Archiwa tagu: Igor Tuleya

Kaczyński jako Zerro

Pis-zorro….? Zerro!

Kmicic z chesterfieldem

Sędzia Igor Tuleya w programie Onet Ranowypowiedział się na temat zmian w sądownictwie wprowadzanych przez rząd PiS.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich: Przedstawiamy kompleksowy raport, opisujący wszystkie przypadki represji władz wobec niezależnych polskich sędziów. W raporcie opisano różnego rodzaju działania, jakie zostały już podjęte, wobec dwudziestu jeden polskich sędziów.

>>>Raport<<<

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty w ostry słowach odpowiedział – w programie Onet Rano – na liczne komentarze, jakie pojawiły pod jego głośnym twittem z 3 lipca.

„Byłem z Julią Przyłębską w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich a ze Stanisławem Piotrowiczem i Marcinem Wolskim w PZPR. Myślałem, że jestem wielką mendą a okazuje się że można być większą. Można z taką przeszłością zapisać się do PIS i awansować. Uczę się całe życie” – napisał wówczas polityk.

Teraz równie mocno stwierdził, że od historii nikt nie ucieknie i on sam nie ma zamiaru uciekać.Przyznał, że należał zarówno do Zrzeszenia Studentów Polskich jak i do PZPR, a później wstąpił do SLD. „Nie mówię, że nie byłem, nie tłumaczę tego, nie zasłaniam się, nie ukrywam” – oznajmił…

View original post 3 542 słowa więcej

 

Reklamy

Suski to ten pacjent spod okna, jest po lobotomii, dlatego mózg wywaliło mu na ścianę, a język na brodę

Po fali krytyki, którą Marek Suski wywołał swoimi słowami podczas spotkania z delegacją Parlamentu Europejskiego, szef gabinetu politycznego postanowił się wytłumaczyć. Wyjaśnienia Suskiego można także nazwać zadziwiającymi…

Po pierwsze, stwierdził, że cytaty z jego wypowiedzi podane w oficjalnym sprawozdaniu delegacji PE są niedokładne, a Suski – uwaga! – nie autoryzował tego tekstu. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że niemożliwe jest autoryzowanie dokumentów Parlamentu Europejskiego przez członków polskiego rządu.

Po drugie, Suski usiłuje odpowiedzialnością za swoje słowa obarczyć… tłumacza. – „Rozmowa była prowadzona przez tłumacza i mogła być niedokładnie tłumaczona” – stwierdził szef gabinetu politycznego premiera.

Po trzecie wreszcie, mówiąc o zakopywaniu przez sędziów złota w ogródku, miał na myśli Jana Burego z PSL, który był członkiem Krajowej Rady Sądownictwa. – „Rozmowa dotyczyła KRS, dlatego podałem przykład Jana Burego i złotą sztabkę zakopaną w ogródku. Fakt ten swego czasu był szeroko opisywany przez media” – „tłumaczył” Suski. Tyle, że były polityk PSL Jan Bury nie jest i nigdy nie był sędzią – w KRS zasiadał jako reprezentant Sejmu. Co do złota, podczas badania tzw. afery podkarpackiej z udziałem Burego pojawił się wątek jednej sztabki złota. Znaleziono ją jednak nie w ogródku, a w sejfie na plebanii.

Byli ministrowie sprawiedliwości – Włodzimierz Cimoszewicz, Zbigniew Ćwiąkalski i Borys Budka – w rozmowie z onet.pl powiedzieli, że słowa Marka Suskiego to pomówienie. Ich zdaniem, sędziowie mają podstawy do złożenia przeciw niemu pozwu.

Suski – to ten pacjent pod oknem. Lobotomia wywaliła mu mózg na ścianę, a język na brodę. Tak leczą w Tworkach.

