Archiwa tagu: Grzegorz Schetyna

Pisowska zemsta na doktorze Haidarze za WOŚP

– To jest rewanż, zemsta polityczna za przegrane wybory – powiedział reporterowi RMF FM Riad Haidar, lekarz oraz poseł Koalicji Obywatelskiej, który został odwołany z funkcji ordynatora oddziału neonatologii w Białej Podlaskiej. Haidar dowodził oddziałem przez blisko 30 lat.

Riad Haidar, który z pochodzenia jest Syryjczykiem, od ponad 40 lat mieszka i pracuje w Polsce. W październikowych wyborach uzyskał mandat do Sejmu z listy Koalicji Obywatelskiej. Decyzję o pozbawieniu go stanowiska ordynatora oddziału Haidar określił jako „zaskakującą” i „niezrozumiałą”. „Prawie 30 lat kierowałem tym oddziałem i nigdy nie było żadnych zarzutów do mojej pracy, wręcz przeciwnie. Oddział uznawany jest za jeden z najlepszych w Polsce i zapewnia leczenie na najwyższym światowym poziomie” – pisze lekarz. Dodaje, że jest to decyzja „wyłącznie polityczna i nie ma na uwadze dobra moich małych podopiecznych i ich rodziców”.

W rozmowie z RMF FM Riad Haidar zapowiedział, że nie przedłuży kontraktu ze szpitalem w Białej Podlaskiej bez stanowiska ordynatora. – To sprawa honorowa. Niczym nie zasłużyłem sobie na degradację, z bycia ordynatorem na asystenta, bo takie stanowisko jest mi proponowane – powiedział Haidar.

W tle jednak jest wyraźny kontekst polityczny. To jest rewanż, zemsta polityczna za przegrane wybory

– ocenił lekarz. Nowym dyrektorem szpitala jest radny PiS Adam Chodziński. Polityk był wcześniej zastępcą prezydentem Białej Podlaskiej, a swoje stanowisko – jak przypomina RMF FM – stracił wraz z wygraną kandydata popieranego przez Haidara.

Na stronie szpitala zamieszczono w poniedziałek oświadczenie rzecznika placówki Magdaleny Us. Umowa Haidara wygasła z końcem roku. „Podczas spotkania 18 grudnia br. dyrektor placówki zaproponował panu doktorowi dalszą współpracę z Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Białej Podlaskiej na udzielanie świadczeń w ww. oddziale. Została mu przedstawiona jednostronnie podpisana umowa dalszej współpracy na dogodnych warunkach. Umowa nie przewidywała kierowania i zarządzania oddziałem. Pan doktor – nad czym ubolewamy – nie przyjął powyższej propozycji” – napisała.

„Lekarz i poseł KO Riad Haidar od stycznia nie będzie kierował oddziałem neonatologicznym szpitala w Białej Podlaskiej. Zadecydował o tym dyrektor szpitala, radny Zjednoczonej Prawicy” – napisał w poniedziałek na Twitterze szef PO Grzegorz Schetyna.

Oddział Haidara wsławił się także tym, że aż 90 procent sprzętu było zakupionego przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Z tego powodu parę lat temu oddział oficjalnie ochrzczono imieniem WOŚP. Sprzęt fundacji używany na oddziale ma łączną wartość 2,9 miliona złotych.

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS, a za nimi TVP, nie przestają mówić o socjalnych osiągnięciach rządu – to ma być wciąż jeden z filarów „dobrej zmiany”. Ale czy faktycznie jest się czym chwalić? 2019 rok przyniósł trzy zaniechania w polityce PiS, które uderzają w biednych

Pierwsze 3 lata rządów PiS w polityce społecznej przynajmniej pod jednym względem były przełomowe: żaden z poprzednich rządów nie umieścił “socjalu” w centrum swojej opowieści politycznej.

Tymczasem “rodzina 500 plus” zdominowała debatę w Polsce, dziwnie mieszając się przy tym z kwestią praworządności. Choć politycy głównych partii opozycji zaakceptowali program, a przynajmniej nauczyli się nie potępiać go w czambuł, to część ich wyborców niezmiennie jest zdania, że polska demokracja została “sprzedana za 500 plus”, a transakcji dokonali wyborcy PiS.

Władza przy pomocy TVP wykorzystuje te emocje, strasząc, że rządy opozycji oznaczają odebranie zdobyczy socjalnych ostatnich lat: wysokiego świadczenia na każde dziecko i niższego wieku emerytalnego. W tej opowieści rządy…

View original post 1 070 słów więcej

 

Czy Kaczyński weźmie ze sobą Polskę do grobu?

Stanowisko i apel podpisały m.in. Stowarzyszenie Sędziów „Iustitia”, Stowarzyszenie Sędziów „THEMIS”, Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”, Wolne Sądy, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Archiwum Osiatyńskiego

„Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym. Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i ‍uznawania w innych państwach członkowskich UE” – napisało w oświadczeniu kilkanaście organizacji zrzeszających sędziów i prokuratorów, organizacji społecznych i inicjatyw obywatelskich broniących praworządności.

Ich „Wspólne stanowisko w sprawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z dnia 19 listopada 2019 roku w sprawach połączonych A.K. (C-585/18), CP (C-624/18) i DO (C-625/18)” dotyczy wyroku TSUE w odpowiedzi na pytania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, kiedy sąd jest niezależny i niezawisły w rozumieniu prawa europejskiego.

Sygnatariusze przypominają, że „pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej” a „państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ‍ponadnarodowej integracji europejskiej”.

Stanowisko zostało wypracowane przez zespół wybitnych znawców prawa polskiego i europejskiego. W poukładany, klarowny sposób, krok po kroku, paragraf po paragrafie, wyjaśnia kluczowe elementy wyroku i jego skutki, zarówno dla postępowań, w ramach których zostały zadane pytania prejudycjalne, jak i skutki wykraczające poza te postępowania.

Stanowisko i apel podpisały

  • Amnesty International Polska,
  • nasze Archiwum Osiatyńskiego,
  • członkowie Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego,
  • Forum Obywatelskiego Rozwoju FOR,
  • Helsińska Fundacja Praw Człowieka,
  • Instytut Prawa i Społeczeństwa „INPRIS”,
  • Ogólnopolskie Stowarzyszenie Sędziów Sądów Administracyjnych,
  • Stałe Prezydium Forum Współpracy Sędziów,
  • Stowarzyszenie im. prof. Zbigniew Hołdy,
  • Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex Super Omnia”,
  • Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”
  • oraz Stowarzyszenie Sędziów „Themis” i Inicjatywa „Wolne Sądy”.

Apel

W związku z ogłoszonym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu ws. KRS i Izby Dyscyplinarnej, podkreślamy, że pełne wykonanie orzeczenia jest obowiązkiem wszystkich władz Rzeczypospolitej Polskiej.

Wskazujemy, że państwo członkowskie UE, które nie przestrzega standardów dotyczących niezawisłości sądów krajowych nie może uczestniczyć w ‍ponadnarodowej integracji europejskiej. Trybunał Sprawiedliwości uważa bowiem niezawisłość sędziowską za element wartości praworządności w rozumieniu art. 2 TUE, która jest nieodzowna dla funkcjonowania systemu prawnego Unii Europejskiej, a także do tego, by inne państwa członkowskie i instytucje unijne miały zaufanie do polskich sądów i ‍do polskiego systemu sądowniczego.

Jeżeli wyrok TSUE nie zostanie zrealizowany szybko i w zgodzie ze standardami europejskimi, zasadą pewności prawa, a także z poszanowaniem praw obywateli, którzy pokładali zaufanie w polskim systemie sądownictwa, to nieuchronnie dojdzie do bezprecedensowego chaosu w systemie prawnym.

Orzeczenia polskich sądów nie będą przede wszystkim korzystać z zasady wzajemnego zaufania i ‍uznawania w innych państwach członkowskich UE.

Wskazujemy na to, że na prezesach sądów, sędziach, a także na ustawodawcy, KRS i pozostałych władzach państwowych ciąży ogromna odpowiedzialność, by w jak najszybszym czasie wykonać wyrok TSUE, by zagwarantować bezpieczeństwo prawne wszystkich obywateli UE.

Skutki wyroku

Całe, piętnastostronicowe Stanowisko jest dostępne w Archiwum Osiatyńskiego, wraz z Załącznikiem zawierającym dodatkową argumentację.

Poniżej przedstawiamy kilka punktów stanowiska dotyczących wybranych skutków wyroku TSUE.

„TSUE wskazał, że nieprawidłowości w procedurze powoływania sędziów wpływają na niezależność sądów wymaganą przez prawo unijne, stąd wyrok ten ma dużo szersze znaczenie w kontekście polskiego systemu prawnego. Stanowisko TSUE będzie miało również wpływ na status Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz kilkuset sędziów orzekających w sądach w całej Polsce, którzy nominację sędziowską albo awans otrzymali dzięki rekomendacji nowej KRS.

W ‍razie niespełnienia kryteriów opisanych w wyroku, wszystkie te nominacje sędziowskie będą mogły zostać uznane za dokonane z naruszeniem prawa unijnego, tj. zasady skutecznej ochrony sądowej. Wszystkie sądy krajowe – niezależnie od ich właściwości, rodzaju i ‍szczebla – mogą bowiem potencjalnie orzekać o ‍kwestiach związanych z prawem UE”.

„Wyrok TSUE daje możliwość kwestionowania statusu wszystkich sędziów powołanych i awansowanych przez KRS w obecnym składzie, a nie tylko sędziów ID.

Ponieważ nie istnieje oddzielny system sądownictwa polskiego powołany tylko do rozstrzygania spraw z ‍elementem unijnym, skutki wyroku dotyczą wszystkich spraw rozpoznawanych przez sędziów powołanych przy udziale KRS w obecnym składzie i wydawanych w tych sprawach orzeczeń. Jest tak dlatego, że potencjalnie w ‍każdej sprawie występować może zagadnienie wymagające wykładni lub stosowania prawa UE.

Oznacza to, że interpretacja prawa UE przyjęta w wyroku TSUE oddziałuje na ocenę legalności powołania sędziów przy udziale KRS w ‍obecnym składzie.

Jako, że wszystkie funkcje sędziowskie w Polsce wiążą się z potencjalnym stosowaniem prawa UE w rozumieniu wyroku w sprawie ASJP, wszystkie nominacje dokonane przy udziale nowej KRS będą mogły być uznane za naruszające prawo unijne.

Do oceny sądów należy kwestia weryfikacji spełniania przez sędziów powołanych z udziałem nowej KRS kryteriów niezależności określonych w orzeczeniu TSUE. Kluczową rolę w tym procesie odegra Sąd Najwyższy, wydając orzeczenie w postępowaniach, w których zadano TSUE pytania prejudycjalne.

Z tego względu sędziowie nominowani przy udziale KRS w obecnym kształcie, od momentu wydania omawianego orzeczenia powinni w ‍interesie bezpieczeństwa obrotu prawnego i poszanowania prawa jednostki do niezależnego sądu powstrzymać się od orzekania i podejmowania innych czynności sędziowskich”.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

 

Tusk rezygnuje ze startu walki o fotel prezydenta

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta Polski. – Będę mocno wspierał opozycję w tych wyborach. Te wybory można wygrać, a ja byłbym obciążeniem – ocenił były premier w rozmowie z TVN24 i Polsat News. Donald Tusk dodał, że potrzebna jest kandydatura, która „nie jest obciążona bagażem niepopularnych decyzji”.

– Do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem. Nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać – powiedział Donald Tusk.

– Nie chciałbym utrudniać opozycji procesu wyłaniania kandydatów. Będę wspierał mocno opozycję i w wykorzystam każdą możliwość, aby wzmacniać pozycję Polski na świecie – powiedział Donald Tusk.

W sierpniowym wywiadzie dla TVN24, Tusk zapowiadała, że 2 grudnia będzie mógł powiedzieć, jak widzi przyszłość polityczną Polski i swoją. Dodał, że jest kilka propozycji, i będzie je poważnie rozważał, także o charakterze bardziej międzynarodowym. Ale serce…

View original post 233 słowa więcej

Pokonać Dudę! Zadanie dla kandydatów opozycji. Nie powinno być trudne

Donald Tusk, Rafał Trzaskowski czy Małgorzata Kidawa-Błońska? Zanim największa partia opozycyjna postawi na kandydata na prezydenta, musi się rozliczyć z Grzegorzem Schetyną.

Słoneczny poranek przy Wiejskiej. W gmachu Sejmu atmosfera uroczysta, nowi posłowie zwiedzają budynek. W holu prowizoryczne atelier, parlamentarzyści robią sobie zdjęcia. Przy stoliku obok podpisują listę obecności, debiutanci szkolą się przed czteroletnią kadencją.

