogromny wzrost nacjonalizmu” – ostrzega „Die Welt”.

Niemieccy turyści przestaliby odwiedzać Grecję, a polscy pracownicy przestaliby być mile widziani w RFN, co oznaczałoby utratę możliwości atrakcyjnych zarobków. Wszystko to może stać się faktem, nawet gdy Grecja i Polska nie uzyskają od Niemiec ani jednego euro.

Gdyby Niemcy pomimo wszystko wypłaciły reparacje, w krajach będących beneficjentami doszłoby do przegrzania koniunktury, jak w Niemczech po 1871 roku. W Grecji istotną część niemieckich świadczeń i tak pochłonęłaby korupcja tak, jak w przypadku indywidualnych odszkodowań wypłacanych w latach 1950-1960.

„Tak czy siak – reparacje są błędną drogą, tym bardziej że od wojny dzielą nas już dwa pokolenia – podsumowuje Kellerhoff w komentarzu opublikowanym w „Die Welt”.

Wszystkie drogi PiS prowadzą do Polexitu.

Depresja plemnika

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło”

View original post 2 890 słów więcej

 

Reklamy

Morawiecki rechrystianizuje swój majątek

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Morawiecki, człowiek bez honoru. Takiego ancymonka potrzebuje Kaczyński

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Pisowskie SDP zwalcza wolne media, exemplum Wojciech Czuchnowski

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich pozywa wydawcę „Wyborczej” za komentarz Wojciecha Czuchnowskiego, zatytułowany „Stowarzyszenie Donosicieli Polskich”. Pozew dotyczy tekstu dziennikarza z 26 stycznia, w którym skomentował on reakcję SDP na głośny reportaż „Superwizjera” TVN o polskich neonazistach, bowiem Stowarzyszenie w kilka dni po premierze reportażu skierowało do TVN list w tej sprawie.

W liście SDP padły pytania, dlaczego „redakcja zataiła fakt popełnienia przestępstwa” i „kto podjął decyzję o wielomiesięcznym przetrzymaniu materiału i niepoinformowaniu organów ścigania”.Czuchnowski pytania te uznał za formę donosu i „powielanie narracji głoszonej przez polityków PiS na czele z Jarosławem Zielińskim, wiceszefem MSWiA”. Jakiej? Że TVN jakoby czekał na dogodny moment, by „uderzyć w Polskę”. Oraz, że tak „żenujące” pytania zadają „ludzie, którzy – przynajmniej w teorii – są dziennikarzami, powinni zatem znać warsztat i wiedzieć, jak powstają takie filmy” Zarzucił SDP, że kolejny już raz staje po stronie PiS i nacjonalistów , na dowód przytaczając stronnicze reakcje stowarzyszenia na sprawę ujawnienia taśm Renaty Beger, czy spalenie wozu TVN w 2011. Zdaniem Czuchnowskiego SDP od wielu lat opanowane jest przez ludzi otwarcie wspierających PiS, „którzy legitymacje dziennikarskie wykorzystują do działania w służbie tej partii. Ich znakami rozpoznawczymi są służalstwo i lizusostwo”.

Wspomniany pozew wpłynął do Sądu Okręgowego w Warszawie w sierpniu, a 12 grudnia został doręczony spółce Agora, wydawcy „Wyborczej”. SDP żąda w nim (dla siebie!) 50 tys. zł (plus odsetki) tytułem zadośćuczynienia za to, że zostało „bezpodstawnie oczernione”, opublikowania przeprosin, oraz usunięcia tekstu Czuchnowskiego ze strony Wyborcza.pl, wraz z komentarzami – czytamy w portalu „Wyborczej”.

Przypomnijmy: na czele SDP stoi dziś Krzysztof Skowroński. Karierę zaczynał w Radiu ZET w latach 90. W 2006 r., po przejęciu mediów publicznych przez PiS, został dyrektorem radiowej Trójki. Po odwołaniu go z tej funkcji założył internetowe Radio Wnet. Co ciekawe, jak wynika z ustaleń „Wyborczej”, w 2012 r. PiS przekazał na stację Skowrońskiego 140 tys. zł, zaś Skowroński poprowadził dwie konferencje partii Jarosława Kaczyńskiego.

Z tego powodu członek SDP Grzegorz Cydejko (bezskutecznie) domagał się wówczas jego ustąpienia. Samo SDP natomiast milczało, także wówczas, gdy TVP Info – w którym Skowroński dostał własne programy – rozwijało swoją propisowską działalność. Jesienią 2017 r. w proteście przeciwko bierności stowarzyszenia odeszli z jego szeregów Roman Graczyk i Janusz Poniewierski.

Dopiero w tym roku, w czerwcu na Nadzwyczajnym Zjeździe Delegatów SDP przyjęło uchwałę w sprawie mediów publicznych. Delegaci wezwali prezesa TVP Jacka Kurskiego, prezesa Polskiego Radia Jacka Sobalę oraz Radę Mediów Narodowych (do „podjęcia działań zmierzających do naprawy obecnej sytuacji przede wszystkim w kwestii poszanowania ustawowej misji, zagwarantowania niezależności i godności uprawiania dziennikarstwa”. Z kolei parę dni temu Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zaapelowało o „szczególną rozwagę” w związku z domaganiem się przez NBP sądowego zakazu publikacji tekstów o aferze KNF – o którym pisze przede wszystkim „Wyborcza”.

