Archiwa tagu: Danuta Huebner

Suski reprezentuje poziom PiS. Dno, spod którego pukają ancymonki

Marek Suski (sekretarz w kancelarii Mateusza Morawieckiego) zareagował rysunkiem na problemy koalicyjne opozycji.

Opluwanie to sport PiS. Kaczyński jest rekordzistą Polski w pluciu w twarz Polaka. Suski to tylko głąb, liga amatorska.

Depresja plemnika

Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe skazał na 5 miesięcy pozbawienia wolności Marcina L., który po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza groził, że zabije przewodniczącego Rady Europejskiej. O sprawie w artykule „Policja zatrzymała mężczyznę, który groził śmiercią Donaldowi Tuskowi”.

Oprócz kary więzienia, Marcin L. ma „zakaz kontaktowania się oraz zbliżania do pokrzywdzonego na odległość krótszą niż 150 metrów, przez okres 5 lat od daty uprawomocnienia się wyroku” – „Nadto orzeczono wobec oskarżonego obowiązek poddania się psychoterapii lub psychoedukacji w celu poprawy jego funkcjonowania w społeczeństwie” – poinformował rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gdańsku Tomasz Adamski.

Adamski dodał, że „na poczet orzeczonej kary zaliczono oskarżonemu tymczasowe aresztowanie od 16 stycznia 2019 r. do 30 maja 2019 r”. Wyrok nie jest prawomocny.

5 380 000 zł oszczędności, dwa domy, mieszkania, uprawnienia do akcji banku – to niektóre elementy majątku premiera Mateusza Morawieckiego. W Biuletynie Informacji Publicznej Kancelarii Premiera opublikowano właśnie jego oświadczenie…

View original post 1 027 słów więcej

 

Kaczor stchórzy, taka jego natura skunksa

Kaczyńskiego obleciał tchórz

W ostatnią środę lider Prawa i Sprawiedliwości postanowił wezwać liderów ugrupowań opozycyjnych do podpisania wspólnej deklaracji w sprawie przyszłości wprowadzenia waluty euro w naszym kraju. Jak zapewne zakładali stratedzy partii rządzącej, taki chwyt miał po raz kolejny sprowadzić debatę publiczną na wygodne dla niej tory i postawić opozycję w niewygodnym położeniu. Przy okazji taki ruch miał odwrócić uwagę od rozpalających opinię publiczną tematów czyli największego od 20 lat strajku polskich nauczycieli (z którym PiS nijak nie potrafi sobie poradzić) oraz kwestii grabieży majątku Polaków w ramach likwidacji II filaru systemu emerytalnego. 

Dziś jednak na Nowogrodzkiej mogą pożałować tamtego występu Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja początkowo nie dała się wciągnąć w jego gierki, zauważając że temat jest w tej chwili abstrakcyjny i wobec innych ważnych kwestii dziś nieistotny, a kropkę nad i postawił niezawodny Donald Tusk, przy okazji wbijając szpilę premierowi Morawieckiemu.

Dziś natomiast Koalicja Europejska postanowiła odbić piłeczkę rzuconą przez Jarosława Kaczyńskiego, stawiając go w bardzo nieprzyjemnym położeniu. Grzegorz Schetyna zaproponował mu bowiem bezpośrednią konfrontację w debacie na tematy europejskiej przyszłości Polski, która miałaby odbyć się jeszcze w tej kampanii wyborczej.

„Byłem adresatem listu pana prezesa Kaczyńskiego ws. euro i naszej opinii w tej kwestii. Chcę powiedzieć, że to, co możemy i powinniśmy powiedzieć w tej kwestii, jesteśmy gotowi, ja osobiście jestem gotowy do tego, żeby powiedzieć opinii publicznej, prezesowi Kaczyńskiemu, twarzą w twarz, w bezpośredniej debacie. To zawsze kampania wyborcza, wybory, czas przedwyborczy jest czasem na debatę, na zderzenie opinii, na pokazanie prawdziwych stanowisk partii, które reprezentujemy. Jestem do takiej debaty gotowy” – mówił na konferencji prasowej przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Lider Koalicji Europejskiej wysłał też do prezesa Kaczyńskiego list, w którym zadaje trzy pytania dot. polityki prowadzonej przez PiS w ramach Unii Europejskiej.

Pytania o łamane standardy demokratyczne (które powrócą ze zdwojoną mocą po kolejnej nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym), utratę miliardów euro straconych w prowadzonych przez PiS negocjacjach nad unijnym budżetem czy poruszanie kwestii zawierania sojuszy z europejskimi ugrupowaniami, które pozostają w mocnym związku z putinowską Rosją to z pewnością nie są kwestie, z którymi Kaczyński chciałby się zmierzyć w publicznej rozmowie. Może się jednak okazać, że nie będzie miał wyjścia.

TVP ponoć odtrąbiła już sukces wizyty Morawieckiego za Oceanem, rzeczywistość jednak skrzeczy, a spostrzeżenie byłego ambasadora RP w Kanadzie obala wszelkie mity:

„Nieśmiałe pytanie: dlaczego nie doszła do skutku wizyta PMM w Waszyngtonie, nad którą ambasada pracowała miesiące? Że wiceprezydent nie chciał się spotkać – przykre, choć zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę pozycję tego rządu. Ale nawet doradca ds. bezpieczeństwa?” – napisał na Twitterze były ambasador Polski w Kanadzie, a obecnie kandydat do europarlamentu z ramienia KE Marcin Bosacki.

„Jak to jest w ogóle możliwe, że premier 38 milionowego kraju jedzie z wizytą do innego państwa i nikt nie spotyka się z nim z władz tego państwa? nowa jakość wstawania z kolan!” – zastanawia się jeden z użytkowników Twittera.

Odpowiedź otrzymuje natychmiast, w następnym wpisie: „Przecież na świecie nikt już go nie traktuje poważnie, bo kontakt z nim to jak pocałunek śmierci. W każdym normalnym, demokratycznym państwie dla polityka, u którego sąd (kilkakrotnie) prawomocnie stwierdził posługiwanie się kłamstwem, nie byłoby miejsca w przestrzeni politycznej.”

Jakiekolwiek wątpliwości w tej kwestii rozwiewa amerykańska prasa donosząc, że spotkanie polskiego premiera w sprawach bezpieczeństwa „zostało przełożone”.

Doliniarz Morawiecki (2)

TVP ponoć odtrąbiła już sukces wizyty Morawieckiego za Oceanem, rzeczywistość jednak skrzeczy, a spostrzeżenie byłego ambasadora RP w Kanadzie obala wszelkie mity:

„Nieśmiałe pytanie: dlaczego nie doszła do skutku wizyta PMM w Waszyngtonie, nad którą ambasada pracowała miesiące? Że wiceprezydent nie chciał się spotkać – przykre, choć zrozumiałe, wziąwszy pod uwagę pozycję tego rządu. Ale nawet doradca ds. bezpieczeństwa?” – napisał na Twitterze były ambasador Polski w Kanadzie, a obecnie kandydat do europarlamentu z ramienia KE Marcin Bosacki.

„Jak to jest w ogóle możliwe, że premier 38 milionowego kraju jedzie z wizytą do innego państwa i nikt nie spotyka się z nim z władz tego państwa? nowa jakość wstawania z kolan!” – zastanawia się jeden z użytkowników Twittera.