Godzina 18, modna ulica Foksal w centrum Warszawy. Cicha knajpka pełna gości. Gospodarzem jest nowy senator niezależny, były poseł PO Stanisław Gawłowski. Minione miesiące były dla niego pełne niespodzianek – w 2018 r. spędził czas w areszcie, ma zarzuty o korupcję.

– Dostałem zaproszenie na spotkanie Gawłowskiego. Kilkudziesięciu gości, większość baronów PO – opowiada jeden z biesiadników. – Podpisali wyrok na Schetynę. Chcieli, by to wiedział. Dlatego umówili się w centrum Warszawy, dali przecieki do tabloidów.

– Nie wszystkim się to podobało. Chcemy zmian, ale nie w takim stylu. Zależy nam, by po rewolucji nie zostały tylko zgliszcza. Rywalizacja powinna być fair play – mówi inny uczestnik biesiady.

Relację ze spotkania daje tygodnik „Wprost”. Wśród gości tzw. frakcja młodych: Borys Budka, Cezary Tomczyk, Sławomir Nitras, Bartosz Arłukowicz i szef partii w Warszawie Marcin Kierwiński, do niedawna kojarzony ze Schetyną.

Jest czołówka PO i polityczni przyjaciele: mecenas Roman Giertych, europoseł Radosław Sikorski, Cezary Grabarczyk, Michał Kamiński, Paweł Poncyljusz, Izabela Leszczyna, z Białegostoku przyjeżdża prezydent Tadeusz Truskolaski.

Lista zaproszonych jest długa, ale niektórych brakuje: Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Tomasza Siemoniaka, Andrzeja Halickiego.

Goście Gawłowskiego sypią anegdotami, bohaterem jest Schetyna. Wznoszą toasty na pohybel przewodniczącego PO.

– Schetyna jak Balcerowicz!

– Czyli jak?

– Musi odejść!

Trzaskowski wraca do gry

Ten wieczór lider PO spędza daleko. W Strasburgu ostrzega Radę Europy o „próbie zmiany werdyktu wyborczego przez PiS”. Gdy pozuje do zdjęcia z sekretarz Rady, jego przeciwnicy liczą szable w stolicy.

– Pytali, czy dołączę. Odmówiłem, bo nawet jeśli ze Schetyną już nie wygrywamy, to jaka jest gwarancja, że wygramy z Budką? – mówi nam polityk PO.

Są różne pomysły, jak odsunąć Schetynę. Kilka osób forsuje stanowisko wicemarszałka Sejmu dla szefa PO i marginalizację jego najbliższych współpracowników. Inni chcą blokować nominatów Schetyny do Senatu.

Ale naprzeciw jastrzębi w PO stają też gołębie. Mówią, że na koniec chcieliby przybić piątkę ze Schetyną. Wszystko ma się rozegrać po 12 listopada, gdy opozycja ułoży się w Senacie. Pierwszym testem będzie wybór szefa klubu parlamentarnego. Budka już się zgłosił.

Ciszej o samego siebie walczy Schetyna. Odwołał wyjazdowe posiedzenie klubu, ale znalazł czas na spotkanie z posłami debiutantami. Natychmiast pojawiły się komentarze, że szuka sojuszników, bo parlamentarzyści z automatu wchodzą do rady krajowej PO. To zaplecze partii.

Jak opowiadają nasi rozmówcy, miał zaproponować drugiej stronie, by do gry o prezydenturę wrócił Rafał Trzaskowski związany z młodymi w PO. – Jego kandydatura upadła, gdy wyskoczył z kartą LGBT. W partii uznali, że jest za bardzo lewicowy, że nie pozbiera głosów tradycyjnych wyborców, a prezydent musi mieć jak najszersze poparcie. Ostatnio młodzi podnieśli głowy, Schetyna da im wszystko, na czym im zależy. Na ich: „Grzegorz, zabijemy cię”, odpowiedział: „Chłopaki, nie zabijajcie mnie, Trzaskowski na prezydenta” – ujawnia polityk PO.

Z prezydentem Warszawy jest pewien problem. Zwycięski scenariusz to komisarz w stołecznym ratuszu, którego wskaże premier. To oznaczałoby, że stolica – wyborczy bastion PO – dostanie się w ręce nominata PiS. Komisarz będzie rządził miastem do nowych wyborów, które muszą być rozpisane w ciągu trzech miesięcy.

Samorządowa ekipa PO jest już przyzwyczajona do kontroli wysłanych przez państwowe służby. Ostatnia to CBA, które przysłało agentów w kominiarkach, co dobrze wygląda w TVP. Zażądali dokumentów oczyszczalni ścieków Czajka. – Czytamy to jako sygnał, że druga strona obawia się kandydata Trzaskowskiego – mówi warszawski polityk PO.

Tusk mobilizuje wyborców PiS

Trzaskowski to tylko jedna z propozycji, przede wszystkim PO czeka na decyzje jej byłego lidera Donalda Tuska. Ale ma on własne plany, startuje na szefa Europejskiej Partii Ludowej. Rzecz rozstrzygnie się dopiero 21 listopada.

To opóźnienie nie było do końca po myśli Schetyny. Po przegranych wyborach do Sejmu chciał uspokoić wrzenie w Platformie, wprowadzając do partyjnej debaty temat kandydata na prezydenta. Daleko szukać nie musiał. Kidawa-Błońska, którą wcześniej zrobił twarzą kampanii wyborczej, zdobyła w Warszawie 416 tys. głosów.

Schetyna uznał, że to kapitał, który daje jej realne szanse w starciu z Andrzejem Dudą. Ludzie z otoczenia przewodniczącego zaczęli przekonywać, że czas goni i trzeba się błyskawicznie decydować. By pójść dalej, potrzebował deklaracji Tuska, ale szef Rady Europejskiej się nie zadeklarował.

Spotkali się w Brukseli, gdzie Schetyna miał usłyszeć, że Tusk niczego nie wyklucza, ale uważa, że opozycji nie stać na pomyłki i kandydaci, których wybierze PO, muszą być gruntownie przebadani.

W partii mówią też o prawyborach. Jeśli PO się na to zdecyduje, to nie pierwszy raz – w ten sposób nominację dostał Bronisław Komorowski, z którym konkurował w 2010 r. Sikorski.

Tusk wie, że wzbudza skrajne emocje. Jest mocnym kandydatem po stronie opozycji, ale po drugiej stronie barykady ma zdeklarowanych przeciwników. W PiS też to wiedzą. Sztabowcy partii doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich elektorat najbardziej mobilizują Tusk, Wałęsa i Giertych.

– Do 21 listopada raczej nie należy się spodziewać twardych deklaracji po naszej stronie. Jeśli wtedy Tusk zostanie szefem Europejskiej Partii Ludowej, to są marne szanse na start w Polsce. Prezydent jest apolityczny, więc musiałby zrezygnować ze stanowiska, które dopiero co zdobył – słyszymy w PO. Ale są też tacy, którzy twierdzą, że rezygnacja nie będzie problemem.

Kaczyński wskazuje Dudę

W tej politycznej układance pewny jest jeden kandydat. Wskazał go Jarosław Kaczyński. – Prezydent Andrzej Duda odnosi sukcesy, które bardzo sobie cenimy. Byłoby z naszej strony wielce nieroztropne i nierozsądne, gdybyśmy chcieli szukać kogoś innego – stwierdził we wrześniu w „Super Expressie.”

Duda czasu nie marnuje, od czterech lat jest w trasie. Przejechał 117 powiatów już jako prezydent, teraz chce dojechać tam, gdzie nie był jeszcze nigdy żaden prezydent. PiS też się już szykuje, z kampanii parlamentarnej chce przejść płynnie w prezydencką. – Dzień po wyborach parlamentarnych jesteśmy gotowi do ostatniej, czwartej i mam nadzieję zwycięskiej – to usłyszeli dziennikarze na śniadaniu prasowym, które w środę wydał PiS. Na Nowogrodzkiej pokazali szczegółowe analizy poziomu poparcia dla partii Kaczyńskiego. To one m.in. posłużą do rozpisania strategii kampanijnej Dudy.

Wcześniej Joachim Brudziński uchylił rąbka tajemnicy, że w najbliższych dniach partia przedstawi sztab wyborczy. Ponieważ nie spodobało się to w Pałacu Prezydenckim, Brudziński stwierdził, że „palnął”, bo była godzina siódma rano.

Ale niezależnie od tego, co teraz głosi europoseł PiS, partia faktycznie przymierza się do wiosennej kampanii prezydenckiej. Z kilku powodów.

Po odbiciu Senatu przez opozycję w PiS wiedzą już, że mają realnego konkurenta. – Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie spacerek – mówił o kampanii prezydenckiej wicepremier Jacek Sasin. Bo jeśli druga strona ułoży po swojemu Senat i wybierze swojego marszałka, to on, a nie Nowogrodzka, ogłosi termin wyborów prezydenckich.

PiS chce też wykorzystać zamieszanie i wewnętrzne rozliczenia w Platformie, by w ten sposób pokazać wyborcy porządek w obozie władzy i chaos po stronie głównej partii opozycji.

PSL: Zróbmy prawybory opozycji

Bo w PSL i na Lewicy kryzysu nie ma. W grze są Robert Biedroń z Wiosny i szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Schetyna ma wyjście. Może skorzystać z naszego pomysłu i odwrócić uwagę od tego, co się dzieje u niego w partii – mówi „Wyborczej” jeden z ludowców. PSL też proponuje prawybory, w których kandydatów do urzędu prezydenta wystawia cała opozycja. – To jest coś nowego, czego jeszcze w polskiej polityce nie było. Kandydaci spotykają się i debatują, śledzą to media i wyborcy, więc gra toczy się na naszym podwórku. Po trzech tygodniach robimy duże badania, który z kandydatów ma największe szanse, i tego wystawiamy – mówi „Wyborczej” Władysław Kosiniak-Kamysz.

Ale pomysł nie ma wielu zwolenników. – Jeśli faktycznie przegrani w takich prawyborach wycofaliby się ze startu, uznając jednego kandydata opozycji, byłoby to godne rozważenia. Ale jakoś sobie tego nie wyobrażam – mówi ważny polityk PO.

Tomasz Siemoniak, wiceszef PO, stronnik Schetyny, ocenia, że propozycja PSL jest nierealistyczna, bo każdy, kto zajmuje się polityką, pamięta, co się stało z Unią Wolności, gdy nie zgłosiła kandydata na prezydenta w 2000 r. – Skończyło się to fatalnie, UW praktycznie przestała istnieć – przypomina.

To wspomnienie przywołują kolejni rozmówcy od PiS po SLD. Budka uważa, że najlepsze prawybory dla opozycji to pierwsza tura wyborów prezydenckich.

W prezydenckiej grze chce zagrać też lewica, która po czterech latach wróciła do Sejmu i na nowo buduje swoją markę. – Żadnych powszechnych prawyborów a la PSL, wszystko na spokojnie. Testem będzie pierwsza tura – mówi ważny polityk Sojuszu.

Kandydatem będzie Biedroń. To będzie dla niego finał brawurowego politycznego rajdu. Lider Wiosny, eurodeputowany, który obiecał złożyć mandat, ale zmienił zdanie. Do tego krytyk SLD, który został sojusznikiem partii Włodzimierza Czarzastego.

Działacz Sojuszu: – Nie gramy w tej samej lidze co Donald Tusk, ale Biedroń weźmie swoje, a my musimy za nim stać z logo lewicy. To nazwisko na kilkanaście procent. Powiem nieelegancko, ale obrazowo: po czterech latach wyszliśmy z czarnej dziury, nikt nie chce tam wrócić. Będziemy stali za Biedroniem murem.

„Donald Tusk jest niezawodnie genialny. Lojalny i uczciwy wobec Wielkiej Brytanii, znacznie wykraczający poza to, czego można oczekiwać. Nie uciekł się do gniewnych tyrad ani nie był mechanicznym technokratą, w przeciwieństwie do innych w Brukseli. Mamy szczęście, że był tam w tym okresie z nami” – napisał wydawca jednego z angielskich serwisów poświęconych polityce, Ian Dunt.

„Gdyby pisiorki umiały czytać po angielsku trafiłby ich szlag.” – skomentował to jeden z internautów.

Kmicic z chesterfieldem

Kaczyński, Kamiński i Ziobro od dawna musieli wiedzieć o majątku Mariana Banasia i jego biznesowych konszachtach z gangsterami. A mimo to karnie podnieśli rękę za powołaniem tego „krystalicznie uczciwego” człowieka na szefa NIK. Dlaczego?

Prezes PiS, prokurator generalny, szefowie służb specjalnych jak jeden mąż zagłosowali 30 sierpnia w Sejmie za tym, by powołać Mariana Banasia na prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Choć od miesięcy było wiadomo, że w sprawie jego majątku są niejasności, a jego byli współpracownicy z resortu finansów mają zarzuty za wyłudzenie VAT, „Pancerny Marian”, jak nazywają Banasia partyjni koledzy, jest mocniejszy, niż nam wszystkim się wydawało.