Depresja plemnika

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także…

View original post 2 366 słów więcej

Owsiak i Tuleya przeciwstawiają się bezprawiu PiS


Rok temu, bo w styczniu 2018 roku sędzia Igor Tuleya  złożył w prokuraturze zawiadomienie dotyczące głosowania nad uchwałą budżetową w Sali kolumnowej z 16 grudnia 2016 r. Alarmował, że ponad 230 posłów mogło złożyć na jego temat fałszywe zeznania – informuje Gazeta Wyborcza. Dziennik pisze, że sędzia wymienił jednym tchem m.in. prezes PiS Jarosław Kaczyński, premier Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, minister koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński, jego zastępca Maciej Wąsik, Joachim Brudziński, Mariusz Błaszczak, Marek Kuchciński, Zbigniew Ziobro, Antoni Macierewicz, Jarosław Gowin, Stanisław Piotrowicz, Jacek Sasin i Jan Szyszko. Śledztwa w tej sprawie jednak nie będzie.

Śledztwo umorzyła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Decyzja została zaskarżona i skierowana do wyższej instancji, jednak prokuratura ponownie odmówiła wszczęcia śledztwa. Pod decyzją podpisała się prokurator Marta Chromańska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, dowodząc, że choć posłowie podawali nieprawdę, robili to nieświadomie, czyli bez zamiaru – podaje gazeta.

Jak twierdzi sędzia Tuleya, zgromadzone przez niego materiały niezbicie dowodzą, że opozycji fizycznie ograniczono możliwość udziału w posiedzeniu Sejmu w Sali kolumnowej, a także swobodne poruszanie się po niej i składanie wniosków formalnych. Podkreśla, że jego wersję potwierdził wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, który zeznał, że Sala kolumnowa została zorganizowana w ten sposób, aby „nie dopuścić posłów opozycji do stołu prezydialnego”.

Przypomnijmy: przeniesienie obrad do Sali Kolumnowej nastąpiło po tym, jak opozycja rozpoczęła blokowanie sejmowej mównicy. Posłowie opozycji twierdzili, że głosowanie nad budżetem było nielegalne. W ramach sprzeciwu od 16 grudnia 2016 do 12 stycznia parlamentarzyści PO i Nowoczesnej prowadzili tzw. protest rotacyjny na sali obrad.

TVP wali w Jurka Owsiaka i w panią Gronkiewicz – Waltz antysemityzmem. Jakaż to jest niesamowita kloaka.

Depresja plemnika

„Kult ministra Brudzińskiego szerzy się po komendach:) Szkoda, że jeszcze kwiatków nie położyli! Jakie trzeba mieć kompleksy, żeby pozwalać podwładnym na takie infantylne lizusostwo? Obciach!”– skomentował na Twitterze były szef MON w rządzie PO-PSL poseł PO Tomasz Siemoniak.

Chodzi o filmik, który też na Twitterze udostępnił inny polityk PO Stanisław Gawłowski. Na nagraniu widać wyświetlane na ekranie telewizora obrazki z szefem MSWiA Joachimem Brudzińskim w roli głównej. – „Witacz” w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie” – napisał Gawłowski.

„W tym PiS chyba wszyscy są niedowartościowani: * Zieliński – konfetti * Jojo – witacze w komendach * Misiewicz – honory od żołnierzy * Kaczyński – armia ochroniarzy * Karczewski – portret własny * Kuchciński – twierdza Sejm…

View original post 1 194 słowa więcej

Szparki sekretarki zarabiają po 65 tys. Muszą dobre być w te jądra, przepraszam: w te klocki

Bank centralny nie chce potwierdzić kompetencji Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik, najbliższych współpracownic prezesa Glapińskiego. Wojciechowska zarabia ok. 65 tys. zł miesięcznie! A Sukiennik mogła się znaleźć w ważnej instytucji finansowej wbrew dyrektywie UE

Martyna Wojciechowska pracuje w Narodowym Banku Polskim od 11 lat, czyli od czasu, gdy rządzący wtedy po raz pierwszy PiS desygnował na prezesa Sławomira Skrzypka. Jej kariera przyspieszyła, kiedy szefem banku centralnego został Adam Glapiński, bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego od lat 90. W 2016 r. dostała awans i została dyrektorem Departamentu Komunikacji i Promocji NBP, a jej dochody poszybowały

Pensja wyższa niż Belki

W 2015 r. Wojciechowska zarobiła 114 tys. zł, rok później – już 392 tys. zł. Do maja 2018 r. była radną sejmiku Mazowieckiego z PiS, ale – jak podaje OKO.press – zrzekła się wtedy mandatu i nie złożyła oświadczenia majątkowego za 2017 r., choć powinna. Dodatkowo zasiada jako przedstawicielka prezesa NBP w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Według naszych informacji awans dyrektorski dostała w sierpniu 2016 r. Porównując jej oświadczenia majątkowe sprzed awansu i po nim, oszacowaliśmy, że po podwyżce w sierpniu zarabia ok. 65 tys. miesięcznie wraz z premiami, dodatkowymi dochodami i bonusami. Dla porównania – były prezes NBP Marek Belka dostawał w sumie ok. 57 tys. zł miesięcznie. Pensja obecnego szefa banku centralnego nie jest znana.

Szpraki sekretarki zarabiały po 65 tys. zł. Były dobre w te klocki, przepraszam: w jądra.

Depresja plemnika

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni…

View original post 1 689 słów więcej

CBA bada aferę SKOK Wołomin, w której jej funkcjonariusz jest umoczony

Rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego Piotr Kaczorek zaczął pracować w tych służbach po dojściu PiS do władzy. Biuro – jak wiadomo – zajmuje się badaniem nieprawidłowości właśnie w SKOK Wołomin. – „Czynny pracownik CBA, które bierze udział w śledztwie w sprawie SKOK Wołomin, ma tam kredyt i go nie spłaca? To przecież ewidentny konflikt interesów. Wobec Kaczorka powinno zostać wszczęte przynajmniej postępowanie dyscyplinarne. Powinien także zostać zawieszony przynajmniej do czasu wyjaśnienia sprawy. Poza tym to wstyd dla CBA, że jest on twarzą instytucji, która zajmuje się śledzeniem nieprawidłowości w państwie i sama powinna być czysta jak łza” – powiedział Onetowi funkcjonariusz CBA, który prosił o zachowanie anonimowości.

„Nie zamierzam rozmawiać o moich sprawach prywatnych. Nigdy w życiu nie brałem żadnej pożyczki na zasadzie nielegalnej działalności” – stwierdził Kaczorek w rozmowie z onet.pl. Zapytany, czy wziął kredyt w SKOK Wołomin i go nie spłaca, odpowiedział: – „Nie mam zamiaru na ten temat rozmawiać”.

Były szef CBA Paweł Wojtunik nie ma wątpliwości. – „To sytuacja co najmniej dwuznaczna, jeśli nie korupcyjna. Sprawa powinna być już dawno temu znana biuru spraw wewnętrznych CBA i dogłębnie zbadana. To kolejny przykład na podwójne standardy. Rzecznik powinien być świętszy od papieża, tym bardziej rzecznik instytucji antykorupcyjnej . Obawiam się, a nawet jestem pewny, że ta sprawa nie zostanie obiektywnie wyjaśniona, a opinia publiczna usłyszy kolejne już oświadczenie o pełnym zaufaniu kierownictwa partii oraz CBA do tego funkcjonariusza” – powiedział Wojtunik. Onet cytuje paragraf 10 Kodeksu etyki funkcjonariusza CBA: „Aby nie budzić podejrzeń o stronniczość czy interesowność funkcjonariusz Centralnego Biura Antykorupcyjnego nie dopuszcza do konfliktu interesów, czyli sytuacji, gdy prywatne sprawy kolidują z obowiązkami służbowymi”.

Funkcjonariusz od kontaktów z mediami w CBA, które prowadzi śledztwo SKOK Wołomin, ma niespłacony kredyt w SKOK Wołomin… Ta władza stoi po szyję w ryhnsztoku powiązań i bagnie korupcji!

Depresja plemnika

Piotr Kaczorek w 2013 r. pożyczył w SKOK Wołomin 160 tys. zł, ale przez kolejne co najmniej cztery lata nie spłacał zaciągniętego kredytu. Według raportu przygotowanego przez biegłego, który wyceniał majątek SKOK Wołomin, do 1 lipca 2017 r. Kaczorek zalegał – łącznie z odsetkami karnymi – na kwotę ponad 200 tys. zł. Dziś pracuje w CBA, które bada nieprawidłowości w SKOK-u.

Więcej >>>

Wojciech Mazowiecki, syn byłego premiera, złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie podpalenia przez Jacka Międlara fotografii Tadeusza Mazowieckiego.

Były ksiądz obrażał także polityka w wulgarny sposób, o czym pisaliśmy w artykule Międlar spalił zdjęcie premiera Mazowieckiego, nazywając go…

View original post 280 słów więcej

PiS u władzy to demolka Polski z możliwością utraty niepodległości. O to toczy się dzisiaj gra

Więcej >>>

Liderka stowarzyszenia Inicjatywa Polska Barbara Nowacka w wywiadzie dla portalu wiadomo.co. oceniła działania polityków i zakreśliła najbliższe cele politycznej działalności swojego ugrupowania. Oberwało się zarówno premierowi Morawieckiemu, jak i Robertowi Biedroniowi – czytamy w portalu WP.

„To Dyzma, który myśli, że jest Piłsudskim. Miał być inteligentnym technokratą, a został słabszą wersją Patryka Jakiego, czyli zrobi wszystko i powie wszystko, aby zachować władzę. Jedyna różnica jest taka, że może lepiej zna język angielski” – powiedziała o Matuszu Morawieckim. Premierowi „wydaje się, że jest kimś wielkim i może wszystko” – zauważyła. Jej zdaniem część konserwatystów prawicowych przy PiS-ie liczyła, że Mateusz Morawiecki będzie proeuropejski i trochę bardziej uczciwy. A zobaczyliśmy pustego cynika – stwierdziła bez ogródek. Surowo oceniła też roztaczane przez Morawieckiego hurraoptymistyczne wizje obecnej sytuacji w kraju: – „Afera za aferą, protest rolników, chaos w szkołach, zdenerwowanie rodziców i szykowany protest nauczycieli, strajk pracowników sądowych, podwyżki cen energii, paliwa, żywności, kolejki do lekarzy… Gdzie jest super? U premiera i jego kolegów. Tak, oni mają super” – dodała.

W odniesieniu do Roberta Biedronia określiła niebezpieczeństwa związane z jego projektem politycznym. Przestrzegła przed błędami, charakterystycznymi dla każdej partii liderskiej.  – Jedną osobę zawsze łatwiej zniszczyć. Wiele projektów powstawało na fali poparcia dla konkretnej osoby i wiary, że ta osoba pokaże, jak zmienić świat, ale one szybko się kończą i wypalają. To nie jest metoda budowania polityki, która powinna być budowana na wartościach, a nie osobowościach. W polityce ważne są nie tylko sympatia i fajny wizerunek, ale przede wszystkim wielkie idee oraz konkrety, czyli program – stwierdziła. Tymczasem Biedroń, jak zauważyła, sprzedaje koszulki ze swoim wizerunkiem. – „Jedni cenią w polityce skromność, inni wręcz przeciwnie. Ten projekt polityczny budowany jest tylko wokół Roberta, z pokazaniem liderskiego ego” – powiedziała.

Polityczka zwraca też uwagę na widoczną, jej zdaniem strategię Roberta Biedronia. – „Byłoby świetnie, gdyby zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Owszem, ma do tego prawo, ale trzeba też mieć świadomość konsekwencji, jakie taka decyzja może za sobą pociągnąć” – podkreśliła Nowacka. Jej zdaniem, to eurowybory pokażą, czy „ludzie kupią kolejny niby oddolny ruch budowany przez jednostkę”.

W kwestii najbliższych zadań Nowacka zapowiedziała, że od 6 stycznia ruszy nowa akcja dotycząca rozdziału Kościoła od państwa. – „Będziemy zbierać podpisy pod projektem [sejmowym – red.], likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół” – stwierdziła. Jakie są jego założenia? Chodzi o to, by znieść finansowanie religii w szkołach oraz zakazać łączenia uroczystości państwowych z religijnymi. Zdaniem Nowackiej „Kościół poczuł się jak w swoim państwie, a nie w państwie, w którym są także osoby niewierzące czy zwyczajnie myślące inaczej, niż doktryny wiary. Próbuje dyktować warunki, narzucać projekty ustaw, uderza w kobiety, domaga się większej ochrony i więcej pieniędzy na biznesy pana Tadeusza Rydzyka” – oceniła dobitnie.

Barbara Nowacka ma świadomopść, o co teraz toczy się gra. PiS pozostawione u władzy – to demolka Polski.

Depresja plemnika

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani…

View original post 5 567 słów więcej

Beata Kempa powstała ze skamieliny i w nią się obróci. Skamienienie rozumu

Beata Kempa nie tylko tym, że nosi to samo imię, przypomina obecną wicepremier Szydło. Obydwie zajmują się w rządzie działalnością, której efektów jakoś nie widać. Szydło stoi na czele Komitetu Społecznego Rady Ministrów, a Kempa jest odpowiedzialna za sprawy dotyczące pomocy humanitarnej.

W związku z tą funkcją została w TVN24 zapytana o zdanie na temat obrzydliwego spotu PiS o uchodźcach. Monika Olejnik czterokrotnie powtórzyła pytanie: – „Dlaczego zrobiliście taki antychrześcijański spot?”. Kempa wiła się jak piskorz i uciekała od odpowiedzi. Zamiast ustosunkować się do skandalicznego pisowskiego filmiku mówiła np. o Patryku Jakim. Według Kempy, dzięki niemu PiS „wybory wygrał i poszerzył swój elektorat”.

Do końca programu nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi, czy potępia wyprodukowanie takiego spotu. – „Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, co dzieje się na terenie wielu krajów, które przyjęły imigrantów ekonomicznych, to jest tak straszne, że ja sobie nie wyobrażam, żebym ja, czy nasze dzieci były zagrożone na ulicach” – powiedziała Kempa. Zważywszy na treść nagrania, w którym PiS straszył zalewem uchodźców w polskich miastach, można by tę odpowiedź Kempy uznać za aprobatę spotu.

Za to podczas programu Kempa pobiła chyba rekord w zwracaniu się do prowadzącej: „Jeśli pani pozwoli”. Nie umknęło to uwadze internautów. Jeden z nich zaproponował: – „100 razy ,,Jeśli pani pozwoli” na 100-lecie niepodległości. Kempa „miszcz”.

„O wartości powinniśmy bić się do końca. W naszym przypadku chodzi o niezawisłość i niezależność sędziowską. Każdy biłby się, gdyby ktoś zabierał ważne dla niego wartości. Każdy też się boi. Mogę stroszyć piórka, ale to byłoby obłudne. Nie mogę zagwarantować, że nie będą trzęsły mi się ręce, ale psychicznie jestem zdeterminowany, by do końca być z ludźmi wolnymi” – mówił na spotkaniu w krakowskim klubie Pod Jaszczurami sędzia Igor Tuleya. Zatytułowano je „To brzydkie słowo na K”.

Jak powiedział Tuleya, za jedno z nich, czyli „Konstytucję”, można dostać w twarz. Zapytany, czy nie obawia się, że jego też może to spotkać, odpowiedział: – „Jestem zwykłym obywatelem, poruszam się tramwajem. Reakcje ludzi są różne. Przejawy sympatii z objawami niechęci występują wobec mnie w proporcji fifty-fifty. Natężenie tych ataków rośnie – od kilku miesięcy moi interlokutorzy mają ochotę na dłuższe pogawędki, kierują w moją stronę stek wyzwisk. One nie mają związku ze sprawami kryminalnymi, w których orzekam”.