PiS jest lepszy od komuny choćby w SDP, nie udało sie komuchom spacyfikować Stefana Bratkowskiego, a PiS opłaca Skowrońskiego i ten chodzi na pasku.

Depresja plemnika

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

View original post 1 873 słowa więcej

Ziobro zostanie kozłem ofiarnym przegranej PiS?

„Jeżeli tylko będziemy mogli pracować, będziemy pracowali” – oznajmił dziennikarzom prezes Izby Karnej Sądu Najwyższego Stanisław Zabłocki, który podobnie jak I prezes SN Małgorzata Gersdorf oraz sędzia Sądu Najwyższego Krzysztof Rączka -– przyjechał w poniedziałek rano do pracy.

Wcześniej sędziowie ci na mocy PiS-owskiej ustawy o SN – przeniesieni zostali przez prezydenta w stan spoczynku. Teraz zareagowali na decyzję Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który nakazał Polsce zawieszenie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

„Chciałam wam bardzo podziękować, bo to dzięki obywatelom w jakimś sensie jesteśmy wygrani. Zobaczymy, co będzie potem, ale na razie jest dobrze. Życie jest piękne” – mówiła Małgorzata Gersdorf do osób, które przywitały ją przed wejściem do sądu.

Sędzia Stanisław Zabłocki już wcześniej zapowiadał, że broni nie składa i zamierza, dalej orzekać w Sądzie Najwyższym. Przekazał, że taką samą wolę wyraziło pięciu sędziów Izby Karnej. „Mówiąc szczerze, byłem pewien, że takie będzie postanowienie TSUE” – oświadczył zebranym sędzia Rączka.

Przypomnijmy: Decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej została wydana na wniosek Komisji Europejskiej, która 24 września zaskarżyła Polskę do TSUE.

Trybunał poinformował w komunikacie, że „Polska zostaje zobowiązana natychmiast zawiesić stosowanie przepisów krajowych dotyczących obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego”. Jak czytamy, postanowienie wiceprezesa Trybunału znajduje zastosowanie z mocą wsteczną do sędziów Sądu Najwyższego, których te przepisy dotyczą.

TSUE przekazał, że w wydanym w piątek postanowieniu „wiceprezes Trybunału, Rosario Silva de Lapuerta, uwzględniła wstępnie „na wniosek Komisji i jeszcze przed przedstawieniem przez Polskę uwag w ramach postępowania w przedmiocie środków tymczasowych – wszystkie wnioski Komisji do czasu wydania postanowienia kończącego postępowanie w przedmiocie środków tymczasowych”.

W opinii prof. Rafała Chwedoruka, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego największym zwycięzcą tegorocznych wyborów samorządowych jest lider PO Grzegorz Schetyna.

„Schetyna może być politykiem roku. Objął pokiereszowaną, źle ocenianą partię, która miała w dodatku dużą konkurencję na starcie w postaci Nowoczesnej” – ocenia prof. Chwedoruk. Dowodzi, że wyniki wyborów samorządowych wskazują, iż po stronie opozycji nic nie może się zdarzyć bez Platformy Obywatelskiej.

„Schetyna przetrwał, jego partia nie straciła w samorządach, a w niektórych wręcz zyskała, a poza tym PO skonsumowała Nowoczesną – powiedział „Faktowi” politolog.

Zabierając głos na temat wyborczego wyniku Prawa Sprawiedliwości przekonywał, że na notowaniach partii Jarosława Kaczyńskiego odbiło się otwarcie dwóch frontów: z jednej strony walka o wyborców wiejskich i dążenie do zrobienia z PSL „przystawki”, a z drugiej, próba uczynienia z premiera Morawieckiego alternatywy wobec koalicji obywatelskiej dla wyborców centrowych.

W efekcie, zdaniem eksperta, PSL nie będzie jedynie przystawką koalicji, a polska polityka przestaje być teatrem jednego aktora, czyli PiS. Co gorsza, wskazuje na konkretnego winnego kiepskiego wyniku PiS w miastach: Zbigniewa Ziobro.  „Nikt raczej nie rozłoży mu w siedzibie PiS czerwonego dywanu” – śmieje się Chwedoruk.

Podobnego zdania jest dr Bartłomiej Biskup: „Ziobro odebrał PiS trochę poparcia i dzięki temu osłabła jego pozycja. Podobnie –  Jarosława Gowina. Żaden z polityków tych partii nie „odbił” dużego miast”. Ekspert podkreśla, że Jacek Żalek przepadł w Białymstoku i dodaje, że Ziobro może mierzyć się teraz z zarzutami PiS o odpływ elektoratu.

Na dodatek Biskup przekonuje, że Ziobro rozhuśtał nastroje wyborców, m.in. wysyłając pytania w sprawie zgodności traktatu unijnego z Konstytucją do Trybunału Konstytucyjnego. I dodaje, że PiS wzmocnił się wyborczo, ale osłabił koalicyjnie.

PKW podała nowe dane o frekwencji. A ta wciąż rośnie. Teraz to 54,06 proc. Dla porównania frekwencja w poprzednich wyborach

Morawiecki, pierwszy do wykopu przez Kaczyńskiego

Nowa prognoza wyników wyborów do sejmików nie zmienia ich politycznej wymowy. Znaczącą stratę PSL wyrównał po stronie sił prodemokratycznych zysk KO i SLD. PiS zyskał minimalnie, ale tyle samo ile stracił Kukiz’15. Na jakiej podstawie Ipsos zmienił prognozę? Skąd wzięły się błędy w wynikach podanych wczoraj?