Odpowiedź otrzymuje natychmiast, w następnym wpisie: „Przecież na świecie nikt już go nie traktuje poważnie, bo kontakt z nim to jak pocałunek śmierci. W każdym normalnym, demokratycznym państwie dla polityka, u którego sąd (kilkakrotnie) prawomocnie stwierdził posługiwanie się kłamstwem, nie byłoby miejsca w przestrzeni politycznej.”

Jakiekolwiek wątpliwości w tej kwestii rozwiewa amerykańska prasa donosząc, że spotkanie polskiego premiera w sprawach bezpieczeństwa „zostało przełożone”.

Pech nie opuszcza Polski, intelektualnmy przeciętniak Kaczyński i okazuje się, że Morawiecki – istny matoł.

Depresja plemnika

Ryszard Kapuściński, „Imperium”, rok 1993

Jarosław Kaczyński taki już model prowadzenia polityki przyjął, że raz na jakiś czas musi swoich wyborców mobilizować poprzez wskazywanie wspólnego wroga lub zagrożenia. W 2015 roku taką funkcję spełniło straszenie inwazją morderczych terrorystów islamskich z północnej Afryki, a przed tymi wyborami zagrożeniem miała być ofensywa środowisk LGBT. Gdy okazało się, że temat nie grzeje, postanowiono powrócić do bardzo wygodnego tematu czyli kwestii wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty europejskiej. Nie ma oczywiście znaczenia, że obecnie ta wizja możliwa do zrealizowania nie jest, że dzisiejsza Polska w ogóle nie dostałaby się do Unii Europejskiej z systemem politycznym rodem z komunistycznego wschodu Europy. Ważne, że można temat ogrywać, straszyć wzrostem cen i zastawić na opozycję pułapkę, z której ta nie miałaby dobrego wyjścia.

– Wysłałem przed chwilą do przywódców najważniejszych formacji parlamentarnych, tzn. do przywódcy Koalicji Europejskiej pana Schetyny i do pana Kukiza projekt deklaracji, którą sam…

View original post 1 578 słów więcej

W PiS trzęsienie ziemi. Ziobro na szafocie

– Stanowisko MSZ nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, że z polskim TK dzieje się źle – mówił w TOK FM prof. Marcin Matczak. Według MSZ wniosek ministra Ziobry do TK w sprawie unijnego traktatu jest bezzasadny.

– Prawniczo to stanowisko nie jest zaskakujące, ono jest dosyć oczywiste. To stanowisko ministra Ziobry było zaskakujące –  tak prof. Matczak komentuje opinię polskiego MSZ na temat wniosku ministra Zbigniewa Ziobry. w sprawie zgodności z konstytucją traktatu unijnego.

Przypomnijmy, że dokument przygotowany przez ministra sprawiedliwości uznano za wstęp do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej.

Borys Budka ostrzega: Pytania Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego to przygotowanie do polexitu>>>

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, MSZ w 16-stronicowym dokumencie stwierdza, że wniosek złożony przez ministra sprawiedliwości prokuratora generalnego jest bezzasadny. „Powołując się na ten konkretny wyrok, szef MSZ Jacek Czaputowicz wykazuje, że TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – cytuje „GW”.

Prawniczo stanowisko MSZ nie jest zaskoczeniem, ale z punktu widzenia polityki może zaskakiwać. – Według mnie opinia MSZ jest dobra, bo wniosek min. Ziobry był po prostu zły. Politycznie to jest trzęsienie ziemi – ocenił w Poranku Radia TOK FM prof. Matczak.

– Czy jest możliwe, żeby Trybunał Konstytucyjny – po otrzymaniu opinii MSZ – mógł rozstrzygnąć na korzyść Zbigniewa Ziobry? – pytał Piotr Kraśko.

– Oczywiście, że to możliwe. Stanowisko ministerstwa nie jest wiążące dla Trybunału Konstytucyjnego. A wiemy, od dłuższego czasu, że z polskim TK dzieje się źle. Ta instytucja nie pełni już funkcji recenzenta działań rządu, a funkcji kogoś, kto wspiera tę władzę. Nie spodziewam się, niestety, że TK może w tej sprawie orzec zupełnie niezależnie. Nie mam więc poczucia, że bardzo sensowne argumenty ministra Czaputowicza mogą odegrać jakąś rolę. Niestety, na decyzję TK chyba będą miały wpływ kwestie polityczne niż prawne. To bardzo smutne – ocenił prawnik.

„Antysądowy amok”

Krakowski sąd uznał za zasadne odwołanie Jacka Majchrowskiego w sprawie słów premiera Morawieckiego. Szef rządu podczas konwencji wyborczej rywalki Majchrowskiego i Małgorzaty Wassermann zarzucił władzom Krakowa bezczynność ws. walki ze smogiem.

Szef KPRM Michał Dworczyk ocenił decyzję sądu w Krakowie za „całkowicie niezrozumiałą”. Mówił o „antyrządowym amoku”, który panuje w krakowskim sądzie.

– To element szerszego zjawiska, które moim zdaniem jest jednym z najbardziej smutnych aspektów kryzysu praworządności. Mamy do czynienia z sytuacją, kiedy właściwie każda decyzja sądu jest traktowana jak decyzja polityczna. Jeśli jest zgodna z oczekiwaniami polityka, to uważana jest za dobrą. A kiedy nie jest zgodna – polityk mówi o upolitycznieniu. Taka postawa jest uderzeniem w podstawy zaufania dla sądów, bo każdy następny wyrok każda ze stron może uznawać za polityczny – przestrzegał prof. Matczak w rozmowie z Piotrem Kraśką.

Według prawnika takie wypowiedzi jak słowa ministra Dworczyka powinny być krytykowane. Bo szef KPRM próbuje na siłę zrobić z decyzji prawnej – polityczną.

– Czy sędziowie powinni coś zrobić z tym, że minister mówi o decyzji politycznej? Czy też słowa o „antyrządowym amoku” powinni przyjąć do wiadomości? – pytał gospodarz „Poranka Radia TOK FM”.

– Dla mnie sprawa jest prosta, powinna interweniować Krajowa Rada Sądownictwa. To ciało, które stoi na straży niezależności sądów, niezawisłości sędziów. Normalnie KRS jest po to, żeby kiedy polityk wpada w amok antysądowy – bo tak trzeba tę wypowiedź nazwać – zaczyna tak poważnie krytykować sąd, to KRS powinna interweniować. Niestety, obecna KRS robi wszystko, a nie broni sędziów przed takimi atakami. To kolejna tragedia sporu, z którym mamy do czynienia – stwierdził prawnik.

Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy – mówi Zbigniew Janas, legenda opozycji w PRL. – Ale powtarzam: po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Zacznijmy od wyniku wyborów samorządowych. PiS procentowo wygrał wybory do sejmików, ale samodzielnie będzie rządził w sześciu. Przegrał za to w większości większych miast…

ZBIGNIEW JANAS: Powiedzmy wprost: dostał łupnia!