Gdy „Superwizjer” TVN ujawnił, że od lat wynajmował znanym krakowskim sutenerom kamienicę, którą ci zamienili na hotelik z pokojami na godziny, PiS bronił go jak niepodległości. Sam Banaś brylował w prorządowych mediach, pokrętnie tłumacząc się z biznesów z karanymi w przeszłości gangsterami, którzy mają do niego bezpośredni telefon. I sam się denuncjował, ujawniając…

View original post 2 490 słów więcej

 

Akt desperacji Kaczyńskiego

Wbrew lansowanej przez polityków opozycji i część przedstawicieli mediów tezie, że złożone przez Prawo i Sprawiedliwość protesty wyborcze to zamach na polską demokrację, wygląda to raczej na akt desperacji, przygotowany zresztą z bardzo dużym niechlujstwem prawniczym, wręcz pogłębiającym wrażenie chwytania się ostatniej deski ratunku. Dziś możemy już z dużą dozą pewności przyjąć, że próby przekupienia senatorów z opozycji, często intratnymi stanowiskami w rządzie i suto opłacanymi posadami w spółkach Skarbu Państwa spełzły na niczym. Dla Jarosława Kaczyńskiego to musi być duży szok, że nie wszyscy w polityce są tak zepsuci jak jego podwładni. Większość w Senacie staje się celem nieosiągalnym, co przekonanego o słuszności posunięć “dobrej zmiany” lidera PiS musi bardzo irytować.

Wnioski o unieważnienie wyborów w okręgach gdzie kandydaci partii rządzącej przegrali w bezpośrednim starciu nie mają zbyt wielkich szans na sukces, bo wygląda na to, że prawnicy Prawa i Sprawiedliwości popełnili przy ich sporządzaniu fatalny w skutkach błąd. Kodeks wyborczy daje bowiem możliwość merytorycznego rozpatrywania ich dopiero po spełnieniu warunków formalnych, a konkretnie tylko w przypadkach w nim przewidzianych. Jeśli zatem w samej treści wniosków nie znajduje się uzasadnienie dużo obszerniejsze niż to, które opisała depesza Polskiej Agencji Prasowej (ujawnione także w komunikacie SN), to los każdego z tych wniosków został przesądzony już w chwili ich złożenia. Zwrócił na to uwagę jeden z internautów na Twitterze, przywołując dokładnie treść art. 82 KW.

Każda inna decyzja sędziów SN, niż odrzucenie wniosków PiS z uwagi na brak wykazania przestępstwa przeciw wyborom lub naruszenia przepisów dotyczących samego głosowania będzie prawnym absurdem, w zasadzie dyskwalifikującym każdego z sędziów, którzy by się pod nim podpisali. Z kolei wykazanie przestępstwa lub naruszenia przepisów może być niemożliwe dlatego, że w każdej z komisji, które kwestionowane protokoły podpisali był przedstawiciel PiS, który będąc naocznym świadkiem liczenia żadnych nieprawidłowości nie odnotował.
Paradoksem może być zatem to, że partia rządząca na tyle skutecznie poprawiła zapisy Kodeksu Wyborczego w kwestii przeliczania głosów, że dziś, gdy zapewne z chęcią wynik lekko by “skręciła”, nie może tego skutecznie dokonać.

Oczywiście istnieje również opcja, że chęć władzy u Jarosława Kaczyńskiego jest już dziś tak silna, że przestaje już dbać o pozory i oszustwa wyborczego chce dokonać na oczach wszystkich, niezależnie od konsekwencji. Wówczas jednak skutków nie sposób dziś przewidzieć, a za chciwość lidera PiS zapłacimy wszyscy.

Protesty wyborcze latami rozpoznawała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (IPiUS) SN. Sytuacja zmieniła się w kwietniu br.

Prezydencka ustawa utworzyła wtedy dwie nowe izby SN, a sprawy publiczne dostała powołana właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP). Dziś to ona orzeka o ważności wyborów i rozstrzyga protesty wyborcze.

Duda lekceważy orzeczenie NSA

Andrzej Duda nie uzasadnił, dlaczego to właśnie IKNiSP powinna decydować o ważności wyborów. „Jest tylko niewinne wymienienie kompetencji izby. Nie ma analizy, jakie to może mieć konsekwencje ustrojowe oraz dla naszych praw wyborczych” – zauważył w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Powodów nie trzeba było szukać – w ten sposób prezydent zapewnił sobie prawo obsadzenia izby o strategicznej roli. Do IKNiSP Duda powołał w sumie 20 nowych sędziów. Wszystkich wskazała mu upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa obsadzona pół roku wcześniej przez Sejm głosami PiS.

Prezydent był bardzo zdeterminowany, by wręczyć nominacje nowym osobom. Zlekceważył nawet orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wstrzymał wykonalność uchwał KRS z wynikami konkursów do SN po skargach odrzuconych kandydatów. – Nominacje wbrew postanowieniom NSA podważają legitymację powołanych sędziów – uważa prof. UŚ Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Dziś statusem osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, zajmuje się unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa KRS jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Izba czasami wierzga

Prezeską IKNiSP Duda uczynił dr hab. Joannę Lemańską, swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W izbie są również dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski, który wsparł rząd PiS i w opinii prawnej uznał, że Trybunał Konstytucyjny nie ma prawa orzekać wyłącznie na podstawie konstytucji.

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. Są również doświadczeni sędziowie jak Marcin Łochowski, który pracował wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.

W 2019 r. IKNiSP pokazywała niezależność i kwestionowała uchwały upolitycznionej KRS z wynikami konkursów sędziowskich. Uchyliła też decyzje ministra sprawiedliwości, który odmówił sędziom urlopów dla poratowania zdrowia. W SN przegrywał również prokurator generalny – w sprawach przeniesienia prokuratorów w stan spoczynku.

– Mam nadzieję, że sędziowie tej izby wykorzystają szansę na pokazanie, że są niezależni – podkreślił konstytucjonalista Marcin Matczak.

Opozycja apeluje do organizacji międzynarodowych, by monitorowały ponowne liczenie głosów w wyborach do Senatu. O ich ważności zdecyduje izba Sądu Najwyższego utworzona przez PiS. Ale i tu opozycja ma swój plan

– Nie mamy pewności, że głosy zostaną uczciwie przeliczone – stwierdził Grzegorz Schetyna. Apel o pomoc skierował do OBWE, Rady Europy i Komisji Weneckiej. Po rozmowie z liderem Koalicji Obywatelskiej Jan Petersen, ambasador misji OBWE, która monitorowała wybory parlamentarne w Polsce, zapowiedział, że zostanie ona przedłużona na czas rozpatrzenia protestów.

Co zrobi Gersdorf?

Konferencję prasową KO zorganizowała przed gmachem Sądu Najwyższego. Politycy opozycji przedstawili dziennikarzom swoje protesty wyborcze – domagają się powtórzenia wyborów w okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim. Wniosków nie skierowali jednak do utworzonej za czasów PiS Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

– Naszą skargę kierujemy do Sądu Najwyższego. To, do której izby zostanie skierowana, będzie osobistą decyzją pierwszej prezes Małgorzaty Gersdorf – mówił poseł KO Mariusz Witczak. – Sugerujemy, że to Izba Pracy powinna rozpoznać sprawę, bo ma charakter niezależny, została prawidłowo powołana i zajmowała się dotąd rozpatrywaniem tego typu protestów.

Sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN: – Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba. Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami i musi stosować przepisy ustawy, nawet jeśli ta ustawa jej się nie podoba.

Laskowski zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do niego wnioski o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy. Obecnie nie przewiduję, aby pani prezes sama z siebie wydała tak karkołomną decyzję.

Specjaliści: słaba argumentacja PiS

Wcześniej protesty dotyczące sześciu okręgów senackich złożył PiS. Wicerzecznik partii Radosław Fogiel stwierdził, że wnioski dotyczą tych miejsc, w których liczba głosów nieważnych była wyższa niż ta, którą kandydaci opozycji wygrali z kandydatami PiS. Sprawa jest istotna, bo w 100-osobowym Senacie opozycja dysponuje minimalną przewagą – 51:48 (startująca z własnego komitetu wyborczego Lidia Staroń oświadczyła, że będzie niezależna).

Wielu specjalistów, w tym były szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński, podkreśla, że taka argumentacja, jaką przedstawił PiS, nie jest przesłanką do uznania protestu. Nie ma bowiem żadnych dowodów, że doszło do jakichkolwiek nieprawidłowości. Inaczej, jak podkreśla opozycja, jest w przypadku jej wniosków – SN miałby np. rozstrzygnąć, czy w odpowiednim terminie został zgłoszony kandydat PiS po śmierci Kornela Morawieckiego.

– To próba wpłynięcia na wynik wyborów – oceniał działania PiS Schetyna i przypominał stare powiedzenie przywódcy Związku Radzieckiego Józefa Stalina, że nieważne jest to, kto jak głosuje, ale ważne jest to, kto liczy głosy.

To była aluzja do tego, że sędziowie Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych zostali wskazani przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa, a powołał ich prezydent Andrzej Duda.

Nikt nie zgłaszał uwag

Dwa pierwsze protesty PiS, dotyczące wyborów do Senatu, rozpoznają sędziowie: profesor KUL Jacek Widło, dr hab. Grzegorz Żmij oraz profesor KUL i członek rady programowej Ordo Iuris Krzysztof Wiak. Pozostałe składy we wtorek nie zostały jeszcze przydzielone.

Wnioski rządzącej partii dotyczą np. okręgu nr 75, który obejmuje Mysłowice, Tychy i powiat bieruńsko-lędziński. Do tej pory senatorem z tego okręgu był reprezentujący PiS Czesław Ryszka. W wyborach 13 października niespodziewanie pokonała go jednak Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprzewodnicząca Wiosny, która startowała z listy Lewicy jako jedyna kandydatka opozycji.

Morawska-Stanecka zdobyła 64 172 głosy, a Ryszka 61 823. Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel protest tłumaczył tym, że różnica między kandydatami była mniejsza niż liczba nieważnych głosów. Było ich w sumie 3749, w tym 1302 z powodu postawienia znaku X przy obydwu kandydatach, a 2447 osób wrzuciło do urny czystą kartę.

W trakcie głosowania i liczenia nikt nie zgłaszał żadnych uwag czy nieprawidłowości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła to dopiero, gdy okazało się, że straciła władzę w Senacie.

Nie ta Lewica

Równocześnie Koalicja Obywatelska złożyła swoje trzy protesty. Jak zaznaczył senator Marek Borowski, wynikają one z szacunku do prawa i zostałyby złożone niezależne od działań PiS. Tłumaczył, że wnioski rządzącej partii nie mają odpowiednich uzasadnień, bo ich jedyną podstawą jest niekorzystny wynik wyborów, czyli różnica między obu kandydatami i głosami nieważnymi. Natomiast kodeks wyborczy wymaga przedstawienia jakichkolwiek dowodów na nieprawidłowości.

Na porannej konferencji prasowej Borowski przypomniał, że w 2011 r. w jednym z okręgów senator PO Stanisław Bisztyga przegrał różnicą 68 głosów, a równocześnie stwierdzono 9 tys. głosów nieważnych. Tym razem najmniejsza różnica stwierdzona przez PiS to 320 głosów przy 3749 głosach nieważnych – to okręg nr 100 w Koszalinie, gdzie wygrał poseł PO Stanisław Gawłowski.

– Nasze protesty dotyczą kwestii absolutnie zasadniczej – uzasadniał Borowski. W jego przekonaniu wyborcy zostali wprowadzeni w błąd z powodu karty wyborczej w okręgu jeleniogórskim. Wystartował tam Jacek Zdrojewski reprezentujący komitet Polska Lewica, którego logo przypomina samochodowe oznaczenie PL. Przy jego nazwisku umieszczone zostało jednak logo Lewicy, którą tworzyły SLD, Wiosna i Razem.

– Polska Lewica nie podpisała paktu senackiego – argumentował Borowski. I wskazywał, że przez tę pomyłkę wiele osób mogło wesprzeć Zdrojewskiego i odebrać głosy, a tym samym zwycięstwo kandydatowi Koalicji Obywatelskiej.

Ramka z logo

Drugi przypadek dotyczy okręgu pabianickiego, gdzie znaczek Koalicji Obywatelskiej został wdrukowany w ramkę po prawej stronie kandydata, choć powinno być samo logo, bez ramki. Jak podkreślał Borowski, instrukcja nakazująca postawić znak X w kratce przy nazwisku, a nie w lewej kratce przy nazwisku, mogła wprowadzić wyborców w błąd.