Przed 10 rano w powyborczy poniedziałek (22 października) Ipsos podał nową prognozę wyniku wyborów samorządowych do sejmików wojewódzkich.

W porównaniu z wynikami podanymi w niedzielę o 21.00 na podstawie exit polls jest kilka wyraźnych różnic:

  • aż 3 pkt proc. straciło PSL (co stanowi aż 18 proc. rewelacyjnego wyniku podanego w niedzielę);
  • 2 pkt zyskała Koalicja Obywatelska (wzrost o 8 proc.)
  • 0,9 proc. zyskało też SLD (wzrost o 16 proc.).

Pozostałe różnice są mniejsze:

  • 0,7 proc. zyskał PiS (poprawa o 2 proc. niedzielnego wyniku);
  • 0,5 proc. stracili bezpartyjni;
  • 0,4 proc. stracił Kukiz’15.

Interesujące, że mimo tych zmian polityczna wymowa wyników pozostaje bez zmian. Potencjalna koalicja prawicowo-narodowa PiS + Kukiz’15 w poniedziałek ma 38,9 proc. (w niedzielę miała 38,6 proc.), a koalicja trzech partii prodemokratycznych  w poniedziałek (46,9 proc.) cieszy się takim samym poparciem jak w niedzielę (47,0).

Skąd ta zmiana wyników? – pytany dyrektor operacyjny Ipsos Paweł Prędko, który odpowiadał za sondaż wyborczy. – Czy to dlatego, że dostaliście wyniki exit polls z ostatnich godzin głosowania?

„Nie, nie. Wyniki, które podaliśmy wczoraj były oparte na danych od ankieterów z godz. 20.30, potem zmiany były już minimalne. Wprowadzamy korektę na podstawie danych, które podała już PKW z około 500 komisji wyborczych, spośród 1160, które badaliśmy.

Korekta jest dosyć duża. Zwłaszcza PSL stracił prawie jedną piątą głosów spadając ze świetnych 16,6 proc. na przyzwoite  jak na tę partię w wyborach samorządowych 13,6 proc.

To musi oznaczać, że głosujący na PSL chętniej niż inni informowali ankieterów o swoich wyborach, albo wyborcy innych partii mylili się podając, że głosowali na PSL.

Jak zbierane są dane w exit polls?

Nasi ankieterzy pracowali przed 1160 losowo wybranymi lokalami wyborczymi przez całą wyborczą niedzielę, od 7 rano do 21 wieczorem. Prosili osoby, które właśnie oddały głos, o wypełnienie krótkiej ankiety. Osoby do badania wybierali losowo na zasadzie co któraś wychodząca. Co która – to zależało od wielkości obwodu wyborczego, dążyliśmy do tego, by z każdej komisji mieć 100 osób. Gdy przewidywana frekwencja w danej komisji wynosiła 500 osób, ankieter zaczepiał co piątą osobę. Gdy ktoś odmawiał brał następną. Liczba odmów wyniosła 10-12 proc. Odmowy niekoniecznie wynikały z niechęci do badania, czy podejrzliwości. Zdarzało się, że wyborca po prostu nie był w stanie przypomnieć sobie, na kogo głosował do sejmiku albo to głosowanie myliło mu się z innym.

Może tu jest źródło straty PSL. Wyborcy popierali kandydatów PSL do rady gminy albo na wójta, a myliło się z sejmikami?

Możliwe, tego nie wiemy. Będziemy sprawdzać dalej.

Czy będziecie podawać następne korekty?

Możliwe, że podamy skorygowane wyniki jeszcze dzisiaj (22 października – red.) wieczorem, ale chyba nie będzie to miało sensu. Brakuje przede wszystkim wyników z największych miast, a te PKW poda dopiero jutro.

Na ile wiarygodne są wyniki wyborów na prezydentów?

Gdy różnica jest 1-2 procentowa nie można przesadzać wyniku.

Czyli Marcin Krupa (51,1 proc. w Katowicach) i Jacek Sutryk (50,1 proc.) we Wrocławiu nie mogą być pewni zwycięstwa w I turze.

We Wrocławiu badaliśmy 50 komisji, a jest ich kilkaset (309 – red.). Trzeba jeszcze poczekać. Natomiast zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w Warszawie jest przesądzone. Generalnie, wyniki, które podajemy dzisiaj są bliskie ostatecznym.

Choć na oficjalne wyniki wyborów przyjdzie nam jeszcze poczekać co najmniej do środy, to nikt nie odbierze faktycznego i wizerunkowego zwycięstwa prezesowi Polskiego Stronnictwa Ludowego, Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi.  Partia, która w 2015 roku ledwie przemknęła nad progiem i której przyszłość w elektoracie wiejskim rysowała się w czarnych barwach (PiS nie ukrywało, że ich głównym celem jest doprowadzić do ostatecznego wyrugowania ludowców z polskiej polityki), dziś niewątpliwie triumfuje. Co więcej, znacznie lepszy niż oczekiwany wynik na poziomie ok. 15% może pogrzebać marzenia partii Jarosława Kaczyńskiego o rządach w co najmniej połowie sejmików, zwłaszcza tam, gdzie słabe notowania ma Koalicja Obywatelska. Na dodatek, tak świetny wynik na początku maratonu wyborczego z pewnością pozwoli ludowcom się rozpędzić i odbudować poparcie w skali całego kraju.