Tuleya odniósł się też do sprawy sędziego Arkadiusza Krupy, który założył togę na symulowanej rozprawie prowadzonej na festiwalu w Kostrzynie nad Odrą i musi się teraz tłumaczyć przed rzecznikiem dyscyplinarnym. Pisaliśmy o tym w artykule „Dyscyplinarka dla sędziego za udział w festiwalu Owsiaka?”. – „Symulacje procesów są zwykłym elementem edukacji prawniczej. Przeprowadzam je w Warszawie nie tylko dla najmłodszych, ale także dla dorosłych w ramach „Nocy Muzeów”. Sam zresztą byłem na festiwalu Pol’and’Rock i nie ma do czego się przyczepić” – powiedział Igor Tuleya. Jednak wydaje się, że rzecznik dyscyplinarny jest odmiennego zdania…

Przekaz ma podany na tacy: nie można dopuścić do sytuacji, w której lewicowi wyborcy, po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu, pójdą głosować na centrum i centroprawicę.

Przez ostatnie trzy lata każde polityczne wydarzenie było zawsze wpasowywane w jedną z dominujących narracji. Po stronie opozycyjnej najsilniejsza opowiadała o realizującym węgierski scenariusz „marszu po pełnię władzy” PiS-ie. A ta słabsza – o gangu Olsena, który w pogoni za stanowiskami i pragnieniem zemsty na PO niszczy struktury państwa i naraża nas na poważne ryzyko. Po stronie obozu władzy dominowała narracja o silnej partii naprawiającej zniszczony w minionym ćwierćwieczu kraj. A mniejszościowa upierała się, że można byłoby zrobić znacznie więcej, gdyby od razu łamać opozycji kości, czyścić wszystko do bólu, przywracać sprawiedliwość i porządek. Ta mniejszościowa skupiała się przy każdym zakręcie na dywersji we własnych szeregach, odsądzała od czci i wiary polityków wypowiadających koncyliacyjne słowa, godzących się na ustępstwa.

Godzinę po ogłoszeniu wyników samorządowego exit poll w polskich mediach można było usłyszeć wszystkie cztery wymienione wyżej narracje. I z rozbawieniem przyglądać się próbom wpasowania w nie wyników wyborczych. „Obroniliśmy miasta”, „zablokowaliśmy autorytaryzm” – z jednej strony, a „potwierdziliśmy słuszność polityki”, „wygraliśmy kolejne wybory – idziemy po więcej” – z drugiej. Prawicowa opinia z satysfakcją kwitowała każdy „odbity sejmik”, po wielogodzinnym poście wypełnionym podawaniem kolejnych wyników w miastach. Prawie zawsze dla PiS niekorzystnych. Ale jedno było pewne: wynik wyborów nie był na tyle wyrazisty, by unicestwić którąś z dominujących po jednej lub drugiej stronie wyników opowieści.

Po części dlatego wyniki samorządowe są ze swej natury bardziej złożone od parlamentarnych i nie da się równie łatwo wskazać zwycięzcy. Jeżeli jednak przyjmiemy, że najważniejsze znaczenie mają duże miasta i sejmiki, to można śmiało powiedzieć, że w jednym i drugim wymiarze opozycja parlamentarna ma zdecydowaną przewagę. Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na wygraną tylko w jednym z 10 największych miast – Krakowie, a największym sukcesem w pierwszej turze jest zwycięstwo popieranego przez PiS urzędującego prezydenta Katowic Marcina Krupy.

Gdy chodzi o sejmiki, można uznać, że sondaże przez ostatni rok wskazywały raczej na perspektywę remisu, czyli na przejęcie przez partię Jarosława Kaczyńskiego ośmiu województw. W chwili, gdy piszę ten tekst, nie jest znany jeszcze układ sił w kilku sejmikach, niejasne jest też stanowisko Bezpartyjnych Samorządowców, ale należy uznać, że – inaczej niż w dużych miastach – w województwach sytuacja będzie bliska remisu. Także dlatego, że w trakcie kadencji sejmikowych możliwe są transfery „obrażonych” lub „skuszonych” radnych. W województwie śląskim (o ile potwierdzą się prowizoryczne wyniki) – może to być nawet decyzja jednej tylko osoby.

Z punktu widzenia ogólnopolskiej rywalizacji wydarzyły się jeszcze trzy istotne rzeczy. Po pierwsze, Koalicji Obywatelskiej udało się zmobilizować do udziału w wyborach mieszkańców dużych miast. Dało jej to bardzo dobre wyniki w Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, a zarazem zmieniło ukształtowane od lat wzory frekwencyjne. Powiedzmy tylko, że udział w wyborach wzrósł z 47 do 67 proc. w Warszawie, z 42 do 57 proc. w Krakowie i z 38 do 58 proc. w Łodzi. Ta mobilizacja jest – jak sądzę – nie tylko efektem skutecznej kampanii opozycji, ale też reakcją na zachowania partii rządzącej. Jeżeli utrzyma się w wyborach parlamentarnych – może przynieść efekty większe niż w sejmikowych. Dziś wystarczyła do tego, by przełamać fatalizm, w który popadła część zwolenników opozycji w latach 2016-2017 widząc jej bezradność w rywalizacji z obozem władzy.

Drugi element to fakt, że PSL obronił istotną część stanu posiadania na wsi. Wiele sondaży przeprowadzanych po 2015 roku wskazywało na to, że znacząca część wyborców mieszkających w gminach wiejskich i małych miasteczkach przesunęła swoje poparcie na PiS. Partia Kosiniaka-Kamysza stała się obiektem najsilniejszego ataku ze strony rządzących i wspierających ich mediów. W tej sytuacji dwucyfrowy wynik i utrzymanie się w zarządach części choćby województw musiał oznaczać sukces. Przetrwanie najtrudniejszej próby. Oczywiście PSL straci wpływy w kilku istotnych regionach. Będzie miał mniej narzędzi budowania swoich wpływów niż w kadencji 2014-2018, zapewne także na słabo widocznym z perspektywy centrum poziomie powiatów. Ale tę grę przeżył i zachował siły do następnej, nie mniej trudnej.

Nie podzielił też losu lewicy. Tej „starej”, postkomunistycznej i tej „młodej” spod sztandarów Razem i Zielonych. Wynik tych ugrupowań to trzeci istotny ogólnopolski skutek wyborów lokalnych i regionalnych. SLD udało się zdobyć miejsca sejmikowe, zachować fotele prezydentów w kilku ważnych miastach. Ale nie udało się na serio wrócić do gry, zdyskontować skoku poparcia widocznego przez cały obecny rok. Chcę powiedzieć wyraźnie – to nie jest klęska, ale raczej niewykorzystana okazja. To atut, który wypadł Włodzimierzowi Czarzastemu z ręki na chwilę przed trudną rozgrywką z Robertem Biedroniem. Gdyby SLD dostało poparcie na poziomie PSL, mogłoby rozmawiać o kształcie lewicowych list do Parlamentu Europejskiego, a potem Sejmu z pozycji siły. W tej sytuacji pozostawiło spore pole działania byłemu prezydentowi Słupska.

Powrót do ogólnopolskiej polityki ułatwia mu także wynik Partii Razem. To pierwsza weryfikacja jej siły po trzech latach od sukcesu w wyborach sejmowych. Sukcesu, który nie dał jej mandatów, ale elementarną rozpoznawalność, uczynił tematem rozmów i przedmiotem politycznych kalkulacji. Wynik nie jest rozczarowaniem. Takiego poparcia można było się spodziewać, znając realia kampanii sejmikowej, która nie toczy się w mediach, ale w „terenie”. W której atutami jest „zasiedzenie” w lokalnych wspólnotach i dostęp do zasobów atrakcyjnych dla elit gminnych i powiatowych. Tyle tylko, że kierownictwo Razem to wszystko wiedziało. A mimo to uznało, że nie może sobie pozwolić na nieobecność w tej przegranej z góry grze. Warto było zachować się niekonwencjonalnie – wystawić najlepszych swoich polityków do wyborów prezydenckich, a szerokie listy do rad miast. Z intencją możliwie silniejszego zaistnienia w tym spektaklu, który do mediów się dostał, który był przez nie relacjonowany. I warto było zbudować podstawy personalnej rozpoznawalności liderów (wielu liderów) przed obiema kampaniami 2019 roku.