Różnica między kandydatem KO a PiS wynosiła w okręgu pabianickim 1861, a w ramce z logiem KO krzyżyk umieściło 2546. – Nie jesteśmy pieniaczami. Skarżymy tam, gdzie może to zmienić wynik wyborów – stwierdził Borowski.

Kolejny powód protestu opozycji to zbyt późne zgłoszenie kandydata przez PiS w okręgu 59 łomżyńsko-suwalskim – na miejsce zmarłego Kornela Morawieckiego. Zdaniem Roberta Tyszkiewicza kandydatura może być zgłoszona na 15 dni przed wyborami, a została zgłoszona na 13 dni.

– Okręgowa Komisja Wyborcza w Białymstoku nie miała prawa poinformować komitetu wyborczego PiS, że może taką kandydaturę złożyć, a następnie nie miała prawa tej kandydatury zarejestrować – tłumaczył Tyszkiewicz. – Liczy się data śmierci kandydata. Nowy kandydat został zarejestrowany z naruszeniem przepisów kodeksu wyborczego i został wybrany nieprawnie.

Libicki: Patrzmy PiS na ręce

– Bardzo się ucieszyłem, jak PiS ogłosiło, że chce ponownego przeliczenia głosów. Bo skoro przyszło im do głowy, że nie da się już żadnego senatora opozycji przeciągnąć na stronę PiS, to jest to bardzo dobry sygnał – mówi „Wyborczej” Jan Filip Libicki, senator PSL. – Chciałbym tylko, by opinia publiczna, także za pośrednictwem mediów, bardzo uważnie patrzyła na ręce tym, którzy będą te głosy ponownie przeliczać.

PiS było gotowe oddać panu fotel marszałka Senatu, byleby tylko odzyskać większość w izbie? – zapytaliśmy. – Tego nie wiem. Na pewno zadzwonił do mnie wysoki funkcjonariusz PiS. Nie polityk, mój znajomy. Spytał, czy nie spotkałbym się na kawie z wpływowym senatorem Prawa i Sprawiedliwości, bo mógłbym wysoko zawistować. Powiedziałem, że ja się na kawę, oczywiście, umówię z każdym. Ale jeżeli ma to dotyczyć tego, bym opuścił tę większość, która ukształtowała się w Senacie po wyborach, to nie jestem zainteresowany rozmową – odparł Libicki.

Kmicic z chesterfieldem

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że…

View original post 6 915 słów więcej

 

Kasta prezesa, państwo mafijne. Takiej doczekaliśmy Polski banasiowej. Burdel

Odmowa wszczęcia śledztwa przez prokuraturę ws. „dwóch wież” spółki Srebrna i roli, jaką odegrał Jarosław Kaczyński podczas negocjacji wartego 1,3 mld zł projektu, to kpiny z państwa prawa. I najjaskrawszy przykład partyjnej oligarchizacji Polski.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie po cichu odmówiła wszczęcia śledztwa ws. oszustwa, jakiego miał się dopuścić Jarosław Kaczyński podczas tajnych negocjacji z austriackim biznesmenem w sprawie budowy drapacza chmur przez spółkę Srebrna. I tego, że wymusił na Geraldzie Birgfellnerze 50 tys. zł dla ks. Rafała Sawicza, bez którego zgody nie dało się rozpocząć projektu.

Na potwierdzenie wszystkiego są świadkowie i różne dokumenty. Są nagrania, które opublikowaliśmy w „Wyborczej” w styczniu br. Jest wreszcie oświadczenie pełnomocnika ks. Sawicza, który nie zaprzeczył, że duchowny pieniądze dostał. I dodał, że Sawicz jest do dyspozycji organów ścigania, jeśli tylko będą chciały go przesłuchać. Bo po naszym pierwszym artykule zniknął.

W normalnej sytuacji, gdyby sprawa dotyczyła Jana Kowalskiego, prokuratura działałaby bardzo szybko. Ale to nie była sprawa zwykłego Kowalskiego.

Związana z PiS spółka Srebrna to oczko w głowie prezesa Kaczyńskiego, którego polityczne środowisko uwłaszczyło się na początku lat 90. podczas likwidacji komunistycznego molocha medialnego RSW Prasa-Książka-Ruch. Dziś właścicielem Srebrnej jest Instytut im. Lecha Kaczyńskiego (minimalne udziały ma też zaufana asystentka Kaczyńskiego Barbara Skrzypek wraz z synem). Przez lata spółka była przechowalnią ludzi prezesa PiS, gdy partia była w opozycji.

Ale najważniejsza jest w tej historii osoba samego Kaczyńskiego. Zwykły poseł rządzi Polską z tylnego szeregu i kroi państwo pod swoje potrzeby. I nic nie może stanąć mu na przeszkodzie, a sam, jeśli trzeba, ma być ponad prawem.

Po to były zmiany w prokuraturze, która dziś jest upolitycznionym ramieniem PiS. Po to ma być dokończona „reforma” wymiaru sprawiedliwości. A jeśli już zapadną wyroki, które władzy się nie podobają, to się je lekceważy – jak w przypadku Naczelnego Sądu Administracyjnego i nakazu opublikowania list poparcia dla członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Po to była repolonizacja banku Pekao SA, by jego szef Michał Krupiński był na partyjne wezwania – osobiście przyjeżdżał do centrali PiS przy ul. Nowogrodzkiej, by zapewniać Kaczyńskiego, że sfinansuje „dwie wieże”.

Obóz władzy lubi powtarzać slogany o różnych kastach stawiających się ponad prawem i niszczących Polskę. Sprawa „dwóch wież” pokazuje, że rzeczywiście jedna kasta naprawdę istnieje – to kasta ludzi nietykalnych z Kaczyńskim na czele.

Zastanawiam się, czy jeżeli PiS przeliczy głosy i nagle, cudem, odzyska senat, następnie powoła, wbrew wyborcom, do sejmu Piotrowicza, czy Polaków wreszcie szlag trafi i wyjdą na ulicę, czy pozostaniemy przy towarzyskim narzekaniu, jaki ten PiS zły?

>>>

Joachim Brudziński mógłby służyć jako logo PiS, jedna z najbardziej zakłamanych postaci życia publicznego. Etyczny i estetyczny rynsztok, przed którym przestrzegał Zbigniew Herbert w „Potędze smaku”.

Kmicic z chesterfieldem

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym…

View original post 4 939 słów więcej

 

Czy Banaś, Ziobro i Kamiński mają nagrania na pisowskich kumpli?

Czy boję się hejtu? Już mnie dotknął, już witałam CBA o szóstej rano w domu. Bezradności? Iwona Hartwich śpiąca na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi też wyglądała na bezradną. A jej upór spowodował wiele zmian.

Aleksandra Lewińska: Czytam w komentarzach, że wygrała pani na „ładną buzię”.

Magdalena Łośko: Jeśli by tak było, to, nie ujmując oczywiście urodzie kolegów z lepszymi wynikami, w Bydgoszczy powinnam wygrać w cuglach (śmiech).

A ponad 11 z 14 tys. głosów zawdzięcza pani mieszkańcom Inowrocławia i powiatu inowrocławskiego.

– Znają mnie i jestem pewna, że nie postawili krzyżyka za ładne oczy. Od 2010 r. jestem inowrocławską radną, od kilku lat wiceprzewodniczącą rady. Jestem społeczniczką, podejmowałam wiele inicjatyw lokalnych, ważnych dla mieszkańców. Cieszy mnie, że to dostrzegli, docenili i dali mi szansę na to, by działać także dla szerszej społeczności.

Bydgoszczanie nie znają. Wielu ma wrażenie, że wchodzi pani do Sejmu jako „skrzydłowa Krzysztofa Brejzy”. Jego asystentka.

– Przez wiele lat byłam dyrektorką biura poselskiego Krzysztofa Brejzy. Tam miałam okazję przyglądać się polityce krajowej i obserwować ją „od kuchni”. Jest fascynująca. Obserwowałam poselską pracę i zaangażowanie Krzysztofa. Szybko jednak zaczęłam pracować na własny rachunek. Niemal dziesięć lat pracy w samorządzie wiele mnie nauczyło. Ale jak ktoś chce nazywać mnie „asystentką”, jego sprawa.

Asystentka w ustach złośliwych bardziej „upupia”.

– Jasne. Ale obrażalska nie jestem. I mam poczucie, że nie muszę wybijać się na niepodległość, niczego udowadniać. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, z jakim zaangażowaniem pracowałam w samorządzie. Wśród ważnych tematów, którymi zajmowałam się przez lata, jest choćby walka o obwodnicę Inowrocławia. Ja także mam w tym swój udział. Było też wiele innych inicjatyw interesujących bardziej społeczność lokalną, więc pewnie to nie miejsce na ich wymienianie. A teraz przede mną czas rozwijania działalności, rozszerzania terytorium, na którym działam.

Ale poparcie Brejzy pomogło.

– Bardzo je sobie cenię. Zaufał mi, wierzy w moje możliwości. Dla mnie to duża nobilitacja.

Przyjaźnicie się?

– Tak zwyczajnie, po ludzku – tak. Ale przede wszystkim współpracujemy zawodowo. Poseł Brejza jest wymagający, ja zaangażowana i pracowita. Myślę, że to zdecydowało o jego wsparciu.

Nie boi się pani, że ta ścisła współpraca szybko uczyni z pani kolejną czarną postać prezentowaną regularnie w Wiadomościach?

Jako samorządowiec doświadczyłam już hejtu nie raz i nie dwa. Od opluwania mnie w internecie, po seksistowskie komentarze. Nagonka w TVP na posła Brejzę też uderzyła we mnie rykoszetem. O 6 rano otwierałam drzwi panom z CBA, którzy weszli do mieszkania na przeszukanie i po sprzęt elektroniczny.

To szalenie smutne, że telewizja, która nazywa się publiczną, która powinna realizować misję, stać na straży obiektywizmu i rzetelności przekazu, w istocie jest tubą propagandową partii rządzącej, źródłem hejtu, platformą wykluczania wszystkich, którym nie po drodze z PiS.

Coś w tym sprzęcie CBA znalazło?

– Nic, bo nie mieli czego w nich szukać. Nie mam nic do ukrycia.

Gdy CBA postanowiło grzebać w telefonach dzieci, nie miała pani ochoty rozstać się z polityką? Żeby oszczędzić takich chwil rodzinie?

– Przemknęło mi to przez głowę. Ale zaraz potem przyszła inna refleksja. Mam za sobą dziesięć lat pracy na szczeblu samorządowym, zaufanie wyborców, bliskość, chęć rozwiązywania ich problemów. Za dużo przeszłam, za dużo osiągnęłam, by myśleć o wycofywaniu się. To byłoby poddanie się. Druga sprawa: w sytuacji gdy CBA, z powodów czysto politycznych, puka do twoich drzwi o 6 rano, z jednej strony pojawia się myśl: „polityka to bagno, to nie dla mnie”. Z drugiej: „polityka potrzebuje więcej takich jak ja, by standardy w niej panujące wreszcie się zmieniły”. Przedyskutowaliśmy temat z mężem, zdecydowaliśmy, że nie kapitulujemy.

I zdobyła pani trzeci wynik na liście Koalicji w naszym okręgu. Zaskoczona?

– Jasne! Mimo że wiedziałam, że jestem poważnym zawodnikiem. Już trzecią kadencję pracuję w radzie miasta. W każdych kolejnych wyborach zdobywam coraz więcej głosów. W ostatnich – miałam najlepszy wynik w swoim okręgu, pomimo silnej konkurencji. Ale w polityce niczego nie można być pewnym. Z pokorą czekałam na wyniki w niedzielę. Spływające częściowe dane szalenie cieszyły, okazało się, że Inowrocław to bastion, w którym Koalicja wygrywała niemal dwukrotną przewagą nad kandydatami PiS.

Z naszego okręgu do Sejmu dostały się tylko trzy kobiety. Mało.

– Ale z całej Polski już 131. To nieźle, choć wciąż, oczywiście, dużo za mało. Polska polityka, co widać obecnie tak wyraźnie, jak nigdy przedtem, potrzebuje kobiet.

Tylko niech pani nie mówi, że „złagodzą obyczaje”?

– Nie zubażajmy naszej roli. Tu nie o łagodność, ale o determinację i zaangażowanie chodzi. Kobiety patrzą z innej perspektywy. Coraz donośniej upominają się o swoje prawa, o prawa najsłabszych. Mają pomysły na uzdrowienie edukacji, o której matki przecież naprawdę dużo wiedzą. Nasza wrażliwość, wyczulenie na problemy społeczne, są polskiej polityce, szczególnie dziś, bardzo potrzebne. Myślę, że najbliższe lata będą czasem kobiet.

Serio? Przy większości PiS w Sejmie?