Tam, gdzie jest niekwestionowany zwycięzca, musi być i przegrany. Tu wskazać go jest niezwykle łatwo – to namaszczony na nowego lidera obozu Zjednoczonej Prawicy, wychwalany pod niebiosa przez lidera PiS premier Mateusz Morawiecki. To on został twarzą tej kampanii, to on jeździł po całym kraju sypiąc pieniędzmi z rękawa i obiecując złote góry mieszkańcom małych miejscowości. Ostatnie trzy tygodnie kampanii wyborczej były już podporządkowane ostremu uderzeniu właśnie w Polskie Stronnictwo Ludowe i utrzymaniu poparcia wyborców, którzy w 2015 roku dali “dobrej zmianie” zielone światło. Wczorajsza decyzja dużej ilości wyborców, by powrócić do głosowania na PSL i uznanie ich jednak za lepszego przedstawiciela ich interesów niż partia Jarosława Kaczyńskiego, to największa porażka Morawieckiego i dowód jego nieskuteczności i braku wiarygodności w tym elektoracie. Jak widać bankster, który woli widzieć Polaków zapierdalających za miskę ryżu nie przekona rolników do głosowania na PiS, niezależnie od tego, jak wiele obieca i w jak bardzo patetyczne tony wejdzie na wiecowych wystąpieniach

Co to oznacza dla przyszłości premiera Morawieckiego? Otóż prezes Kaczyński, który swoim autorytetem poręczył za tego polityka, stoi dziś przed bardzo trudnym wyborem. Może przyznać się do klęski już dziś i na rok przed kluczowymi z punktu widzenia “dobrej zmiany” wyborami parlamentarnymi zmienić woźnicę rządowego powozu i znów zawalczyć o elektorat wiejski, bez którego niemożliwa będzie nie tylko większość konstytucyjna (w którą z pewnością mierzy prezes PiS), ale i w ogóle utrzymanie samodzielnych rządów w przyszłej kadencji Sejmu. Słabą stroną tego wyjścia jest to, że niespecjalnie ma na kogo zmienić, a sam zapewne nie czuje się już na siłach, by wrócić na fotel premiera.

Może też uwierzyć w deklarowane w tych wyborach zwycięstwo, twarzą tej wiktorii zrobić Morawieckiego i dać mu to, czego żąda, czyli rządu autorskiego, bez polityków, którzy rzucają mu kłody pod nogi. Jeśli zdecyduje się na to drugie, to już w najbliższych tygodniach, a na pewno przed świętami Bożego Narodzenia dojdzie do głębokiej rekonstrukcji rządu, w ramach której wylecą z niego wszyscy, którzy Morawieckiemu zaszli za skórę, z ministrem Ziobrą i byłą premier Beatą Szydło na czele. To wersja wydaje się mimo wszystko najbardziej prawdopodobna, gdyż prezes Kaczyński nie potrafi przyznawać się do błędu ani zgadzać się na wyraźny krok w tył. I choć wszyscy wiedzą, że postawił na złego konia, a jego koncepcja totalnie zawiodła, to nikt głośno powiedzieć mu się nie odważy. Lepiej klaskać i wychwalać nagiego króla.

Morawiecki pierwszy na bucie Kaczyńskiego, pierwszy do wykopu!

Morawieccy źle się kojarzą. Miska ryżu cuchnie, jak nazwisko premiera rządu PiS

Mieszkańcy Obornik Śląskich nie zostali przekonani programem wyborczym Anny Morawieckiej i odrzucili kandydatkę już w 1 turze wyborów.

>>>

Morawiecki, obrotowy Konrad Wallenrod

Wybory samorządowe okazały się ważną lekcją demokracji bezpośredniej. Nie zawsze to „face to face” było oczekiwanym sympatycznym spotkaniem. Wielu polityków doznało poważnych obrażeń w wyniku twardego zderzenia z wyborcą. Ale jaki sens ma obrażanie się na wyborcę? Fakt, że wyborca jest nauczycielem nademocjonalnym, przesadnie skrupulatnym, wymagającym, miewa rozmaite wady i czasem stroi fochy, ale trudno, innego nie mamy.

W koedukacyjnej klasie dla rządzących i opozycji ta ostatnia lekcja była szczególnie ważna, ponieważ poprzednia nie została zapamiętana. A przecież przed nami trzy sprawdziany. Jeśli ugrupowania demokratyczne będą teraz imprezować, pójdą na wagary, albo znowu zapomną o wskazówkach nauczyciela, to wszyscy zostaniemy z PiS na drugą kadencję.

Warto więc odrobić zadanie domowe. Jeśli ktoś nie uważał na lekcji albo nie chciało mu się zanotować, to teraz może sobie odgapić kilka przykładowych pytań i ćwiczeń:

  • Czy prawdziwa jest teza, że wyniki wyborów samorządowych i parlamentarnych są nieporównywalne, skoro również w tych pierwszych wyborca dostaje kartę z listą partii uczestniczących w wyborach i mało prawdopodobne jest, że zagłosuje na kogoś z przeciwnego ugrupowania?
  • Porównaj wyniki wyborów samorządowych z preferencjami ostatnich badań opinii publicznej i wykaż opłacalność organizowania wspólnego frontu partii demokratycznych przeciw niepraworządnej władzy.
  • Na przykładach partii, które wchodziły w koalicję lub współpracowały z PiS, wskaż przyczynę radykalnej obniżki notowań ugrupowania Kukiz 15.
  • Biorąc pod uwagę, że wielu wyborców korzysta wyłącznie z „informacji” partyjnych mediów publicznych oceń opłacalność systematycznego prostowania fałszerstw w Internecie, w sądach i w kampanii ruchomych banerów pod hasłem PiS KŁAMIE!
  • Na przykładzie wyników wyborów samorządowych na Dolnym Śląsku odpowiedz na pytanie, czy szef partii, który sam ma słabą popularność, powinien gmerać w listach kandydatów sporządzonych przez działaczy lokalnych?
  • Na przykładzie wyniku wyborów w Warszawie oceń skuteczność poparcia udzielanego kandydatom przez rządzących, a na przykładzie łódzkim wskaż efektywność ostrzeżeń i gróźb kierowanych do wyborców przez funkcjonariuszy partii sprawującej kierownicza rolę.

Po odrobieniu lekcji wyborca zaleca wyciąć , oprawić w ramkę i powiesić nad biurkiem następujące hasło:

LUDZIOM MYŚLĄCYM PRZYSŁUGUJĄ NAUKI. DURNIE OTRZYMUJĄ NAUCZKI.

Jak bystro zauważył Sławomir Sierakowski Mateusz Morawiecki jest takim Konradem Wallenrodem PO w tych wyborach, a ja myślę, że jest obrotowym Konradem Wallenrodem. Etatowym zdrajcą, co mu się każe powiedzieć, to wypluje własnymi ustami. Wallenzdrajca szlus

Morawiecki, tajna broń Koalicji Obywatelskiej

Jeżeli potwierdzą się wyniki exit poll, Zjednoczona Prawica dostała pierwszą żółtą kartkę

Znaczenie niedzielnego głosowania wybiega daleko poza wybór prezydentów miast, wójtów, burmistrzów, radnych gmin, powiatów czy sejmików. To pierwszy z czterech etapów maratonu wyborczego. Wiadomo było, że jeśli obóz demokratyczny dobrze wystartuje, zwiększy swe szanse na kolejnych etapach, zwłaszcza że kalendarz mu sprzyja.

Podobnie rozumowała władza. Dlatego już na ostatniej prostej obserwowaliśmy objawy paniki. Partia wyprodukowała rasistowski, ksenofobiczny, antychrześcijański spot. Zapewne kierownictwo PiS wcześniej wiedziało z badań to, co dziś już wiedzą wszyscy.

Chociaż PiS uznaje wynik wyborów samorządowych za wielki sukces, to raczej wątpliwe, by w województwach, gdzie ta partia wygrała, była szansa na przejęcie sejmików. Stąd pomysł Jarosława Kaczyńskiego na koalicję. Przed wyborami mówił, że widziałby w niej SLD, jednak kiepski wynik tej partii (SLD lewica razem –  5,7%) nie daje szans na większość decyzyjną, nawet gdyby lewica zgodziła się na współpracę z PiS.

Wydawałoby się, że PiS-owi pozostaje tylko jedno rozwiązanie. Przekonać do współpracy PSL. Jednak Władysław Kosiniak Kamysz, lider PSL, partii, która znalazła się na trzecim miejscu i uzyskała 16,6% głosów, pytany, czy widziałby swoje ugrupowanie w koalicji z PiS, zdecydowanie odpowiada, że PiS to partia antysamorządowa i podkreśla – „My możemy rywalizować, konkurować, możemy się spierać, ale nie wolno mieć takich intencji, żeby kogoś eliminować (z życia publicznego – red.). Więc trudno wchodzić w jakiekolwiek koalicje z tymi, którzy są po prostu źle nastawieni do tych, z którymi by mieli wchodzić w koalicje i są źle nastawieni do polski samorządowej. Nie będzie takich koalicji”.

Przypomniał również słowa rzeczniczki PiS, Beaty Mazurek, która podczas swojej konferencji w Sejmie, po ujawnieniu kolejnej taśmy z restauracji „Sowa& Przyjaciele” uznała, że „PSL powinno zostać wyeliminowane z życia publicznego”.

Już dzisiaj Kosiniak Kamysz ma spotkać się z Grzegorzem Schetyną, by podjąć rozmowy o koalicji, a PiS? PiS zbierze owoce swojej buty i dotychczasowego lekceważenia przeciwników politycznych, oddając im, mimo swojej wygranej, większość w wielu sejmikach wojewódzkich. Oj, to musi boleć prezesa Kaczyńskiego i jego kolegów partyjnych.

 

Po wyborczym niepowodzeniu w stolicy nawet najlojalniejszym klakierom partii rządzącej trudno powstrzymać się przed krytyką poczynań TVP. Co o tym sądzi otwarcie powiedział politolog, prof. Kazimierz Kik, ekspert i stały bywalec stacji.

Po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego zauważył:

„Gdyby nie ten medialny szum i propagandowe napięcie, Patryk Jaki miałby większe szanse na odbicie Warszawy. Ale skoro sytuacja znalazła się na ostrzu noża, to więcej żołnierzy stanęło po stronie Rafała Trzaskowskiego” – powiedział profesor, w rozmowie z portalem Onet.pl.

Wychodząc z założenia, że kluczowe w kampanii były ostatnie dwa tygodnie, skrytykował to, że Patryk Jaki powtarzał się i cały czas sypał obietnicami wyborczymi. Ta „kakofonia”, jak stwierdził Kik, okazała się bezskuteczna.