Wybory samorządowe pokazały, że PiS jednak ma z kim przegrać?
Tak i dały opozycji trochę wiatru w żagle. Ale za wcześnie jeszcze, aby mówić, że ma PiS na widelcu. Aby ta szansa została wykorzystana w wyborach parlamentarnych, potrzeba będzie wiele pracy, zabiegów i rozmów. W międzyczasie mamy wybory europejskie, w których opozycja ma silniejszą pozycję niż PiS. To będzie kolejny krok, ale nie można go zmarnować.

Jest jeszcze ważna rzecz, która cały czas siedzi mi w głowie. To, jak społeczeństwo przez następny rok będzie postrzegało opozycję, a przede wszystkim Koalicję Obywatelską, będzie uzależnione od tego, co zrobią najważniejsi prezydenci miast. Nie tylko od tego, jakie będą mieli programy, ale także, jak wykonają swoje zapowiedzi.

Wszystkie oczy będą skierowane na Rafała Trzaskowskiego?
I na Hannę Zdanowską. To oni będą pokazywali rzeczywistą twarz opozycji. To są prezydenci dwóch największych miast. Warszawa jest miastem, które ma tak dużą potęgę, także finansową, że ona może wyznaczać i pokazywać standardy działania KO, mam nadzieję poszerzonej, w różnych ważnych dziedzinach życia. Dla mnie to jest i będzie najważniejsze. Na laurach nie mogą spocząć oczywiście także prezydenci innych miast.

Zdziwiła pana mobilizacja wyborców, także w Warszawie?
Nie zdziwiła mnie.

Przypominam, że w 2007 roku PiS rządząc, przegrał wybory i to znacząco. Wtedy też była pełna mobilizacja i PiS zapłacił cenę za swoją politykę. Dlatego byłem na to przygotowany.

W lokalu wyborczym na warszawskim Ursynowie, gdzie głosowałem, od początku było widać, że jest więcej wyborców niż zwykle.

Też stał pan w kolejce?
Tak. I to było bardzo przyjemne. Chociaż przyznam, że trzeba przemyśleć organizację wyborów. Było za mało miejsca, stolików, pracowników komisji. Mam nadzieję, że PKW to dostrzegła. W wyborach parlamentarnych mobilizacja może być jeszcze większa…

Ma pan nadzieję, że przed wyborami parlamentarnymi powstanie szeroka koalicja anty-PiS. Jak szeroka?
Wolałbym mówić o koalicji prodemokratycznej. Powinni do niej dołączyć wszyscy. Przypomnę, że jak liderzy próbowali podejmować rozmowy o jakimkolwiek porozumieniu tuż po wygranych przez PiS wyborach, mówiłem, że to za wcześnie. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, kto jest mocny, a kto słaby. Teraz to się zmieniło, widzimy polityczną szachownicę wyraźniej.

Mam też przemyślenia dotyczące PSL-u. To „inna” partia, małomiasteczkowa, wiejska i bardzo dobrze, jest wartością na scenie politycznej. Poza ludowcami myślę, że teoretycznie wszyscy mogą się porozumieć. Są rzeczy, w których znajdą wspólny język, a w innych mogą przecież zostać przy swoich poglądach i zostawić ich realizację na „po wyborach”. Taka paleta poglądów jest potrzebna.

Dlaczego wykluczył pan z tej koalicji PSL? Nie rozumiem.
Nie mówię, że porozumienie z ludowcami jest niemożliwe. Zwracam tylko uwagę na specyfikę tej partii. Być może warto ją zachować. Pozostałe partie wygrywają w miastach, ale mają większy problem z elektoratem wiejskim. Chociaż on się też zmienia. Myślę, że wiele będzie zależało do sondaży. Gdyby PSL okazał się bardzo słaby, to zapewne nie będzie innego wyjścia.

Wybory samorządowe były swego rodzaju testem. Politycy dojrzeli do prawdziwej, merytorycznej rozmowy?
Do polityki nie idą święci anielscy, tylko często bardzo twardzi i ambitni ludzie. Trochę czasu musi zapewne upłynąć. Oni też umieją kalkulować. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób lider PO zrealizował porozumienie z Nowoczesną. Ta partia jest w bardzo trudnej sytuacji, poza jednym aspektem – ma świetnych ludzi i walczące posłanki. Grzegorz Schetyna chyba to dostrzegł i bardzo lojalnie zrealizował to porozumienie. A to jest bardzo dobry sygnał dla innych. Te wybory jednak pokazały niektórym, w jakim są miejscu i powinni w związku z tym przestać myśleć, że sami zdobędą świat.

Mówi pan o SLD? Z Włodzimierzem Czarzastym trudniej będzie się porozumieć niż z Katarzyną Lubnauer czy Barbarą Nowacką?

Członkowie SLD mogą dokonać zmiany na fotelu przewodniczącego. Spokojnie. Poza tym on też nie jest idiotą. Ma chyba ogląd sytuacji. Zachęcam wszystkich do rozmowy.

Może na czele SLD powinna stanąć kobieta?
Nie wykluczam, że coś takiego może się wydarzyć. Ale powtarzam – po pierwsze, nie nerwowo. Jest jeszcze trochę czasu do wyborów europejskich, w których też można stworzyć koalicję i sprawdzić, jak zadziała. To jest bardzo dobry moment do „zwarcia” z antydemokratycznym i antyeuropejskim obozem. Niedługo zapewne przyjdzie czas na poważne rozmowy, co dalej.

A co dalej będzie robił PiS? Zaostrzy kurs i zacznie się „prawdziwa wojna”, czy schowa broń do kieszeni?
Myślę, że będziemy obserwowali różne fazy. Będzie faza gromkich okrzyków i podskoków, a potem faza uspokojenia. PiS będzie musiał umacniać swój elektorat, a dopiero później robić skok na resztę. Poza tym trzeba uwzględnić fakt, że władza straciła trochę kart przetargowych i ich polityczna uroda zbladła.

Opozycja pokazała, że nie da się tak łatwo wyeliminować. PiS musi zmieniać narrację, bo wyborca europejski jest inny niż samorządowy czy tym bardziej parlamentarny. Oni to niestety potrafią robić. Ale dobrze byłoby, żeby ludzie zapamiętywali cały ciąg wydarzeń. To będzie miało wpływ na ich decyzję.

Teraz czeka nas faza uspokojenia?
Nie, teraz będą kombinowali. Bez Sądu Najwyższego nie zrealizują swojego planu przejęcia wszystkiego. Opozycja i UE nie mogą na to pozwolić. Musimy sobie uświadomić, że upolitycznili już sądy niższej instancji. Przyznam, że jestem bardzo zbudowany postawą sędziów. Wcześniej myślałem, że tam idea nie jest najważniejsza, tylko własna pozycja, a okazuje się, że dla wielu jednak jest, bo złożyli przysięgę. Nie poddają się, nie ulegają szantażowi i walczą.

Pan dobrze wie, czym grozi upolitycznienie sądów.
Szczerze powiem, że ta pamięć o przeszłości jest jakaś dziwna. Ja akurat „siedziałem” krótko i to właściwie pod sam koniec. Byłem jednym z ostatnich więźniów politycznych. Ale mam przyjaciół, którzy spędzili w więzieniu kilka lat. Niektórzy z nich uważają, że to, co się dzisiaj dzieje, jest dobre. Nie rozumiem tego. Przecież byli skazani przez upolitycznionych sędziów, nie mogli im pomóc najwybitniejsi adwokaci, którzy też wiele ryzykowali. Musimy sobie przypominać, co się działo i stawiać jasne granice.

To, co robi PiS, nie jest żadną reformą, władza chce mieć po prostu nad sądami kontrolę. Ona się przydaje w pojedynczych przypadkach, ale chodzi także o efekt mrożący. Nie możemy do tego dopuścić, bo to się źle skończy. Pokazaliśmy, że PiS nie może wszystkiego. Ludzie muszą być zmobilizowani, bo walka się nie skończyła i trzeba ją wygrać. Mówię o walce politycznej oczywiście…

Często ta walka przekłada się na zwykłe życie. Niektóre rodziny się rozpadają, bo ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jak głęboko sięga ten podział?
Ale są rodziny, które dają sobie radę.

Mój brat na przykład jest fanatycznym pisowcem. Zostaliśmy już tylko we dwóch, więc nie mamy innego wyjścia i musimy się dogadać. Co ciekawe, obaj mamy solidarnościowe korzenie, siedzieliśmy w więzieniu, a teraz on nie zgadza się ze mną, a ja z nim. Nauczyliśmy się po prostu spuszczać powietrze z balona politycznych emocji. Mam nadzieję, że inni też się tego nauczą.

Poza tym zbliża się Wszystkich Świętych, a to jest czas na wyciszenie, zbliżenie, wspominanie. Powinniśmy pomyśleć o tych, którzy byli nam bliscy. W Ursusie myślimy o naszych przyjaciołach, którzy wywalczyli nam wolność.

Później jest za to Święto Niepodległości i to wyjątkowe, bo przypada 100-lecie odzyskania niepodległości. Ale wyjątkowego świętowania nie będzie. Przykro panu?
Jak o tym myślę, to mam przed oczami obchody 25-lecia wyborów 4 czerwca. Miałem zresztą przyjemność w nich uczestniczyć, bo wtedy jeszcze był zwyczaj, że na takie uroczystości zapraszało się tzw. przywódców podziemia i „Solidarności”, ale teraz już się nas nie zaprasza. Na Placu Zamkowym przemawiał prezydent USA Barack Obama, obecni byli prezydenci lub premierzy najważniejszych państw europejskich. Wtedy tak świętowaliśmy kolejne odzyskanie wolności.

Gdzie teraz jesteśmy? Gdzie nas ta władza zaprowadziła? Pytania są retoryczne. Będziemy kisić się we własnym sosie i negatywnych emocjach. To będzie takie typowe listopadowe święto – smutne. Nie o to chodziło.

Po raz kolejny zawładną nim narodowcy?
Tak będzie. Ci, którzy rządzą, muszą zrobić poważny rachunek sumienia. Na szczęście będzie wiele obchodów lokalnych, bez narodowców. Tam, mam nadzieję, będzie inna, radosna atmosfera. To pokazuje także siłę lokalności i to, że ludzie na dole inaczej myślą i potrafią się bawić.

Dziwi się pan opozycji, że odmawia udziału w oficjalnych uroczystościach?
Nie dziwię się. Próbowałem raz przełamać ten schemat, przyjąłem zaproszenie Andrzeja Dudy i stawiłem się w Pałacu Prezydenckim. Teraz niektórzy się ze mnie podśmiewają. Nie przyniosło mi to wstydu, ale nie przyniosło także efektu. Uznałem więc obowiązujące realia.

Śmieszy pana inicjatywa ogłoszenia 12 listopada dniem wolnym od pracy?
To w sumie nic złego.

Śmiać się trzeba, ale przez łzy, z tego, w jaki sposób PiS traktuje swoich parlamentarzystów. Oni powinni przemyśleć sobie pewne rzeczy.

To było kolejne upokorzenie Pparlamentu, czyli miejsca, które kiedyś było ważne. Chwały im to nie przyniesie. A ludziom życzę po prostu, żeby się dobrze tego wolnego dnia bawili.

>>>

Ziobro dostał kopa w żyć i leci na śmietnik historii

Coraz więcej wskazuje na to, że w ostatecznym rozrachunku po kampanii wyborczej głównym winnym zostanie uznany minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jego wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności traktatu o funkcjonowaniu UE z polską ustawą zasadniczą w zakresie udzielania odpowiedzi na takie pytania prejudycjalne, jak te zadane przez Sąd Najwyższy został właśnie spektakularnie zaorany przez kolegę Ziobry z rządu Morawieckiego, a mianowicie szefa MSZ Jacka Czaputowicza.

Resort dyplomacji wysłał bowiem do Prezes TK Julii Przyłębskiej pismo, w którym rozbija w pył argumentację resortu sprawiedliwości, udziela, niczym uczniakowi, łopatologicznego wykładu z prawa europejskiego i jego statusu w polskiej przestrzeni publicznej a na koniec wbija także szpilę prezydentowi, stwierdzając wprost, że TSUE miał prawo zawiesić stosowanie kontrowersyjnych zapisów ustawy o Sądzie Najwyższym, a Andrzej Duda to zawieszenie ostentacyjnie zignorował.

Urzędnicy Jacka Czaputowicza bezlitośnie przypominają, że polski Trybunał Konstytucyjny nie ma kompetencji, by badać prawo unijne, które Polska przyjęła “jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE. Przypomniał także wyrok samego TK z 2015 roku, który już się w tej sprawie wypowiadał, a więc wiąże tę instytucję własnym orzeczeniem.

Jak pisze portal OKO.press, minister Czaputowicz nie zgadza się z interpretacją relacji pomiędzy unijnym prawem a polską konstytucją przedstawioną we wniosku Ziobry. Argumentuje, że:

  • kompetencje TK do badania konstytucyjności unijnych traktatów są niejasne, a według części badaczy powinny ograniczyć się tylko do traktatów akcesyjnych;
  • sam TK potwierdził, że nie bada konstytucyjności unijnych traktatów;
  • prawo UE jest specyficzne i może być traktowane inaczej niż typowe prawo międzynarodowe;
  • artykuł kwestionowany przez Ziobrę to część unijnego dorobku prawnego – zaakceptowaliśmy go z góry przystępując do UE.

„Głównym celem właściwości przyznanej Trybunałowi na podstawie art. 267 TFUE jest zapewnienie, by prawo Unii Europejskiej było stosowane w sposób jednolity przez sądy krajowe. Procedura odesłania prejudycjalnego ustanowiona w art. 267 TFUE jest instrumentem proceduralnym mającym istotne znaczenie dla zapewnienia spójnego stosowania i przestrzegania prawa Unii przed wszystkimi sądami krajowymi państw członkowskich” – możemy przeczytać w piśmie MSZ.

Komentarzy internautów w tej sprawie nie brakuje. Wielu interpretuje takie pismo szefa MSZ jako kolejny akt wojny, jaką z ministrem Ziobrą toczy premier Morawiecki.Ciekawe jest to, że tak bezpośredni atak na ministra sprawiedliwości przeprowadził akurat Czaputowicz, który w PiS wciąż jest traktowany jako ciało “obce” w PiS, a wiele miesięcy temu został nazwany przez lidera PiS “eksperymentem” na tym stanowisku. Z kolei zdaniem politologa z UW Olgierda Annusewicza, takie stanowisko MSZ to zapowiedź kolejnego przesilenia w obozie władzy.

>>>

Jedno jest jednak pewne. Komunikat z MSZ zdaje się zwiastować stopniowe wycofywanie się obozu władzy z walki o taki kształt Sądu Najwyższego, jaki przeforsowano kontrowersyjnymi ustawami i sześcioma nowelizacjami do nich. Być może prezes Kaczyński już wie, że cena ustępstw może być wysoka i być może będzie wymagała głowy głównego sprawcy tego konfliktu, czyli właśnie lidera Solidarnej Polski. Nic bowiem lepiej nie przekona wyborców centrowych, że PiS wcale nie chce “Polexitu”, jak pozbycie się z rządu osoby, która całą awanturę wokoł tej kwestii uruchomiła.

– Sądy mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości – powiedział dzisiaj wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik.

  • Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o uznanie za niekonstytucyjną regulację prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do TSUE
  • Zdaniem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wniosek został złożony bezpodstawnie. „TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania” – napisał szef MZS Jacek Czaputowicz
  • Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik nie ukrywa swojego zaskoczenia postawą MSZ. – Jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis – argumentuje Wójcik

Prokurator generalny Zbigniew Ziobro wniósł do TK o uznanie za niekonstytucyjną regulacji prawa europejskiego w zakresie dopuszczalności występowania przez polskie sądy z pytaniami do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawach dotyczących sądownictwa. Chodzi o ocenę konstytucyjności treści normatywnych zawartych w art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu UE, który dotyczy procedury pytań prejudycjalnych.

Wniosek Ziobry do TK to rozszerzenie poprzedniego jego wniosku z sierpnia br. Wówczas Ziobro skierował do TK wniosek dotyczący przepisów, na podstawie których Sąd Najwyższy na początku sierpnia br. zawiesił niektóre zapisy nowej ustawy o SN. Wtedy – na początku sierpnia – Kancelaria Prezydenta oświadczyła, że działanie SN, polegające na zawieszeniu stosowania niektórych przepisów ustawy o SN, nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec prezydenta ani jakiegokolwiek innego organu.

Do wniosku Ziobry odniosło się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, o czym poinformowała wczoraj wieczorem wyborcza.pl. W przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego stanowisku – zamieszczonym na portalu – wskazano, że polskie prawo nie przesądza w sposób jednoznaczny kwestii dopuszczalności kontroli konstytucyjnej aktów prawa pierwotnego UE (czyli unijnych traktatów – w tym przypadku jest to Traktat o funkcjonowaniu UE).

Wójcik: TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych

Szef MSZ stwierdza, że istnieją rozbieżne stanowiska prawników, czy TK ma prawo badać unijne traktaty, czy tylko traktat akcesyjny. Czaputowicz wskazuje jednocześnie, że zgodność traktatu o przystąpieniu Rzeczpospolitej do Unii Europejskiej z polską konstytucją została przez Trybunał Konstytucyjny stwierdzona w 2005 r. „TK uznał w tym wyroku, że nie jest upoważniony do dokonywania samoistnej oceny konstytucyjności prawa pierwotnego UE. Taka kompetencja służy mu natomiast wobec traktatu akcesyjnego jako ratyfikowanej umowy międzynarodowej” – napisano.

Decyzja KRS ws. postanowienia TSUE. Sędziowie: uwierzymy, jak zobaczymy, bo ta Rada straciła walor wiarygodności

Ponadto, w wyroku z 2005 r. – zauważa minister – TK badał już sprawę pytań prejudycjalnych i nie kwestionował wówczas zasadności ich zadawania. Artykuł, który ma zostać zbadany na wniosek Ziobry, to część norm prawnych, które zostały zaakceptowane, gdy Polska wchodziła do UE – wynika ze stanowiska.

„W związku z tym, że sądy krajowe stosując prawo unijne, są zobowiązane wykładać je w sposób autonomiczny, instytucja odesłania prejudycjalnego zapewnia jednolite stosowanie norm prawa UE i pozwala, jeśli nie wyeliminować, to z pewnością ograniczyć ryzyko rozbieżnej wykładni i w konsekwencji stosowania tych samych norm prawa UE w poszczególnych państwach członkowskich w odmienny sposób” – podkreślił Czaputowicz.

„Jeżeli TK może badać cały traktat, to może badać przepis”

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik powiedział w TVP1, że „jest bardzo zaskoczony stanowiskiem MSZ”. – Prokurator Generalny jest rzecznikiem interesu publicznego, stoi na straży praworządności. To oznacza, że kiedy jest stosowana pewna praktyka przez sądy, która budzi bardzo daleko idące wątpliwości, chodzi o składanie pytań prejudycjalnych dot. konkretnie ustroju wymiaru sprawiedliwości, to Prokurator Generalny nie tylko ma prawo, ale ma obowiązek sprawdzić, czy czasem w tym zakresie nie narusza to polskiej konstytucji – mówił.

Wójcik podkreślił, że sądy „mają prawo składać pytania prejudycjalne, ale nie w kwestii dotyczącej ustroju wymiaru sprawiedliwości”.

Ponadto wiceminister sprawiedliwości ocenił, że „jeżeli Trybunał Konstytucyjny może badać cały traktat, to może badać przepis”.

– Prokuratorowi Generalnemu nie chodzi o zmianę traktatu, czy zmianę polskiej konstytucji, jakiejkolwiek ustawy. Tu chodzi o pewną praktykę, która pojawiła się w ostatnich kilku miesiącach, kiedy sądy zaczęły składać pytania prejudycjalne dot. ustroju wymiaru sprawiedliwości – mówił wiceminister.

Wyrok na Ziobrę już zapadł? MSZ wymierza ministrowi sprawiedliwości siarczysty policzek.

PiS wziął się za produkcję kitu, aby kupić nim ciemny lud

>>>

Krystyna Pawłowicz jest już mężczyzną, skrzeczy jak pijany chłop i codziennie z rana się goli

Michał Karnowski nie może już patrzeć, jak media „znęcają się” nad Beatą Szydło. Według niego to zemsta za „niepodległość myślenia, uczciwość, rolę w zwycięskiej, przełomowej kampanii 2015 roku, pójście przeciw interesom oligarchicznych grup III RP, za skuteczne zatrzymanie wszystkich prób puczów i majdanów, za obronę dobrej zmiany naprawdę gorącym okresie”. Na Twitterze zwrócił się więc z pytaniem do kolegów partyjnych byłej pani premier – Czy pisowscy mężczyźni staną wreszcie w obronie swojej pani premier, czy też dają zgodę na takie medialne pałowanie?”.

Na zarzuty Karnowskiego odpowiedziała Krystyna Pawłowicz, która również dostrzega ten problem. Na własnej skórze przekonała się, jak wygląda wsparcie kolegów, gdy w jej „obronie po atakach Owsiaka też stanęła TYLKO nasza rzecznik Beata Mazurek. Kobiety pisowskie odważnie walczą obrażane i poniżane przez opozycję. A nasi kochani Koledzy nie bardzo reagują…Może w tv nie wypada…?”.

Na odpowiedź internautów nie trzeba było długo czekać. Jeden z nich pyta ironicznie, czy przypadkiem nie jest to „zarzut dla Jarka?”. Kolejny udowadnia, że rzeczywiście od panów z PiS nie należy oczekiwać zbyt wiele i na dowód wrzucił link do artykułu, w którym opisana jest historia bydgoskiego radnego, Rafała Piaseckiego, który terroryzował żonę, krzycząc do niej m.in. „Ciszej mów,ty pedale. Nie płacz kur..a, bo cię zaj…ię! Cały tydzień nic nie robisz leniu śmierdzący!”.

Pawłowicz żali się na kolegów, a jednak sama nie jest taka „korekt”. Komentująca jej post internautka pyta, „a która kobieta pisowska stanęła/wypowiedziała się nt. zamordowania Polki w Łodzi, gwałtów w Gdańsku i Zielonej Gorze, wy kobiety PiS milczycie… Niegodne to kobiet”.

Hm…a wyjaśnienie wydaje się proste. Kobiety PiS-u mają zdecydowanie więcej testosteronu od swoich partyjnych kolegów. To one rządzą, są bardziej wrzaskliwe, a pisowscy panowie, zdominowani przez swoje koleżanki, tylko w zaciszu domowym potrafią wyładowywać na najbliższych swoje frustracje. Jasne? Jasne….

Tak, Krystyna Pawłowicz nabywa krzepy na siłowni, nie tylko skrzeczy jak podpity chłop, ale z rana się goli. Widać to na każdym obrazku z jej osobą.

Kaczyński i jego pachołki okradają nas z władzy i wolności. Za ten zamach na ojczyznę należy im się wszystko, co najgorsze

Mateusz Morawiecki opublikował w kilku lokalnych gazetach, m.in. w „Gazecie Wyborczej” sprostowanie swoich słów dotyczących działań prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego w kwestii walki ze smogiem. To efekt wyroku, który zapadł we wtorek.

14 października, na tydzień przed wyborami samorządowymi, podczas konwencji PiS w Krakowie premier powiedział, że „poprzednicy, w tym ci, którzy rządzili tym miastem (Krakowem), nie zrobili nic lub prawie nic w walce ze smogiem”.

Jacek Majchrowski pozwał Mateusza Morawieckiego

Sprostowanie to efekt wtorkowej decyzji krakowskiego sądu, który uznał zażalenie prezydenta miasta Jacka Majchrowskiego. Sąd nakazał szefowi rządu sprostowanie wypowiedzi o smogu. Zdaniem sądu, nie była to opinia.

Było to drugie postanowienie sądu w tej sprawie. W pierwszej instancji sąd uznał, że wypowiedź premiera jest oceną, a nie stwierdzeniem faktu. Prezydent Krakowa odwołał się od tego postanowienia, a sąd wyższej instancji przyznał mu rację.

Premier musi opublikować sprostowanie również w TVP Info oraz Polsat News przed głównymi wydaniami programów informacyjnych tych stacji, czyli „Wiadomościami” i „Wydarzeniami”. Sprostowanie ma się ukazać również na profilu facebookowym Prawa i Sprawiedliwości.

Jacek Majchrowski 4 listopada powalczy ponownie o prezydenturę w Krakowie. W pierwszej turze wyborów samorządowych zdobył 45,84 procent głosów. Jego główna konkurentka – kandydatka PiS Małgorzata Wassermann – uzyskała wynik 31,88 procent.

To już kolejne sprostowanie, które musiał opublikować premier w tej kampanii wyborczej. Kilka tygodni temu Sąd Apelacyjny postanowił, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować swoją wypowiedź z 15 września na temat budowy dróg i mostów za czasów rządu PO-PSL. Przemawiając w Świebodzinie, premier zarzucił koalicji PO-PSL, że wbrew deklaracjom liderów tych partii, w czasie jej rządów, nie budowano dróg i mostów.

>>>

Tak wynika z 16-stronicowej opinii, którą Ministerstwo Spraw Zagranicznych pod kierownictwem Jacka Czaputowicza złożyło w Trybunale Konstytucyjnym. MSZ odrzuca całą argumentację Ziobry o niezgodności zapisów unijnego Traktatu z naszą Konstytucją.

„Nie ma podstaw, by Trybunał Konstytucyjny badał, czy składanie pytań prejudycjalnych do TSUE przez polskich sędziów jest zgodne z Konstytucją” – napisał Czaputowicz w piśmie do Julii Przyłębskiej. MSZ podkreśla, że TK już zajmował się tą sprawą i nie kwestionował zasadności zadawania pytań prejudycjalnych. A artykuł TSUE, o który pytał Ziobro, jest częścią norm prawnych, które Polska zaakceptowała, przystępując do Unii.

„Czaputowicz pisze w sprawie wniosku kolegi z rządu – Zbigniewa Ziobry – że badanie zgodności traktatów unijnych z Konstytucją jest bezzasadne. Czy to już jest ten moment gdy należy zaopatrzyć się w popcorn, bo podjazdowa wojna PMM z MZZ wyłazi spod dywanu?” – napisał na Twitterze Michał Broniatowski z „Politico”.

„I teraz wyobraźcie sobie tego biednego analityka w Brukseli, który musi przedstawić KE analizę strategii polskiej strony….”; – „Wystarczy, że wezmą psychiatrę”; – „Początek rozrachunków wewnątrzpartyjnych…? Przecież wiadomo, że Czaputowicz jest nasłany na kochanego naszego Ziobro miszcza świata wszystkich zer?” – komentowali internauci.

„Polska, akceptując postanowienia Traktatu Akcesyjnego, przyjęła acquis communautaire [dorobek prawny UE – red.], na które składało się nie tylko wypracowane orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości, ale także przepisy prawa
pierwotnego, w tym także ówczesny art. 234 TWE (obecnie art. 267 TFUE)” – czytamy w dokumencie opublikowanym na stronie TK.

Czaputowicz przypomniał, że w 2005 r. „Trybunał Konstytucyjny potwierdził zgodność z Konstytucją Traktatu Akcesyjnego, w tym ówczesnego art. 234 TWE [odpowiednik obecnego art. 267 TFUE]”.

Powinność zwrócenia się z pytaniem prejudycjalnym stanowi prawną konsekwencję przyjętych suwerennie zobowiązań międzynarodowych (wspólnotowych) państwa polskiego jako państwa członkowskiego Wspólnot i Unii Europejskiej

– dodał szef MSZ. Stwierdził również, że „Rzeczpospolita Polska zaaprobowała podział funkcji w ramach systemu organów Wspólnot i Unii Europejskiej”.

Minister wyjaśnił również, że pytania prejudycjalne mają „istotne znaczenie dla zapewnienia spójnego stosowania i przestrzegania prawa Unii przed wszystkimi sądami krajowymi państw członkowskich”.

Może minister Ziobro nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji tego, jak jego słowa mogą być wykorzystane przez naszych przeciwników. Ale niestety w polityce trzeba sobie zdawać sprawę z konsekwencji – mówi Adam Lipiński, wiceprezes PiS, pełnomocnik rządu ds. społeczeństwa obywatelskiego oraz pełnomocnik rządu ds. równego traktowania.

Justyna Dobrosz-Oracz: Panie ministrze, dlaczego pan się schował?

Adam Lipiński: W jakim sensie się schowałem?

Nie widać pana na pierwszej linii frontu. Nie chce być pan twarzą takiej rewolucji?

– Wie pani, ja nigdy nie miałem parcia na szkło, jak pani mogła zauważyć przez wiele lat pracy w mediach. No i kontynuuję tę linię, jestem konsekwentny. Ale poza tym są i inne kwestie, które biorę pod uwagę. Nie lubię takiej agresji w polityce. A niestety ta agresja jest coraz bardziej obecna. I chyba będzie coraz bardziej obecna, co mnie zraża.

To przytyk także do kolegów z PiS?

– To przytyk do tych, którzy się zachowują agresywnie.

A widzi pan takich w Prawie i Sprawiedliwości?

– Jeszcze raz powtarzam. To przytyk do tych, którzy zachowują się agresywnie.

Te wybory pokazały, że PiS ma z kim przegrać. Będzie teraz próba powrotu do PiS light?

– Rozumiem, że pani zadaje pytanie, czy powinniśmy się bardziej do centrum przesunąć. Te wyniki wyborcze pokazują, że jeśli chcemy zdobyć znacznie większe poparcie, niż mieliśmy, to musimy to zrobić. To jest oczywiste. Zresztą jest to bliskie mojej kondycji intelektualnej i psychicznej. Ja byłem prezesem Centrum Demokratycznego i Porozumienia Centrum. Więc chciałbym, żebyśmy się przesuwali do tego, co kiedyś nazywano centroprawicą. Teraz to jest mniej powszechne nazewnictwo.

Nacjonaliści i neonaziści przejęli w Polsce Święto Niepodległości. PiS, który udawał, że to jego „żołnierze”, musi się skonfrontować z faktem, że to nie on rządzi tym świętem.

Prezydent Andrzej Duda nie weźmie udziału w Marszu Niepodległości, na który wcześniej zaprosił polityków opozycji. To miał być symboliczny gest pokoju dla uczczenia stulecia odzyskania niepodległości. Wystąpili z nim też premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński: „Chcemy, żeby 11 listopada, w Święto Niepodległości, był jeden, wspólny, wielki marsz. Widzę siebie w takim marszu razem z tymi wszystkimi, którzy reprezentują istotne kierunki polityczne” – mówił Kaczyński w Polsat News. Choć w tym samym czasie ci sami politycy na potęgę obrażali polityków opozycji (nazywając „sitwą” – premier Morawiecki, „gebaczami”, z którymi zostaną tylko ludzie „najbardziej chorzy” – Kaczyński), prowokując ich tym do odmowy. Chcieli pokazać społeczeństwu, kto ponosi winę za konflikty i podziały i odtrąca rękę wyciągniętą do – choćby chwilowej – narodowej zgody.

Dużo było rozważania, czy politycy opozycji powinni przyjąć zaproszenie, czy nie, i jak wybrnąć z pułapki zastawionej przez PiS. Mariusz Janicki i Wiesław Władyka uznali (najnowsze wydanie POLITYKI), że powinni uczestniczyć, jeśli zostaną na równych prawach dopuszczeni do przemawiania.

Tymczasem świętować w Marszu Niepodległości nie chce już sam prezydent Duda, co ogłosił w poniedziałek jego rzecznik Błażej Spychalski. Wyjaśnił, że nie było pewności, czy na Marszu nie pojawią się „inne rzeczy” niż biało-czerwone flagi.

I tu jest pies pogrzebany. Bo prezydent zapraszał wszystkich na imprezę, której organizatorem nie jest. Marsz Niepodległości od początku swego istnienia jest marszem nacjonalistów, neofaszystów i kiboli. Politycy mogą się tam wprosić, ale nie oni ustalają zasady.

Marsz Niepodległości zainicjowali Młodzież Wszechpolska i ONR. Był marginalną imprezą, dopóki – od 2010 r. – PiS nie zaprzągł go do swojej tożsamościowej propagandy. Stał się pochodem armii, którą PiS mógł mieć na swoje rozkazy. Jego liczebnością mierzono siłę ideową ówczesnej prawicowej opozycji. Miał być miarą sprzeciwu wobec idei równości, tolerancji i otwartości. Alternatywą dla tych idei miał być ksenofobiczny patriotyzm. Środowiska lewicowe i równościowe organizowały kontrdemonstracje i blokady. W reakcji uczestnicy Marszu podpalali: a to wóz transmisyjny TVN, a to budkę strażnika przy rosyjskiej ambasadzie, a to squot. Na co w 2011 r. prezydent Bronisław Komorowski zareagował (wymierzonym w kontrmanifestacje) projektem ustawy, która zakazywała dwóch zgromadzeń w tym samym miejscu. Dając pięć lat potem asumpt PiS do uchwalenia ustawy o uprzywilejowanych „zgromadzeniach cyklicznych”, których do tej pory zarejestrowano dwa: Marsz Niepodległości i miesięcznice smoleńskie (z tych ostatnich prezes PiS już zrezygnował – po kontrdemonstracjach Obywateli RP).

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości zagraniczne media określiły jako „przemarsz 60 tys. neonazistów”, cytując transparenty: „Wszyscy równi, wszyscy biali”, „Europa tylko dla białych”, „Czysta krew”, „Biała siła”.

Uczestnicy Marszu kopali, szarpali, opluwali 15 kobiet, które w proteście siadły na trasie marszu. Wsparła ich kierowana przez rząd prokuratura, uznając, że działali powodowani zrozumiałym gniewem. Umorzyła sprawę, a kobietom postawiła zarzut przeszkadzania w legalnym zgromadzeniu.

Na imprezę o takiej tradycji politycy PiS zaprosili polityków opozycji. Sami zresztą od kilku lat w niej nie uczestniczą, bo mimo zapewnień, że to marsz „rodzinny”, nie chcą się tłumaczyć, że nie widzieli rasistowskich haseł i nie słyszeli okrzyków.

Prezydent Duda też w ostatniej chwili zdezerterował – i słusznie.

Za swoich rządów PO-PSL usiłowały stworzyć alternatywę dla Marszu. Prezydent Komorowski robił własny przemarsz „Razem dla Niepodległej” – „szlakiem pomników bohaterów narodowych zasłużonych dla niepodległości”. Przemarsz wypadał blado wobec dziesiątek tysięcy nacjonalistów. Podobnie jak defilady wojskowe przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

Prawda jest bowiem taka, że nacjonaliści i neonaziści przejęli Święto Niepodległości. PiS, który udawał, że to jego „żołnierze”, musi się skonfrontować z faktem, że to nie on rządzi tym świętem. Skonfrontować w bolesny sposób, bo na stulecie odzyskania niepodległości.

Śmiać się, bo aktualna władza – najbardziej ze wszystkich dotychczasowych – jest skupiona na celebrze. Trwają prace nad nową wersją orła białego, kilkaset tysięcy złotych idzie na to, żeby orzeł był jednolity, taki sam w MON i dajmy na to w MSZ, papierowy i internetowy. Trwają wytężone prace nad kolejnym dniem wolnym od pracy. Samoloty zostały przemalowane w barwy narodowe. Jacht przemalowano jak trzeba, ale kto nim pływa? Defilada największa w historii, chociaż każdemu wiadomo, że siły zbrojne kuleją, a ich genialny reformator Macierewicz został przeniesiony z frontu na głębokie tyły. Pomniki rosną jak grzyby po deszczu. Kwiaciarnie nie mogą nastarczyć wieńców. Pedagogika dumy triumfuje nad pedagogiką wstydu. Jak nie capstrzyk, to hejnał, a z nieba leci konfetti. Obchody gonią obchody (choć ciśnie się bardziej sztubacki rym…).