– To nie ułatwia sprawy. Ale nie zakładam, że podczas tej kadencji będę bezradną posłanką. Wierzę, że determinacja przynosi efekty. Przykładem niech będzie pani Iwona Hartwich z Torunia, która nocowała na sejmowych korytarzach z niepełnosprawnymi. Też wyglądało na to, że jest bezradna. Ale jej upór spowodował wiele zmian.

Dziś w internecie krąży symboliczne zdjęcie, na którym Iwona Hartwich biegnie za Bernadetą Krynicką, prosząc ją o uwagę i zainteresowanie ważkim problemem niepełnosprawności. Wszyscy wiemy, jak obie panie zostały zweryfikowane w wyborach. Buta i arogancja PiS otrzyma prędzej czy później rachunek od Polaków.

Protestowała pani w ostatnich czterech latach?

– Oczywiście. Współorganizowałam Czarny Protest w Inowrocławiu, pikiety w obronie wolnych sądów i niezależnych mediów. Sprawy kobiet są mi oczywiście bliskie.

Teraz będzie pani walczyć w Sejmie, nie na ulicy. O co?

– O to, czego potrzebują ludzie. Taką strategię przyjęłam w samorządzie. I sprawdziła się. Tylko takie uprawianie polityki daje prawdziwą satysfakcję. Jako radna starałam się być tak blisko ludzi, jak to możliwe. Mam za sobą liczne spotkania, dyżury, wiele problemów, często niełatwych, które udało się rozwiązać. Słucham ludzi, nie tracę kontaktu z rzeczywistością.

Przykład?

– Choćby sprawa z masztem telekomunikacyjnym, który miał stanąć na jednym z osiedli w Inowrocławiu. Zatrzymanie tej inwestycji wymagało ogromnego zaangażowania. Rozmawiałam z ludźmi, słałam w ich imieniu pisma do urzędów, prokuratury. Stanęłam po stronie mieszkańców.

Maszty szkodzą?

– A wiemy, że na pewno nie szkodzą? Moim zdaniem prawo jest zbyt liberalne dla firm telekomunikacyjnych. Wspólnie z samorządowcami zebraliśmy 4 tys. podpisów sprzeciwiających się mieszkańców. Byliśmy skuteczni.

Czym się pani zajmie jako posłanka?

– Dla mnie bardzo ważna jest edukacja, służba zdrowia i ekologia. Wiem, że reforma edukacji, z punktu widzenia wielu rodziców, była błędem. Powinniśmy się skupić na zmianach w programie nauczania. Dzieci są niezmiernie obciążone. Ciężkimi jak ołów plecakami, ale też ciągłymi zmianami. Do tego dochodzą niepokojące zjawiska społeczne. Przecież hejt to nie tylko polityka w internecie. Dotyka też uczniów, wchodzi do szkół. To są realne problemy edukacji. Realnym problemem jest też wykształcenie odpowiedniej liczby lekarzy i zatrzymanie ich w kraju, jeśli nie chcemy zamykać kolejnych szpitalnych oddziałów. Zostając przy temacie służby zdrowia, najbardziej na sercu leży mi kwestia dostępności do nowoczesnych metod leczenia. Każdy z nas ma lub miał wśród bliskich osobę chorą onkologicznie. Ja również. I bardzo boli, że w Polsce nie mają dostępu do nowoczesnych leków. Że chory pewnie żyłby dłużej, gdyby urodził się gdzie indziej. W tym zakresie jest bardzo dużo do zrobienia.

Podobnie jak w kwestii ekologii.

– Choć partia rządząca uważa, że np. problemu smogu nie ma… Rozmawiam z ludźmi i wiem, że oni go dostrzegają. I martwią się zanieczyszczonym powietrzem. Na szczeblu samorządowym zabiegałam o to, by dotacje na wymianę „kopciuchów” były większe. I podniesiono je w Inowrocławiu z 25 do 50 proc. W Sejmie będę walczyć o to, by rząd wsparł samorządy w walce ze smogiem. Bez tego polegną. A to ostatni dzwonek, by podjąć realne działania.

Magdalena Łośko – uzyskała w wyborach do Sejmu, startując z piątego miejsca, 14 407 głosów. To trzeci wynik w Koalicji Obywatelskiej w naszym okręgu. Od 2008 była szefową biura poselskiego Krzysztofa Brejzy, dwa lata później została inowrocławską radną, a w 2014 – wiceprzewodniczącą rady miasta. Pięć lat później – naczelnikiem wydziału kultury i promocji Starostwa Powiatowego w Inowrocławiu. Ma 35 lat, jest mężatką, mamą bliźniaczek, ukończyła pedagogikę na UKW w Bydgoszczy.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Pisowski burdel

18 października 1851 roku ukazał się „Moby Dick” Hermana Melville’a

Mężczyzna z drabiną miał zainstalować kamery w każdym pokoju. Pozostali mieli czerwone zasłony, żeby było bardziej intymnie i zegar. Bo pokoje w siedzibie NIK mają być wynajmowane na godziny.

Do siedziby Najwyższej Izby kontroli w Warszawie wchodzi kilka osób. To przedstawiciele pracowni architektonicznej Lupanar. – Mamy tu przenieść wyposażenie z kamienicy z Krakowa – informuje na portierni jedna z kobiet. – Ja tu mam ulubiony kryształ Mariana, zasłonki czerwone też są – dodaje kolejna. Portierzy robią zdziwione miny. – To nie jest prywatny folwark – odpowiada im jeden, a drugi sięga po telefon. W tym czasie w drzwiach pojawia się kolejny mężczyzna. W rękach trzyma dwa materace do spania. – Dzień dobry, szefuniu, gdzie te materace zostawić? Mamy ponad trzysta – mówi.

Portierzy są coraz bardziej skonsternowani. – Pan zadzwoni do Banasia – mówi mężczyzna z drabiną, który przyszedł do siedziby NIK, by założyć kamery w pokojach. – Ja zegar przywiozłem. Bo podobno pokoje na godziny będą wynajmowane – dodaje kolejny.

„Możemy przyjechać w nocy”

– Pana Banasia dziś nie ma i nie będzie. Nie wiem, po co państwo przyjechali – pyta zdziwiony portier.

– Pokoje urządzać – odpowiada jeden z mężczyzn. – Jak się wstydzicie, to przyjedziemy w nocy – dodaje, po czym wszyscy wychodzą z budynku.

Cała akcja w siedzibie NIK to happening przygotowany przez nieformalną grupę Lotna Brygada Opozycji wyłonioną z uczestników antyrządowych protestów. – W ten sposób chcieliśmy zwrócić uwagę na niemoralne zachowanie szefa NIK i pomóc mu w podjęciu decyzji o dymisji – komentuje Arkadiusz Szczurek, opozycjonista uliczny, a na filmie człowiek z drabiną.

Prezes NIK Marian Banaś w czwartek stawił się w pracy. Wrócił z bezpłatnego urlopu, który sam sobie przyznał, gdy wybuchła afera z jego kamienicą. Dzień wcześniej Centralne Biuro Antykorupcyjne zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia z lat 2015-18. Biuro sprawdzało je od kwietnia 2019 r. Wyników nie ujawniło, czeka na wyjaśnienia Banasia. Prezes NIK ma na to siedem dni.

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny…

View original post 5 180 słów więcej

 

Małgorzata Kidawa-Błońska ma skąd brać przykład

Myśl o innych, nie o sobie. Używaj języka, który nie dzieli, bo ludzie mają dość konfliktów. Zachowuj spokój w publicznej debacie. Tak jak słowacka prezydent Zuzana Czaputova

Nastał ponury czas dla tych, którzy troszczą się o rządy prawa w USA, i dla tych, którzy w ogóle martwią się o przyszłość demokracji w tym kraju. Prezydent jawnie łamie nie tylko prawo, ale też zasady przyzwoitości. Wykorzystuje media społecznościowe do przechwałek, z każdym tweetem obniżając autorytet sprawowanego przez siebie urzędu i umniejszając szacunek dla niego. Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, jakiego należałoby użyć języka, jaką przeprowadzić kampanię polityczną, żeby przekonać jego najbardziej zatwardziałych zwolenników.

W Słowacji luty 2018 r. był równie ponury. Krajem kierował populistyczny rząd, mający powiązania ze światem korupcji i ze zorganizowaną przestępczością. Jan Kuciak, młody dziennikarz, który starał się je zbadać, został brutalnie zamordowany wraz ze swoją narzeczoną; krążyły pogłoski o udziale władz w tej zbrodni. Masowe protesty uliczne zmusiły premiera do rezygnacji, ale trudno sobie było wyobrazić, jaki język, jaka kampania polityczna mogłyby przekonać najbardziej zatwardziałych zwolenników jego partii.

Niespodziewana odpowiedź pojawiła się znikąd – a ściśle mówiąc, z Pezinoku, małego miasta w południowo-zachodniej Słowacji, w którym Zuzana Czaputova, prawniczka walcząca o ochronę środowiska naturalnego i zwolenniczka liberalizmu społecznego, od lat prowadziła walkę ze składowiskiem odpadów, które mogłyby zanieczyścić powietrze i wodę w tamtym regionie. Rozgniewana tymi morderstwami, Czaputova postanowiła wziąć udział w wyborach prezydenckich jako kandydatka malutkiej partii Postępowa Słowacja. W marcu 2019 r. wybory wygrała.

Ona była jakaś inna

Jak to zrobiła? Parę tygodni temu Czaputova była w Nowym Jorku i miałam okazję ją o to zapytać. Powiedziała mi, że rozpoczęła karierę polityczną, starając się zrozumieć, dlaczego ludzie głosowali na partię, która używała antyimigracyjnej retoryki i była przeciwna cudzoziemcom, a także atakowała media i „elity”, aby uzasadnić trwanie przy władzy. Mówiła: „Ludzie obawiają się nieznanego, obawiają się zmian. Populiści wykorzystują te lęki, żeby przedstawiać bardzo proste, jasne rozwiązania”.

Czaputova zauważyła jednak także, że sondaże wskazują na inny jeszcze skutek polityki lęku: „Ludzie są zmęczeni konfliktami”. Postanowiła „unikać rozgrzewania dyskusji”, przedstawiać nie tylko swoje poglądy, ale także przesłanki moralne będące ich podstawą. W debatach telewizyjnych inni kandydaci kłócili się ze sobą, ona tymczasem prezentowała się jako osoba spokojna i umiarkowana.

Zamiast podsycać wrogość, starała się „budować mosty między ludźmi wyznającymi wspólne wartości. Starałam się bardzo szukać języka, który jednoczy ludzi zamiast ich dzielić”. Wydawała się też inna. W Słowacji polityka od dawna była wojną, toczoną przez zapatrzonych w siebie mężczyzn. Czaputova dążyła do tego, żeby zaproponować wolną od miłości własnej alternatywę. Starała się nie traktować polityki osobiście, nie wpadać w gniew i zawsze pamiętać, że „tu nie chodzi o mnie”. Uważa, że dzięki zachowywaniu dystansu do siebie samej, a także dzięki brakowi profesjonalnego marketingu – „a młodzi ludzie odnoszą się do niego podejrzliwie” – sprawia wrażenie autentycznej.

Odpowiednio też wybrała moment. Po zabójstwie Kuciaka problem „sprawiedliwości” – przez co rozumiano korupcję i upolitycznienie sądów – znalazł się w Słowacji w centrum uwagi. Ludzie uważali także za ważne zagadnienia ochrony środowiska – spadek po ciężkim przemyśle funkcjonującym dawniej na Słowacji. Tak się złożyło, że Czaputova od dawna mówiła o reformie sądownictwa i o przepisach dotyczących ochrony środowiska.

W konserwatywnej Słowacji szczególnym wyzwaniem były prawa gejów. Populistyczna prasa słowacka wywołała dyskusję wokół kwestii, czy pary tej samej płci mogą adoptować dzieci; opinia publiczna była temu zdecydowanie przeciwna.

Wszyscy pozostali kandydaci albo unikali udzielenia odpowiedzi na to pytanie, albo sprzeciwiali się tej idei. „Starałam się wyjaśnić, że najlepiej, jeżeli dziecko ma dwoje rodziców. Ale dla dzieci żyjących w zakładach opiekuńczych lepiej jest, jeżeli dorastają przy dwojgu kochających rodzicach, nawet jeżeli są tej samej płci”. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale „spotykałam się z ludźmi noszącymi krzyżyki na szyi, którzy mówili: »Rozumiemy to, rozumiemy, co pani mówi« i w końcu moje argumenty przyjmowali”.

I ty zostaniesz Czaputovą

Czy płyną stąd nauki dla reformatorów w innych krajach, w których pełna emocji polityka doprowadziła do polaryzacji społeczeństwa? W debacie między tymi, którzy mówią: „Walcz i mobilizuj swoich zwolenników” a tymi, którzy przekonują: „Używaj haseł, które jednoczą”, doświadczenia Czaputovej są argumentem na rzecz tych drugich.