„Był tak aktywny i dynamiczny, że w pewnym momencie przestrzelił. Wszystko zaczęło się psuć. Nagle dwie rzeczy zaczęły się brutalnie rozmijać: propaganda, jaka stała za Jakim, i atmosfera Warszawy, która z natury jest inteligencka i liberalna” – stwierdził prof. Kik.

Przypomnijmy, że w Warszawie w pierwszej turze wyborów samorządowych wygrał Rafał Trzaskowski, który zdobył przeszło 54 proc. głosów według sondażu exit poll.

Late poll, czyli sondaż z całego dnia wyborczego pokazuje jeszcze lepszy wynik opozycji, która zdobywa większość sejmików widowiskowo i najważniejsze miasta. Koalicja Obywatelska dogania PiS i brakuje jej już tylko 6 proc. Lider kampanii PiS Mateusz Morawiecki okazuje się jej wielkim przegranym. PiS jest w odwrocie. Zachód dostał ważny argument, żeby o nas walczyć. 

  • Aktualizowane sondaże (już z całego dnia) są jeszcze lepsze dla opozycji
  • Platforma zyskała w tych wyborach tak brakujących jej liderów, zaś PiS kilku ważnych stracił, albo mocno osłabił
  • Nie tylko opozycja, ale i Unia Europejska dostała poważny argument, żeby poddawać presji rządzących Polską i łamiących konstytucję

Platforma zyskała to, czego jej najbardziej brakowało: kilku lśniących liderów. Smutne dotąd konwencje pełne mało pociągających polityków, teraz będą dużo ciekawsze i na dużo większej energii, jeśli pojawiać się będą Rafał Trzaskowski, Hanna Zdanowska, która osiągnęła niemal północnokoreański wynik (ponad 70 proc.), a także Barbara Nowacka.

PiS za to kilku wiodących liderów stracił, albo mocno osłabił. Przegranym jest z pewnością Mateusz Morawiecki. Nie wiadomo, dlaczego premier „dobry na Brukselę”, który zastąpił Beatę Szydło „dobrą na wieś”, wystawiony został do lokalnych wyborów. Na wiecach w małych miasteczkach wyglądał nienaturalnie. Aż doprowadził do poważnego kryzysu, gdy musiał z podkulonym ogonem przepraszać za głupie kłamstwo wyborcze. Drugi wielki przegrany to Patryk Jaki. On, podobnie jak Małgorzata Wasserman, odbierają sens swoim komisjom śledczym (badającym aferę reprywatyzacyjną i Amber Gold).

Morawiecki z Jakim psują kampanię PiS

Dramat się zaczął, gdy Onet wykonał elementarną robotę i sprawdził premiera w dokumentach sądowych najgłośniejszej afery od lat, o czym zapomniał taki pilny w tropieniu afer PiS.

Wyniki sondażowe w miastach – wybory 2018

Taśmy premiera brzmiały znacznie bardziej kompromitująco niż chór złożony z Sienkiewicza, Sikorskiego i całej PO. Trochę podobnie jak w „Klerze”, najgorsze były drobne interesy i interesiki. Wielcy politycy okazali się małymi krętaczami. Tu synkowi kolegi załatwiłem fuchę, która okazała się niestety pracą, więc się nie nadaje i trzeba poszukać innej fuchy.

Tutaj premier się cieszy, że ktoś rękę złamał „raz i drugi”. Rzeczywiście dobra zmiana. Byli źli ludzie, teraz są już dobrzy. Później Ziobro z doskonałym pomysłem sprawdzania konstytucyjności traktatów UE. Jeszcze na koniec Patryk Jaki zmienił pomysł na koniec kampanii i walnął głową w prawicową ścianę, dając sygnał do powstania. PiS się ewidentnie po raz pierwszy zaczął sypać na początek maratonu wyborczego.

Poparcie koalicji rośnie

Late polle wskazują na to, że Koalicja Obywatelska (26,7 proc) dogoniła PiS (33 proc.) na odległość ręki. I z PSL (13, 6 proc) i czwartym SLD (6,6 proc.) będzie w stanie przynajmniej w kilkunastu sejmikach zachować władzę w samorządach. To oznacza łączne zwycięstwo opozycji. I ważny sygnał dla Zachodu, że warto o nas walczyć. Jesteśmy wciąż „swing state” z dużymi szansami na powrót do demokratycznej i liberalnej normalności.

Rozliczenia w PiS nie pomogą raczej partii w okresie wyborczym. Mateusz Morawiecki jest przekonany, że to nie Onet, ale Ziobro „odpalił” taśmy i poprawił wnioskiem o sprawdzenie konstytucyjności traktatów, żeby kampania Morawieckiemu nie wyszła. Kaczyński podczas wieczoru wyborczego pokazywał na premiera jako lidera kampanii, nie bez powodu. Jeśli wynik jest poniżej oczekiwań, to niech to będzie wynik kogoś innego.

Morawiecki okazał się tajną bronią opozycji, która dzięki jego nieudanej kampanii, dostała po trzech latach wiatru w żagle.

Co to za sukces, jeśli partia regularnie notująca 40 proc. w sondażach i dwukrotnie większe poparcie niż następna, widowiskowo przegrywa wszystkie ważne miasta i większość sejmików?