Wydawałoby się, że stulecie odzyskania niepodległości to wymarzona okazja dla prezydenta, polityków, wojska, dyplomacji, straży pożarnej, wszystkich patriotów. Tymczasem oglądamy komedię pomyłek, żeby nie powiedzieć: farsę. Prezydent, który wyraźnie lubi ceremoniał i widzi siebie jako ojca narodu, czuje się na zmianę tym, który łączy, i tym, który dzieli. Raz tańczy kujawiaka, raz unosi się w gniewie i jest „niezłomny”. Przed setną rocznicą zamarzyło mu się, że będzie kroczył w pierwszym szeregu marszu jedności, jak gdyby na czele narodu.

Ponieważ jednak narodowcy w pochodzie potrafią wołać: „Zdejmij jarmułkę – podpisz ustawę” i nieść rasistowskie transparenty, a w sprawie ich poprzedniego marszu śledztwo trwa już rok (biedacy z policji i prokuratury nie mogą ustalić sprawców), trzeba było zadbać o tło, na jakim pokaże się głowa państwa. Tło, które nie pojawi się na ekranach i na pierwszych stronach gazet zagranicznych, tendencyjnie wyolbrzymione przez antypolskie media. Zamiast pokazywać rodziny z dziećmi, zagraniczne telewizje i TVN wyławiają pojedyncze przypadki ogolonych na zero ryczących troglodytów, którzy skandują: „Śmierć wrogom ojczyzny”, „A na drzewach zamiast liści…” i „Precz z komuną”.

Prezydent, który był akurat w nastroju jednoczącym, zapowiedział, że pójdzie w marszu narodowców, i zaprosił Polki i Polaków do wspólnego marszu jedności, wierząc w swojej naiwności (aczkolwiek ciśnie się słowo dosadniejsze), że organizatorzy, czyli Stowarzyszenie MN, Młodzież Wszechpolska, ONR i diabeł wie, kto jeszcze, grzecznie się posuną, zrobią miejsce, a narodowcy wszelkiej maści schowają na ten dzień swoje kły.

W tym celu, jak się okazuje, miał miejsce szereg spotkań pomiędzy prezydenckim przedstawicielem, ministrem spraw wewnętrznych, marszałkiem Senatu a organizatorami marszu, czyli narodowcami w całej swojej krasie. Prezydent chciał, żeby uczestnicy marszu nieśli tylko biało-czerwone sztandary, szturmówki itp. Patriotyczna młodzież nie mogła tego zagwarantować, a nawet gdyby mogła (bo że mogła, to jest oczywiste), toby nie chciała, bo musi swoje powiedzieć „ciapatym”, „platformersom”, „pedałom”, „komuchom” i innym.

Niepowodzenie rozmów władzy z narodowcami pokazuje, kto tu rządzi, zwłaszcza kto rządzi ulicą. I do czego prowadzi pobłażanie IV RP dla nacjonalistów, szowinistów i bandytów, którzy uciekają się do przemocy, malują szubienice i biją się z policją. A rząd traktuje ich jak partnerów do rozmów!

Pójścia w takim pochodzie odmówili Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski, aż w końcu zrejterował sam prezydent Andrzej Duda, który jeszcze dzień wcześniej zapraszał wszystkich do marszu jedności (z narodowcami) i widział siebie na czele, a znalazł się w ogóle poza marszem. W sumie prezydent Duda się ośmieszył, maszerował i nie maszerował, tak jak nie podpisał i podpisał ustawy „okołosądowe”, jak opowiadał bzdury o unijnych żarówkach i o „wyimaginowanej wspólnocie”. Program obchodów stulecia odzyskania niepodległości, wobec fiaska głównego marszu, klecono na kolanie do dziś – dokładnie w takim bałaganie, jaki towarzyszy powstawaniu ustawy o dniu wolnym 12 listopada.

Za co Stwórca nas tak pokarał?

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Proszę wskazać mi rządzącego jakimkolwiek krajem, który ma zaświadczenie sądowe, iż jest kłamcą i to dwukrotnym!

U premiera rządu polskiego Mateusza Morawieckiego wszystko szwankuje. Beata Szydło ze słynnym sukcesem 1:27 była godna politowania, ale on? Morawieckiemu nawala nawet największy kicz patriotyczny – triada „Bóg, honor, ojczyzna”.

Zajmijmy się tylko honorem. Czy Morawiecki może być brany pod uwagę, jako osoba dysponująca swoim honorem? Na przykład taki Mariusz Kamiński ma jeden wyrok – trzech lat więzienia – choć został ułaskawiony, to nikt przy zdrowym moralnych zmysłach nie uzna go za osobę godną zaufania publicznego.

Ale na Kamińskiego prawo zagięło parol tylko raz, lecz Mateusz Morawiecki w tej materii jest lepszy. Ma dwa orzeczenia sądowe w trybie wyborczym, z których wykładni prawnej wysnuć można jedno twierdzenie, iż jako polityk posługuje się kłamstwem. Proszę wskazać mi rządzącego jakimkolwiek krajem, który ma zaświadczenie sądowe – akt najwyższej rangi jurydycznej – iż jest kłamcą i to dwukrotnym.

Morawieckiemu przysługuje zatem nomenklatura recydywisty. Skłamał więcej niż raz i to na przestrzeni niewielkiej cezury, bo obecnej kampanii wyborczej. Recydywa najwyższej władzy wykonawczej zdarza się w republikach bananowych, lecz nie w kraju Unii Europejskiej, w kraju, który do niedawna przedstawiany był jako przykład dla innych.

Morawiecki nie tylko siebie poniżył jako osoba publiczna, ale nas, w imieniu których sprawuje funkcję premiera. Czyżbyśmy mieli przyjąć do wiadomości, że plucie nam w twarz to padający deszcz, mżawka słabego charakterologicznie premiera?

A może Morawiecki powinien podać się do dymisji? Jak napisałem szwankuje u niego triada patriotyczna, w tym honor. Można się zastanawiać, jak tym razem wybrnie ta osoba, dla której obcy jest kodeks honorowy. Nie wspominam o Kodeksie Boziewicza, bo byłbym jednym z pierwszych, który przedarłby się przez kordon ochroniarzy i rzucił osobnikowi Mateuszowi Morawieckiemu rękawiczką w twarz i zadysponował: stawaj do obrony swojej czci!

Czy Morawiecki wyśle do telewizji kobietę, która – jak poprzednio – dyszkantem przeczyta przeprosiny za jego kłamstwo, że dróg za poprzednich rządów się nie budowało? Teraz chodzi o kłamstwo, iż władze Krakowa nie walczyły ze smogiem. Sprostowanie ma pojawić się na antenach TVP Info i Polsat News przed głównymi wydaniami serwisów informacyjnych, ponadto na głównej stronie profilu PiS na Facebooku oraz w „Gazecie Krakowskiej”, „Dzienniku Polskim” i „Gazecie Wyborczej”.