Wynik SLD i Partii Razem, a także Partii Zielonych, dał solidny polityczny mandat inicjatywie Biedronia. Może on startować w warunkach najgłębszego kryzysu politycznego lewicy z bardzo jasnym przesłaniem. Nie można dopuścić do sytuacji, w której wyborcy tej formacji po raz kolejny bojąc się zmarnowania głosu pójdą głosować na koalicję partii centrowych i centroprawicowych. W wyborach europejskich ten argument będzie brzmiał racjonalnie, a siła przedsięwzięcia będzie mogła być w sposób „bezpieczny” dla potencjalnych wyborców Biedronia przetestowana.

Wybory samorządowe to jednak nie tylko przygrywka do tych ogólnopolskich. Choć umyka to komentatorom ogólnopolskich mediów – zostaniemy z wybranymi jesienią tego roku prezydentami, burmistrzami i wójtami przez następne pięć lat. I będziemy ofiarami lub beneficjentami nie ich przynależności partyjnych, ale w znacznej mierze ich osobistych talentów i umiejętności. Szkoda mi wielu znakomitych kandydatów, których szanse w 2018 roku zostały zredukowane do zera przez wielki, ogólnopolski konflikt. Zwłaszcza, że stanowisko burmistrza czy prezydenta jest w zasadzie jedynym, w którym ambitni i samodzielni politycy mogą jeszcze z pożytkiem dla nas funkcjonować. Partie, a zatem poziom ogólnopolski i regionalny raczej tego typu osobowości eliminują.

Wszystko wskazuje na to, że poddane partyjnej rywalizacji sejmiki w tej kadencji będą politycznie ciekawsze, ale być może mniej stabilne. Nie tylko ze względu na gry koalicyjne, ale także na personalne konflikty wewnątrz partii. Jeżeli zarządy województw kierowanych przez PiS będą zmieniać się tak często jak władze kontrolowanych przez tę formację spółek skarbu państwa, to politycznych atrakcji nie zabraknie. Tak czy inaczej za kilka tygodni – po ukształtowaniu się zarządów województw – samorząd zejdzie z pierwszego planu ustępując miejsca grze przed wyborami europejskimi, które zweryfikują plan. A główne partie mają kilka tygodni na przepracowanie swoich narracji i opisanie sensu rywalizacji w nieco inny niż przez ostatnie trzy lata sposób.

Rezerwuar ciemnoty PiS jest nieprzebrany. Sezam ciemnoty, bo jeszcze Szydło, Kempa i inne „skarbnice” mądrości.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Polsce pisowskiej bliżej do Białorusi niż do Brukseli.

Występy Andrzeja Dudy w Niemczech są nie do uratowania. Po pierwsze przemówienie prezydenta miało źle rozłożone akcenty o wadze Polski w Unii Europejskiej, bo stawianie naszego kraju w roli Chrystusa narodów – a tak należy rozumieć retorykę o niechęci Polski do poddawaniu się dyktatowi mocarstw – mogło być dobre w czasach rozbiorów, braku suwerenności, a nie dzisiaj. Zresztą w tamtych trudnych czasach zdawali egzamin z historii Piłsudscy i Wałęsowie, a nie postaci pokroju Dudy czy Kaczyńskiego.

Co chciał Duda przez to powiedzieć? Czyżby Bruksela bądź Berlin narzucali dyktat? Czyżby dyktatem miało być przestrzeganie demokracji i konstytucji swego kraju? Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier zwrócił Dudzie uwagę, iż w Brukseli waga Cypru i Polski jest taka sama, te kraje mają po jednym głosie w Radzie Europejskiej.

Duda kompletnie się wówczas rozsypał, sięgnął po typ argumentu, który podsunął mu już w…

View original post 1 353 słowa więcej