Na koniec zauważmy, że wielkim przegranym okazują się media publiczne, zaciągnięte do niszczenia PSL. To 33 proc. PiS wygląda jeszcze marniej, jeśli przypomnieć nie tylko o mediach rządowych, ale też o tym, że cały rząd jeździł po Polsce, obiecywano wszystko, co kto chciał, a opozycja i tak zdobyła więcej. Polska nie jest PiS-u. Będzie ciekawie.

Komentarz Andrzeja Gajcego: „Prezes PiS Jarosław Kaczyński, ogłaszając czwarte wyborcze zwycięstwo z rzędu, zdaje sobie doskonale sprawę, że prognozowany wynik wyborów samorządowych jest daleki od oczekiwań”.

Komentarz Andrzeja Stankiewicza „Wszyscy przegrali i wszyscy wygrali”: Choć PiS wygrało wybory do sejmików województw, to prawda jest taka, że liczyło na znacznie lepszy rezultat. Koalicja Obywatelska, choć podbiła duże miasta, to nie zyskała nowych wyborców. Kluczowe dla wyników wyborów jest to, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nie udało się zniszczyć PSL”.

Według najświeższych danych – wyników sondażu late poll Ipsos dla TVN, TVP i Polsatu, frekwencja w wyborach wynosi 53,4 proc. To najwyższa frekwencja w wyborach samorządowych od 1990 r. Jest też wyższa niż frekwencja w ostatnich wyborach do Sejmu (51 pro…

Wojciech Maziarski komentuje wybory na koduj24.pl.

Złożona przez Kaczyńskiego deklaracja walki z „fake newsami” brzmi jak zapowiedź rozprawy z niewygodnymi mediami prywatnymi.

Wygraliśmy po raz czwarty i to dobrze wróży na przyszłość – oświadczył w niedzielny wieczór Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wstępnych sondażowych wyników wyborów samorządowych, a na jego twarzy pojawił się triumfalny uśmiech – zapewne zawczasu starannie wyćwiczony. Prezes PiS musiał mieć świadomość, że wciska słuchaczom ciemnotę, bo przecież w rzeczywistości PiS wcale nie wygrał, a osiągnięty wynik jest dla niego fatalną wróżbą na przyszłość.

Jak prezes odwraca kota ogonem

Zwycięstwo w wyborach oznacza przejęcie albo zachowanie władzy. Tymczasem PiS, owszem, dostał najwięcej głosów spośród wszystkich ugrupowań uczestniczących w rywalizacji, ale to nie oznacza, że przejmie władzę. Zapewne w wielu miejscach nie uda mu się znaleźć koalicjantów, więc pozostanie w opozycji.

Prognozy na przyszłość są jeszcze gorsze – łomot, jaki partia Kaczyńskiego dostała w wielkich i średnich miastach, jest zapowiedzią przegranej w zbliżających się wyborach do europarlamentu, w których uczestniczy przede wszystkim elektorat wielkomiejski. Wynik Jaśkowiaka w Poznaniu, Trzaskowskiego w Warszawie czy Zdanowskiej w Łodzi to przedsmak tego, co czeka PiS za pół roku. Nic dziwnego zatem, że tonacja komentarzy w propisowskich stacjach telewizyjnych była w niedzielny wieczór znacznie bardzie j minorowa. Nawet dyżurny propagandysta „dobrej zmiany” Jacek Karnowski w TVP Info nie podzielał optymizmu prezentowanego przez prezesa.

Przed następną kampanią trzeba zrobić porządek

Ale i sam Kaczyński, mimo że triumfalnie się uśmiechał i chwalił rzekomym zwycięstwem, nie omieszkał przyznać, że wystąpiły pewne trudności, wynikające z tego, że w ostatniej fazie kampanii pojawiło się dużo „fake newsów”. Chodziło mu zapewne o fakty niewygodne dla PiS, nagłośnione w mediach, takie choćby jak kompromitujące Mateusza Morawieckiego nagrania z podsłuchów. Dlatego zdaniem prezesa PiS w następnej kampanii trzeba będzie dopilnować, by na jego partię nie spadały „różne ciosy”. Kolejne wybory w Polsce powinny przebiegać w „lepszej atmosferze”. W domyśle: bez „fake newsów”, czyli publikacji niewygodnych dla władzy.

Jak oświadczył pan prezes, PiS będzie chciał doprowadzić do tego, by „każdy Polak wiedział, że w ciągu tych czterech lat, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, Polska poszła do przodu. I to bardzo mocno pod wieloma względami”. Brzmi to jak groźba i zapowiedź skoku na media prywatne. Bo publiczne są już kontrolowane przez PiS. Żadnych „fake newsów” nie publikują i niezwykle intensywnie informują Polaków, jak bardzo Polska poszła do przodu pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli ktoś tu ma na sumieniu jakieś zaniedbania, to tylko polskojęzyczne media prywatne, reprezentujące interesy brukselskiej biurokracji i Angeli Merkel.

Wystąpienie Kaczyńskiego pozwala więc domyślić się, jaka będzie reakcja partii władzy na manto spuszczone jej przez wyborców. Teoretycznie mogłaby odpowiedzieć dwojako: albo cofając się i łagodząc autorytarny kurs w nadziei, że to osłabi krytykę jej rządów, albo wprost przeciwnie – przykręcając śrubę i starając się spacyfikować przeciwników. Powyborcze wystąpienie wskazuje, że prezes wybrał ten drugi wariant. Uznał zapewne, że błąd polegał na odpuszczeniu TVN-owi, Agorze, Axelowi Springerowi i innym „wrogom”. Gdyby w porę zostali zdekoncentrowani i zrepolonizowani, nie mogliby mieszać Polakom w głowach i wynik niedzielnych wyborów byłby o wiele lepszy. Teraz trzeba więc ten błąd czym prędzej naprawić.