Prezentowana przez nią samodyscyplina, fakt, że potrafiła nie ulegać gniewowi ani prowokacji, to coś, co mogłoby się przydać także innym kandydatom. Politycy w dzisiejszych czasach są przedmiotem niezliczonych inwektyw, kampanii trollingu na masową skalę, fałszywych oskarżeń. Jeżeli potrafią sprawiać wrażenie spokojnych i opanowanych, to część tego gniewu może po prostu się od nich odbić.

Oczywiście nie wszędzie znajdziemy czekającego za kulisami prawnika, który zajmuje się ochroną środowiska i gotów jest do wkroczenia na narodową scenę. Jednak sukces Czaputovej świadczy przynajmniej o tym, że nawet wtedy, kiedy polityka wydaje się najbardziej mroczna i niebezpieczna, istnieje nadzieja, że nowy projekt polityczny, którego nikt wcześniej się nie spodziewał, mimo wszystko podbije społeczną wyobraźnię.

przeł. Andrzej Ehrlich

Koalicja Obywatelska przegrała wybory parlamentarne. W niewielkim stopniu, ale jednak zwiększyła swoje poparcie w porównaniu z 2015 rokiem – w sumie zagłosowało na nią ponad 5 milionów ludzi. Zdobyła je pomimo swojej kampanii, a nie dzięki niej. PiS w kampanii działał jak rozpędzona maszyna. KO grzęźnie w błocie, w które wpada na własne życzenie

Uformowany latem sztab wyborczy KO był widoczny tylko na początku, potem jego szefowie zniknęli i w zasadzie dziś nie wiadomo, kto odpowiadał za kampanię Koalicji. Popełniono kilka strategicznych błędów, a kilka mniejszych dodatkowo utrudniło docieranie do wyborców.

Te błędy trzeba pokazać – bo za chwilę przed demokratami kolejna walka o głosy, tym razem w kampanii prezydenckiej, a powtórzenie tegorocznych grzechów może skończyć się porażką. Oto zestawienie siedmiu największych błędów marketingowych w zakończonej przed kilkoma dniami kampanii wyborczej.

1. Brak wizji jutra

Spróbujcie na chwilę zamknąć oczy i przypomnieć sobie kampanię Koalicji Obywatelskiej. A teraz odpowiedzcie na pytanie, o czym była. O tym, że PiS trzeba odsunąć od władzy? To prawda. Mamy więc odpowiedź negatywną.

A jakie było przesłanie pozytywne? Mnie kojarzy się jedno z haseł: „Jutro może być lepsze”. Slogan średniej mocy, ale pytanie brzmi jednak, czy dotarł do nas przekaz, jakie konkretnie to jutro ma być?

Przyznaję, że do mnie dotarł. Tyle że z wystąpień… Jarosława Kaczyńskiego. Niestety, to jeden z fundamentalnych błędów, jakie popełniła Koalicja Obywatelska podczas tej kampanii: nie zbudowała prostego i nośnego przekazu pozytywnego, aby Polacy wiedzieli, za czym mają głosować, odsuwając PiS od władzy.

A PiS taki przekaz, pozytywny dla siebie, stworzył. Jego wyborcy głosowali za „polską wersją państwa dobrobytu”. To PiS odpowiadał na pytanie o przyszłość, nie KO. Mimo szóstek Schetyny, książeczki z programem pokazywanej przez Małgorzatę Kidawę-Błońską na konwencji (gdy już ta książeczka się znalazła) – w pamięci odbiorców nie zapisał się obraz tej lepszej Polski, która ma zaistnieć dzięki Koalicji.

Skojarzenia w świadomości odbiorców, które mają wpłynąć na podejmowane przez nich decyzje, buduje się najskuteczniej właśnie za pomocą obrazów – dlatego w reklamach wykorzystuje się grafikę. Potrzebna jest też spójność części wizualnej z przekazową: obraz ma podbić emocje,  wizualizować marzenia, sprawić, że uwierzymy, iż dzięki konkretnemu produktowi zmieni się nasze życie (np. staniemy się idealną panią domu lub szczęśliwym ojcem rodziny).

Marketingowcy sprzedają więc nie tyle produkt, co obietnicę kryjącą się za tym produktem, która budzi silne emocje i pragnienia. Tak samo działa to w marketingu politycznym, a produktem jest partia.  Czy tego rodzaju obietnica, emocjonalna wizja „lepszego jutra”, możliwa do zrealizowania dzięki partii, pojawiła się w kampanii KO na tyle wyraziście, by ją zapamiętać?

Odpowiedzią może być historia jednego z najpopularniejszych spotów wyborczych Koalicji „Zwykła rodzina”.

To klip, w którym rodzina dziękuje premierowi Morawieckiemu za 500 plus, ale jednocześnie uświadamia mu, w jak niekorzystny sposób zmieniła się ich rzeczywistość. Na tym etapie spot się kończy, prezentując planszę z hasłem „Jutro może być lepsze”.

Pokazano w nim jedynie negatywny obraz rzeczywistości, od której wyborcy mają chcieć uciec. Ok, tylko do czego mają uciekać? Jak będzie wyglądać to obiecane lepsze jutro? Taki spot w kampanii można zaakceptować, jeśli jest częścią całości.

Tego rodzaju rozwiązania reklamowe są dość popularne: najpierw pojawiają się np. billboardy z dość zagadkowym napisem, a dopiero po jakimś czasie, z kolejnych billboardów dowiadujemy się, o co naprawdę chodzi. Tak samo mogło być i tutaj: mamy pierwszy spot ze zniechęconą do polskiej rzeczywistości rodziną, mamy obietnicę, że jutro będzie lepsze (gdy wybierzemy KO) – teraz czas to jutro pokazać, np. w drugiej części klipu.

Niestety, drugiej części nie było. Spot wypuścił natomiast PiS, ten z Januszem Rewińskim w roli głównej. I pokazał w nim to, jakie będzie jutro. Oczywiście była to już kreacja wg PiS: zestawiono przyszłość za rządów KO i przyszłość (niemal anielską) w wersji PiS.

Tak właśnie dzieje się w kampaniach. Zostawianie pytań otwartych, niedokończonych haseł, niedopisanych narracji kończy się zazwyczaj tym, że odpowiada na nie i dopisuje brakujące części konkurent. PiS skorzystał z tej okazji: narysował własny obraz Polski w miejscu, które KO zostawiła puste.

2. Lekceważenie własnego przekazu

To jednak nie był jedyny błąd KO, związany z budowaniem narracji. Koalicja od kilku kampanii sprawia wrażenie, jak gdyby lekceważyła swój własny przekaz, zwłaszcza ten programowy. Schemat jest zazwyczaj ten sam: mamy dużą konwencję partyjną, na której ogłaszany jest program (tym razem pierwsza była w lipcu, druga na początku września).

Cieszy się ona sporym zainteresowaniem w mediach i w sieci, zdobywa solidne zasięgi, program jest dyskutowany. Ale po kilku dniach temat zamiera. Nikt z polityków opozycji nie przypomina o nim, nie rusza wielka ofensywa prezentująca założenia programowe w regionach.

Nie ma przypominania własnych tez w programach publicystycznych, a sami politycy, przepytywani po jakimś czasie przez dziennikarzy, nie bardzo te założenia pamiętają (czego koronnym przykładem była w  tej kampanii wypowiedź Grzegorza Schetyny w Radiu Zet na początku września).

A przecież jedna z podstawowych zasad marketingu brzmi: odbiorcy zapamiętają przekaz tylko wtedy, gdy zostanie on powtórzony setki razy. Tę zasadę realizował Jarosław Kaczyński, powtarzając na każdej konwencji swoją opowieść o „polskiej wersji państwa dobrobytu” i dogonieniu Niemiec w ciągu 21 lat. Niestety, politycy Koalicji zapominają o tym regularnie.

3. Chowanie głowy w piasek w sytuacjach kryzysowych

Podobny problem pojawiał się w sytuacjach kryzysowych. Podstawy reagowania w takich momentach, zwłaszcza w kampanii wyborczej, to przede wszystkim jak najszybsze ucięcie tematu, przez – w zależności od kryzysu – przyznanie się do błędu i przeproszenie, narzucenie własnej narracji, wejście z innym tematem.

Kluczem do sukcesu jest spójna reakcja w mediach oraz szybkość działania. Tymczasem Koalicja w takich przypadkach najchętniej chowała głowę w piasek. Zwlekała, zastanawiała się, udawała, że nic się nie stało – gdy zarówno PiS, jak i media zajmowały się tematem. Dopiero po jakimś czasie reagował np. Grzegorz Schetyna i podejmowano działania, by sprawę uciąć – ale mleko już dawno się rozlało, a nawet zdążyło wyschnąć i plamy nie dało się niczym zasłonić.

Tak było choćby z kandydatką KO (a obecnie już posłanką) Klaudią Jachirą, której z założenia satyryczne wypowiedzi obśmiewały w sposób mało przyjemny osoby religijne i te o bardziej konserwatywnych poglądach, silnie szkodząc KO – wrócę do tego w dalszej części tekstu.

Tak było też choćby z wypowiedzią Lecha Wałęsy na temat Kornela Morawieckiego w czasie konwencji. Gdyby zareagowano od razu, można by zminimalizować szkody. KO wolała poczekać. Zaś jej politycy, proszeni przez media o komentarze, tworzyli wielogłosowy, niezharmonizowany chór, z którego dochodziły tak różne opinie, że nigdy nie było wiadomo, które należy uznać za wytyczające główną ścieżkę przekazową.

4. Zwlekanie z kampanią Kidawy-Błońskiej

Kolejny błąd to zbyt późne ogłoszenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kandydatką KO na premiera. Zrobiono to 3 września. Ruch był dobry, ale nie wystarczyło czasu na wykreowanie jej jako liderki ugrupowania. Zwłaszcza że podjęto kilka decyzji, które tę kreację utrudniły.

Po pierwsze: kampania wizerunkowa polityczki pod hasłem „Współpraca, nie kłótnie” ruszyła dopiero 13 września, czyli po 10 dniach od ogłoszenia decyzji.

Po drugie: aby ta zmiana personalna była wiarygodna w oczach ludzi, dotychczasowy lider Grzegorz Schetyna powinien rzeczywiście się schować, a nie stać obok Kidawy-Błońskiej podczas prawie każdej konferencji prasowej.

Nawet jeśli PiS przez pierwszych kilka dni miał problem z tym, jak zareagować na Kidawę-Błońską, dzięki obecności Schetyny mógł wciąż kierować uwagę wyborców na lidera PO, w pewnym stopniu lekceważąc kandydatkę na premiera.

Opóźnienie w uruchomieniu kampanii wizerunkowej dało też PiS-owi czas na zbudowanie swojej strategii, a gdy wreszcie ruszyła akcja „Współpraca, nie kłótnie”, PiS znalazł sposób, by podważyć wiarygodność zmiany personalnej w KO.

Tym sposobem stała się Klaudia Jachira. Jej wypowiedzi obśmiewające niektóre środowiska w naturalny sposób podważały wiarygodność tezy, że KO dąży do zawieszenia broni i współpracy wszystkich Polaków.

Co prawda Jachira nie była twarzą kampanii, ale sprzyjająca PiS-owi TVP postarała się, by tę twarz z niej zrobić i zbudować kontrast z koncyliacyjną i spokojną Kidawą-Błońską. O Jachirze przypominali też oczywiście wszyscy politycy PiS, na swoich kanałach socialmediowych czy w czasie wystąpień w mediach.

Już po tygodniu kampanii wizerunkowej Kidawy-Błońskiej, ok. 21-22 września w sieci było więcej wzmianek na temat Klaudii Jachiry niż na temat kandydatki na premiera, i ten układ utrzymywał się przez długi czas.

PiS za pomocą drugorzędnej na liście warszawskiej kandydatki do Sejmu zniszczył narrację KO na temat Kidawy-Błońskiej. Kiedy wreszcie Schetyna przyznał, że zwrócił uwagę Jachirze, a temat przygasł, PiS swój cel zdążył osiągnąć.

Jednocześnie TVP zrobiła młodej kandydatce na tyle dużą reklamę, że zdobyła ona mandat do Sejmu i dziś jest posłanką. Jej kontrowersyjna kampania okazała się jej osobistym sukcesem. Niestety, jednocześnie skutecznie utrudniła narrację całego ugrupowania.

Ale nawet gdyby nie było takiej sytuacji, pomysł z Małgorzatą Kidawą-Błońską wymagałby więcej czasu. Polityczka budowała swój wizerunek w oparciu o wartości pozytywne, a jednocześnie – trudno sprzedawalne w krótkim okresie.

Koncyliacja, słuchanie ludzi, współpraca, empatia – te wartości budują zaufanie i wiarygodność, ale potrzebują czasu, by zaistnieć. Pozwalają na stworzenie długotrwałych relacji z ludźmi, a te nie powstają w ciągu miesiąca.

Jeśli kampania Kidawy-Błońskiej była tylko wstępem do czegoś większego, np. do kampanii prezydenckiej – miała sens i powinna być kontynuowana bez żadnej przerwy aż do wyborów. Jeśli natomiast była pomysłem tylko na kampanię parlamentarną, nie mogła przynieść znaczących efektów.

5. Trzy hasła, totalny bałagan

Zupełnie niezrozumiałe marketingowo było natomiast wykorzystanie w kampanii aż trzech haseł, ujawnionych w odstępie zaledwie kilku dni od siebie.

  • 6 września KO ogłosiła, że hasło jej kampanii brzmi „Jutro może być lepsze”.
  • 13 września, czyli zaledwie tydzień później, ruszyła kampania wizerunkowa Kidawy-Błońskiej z hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.
  • A już 16 września sztab ogłosił rozpoczęcie akcji „Silni razem”.

W rezultacie nastąpił chaos. Kandydaci na banerach i plakatach występowali z hasłem „Jutro może być lepsze”, ale np. na Facebooku promowano Kidawę-Błońską hasłem „Współpraca, nie kłótnie”.

I tu znów kłaniają się podstawy marketingu: przekaz dociera do odbiorców tylko wielokrotnie powtórzony. Który przekaz miał do nich dotrzeć? Nie bardzo wiadomo. Oczywiście, w kampaniach wyborczych stosuje się czasem dwa hasła, ale wtedy jedno wykorzystywane jest w pierwszej części kampanii, a następne – w drugiej. Trzy slogany ogłoszone niemal jednocześnie to nie strategia, lecz bałagan.

6. Dominacja Facebooka jako kanału komunikacji

Kolejny element to kampania na Facebooku. Wydano na nią aż 1,65 mln zł. KO, jak można przypuszczać, nie miała nieograniczonych zasobów finansowych, przeznaczenie takiej kwoty na jeden tylko kanał dotarcia do odbiorców musiało silnie zmniejszyć środki na pozostałe kanały.

W ostatnich dniach kampanii widać było reklamy KO zarówno w telewizji, jak i na portalach informacyjnych ogólnopolskich (np. na Onet.pl) i regionalnych (publikowano tam list Kidawy-Błońskiej do wyborców). Ale to działania podjęte na sam koniec.

Być może przesunięcie części środków na emisję spotów w telewizji lub na tzw. reklamy displayowe w sieci byłoby lepszym rozwiązaniem – oba rodzaje reklam wykorzystano, ale nie były one głównym kanałem dotarcia.

Druga kwestia to targetowanie reklam na FB. W pierwszej części kampanii targetowano je podobnie jak w czasie kampanii do Parlamentu Europejskiego: niewielkie kwotowo promocje miały docierać do konkretnych regionów i określonych grup społecznych.

W rezultacie reklam było bardzo dużo, ale taki układ dawał większą kontrolę nad tym, komu FB wyświetlało promowane posty.

Natomiast w ostatnich tygodniach coś się zmieniło i zamiast dbania o dotarcie do właściwych grup docelowych postawiono na wielkie i drogie reklamy „na całą Polskę”. Czyli np. jeden post promowano za ponad 10 tys. zł, do mieszkańców wszystkich województw i w każdym wieku.

Oczywiście, taki post ma dużo wyświetleń, wg statystyk FB zazwyczaj ponad milion, ale absolutnie nikt nie jest w stanie powiedzieć, w jakim stopniu dociera on do zainteresowanych, a w jakim do osób, które w ogóle nie zareagują na promocję. To częściowe wyrzucanie pieniędzy w błoto, choć Facebook takie reklamy na pewno lubi najbardziej, bo doskonale na nich zarabia.

7. Nieumiejętność współpracy z zaangażowanymi wyborcami

Ostatni grzech kampanijny to błąd, wynikający z nieuwzględnienia zmian w strukturze społecznej, jakie zachodzą w Polsce (i nie tylko). Żyjemy w społeczeństwie sieciowym. To banalne stwierdzenie, ale tym razem nie chodzi o proste wykorzystanie internetu, lecz o sposób organizowania się społeczeństwa.

Coraz częściej zamiast w grupach, działamy w sieciach. Główne różnice, istotne z politycznego punktu widzenia, polegają na tym, że w grupach (którymi są np. partie) istotna jest hierarchia, a w sieciach relacje są partnerskie i hierarchia traci na znaczeniu; sieci są nietrwałe, powstają głównie w celu realizacji konkretnego projektu, a po jego zakończeniu każdy idzie w swoją stronę, zaś grupy potrafią trwać niezależnie od podejmowanych działań lub ich braku.

Sieci dzięki swoim cechom są oczywiście bardziej rozległe geograficznie, bo lokalizacja ma w nich niewielkie znaczenie, a jednocześnie łatwo w nich uzupełnić puste miejsca w zakresie każdego rodzaju wiedzy, bo dzięki rozległości kontaktów zawsze da się znaleźć właściwego eksperta.

Po zaangażowanych w politykę Polakach popierających opozycję widać (np. na Twitterze), że funkcjonują oni właśnie w społecznej strukturze sieciowej i tego samego oczekują od reprezentujących ich polityków.

Co to oznacza w praktyce? Że np. politycy będą bardziej partnerscy wobec zwykłych obywateli, interesujących się polityką;

  • że będą potrafili tworzyć krótkotrwałe struktury projektowe, zaś w trakcie realizacji liczyć się będzie współpraca, a nie hierarchia;
  • że będą włączać osoby spoza partii w swoje projekty, dając im możliwość wpływu na podejmowane decyzje;
  • że wreszcie politycy sami włączą się w inicjatywy podjęte przez sieć, na tych samych zasadach co reszta uczestników.

Doskonałym przykładem była akcja #SilniRazem, zorganizowana na Twitterze przez osoby wspierające partie opozycyjne. Chcieli wspierać kandydatów, chcieli skoordynować swoje działania – i zrobili to, bez wybierania liderów i bez oglądania się na polityków, którzy dopiero po kilku miesiącach akcji postanowili skorzystać z jej hashtagu, a potem także z możliwości, które dawała. Dużo wcześniej w podobny sposób zafunkcjonował wśród kobiet Czarny Protest.

To właśnie z tej strukturalnej zmiany wynikają artykułowane bezpośrednio oczekiwania wobec partyjnych liderów. Zewnętrzni uczestnicy polityki chcą mieć wpływ na sposób tworzenia list kandydatów, wyboru kandydata na Marszałka Senatu czy na przewodniczącego partii.

Na Twitterze mnożą się tweety z opiniami na wszystkie te tematy, pojawiają się propozycje pomocy i akcji, jednak partie wolą działać tak jak dotychczas: podejmować decyzje we własnym gronie, za zamkniętymi drzwiami, bez włączania osób niebędących członkami ugrupowania.

To oczywiście prostsze, ale po pierwsze trzeba być potem nastawionym na krytykę decyzji w sieci, po drugie politycy tracą szansę zbudowania głębszych więzi ze swymi najbardziej oddanymi wyborcami. W biznesie więzi z klientami buduje się, wydatkując na ten cel ogromne pieniądze, a partie wręcz opierają się przed skorzystaniem z okazji.

Współpraca w nowej formie – niezbędna!

Właśnie takie sieciowe myślenie było podstawą propozycji Obywateli RP, którzy chcieli w tej kampanii doprowadzić do  debaty dwóch warszawskich kandydatów opozycji do Senatu, w zamian za zrezygnowanie z kandydowania tego, który przegra.

To nie „wymysł” ruchu obywatelskiego, lecz wyraz coraz silniejszej potrzeby współpracy – ale sieciowej, a nie w tradycyjnej strukturze zamkniętej grupy. Można tę potrzebę realizować na wiele sposobów, na razie jednak politycy opozycji usiłują jej po prostu nie zauważyć.

Tymczasem w sieci kryje się znacząca siła wsparcia, czego przykładem w tej kampanii była choćby akcja banerowa KO. To dzięki sieciowej strukturze działania do partii zgłaszały się setki osób chętnych do powieszenia baneru na swoim płocie czy balkonie.

Oczywiście, byli kandydaci, którzy potrafili wykorzystać ten nowy sposób organizowania się wyborców w swojej kampanii znacznie szerzej, ale były to przypadki indywidualne, a nie centralna strategia.

Tak rozumiana sieciowość jest dziś znacznie ważniejsza w środowiskach liberalnych niż konserwatywnych, które wciąż jeszcze koncentrują się w grupach. Dlatego też odpowiedzieć na potrzebę tej formy współpracy powinni właśnie demokraci. Dla PiS ma ona dziś niewielkie znaczenie, w ugrupowaniach opozycyjnych może w sposób fundamentalny zmienić sposób strategicznego myślenia o kampanii i w ogóle o uprawianiu polityki.

Jeśli Koalicja Obywatelska kampanię prezydencką w 2020 roku poprowadzi w ten sam sposób, co parlamentarną, znacząco utrudni swemu kandydatowi (lub kandydatce) zdobywanie poparcia.

Bez zauważenia, że zmieniają się oczekiwania i potrzeby wyborców oraz sposób komunikacji z nimi, bez przestrzegania podstawowych zasad marketingu nie da się przeprowadzić przynajmniej poprawnej kampanii wizerunkowej kandydata, nawet gdyby ten był chodzącym ideałem.

Dlatego po pierwsze: nie grzeszyć. Przynajmniej marketingowo.

Kmicic z chesterfieldem

Więcej o Tusku i kandydacie opozycji na prezydenta >>>

Małgorzata Kidawa-Błońska kandydatką na prezydenta – to plan lidera Koalicji Obywatelskiej Grzegorza Schetyny. Oboje już w tej sprawie się dogadali

– Gra idzie o lidera opozycji i przyszłe miejsce na scenie politycznej – tłumaczy polityk Koalicji Obywatelskiej. – Dla nas kończy się komfort, powrót lewicy do Sejmu oznacza ostrą konkurencję. Czarzasty będzie próbował odebrać nam koronę. Możemy dużo stracić, jeśli nic się nie zmieni w naszym środowisku, a trzeba zacząć od góry.

Wrzenie w Platformie

– Jest duże wrzenie, nawet w Warszawie, gdzie zdecydowanie pokonaliśmy PiS. Przy naszym wyniku część osób wypadła z gry. I ci, którzy nie potrafili zawalczyć o mandat, zaczęli wyrzucać Schetynie, że otworzył się na nowe środowiska. Czują się pokrzywdzeni, mówią, że latami pracowali na partię, a miejsca zajęli im debiutanci – opowiada polityk z władz jednego z regionów PO.

Sam Schetyna ustąpił miejsca w stolicy Kidawie-Błońskiej…

View original post 4 933 słowa więcej

 

Wielka Olga Tokarczuk nie dorasta krasnalowi Kaczyńskiemu

Gdy przeanalizujemy listę polskich laureatów nagrody Nobla, od razu zrozumiemy, że przyznają ją tylko po to, by pognębić Polskę i jej dumny naród.

PiS powinien stworzyć jakąś alternatywną Nagrodę Nobla, bo ta szwedzka stanowczo jest niesprawiedliwa, ba – złośliwa i lewacka! Chodzi w niej przede wszystkim o to, by prawdziwym Polakom dokuczyć.

I Sienkiewicz ją dostał, a przecież okazało się, że nie był on rodakiem pierwszego sortu, tylko litewskim tatarem, który katolicyzmu bynajmniej nie wyssał z mlekiem matki, jak to prawdziwy Polak robi.

I Miłosz, partyjniak, a do tego zdrajca, uciekinier, którego twórczość mało który prawdziwy patriota wychowany na pięknych narracjach o legionach i „żołnierzach wyklętych” zrozumie, nie wspominając o ministrze kultury, którego w ogólności czytanie męczy (notabene tenże Miłosz, wiele lat temu antycypował zagrożenia, jakie płyną dla świata z powodu złego stanu zdrowia kilku pisowskich ministrów, pisząc: „Zaiste wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”).

I Wałęsa, którego złośliwie pomylono z innym Lechem – rzeczywistym organizatorem strajku w Stoczni Gdańskiej, twórcą 21 postulatów oraz plakatu „Solidarności”, a potem słynnym pogromcą komunistów i złodziei.

I ta Szymborska Wisława (co to w ogóle za imię?), która wiersze jakieś krótkie pisała, zupełnie niepatriotyczne (może prócz tego o kocie), w przeciwieństwie do takiego Rymkiewicza czy Wolskiego, którzy naprawdę wielkimi poetami są.

No i teraz Tokarczuk, uosobienie wszelkiego zła: ideologii LGBT, feminizmu (jest laureatką nagrody Kongresu Kobiet!), ateizmu, ba – pogaństwa! (dziecku ognisko rozpaliła, włosy obcinała, prezenty dawała, zamiast je księdzu powierzyć, jak powierzane są wszystkie polskie dzieci, i do komunii świętej posłać), ekologizmu, kosmopolityzmu, lewactwa, genderyzmu, pacyfizmu, konstytucjonalizmu. Jednym słowem: demokratka i Europejka, reprezentantka pełnej antypolskości.

Spośród jej krytyków mało kto ją czyta, ale wszyscy wiedzą, że nie warto, bo nagrodę dostała za postawę, a nie twórczość. Gdyby za twórczość dawali, kolejka polskich pretendentów byłaby ogromna, od Pietrzaka Jana zaczynając. Bo pisarz to wielki, a i format człowieka niemały.

Olga najbardziej chyba obraziła prawdziwych Polaków wypowiedzią, którą skądinąd uważam za bardzo ważną. Pisała, że kiedyś „trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z własną historią, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy”, które my, Polacy (jak zresztą większość narodów), mamy na sumieniu, a które (już jak mniejszość narodów) ciągle skrywamy, wypieramy, odrzucamy, a przede wszystkim przykrywany mnóstwem landrynkowych opowieści o naszej bohaterskiej unikatowości i martyrologii.

Nie wiem, kiedy, za czasu czyich rządów uda nam się stanąć twarzą w twarz z własną odlandrynkowaną historią, ale na razie warto czytać Tokarczuk – autorkę wrażliwą, mądrą, polifoniczną, lokalną i uniwersalną zarazem. Bo to w jej literaturze można poczuć się jak w innej Polsce.

W projekcie budżetu państwa na przyszły rok nie uwzględniono dwóch ważnych wydatków na 14-15 mld zł. Te pieniądze jak zwykle trzeba będzie pożyczyć.

PiS zmienił sposób postrzegania polityki przez sporą część wyborców. Jest to jedna z pierwszych partii, która wzięła władzę i w sporej mierze zrobiła to, co zapowiadała. Nie był tu ważny długofalowy interes państwa, nieważna były służba zdrowia czy edukacja, ważne było tu i teraz – my dajemy gotówkę, a wy głosujecie.

Tego wcześniej nie było, politycy składali obietnice, udając, że w nie wierzą, wyborcy ich słuchali, również udając, że w nie wierzą. A później rząd robił swoje.

Taka taktyka ułatwiła partii Jarosława Kaczyńskiego zwycięstwo, taka taktyka jednak sprawia, że wyborcy bardzo mocno będą oczekiwać, że to, co zapowiedziano, zostanie spełnione.

Gdy słucha się polityków opozycji, ale też części publicystów, można mieć wrażenie, że budżet jest tak napięty, że za chwilę się zawali, że tylko krótkie minuty dzielą nasz kraj od bankructwa, że PiS prowadzi nas tam w tempie sprinterskim.

To mit. Procesy gospodarcze trwają długo, nawet Edwardowi Gierkowi całkowite wykolejenie socjalistycznej gospodarki zabrało długie lata. A PiS na dodatek drenuje wszelkie rezerwy finansowe, jakimi dysponuje nasza gospodarka.

Będzie nowelizacja budżetu

Jeszcze pod koniec sierpnia premier Mateusz Morawiecki z dumą prezentował pierwszy od 1989 roku budżet bez deficytu. Słowo „historia” i „historyczny” odmieniane były na konferencji przez wszystkie przypadki. Morawiecki przedstawiał to jako gigantyczny sukces PiS, jako absolutny ewenement.

– Budżet państwa polskiego nie jest już bankomatem dla przestępców podatkowych – mówił premier.

Przeciętny wyborca miał odnieść wrażenie, że to efekt mądrego gospodarza stojącego na straży kasy państwa, który potrafi pieniądze zebrać, ale też umiejętnie je rozdaje, troszcząc się o los maluczkich.

Oczywiście to blaga, na tle Unii nie jest to żaden większy sukces, a ekipa PiS nie wykazała się niczym szczególnym. W 2017 roku 13 krajów UE miało nadwyżkę budżetową, a w ubiegłym roku już 14. Wśród nich Czechy, Grecja, Bułgaria, Litwa czy Chorwacja i oczywiście Niemcy (58 mld euro na plusie).

Inna sprawa, że Morawiecki, występując pod koniec sierpnia, już wiedział, że to, co zapowiada, jest nierealne.

I że budżet czeka nowelizacja, a pierwszego w historii budżetu bez deficytu nie będzie.

Że to manipulacja? Dezinformacja? PiS wychodzi z założenia, że i tak tydzień później nikt nie będzie o tym pamiętał, liczy się zaś to, co ludzie dostaną do ręki.

W budżecie na przyszły rok nie ma dwóch ważnych rzeczy:

1. Nie zapisano tam ok. 10 mld zł niezbędnych na wypłatę 13. emerytury w marcu przyszłego roku. Każdy z 9,8 mln emerytów i rencistów czy osób na świadczeniach przedemerytalnych ma otrzymać dodatkowe 1200 zł brutto. Tymczasem w kolejnym roku – 2021 – ma już być wypłacana nie tylko 13., ale też 14. emerytura. A to oznacza wydatek ok. 20 mld zł.

2. Nie ma w nim również obiecanych pod koniec września zmian w daninach dla małych firm („piątka Morawieckiego” dla firm). To 4-5 mld zł rocznie.

I tak np. firmy, które mają przychód do ponad 10 tys. zł i jednocześnie dochód do 6 tys. zł miesięcznie, będą płacić średnio o 500 zł mniejsze składki ZUS (koszt 1,5-2 mld zł). Do 2 mln euro ma też wzrosnąć limit obrotów uprawniających do ryczałtu ewidencjonowanego (koszt to miliard złotych).

Zresztą ekonomiści zwracali uwagę na to, że bez pakietu dla małych firm i bez 13. emerytury budżet i tak miałby w przyszłym roku kilka miliardów złotych deficytu.

W sumie daje to 20 mld zł na minusie. Te pieniądze jak zwykle trzeba będzie pożyczyć.

Zapłacą firmy

PiS prowadzi swoją drogą ciekawy sposób rozumowania, coraz bardziej dociska firmy i jednocześnie liczy na to, że dostanie od nich coraz więcej.

Wpływy z podatku VAT mają sięgnąć w przyszłym roku ponad 200 mld zł. Rząd PiS zakłada, że firmy również w przyszłym roku będą zarabiały duże pieniądze. Dochody z CIT mają wynieść 41,9 mld zł, w tym roku będzie to 36-37 mld zł.

Od przyszłego roku rośnie płaca minimalna do 2,6 tys. zł brutto. To bije w firmy bazujące na taniej sile roboczej.

Z drugiej – to już pewne – zniesienie limitu składek ZUS, co bije w firmy innowacyjne, które będą musiały płacić dużo większe składki na ZUS za każdego menedżera, informatyka, specjalistę zarabiającego ponad 8 tys. zł netto.

Dziś składki emerytalne płaci się do momentu, aż ktoś osiągnie limit 142 950 zł (to 30-krotność średniej pensji).

Teraz PiS ten limit chce znieść i każdy będzie płacił składki przez cały rok. Oczywiście pieniądze ekstra zostaną wydane od razu, a składki tylko wirtualnie będą dopisane do naszych kont emerytalnych jako przyszłe zobowiązanie. Ministerstwo Finansów wyliczyło, że trik ze zniesieniem limitu da budżetowi dodatkowo 5,1 mld zł rocznie.

To nie koniec.

Resort finansów zapisał w swoich planach „ograniczenie unikania płacenia składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe (da to budżetowi dodatkowe 2,54 mld zł) czy działania ZUS uszczelniające system składek (kolejne 1,7 mld zł)”.

Co to dokładnie oznacza? Otóż rząd zamierza w pełni oskładkować umowy-zlecenia. Dziś składki przy takich umowach trzeba płacić przynajmniej do wysokości pensji minimalnej. Jeśli więc ktoś ma np. dwie umowy – jedną w wysokości pensji minimalnej (2250 zł brutto, od nowego roku – 2600 zł brutto), a drugą na np. 3 tys. zł – to płaci składki tylko od tej pierwszej. Po zmianach trzeba będzie płacić składki od każdej umowy niezależnie od jej wysokości. W rządzie rozważają też oskładkowanie umów o dzieło i pracy studentów.

Na to nakłada się jeszcze jeden element. Rosną obowiązki administracyjne, rośnie papierologia, a przede wszystkim rośnie niepewność.

W rankingu najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych International Tax Competitiveness Index 2019 Polska zajęła kilka dni temu 35. miejsce na 36 krajów. To spadek o trzy pozycje.

Z CIT i PIT jest nieźle, ale fatalnie wypada podatek VAT. – Polska ma najgorszy wynik – pisze Tax Foundation. Firmy na obsługę podatków tzw. konsumpcyjnych muszą poświęcać aż 172 godziny w ciągu roku. Dla porównania w Szwajcarii jest to osiem godzin. Średnia dla krajów OECD to zaś 54,1 godziny.

Na co może liczyć PiS

Owszem, z tygodnia na tydzień pogarszają się prognozy dla naszej gospodarki. Rząd zakłada w 2020 r. wzrost PKB na poziomie 3,7 proc.

Owszem ekonomiści mBanku obniżyli prognozę wzrostu PKB Polski w 2020 r. do 3,2 proc. Tłumacząc język ekonomiczny na nasze: im wolniejszy wzrost, tym mniej pieniędzy do kasy państwa.

Ale przez najbliższe dwa lata kasa państwa zwiąże koniec z końcem, w czym mocno pomogą różnego rodzaju fiskalne sztuczki.

Wzrost płacy minimalnej, owszem, przyłoży się firmom, ale dosypie też pieniądze ekstra do budżetu.

Partia Jarosława Kaczyńskiego może też liczyć na jednorazowe fiskalne strzały przypominające wstrzyknięcie sterydów w dochody państwa.

Najważniejszy zastrzyk to OFE. Oszczędności w otwartych funduszach emerytalnych ma dziś 15,8 mln Polaków, którzy łącznie odłożyli 162 mld zł. Na każdego średnio przypada więc ok. 10 tys. zł.

Premier Mateusz Morawiecki już kilka miesięcy temu ogłosił, że OFE zlikwiduje.

Po zmianach każdy będzie miał wybór, czy przekazać je na nowe prywatne indywidualne konta emerytalne (IKE). Ale wówczas rząd potrąci sobie 15 proc. Druga możliwość – w 100 proc. wpłacić do ZUS.

PiS już przygotował projekt ustawy, w którym napisał, że liczy, iż 80 proc. Polaków wybierze IKE, dzięki czemu rząd zyska w ciągu dwóch lat 19,5 mld na opłacie (pierwsza rata w 2020 r., druga – w 2021).

Tyle że wiele wskazuje na to, iż IKE wybierze dużo więcej niż 80 proc. osób. To oznacza dodatkowy miliard złotych do budżetu w 2020 r. i jeszcze jeden w 2021 r. Do tego dochodzi sprzedaż uprawnień CO2 (ok. 4,6 mld zł w przyszłym roku) oraz sprzedaż częstotliwości komórkowych 5G (3,5-4,5 mld zł).

Przypomina to przejadanie zapasów ze spiżarni zebranych na złe czasy.

Co będzie za dwa lata? O tym żaden polityk nie myśli. Zresztą większość wyborców również nie.

Kmicic z chesterfieldem

– Na pewno nie był to imponujący wynik – mówiła w TVN24 Małgorzata Kidawa-Błońska o liczbie głosów zebranych przez Grzegorza Schetynę. Polityk PO zapewniała przy tym, że lider jej partii zrobił wiele dobrego w trakcie kampanii. Nie chciała za to powiedzieć, czy będzie kandydować na fotel szefa PO.

Szef Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna dostał co prawda mandat w okręgu nr 3 (Wrocław), ale jego wynik jako „jedynki” list Koalicji Obywatelskiej pozostawia wiele do życzenia. Mirosława Stachowiak-Różecka (kandydatka PiS w wyborach na prezydenta Wrocławia z 2018 roku) zdobyła ponad 91 tys. głosów, a Schetyna niecałe 67 tys.

„Kropce nad i” w TVN24 o ten wynik lidera PO pytana była Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka KO na premiera w tegorocznych wyborach. – Na pewno nie był to imponujący wynik – oceniła polityk Platformy Obywatelskiej. Sama Kidawa-Błońska ma powody do zadowolenia, bo w Warszawie zgarnęła ponad 416 tys. głosów, stając się „lokomotywą” listy KO w stolicy.

View original post 844 słowa więcej