Zabawne jest jednak, że wyborcy głosowali tak, jak głosowali, bo mieli dość PiS-u i jego prymitywnego zamordyzmu. Receptą na to ma być więcej prymitywnego zamordyzmu. Pan prezes zachowuje się jak rasowy alkoholik, który widząc, że gorzała mu szkodzi, sięga po następną flaszkę. Bo klin trzeba klinem.

Życzmy panu prezesowi powodzenia. Na pewno mu pójdzie na zdrowie.

Waldemar Mystkowski też komentuje wyniki wyborów.

Cyferki przy zdobyczach w wyborach samorządowych nie za dużo mówią o tym, co się stało przy urnach wyborczych i wcześniej w kampanii, ani co czeka kraj w najbliższej przyszłości. A z pewnością czeka i natężenie oczekiwań będzie gęstsze niż dotychczas.

Przede wszystkim wynik opozycji jest dwukrotnie wyższy niż partii Kaczyńskiego, bo to nie tylko arytmetyka wyników Koalicji Obywatelskiej, PSL, SLD, a nawet Kukiza ’15, ale też komitetów wyborczych lokalnych polityków, którym z pewnością bliżej do opozycji niż do PiS.

Partia Kaczyńskiego nie utrzymała stanu posiadania, jeżeli uwzględni się, jakie środki propagandowe, finansowe i kłamstw zostały użyte podczas kampanii. Ich natężenie nie było dotychczas znane w kraju. Podobne nasilenie propagandy goebbelsowskiej jest używane w dyktaturach i autokracjach, w których wynik PiS byłby uznany za klęskę, a autorzy kampanii daliby głowę na ołtarzu reżimu.

PiS nie ma już za wiele amunicji politycznej oprócz jednego środka i on zostanie niewątpliwie użyty, a jest nim wzmożenie rewolucji prawicowej. Czym się objawi? W najbliższym czasie dojdzie do zderzenia z unijnymi instytucjami, Kaczyński i jego faworyt Mateusz Morawiecki nie wycofają się z tzw. reformy sądowniczej, nie będą respektować wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak miecz Damoklesa będą wisieć nad władzą PiS sankcje finansowe i otrzymają dużo mniejsze środki z unijnego budżetu niż oczekują. Przekonaliśmy się, jak marnym negocjatorem jest Morawiecki, potrafi tylko wykonywać polecenie przełożonych, tak było w BZ WBK, tak jest w rządzie.

PiS nie ma za co kupować elektoratu, a przegrał sromotnie z PSL na wsi, więc uderzy w media, które w umyśle Kaczyńskiego są winne temu, że występują przeciw jego partii. Każda w tej sferze decyzja zawłaszczenie partyjnego wywoła reperkusje międzynarodowe.

Wyborcy zauważą, że coś jest nie tak ze „zwycięstwem”, które ogłosił prezes Kaczyński, PiS jest niekoalicyjny, tak jak prezes niewybieralny. Zwłaszcza pretensje wyrażą partyjne doły w terenie, które liczyły na frukta w samorządach, a takich nie będzie. Odpowiedzialność za ten stan zwalą na lokalnych posłów, a ci zmuszeni zostaną knuć przeciw swoim ministrom. Władza PiS niespójnie zachowa się przy każdej trudniejszej decyzji, przy każdym kryzysie, a te przyjdą z zewnątrz i ze strony opozycji. To rodzić będzie konflikty wewnątrz PiS, nad którymi nie zapanuje schorowany prezes, Morawiecki zaś nie ma posłuchu w aparacie partyjnym.

Bardzo dużo zyskuje na wyborach samorządowych szczególnie jeden polityk, mianowicie szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna. Uważany będzie za tego, który nie przegrał mimo zmasowanego ataku PiS, ciągle należy podkreślać, że w natężeniu dotychczas niespotykanym. Ci którzy się obronili, obsadzili swoich prezydentów w największych miastach w Polsce, z automatu – jak to w kulturze popularnej – uważani są za bohaterów kultowych, traktowani jak charyzmatyczne postaci.

Schetyna ma szanse ma mityzację swojej osoby, urósł przy Rafale Trzaskowskim, Hannie Zdanowskiej i Jacku Jaśkowiaku, a Kaczyński zmniejszył się do wielkości wójta bądź burmistrza z Pcimia. Tak działa podświadomość i takie będzie postrzeganie „wygranej” PiS.

Do wyborców dotrą wielkości zwycięstw. W Warszawie wygrał Trzaskowski, a w Pcimiu jakiś Daniel Obajtek. Zatem Koalicja Obywatelska, a wraz z nią przewodniczący Schetyna będą się mieli do PiS i Kaczyńskiego, jak stolica kraju do owego Pcimia.

Poważnej polityki nie da się prowadzić w Pcimiu, bo w takich miejscowościach można uprawiać tylko kompleksy. I na to skazany jest PiS – na kompleksy Kaczyńskiego, które jeszcze bardziej mu urosły.

Większość wyborców PiS, Kukiz’15, SLD, Wolności i Ruchu Narodowego to mężczyźni. Kobiety dominują wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej, PSL, Bezpartyjnych Samorządowców, Razem i Zielonych. Więcej map i analiz w materiale Sonara: