Archiwa tagu: Bartosz Węglarczyk

Pożar w burdelu trolli

Więcej >>>

Trolling to specjalność PiS, taki był też hejt w ministerstwie Ziobry. Każde ministerstwo rządu PiS ma takie komórki do walki z „totalną” opozycją.

Xerofas

„Wszyscy o nich słyszeli. Nikt nie wie, jak naprawdę działają na Facebooku i Twitterze. Ja wiem. Przez pół roku byłam trollem” – tymi słowami zapowiada kolejne „trzęsienie ziemi” w internecie jedna z autorek artykułu „Największa znana polska farma trolli bierze państwowe dotacje. Pracowała m.in. dla TVP [ŚLEDZTWO NEWSWEEKA]” – opublikowanego na stronie internetowej newsweek.pl

Jak u Hitchcocka – „najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie”. „Fałszywe konta na Twitterze i Facebooku czyszczą wizerunek prezesa TVP, prowadzą kampanie wyborcze politykom, lobbują na rzecz firm zbrojeniowych. Docierają do milionów odbiorców. Współfinansuje ten biznes państwowy fundusz. Tropy z farmy trolli prowadzą do podejrzanego o korupcję Bartłomieja Misiewicza” – rozpoczynają spektakularnie artykuł Katarzyna Pruszkiewicz, Julia Dauksza, Konrad Szczygieł oraz Wojciech Cieśla.

Jako się rzekło, jak amerykańskich filmach, dziennikarka pod przykryciem wchodzi w struktury firmy by od środka sprawdzić rządzące nią mechanizmy. Wysłała CV i dostała się na trzymiesięczny okres próbny. Na początku współpracy otrzymała…

View original post 500 słów więcej

 

Czy Banaś skończy w pierdlu?

Platforma Obywatelska złożyła wniosek do Krajowej Administracji Skarbowej z pytaniem, czy Marian Banaś nie zaniżał wysokości podatków w czasach, gdy był właścicielem kamienicy na krakowskim Podgórzu, w której wynajmowano pokoje na godziny. Jednocześnie posłowie opozycji domagają się pełniej informacji odnośnie do postępowań ABW i CBA wobec szefa NIK-u. Ich zdaniem służby musiały wiedzieć o działaniach Banasia bądź on te informacje zataił.

Posłowie opozycji tłumaczą, że Marian Banaś jako wysoki funkcjonariusz państwowy, członek rządu PiS i szef administracji skarbowej, musiał wypełniać ankietę bezpieczeństwa osobowego. To na jej podstawie ABW dokonuje dokładnego sprawdzenia pod kątem wydania certyfikatów do klauzuli “ściśle tajne”. Marian Banaś już jako wiceminister musiał taki certyfikat posiadać.

– Ta ankieta zawiera bardzo szczegółowe informacje dotyczące rodziny sprawdzanego, majątku oraz informacje dotyczące kwestii potencjalnych kontaktów czy też zainteresowania daną osobą przez wywiad obcego państwa i świat przestępczy – tłumaczył Marcin Kierwiński z PO-KO.

Kto mówi nieprawdę

– Marian Banaś musiał być sprawdzony przez ABW. Pytamy się, jakie były efekty tego sprawdzenia? Czy Marian Banaś zataił informację o tym, komu wynajmuje kamienicę? Czy wpisał informację o tej kamienicy? – pytał Kierwiński.

Zdaniem posłów opozycji możliwe są dwa warianty. Albo Marian Banaś zataił informację, albo ABW dokonała sprawdzenia w sposób nierzetelny, urągający przyzwoitości. – Trudno sobie wyobrazić, aby tak nieprofesjonalnie działały służby. Chyba że chodzi o to, że jest specjalny parasol ochronny nad Marianem Banasiem – podkreślił Marcin Kierwiński.

Czy Banaś oszukiwał, płacąc podatki?

Posłowie opozycji domagają się też informacji od Krajowej Administracji Skarbowej, czy kamienica Mariana Banasia nie była wynajmowana po zaniżonej cenie w stosunku do wartości rynkowej czynszu.

Sam Marian Banaś przyznał, że kamienicę wynajmował po zaniżonej wartości.

– To oświadczenie prezesa Banasia wygłoszone w jednym z mediów jest przyznaniem się do winy. Jest stwierdzeniem, że unikał płacenia podatków w wysokości wynikającej z przepisów – uważa Jan Grabiec.

– Jeśli ktoś zaniża wartość najmu nieruchomości, uszczupla dochody państwa z tego tytułu. To skandal. Minister finansów i szef Krajowej Administracji Skarbowej nie może być osobą, która unika płacenia podatków, która oszukuje państwo i oszukuje innych podatników – dodał.

Sprawa Banasia

Marian Banaś, wybrany głosami PiS-u na szefa Najwyższej Izby Kontroli, na skutek reportażu “Superwizjera” TVN zapowiedział, że uda się na bezpłatny urlop do czasu wyjaśnienia sprawy. W środę okazało się, że na urlop uda się dopiero w piątek, wcześniej chce wymienić wszystkich wiceprezesów NIK-u.

Kmicic z chesterfieldem

Nielogiczne? Nie martwcie się. Jeżeli PiS wygra wybory, to takie informacje nie będą Was więcej niepokoić. Po prostu nie będzie miał kto o tym informować. #wolneMedia

Jachira: Zdaję sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra

– Zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki takim osobom jak ja, Kaczyński przegra. Muszę [być pewna siebie], bo gdybym w to nie wierzyła, to bym tego nie robiła. Wszystko co robię, to robię to, w co wierzę – stwierdziła Klaudia Jachira w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Prowadzę bardzo aktywną kampanię. Codziennie jestem na ulicy. Cały czas rozmawiam z ludźmi i naprawdę wierzę w to, że my jesteśmy w stanie wygrać i uważam że tylko mocny przekaz, który pokazuje całą obłudę obecnej władzy… Po prostu marzę o wolności, o tym, żeby każdy w moim, naszym kraju mógł żyć tak, jak chce – dodała.

Jachira: Gombrowicz też byłby hejtowany tak…

View original post 2 010 słów więcej

 

Kaczyński z Polski robi Rosję

Kmicic z chesterfieldem

Wieść o niedzielnym pobiciu księdza w zakrystii szczecińskiej bazyliki obiegła opinię publiczną lotem błyskawicy. Prawicowe media i TVP podniosły raban, że sprawcy chcieli wykraść szaty liturgiczne, gdyż chcieli odprawić “homoseksualny ślub”. Ksiądz miał im zagrodzić drogę, odmówić wydania szat, za co został przez chuliganów dotkliwie pobity. Obrażenia były na tyle poważne, że wymagały interwencji chirurgicznej.

Okazuje się jednak, że napadnięty ksiądz Aleksander Ziejewski stanowczo zaprzeczył wersji zdarzeń, którą usilnie próbują lansować TVP i cały szereg prawicowych portali.

Mianowicie, pobity duchowny w rozmowie z dziennikiem Fakt stwierdził, że: “Nie mogę tego potwierdzić, niczego takiego nie słyszałem”. 

Okazuje się zatem, że po raz kolejny kłamliwa narracja mediów narodowych zostaje z dziecinną łatwością obnażona, zaś wszystko wskazuje na to, że ksiądz został napadnięty przez chuliganów, którzy nie mają nic wspólnego z tak znienawidzonym przez władzę środowiskiem LGBT.

Dla przypomnienia TVP jak i prawicowe media opublikowały relację rzekomych świadków zdarzenia, z których…

View original post 1 532 słowa więcej

 

Grozi nam scenariusz grecki

Prof. Witold Orłowski był gościem Bartosza Węglarczyka w programie Onet Rano. Ekonomista mówił o polskich finansach.

Xerofas

Zanim jeszcze program rodzina 500+ doczekał się realizacji, wielu polityków oraz ekonomistów straszyło, że gospodarka tego nie udźwignie. Po wprowadzeniu pierwszego etapu programu, w ramach którego wsparcie objęło wszystkie rodziny, które mają dwójkę i więcej dzieci, wspierając jednocześnie pierwsze dziecko przy zachowaniu kryterium dochodowego, gospodarka jednak nie tąpnęła.

Cały proces nie jest jednak taki prosty. Po pierwsze prawdziwy ciężar dla budżetu i co za tym idzie – dla całej gospodarki, będzie widoczny po latach.

Rząd PiS nie poprzestał jednak na początkowej wersji programu, wprowadzając od lipca 2019 r. wsparcie również na pierwsze dziecko, bez względu na poziom dochodów w danej rodzinie. Do tego dochodzi tzw. “trzynasta emerytura” a także obniżenie wieku emerytalnego.

Rząd zapewnia oczywiście, że zależy mu na dobru Polaków. Problem w tym, że wskaźniki wydatków na świadczenia społeczne wiodą nas ku losowi Grecji i Wenezueli, gdzie nastąpiło całkowite załamanie gospodarek oraz kryzys na niespotykaną dotychczas skalę.

Od początku…

View original post 812 słów więcej

 

Emerytury będą obcinane o 50 procent

Były działacz pierwszej Solidarności Henryk Sikora na temat polityki rozdawnictwa rządu PiS.

Kmicic z chesterfieldem

Festiwal pisizmu trwa w najlepsze. Zatrzęsienie głupoty nigdzie nie było w historii tak intensywne. Mistrzowie świat i wszechrekordziści.

Gdy myślisz, że w kontekście posłanki Pawłowicz nic cię już nie zaskoczy, kontrowersyjna fighterka PiS powraca w wielkim stylu. W tle zamach wrogów Polski na Bogu ducha winne dziecko jednego z sędziów.

Scenariusz na nowy film Vegi

Patryk Vega ma już gotowy scenariusz na film o polskich politykach. Szkoda! Dlaczego? Bowiem Pawłowicz mogłaby być jego muzą. Jej nowy tweet jest popisem… no właśnie, piszący te słowa nawet nie wie, do końca czego:

Z „podanego dalej” przez posłankę tweeta dowiadujemy się, że ktoś odkręcił ponoć koło w samochodzie sędziego Dariusza Drajewicza. Samochodem transportowane było dziecko prawnika, więc w świecie Pawłowicz był to zamach właśnie na nie. Co więcej, Krystyna Pawłowicz, niczym genialny detektyw, błyskawicznie znalazła winnych całej sytuacji. Nie jest nowością, że odpowiedzialnością za całe zło tego świata posłanka obarcza opozycję i wolne…

View original post 940 słów więcej

 

Eliza Michalik ofiarą właściciela Polsatu, który pochodzi z Zadupia intelektualnego, ale przeprowadza się do Kaczej Wólki

Superstacja nie będzie zajmować się polityką ani zapraszać polityków do programów publicystycznych. Ta nagła decyzja zaskoczyła pracowników telewizji, a Eliza Michalik rozstała się już z nadawcą.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zareagował na zmiany w telewizji Superstacja. Władze Polsatu, które są właścicielem telewizji, zdecydowały o wyrzuceniu z ramówki programów politycznych.

Morawiecki notorycznie kłamie, czy jest tylko idiotą, wierzącym w swoje dyrdymały?

Lawinę nieprzychylnych opinii ściągnął sobie na głowę premier Mateusz Morawiecki, po rozmowie, jaką odbył w Davos z  amerykańską telewizją CNN.

Na sugestię reportera stacji Richarda Questa, iż obecnie Polska jest  postrzegana na świecie jako państwo zmierzające w kierunku autorytaryzmu – co widać na przykładzie podejścia rządu do mediów – szef polskiego rządu zareagował emocjonalnie:

„Chyba żartujesz, Richard. Chyba, żartujesz. Teraz chyba żartujesz. Nie, nie, nie!”- mówił wzburzony Morawiecki.

Wyjaśniając z kolei sedno sporu rządu w Warszawie z Komisją Europejską, dowodził, iż  trwa on wciąż dlatego, że część komisarzy go upolitycznia. Przekonywał, że polskie władze dokonały już zmian w prawie, które zostały uzgodnione z komisją.

Zaznaczył przy tym, że Polska wprowadza reformy i dąży do tego, aby system sądowniczy działał tak dobrze, jak w wielu innych krajach europejskich.

Ponadto zwrócił uwagę reporterowi CNN, że w takich krajach jak w Niemcy czy Austria politycy mają o wiele większy wpływ na sądownictwo niż w Polsce, a to nasz kraj jest krytykowany w UE

Po prostu: „nasi przyjaciele z Europy Zachodniej nie rozumieją, jakie zmiany zachodzą w Europie Środkowej, gdyż byli po dobrej stronie żelaznej kurtyny, a my byliśmy po złej”- tłumaczył Mateusz Morawiecki amerykańskiej CNN.

Mateusz Morawiecki to jednak obleśny człowiek.

Depresja plemnika

W nawiązaniu do zaproszenia na spotkanie szef KPRM Michał Dworczyk rozesłał do klubów informację, czego konkretnie mają dotyczyć te rozmowy. Chodzi o zmiany legislacyjne przygotowane w resortach: zdrowia i sprawiedliwości. Zmiany te mają – jak pisze Dworczyk w liście do szefów klubów – „ograniczyć możliwość powtórzenia się gdańskiej tragedii”.

O czym premier chce rozmawiać z szefami resortów

Szef KPRM referuje w liście, że resort sprawiedliwości zaproponował trzy zmiany:

  1. Chce zaostrzenia odpowiedzialności prawnokarnej w przypadku przestępstw najcięższej kategorii: w stosunku do najpoważniejszych przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i wolności seksualnej, w stosunku do zorganizowanych grup przestępczych oraz za przestępstwa popełniane z niskich pobudek, np. nienawiści.
  2. Dodatkowo w przygotowanej przez ministra Ziobrę nowelizacji Kodeksu karnego zaproponowano zmianę dyrektywy sądowego wymiaru kary w taki sposób, aby wskazać w nim wprost okoliczności, które sąd ma wziąć pod uwagę przy wymiarze kary (np. niskie pobudki czynu, nienawiść). Okoliczności te będą miały wpływ na karę wymierzoną przez sąd.
  3. Ziobro proponuje również poszerzenie…

View original post 2 527 słów więcej

Kler sam sobie gotuje los – puste kościoły

Świat obiegła wieść o twardej, smutnej i tragicznej rzeczywistości. Nie tylko fakt znęcania się wielu duchownych nad dziećmi ale także wieść o zakłamanej, niszczącej Kościół hipokryzji tych biskupów i ich współpracowników, którzy skrzętnie ukrywali przestępców, tuszowali prawdę i po prostu udawali (i robią to nadal), że nic się nie stało.

I nagle doszło do eksplozji. Gdzieś, w ciemnym zaułku Kościoła Powszechnego ogłoszono, że próba pokazania rzeczywistości życia pewnej części duchownych jest równa propagandzie Józefa Goebbelsa,ministra propagandy i oświecenia publicznego w rządzie Adolfa Hitlera, zbrodniarza wojennego.

Oniemiałem. Od kilku lat próbuję pokazać, że w tym ciemnym zaułku Kościoła, metody propagandy, socjotechniki czyli manipulowania ludźmi doprowadzone zostały do perfekcji, przewyższającej czasy terroru nazistowskiego. Współautorami tego brutalnego prania mózgów są bez wątpliwości przedstawiciele Konferencji Biskupów.

Przed laty wmówiono duchownym i wiernym, że są jedynymi, najwierniejszymi katolikami na świecie. Przekonano wiernych i opinię publiczną, że biskupi i kapłani polscy to chodzące anioły, których mądrość i szlachetność obyczajów są niepodważalne. No i niezwykle patrioci. W końcu patriotyzm stał się podstawową cechą wiary chrześcijańskiej – i to tylko jeden patriotyzm, ten obowiązujący w Polsce narodowo-katolicki czyli nacjonalizm.

W drugim etapie „jak gwiazdka z nieba” spadł biskupom Polski z Niemiec, ks, Tadeusz Rydzyk, skażony niemieckim nacjonalizmem oraz ideologią amerykańskiego guru, LaRoche. Od tego momentu wyrafinowana technika manipulowania człowiekiem oparta została o dwa filary: o nacjonalizm i narodowy katolicyzm.

Szczytową formą manipulowania człowiekiem jest zaangażowanie w zewnętrznej pobożności, opowiadanie się po stronie Boga i Jego Miłości, żeby w tej samej chwili, po zdobycia zaufania ludzi, namawiać ich do wszelkiego rodzaju nienawiści. W tym celu są używane niektóre ambony, przede wszystkim tzw. katolickie media społeczne. Z drugiej strony media reżymowe korzystają z ej samej metody – wspieramy Boga i Kościół a więc jesteśmy wiarygodni. Uwierz naszym kłamstwom, bo my kłamać nie możemy. Podobnie zresztą czynią islamiści w swoich meczetach.

Największym zwycięstwem Kościoła w Polsce jest wykorzystanie szczerej wiary ludu do zbudowania ostoi populizmu politycznego, którą jest państwo PiS i całej tzw. prawicy. Wola zbudowania państwa rządzonego według woli kleru jest ideałem państw muzułmańskich. I każdy wie, do czego to prowadzi.

Z tej perspektywy zadanie o tym że film „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss” z czasów terroru nazistowskiego, stanowi obrazę zarówno dla Żydów jak dla Polaków. Teraz już wiemy skąd bierze się PiSowska metoda odwracania kota do góry nogami, czynienie ze sprawcy ofiary.

Klechy sami sobie gotują los – puste kościoły.

Depresja plemnika

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie…

View original post 3 067 słów więcej

Rydzyka nie chcą w Kanadzie, bo sieje nienawiść i wyciąga łapy po szmal

„W Kanadzie jesteśmy otwarci na tematy wiary, wolności osobistych i praw człowieka, jednak ta wymiana poglądów musi być pełna szacunku i obejmująca wszystkich. Niestety, komentarze ojca Rydzyka i jego gości radiowych często mają oparcie w nietolerancji. Moim zdaniem, w niektórych przypadkach wyraźnie przechodzą w mowę nienawiści” – stwierdził w rozmowie z onet.pl Thomas Lukaszuk, były wicepremier kanadyjskiej prowincji Alberta. Ten pochodzący z Polski polityk i biznesmen od wielu lat angażuje się w działania na rzecz praw człowieka i walczy o lepszy los emigrantów.

Więcej >>>

Kilka miesięcy temu, kiedy Tadeusz Rydzyk wizytował kanadyjskie miasta, Lukaszuk głośno przeciw temu protestował. Prosił biskupa Calgary, aby zapoznał się z życiorysem redemptorysty i rozważył, czy tego typu duszpasterz jest odpowiednim gościem. Zdaniem Lukaszuka, Polonia kanadyjska to jedno z ważnych źródeł finansowania przedsięwzięć Rydzyka.

Niedawno po przeczytaniu cytowanej w mediach Rydzyka wypowiedzi europosła z listy PiS Marka Jurka, który stwierdził, że Kanada stoi na czele rewolucji przeciwko rodzinie, wierze i wychowaniu chrześcijańskiemu, Lukaszuk postanowił zintensyfikować wysiłki, które zaowocowałyby zakazem wjazdu dla redemptorysty. – „Przekazałem cytaty ojca Rydzyka oraz niektórych gości Radia Maryja kanadyjskiemu ministerstwu spraw zagranicznych, a także kilku organizacjom zajmującym się mową i aktami nienawiści” – powiedział Onetowi Thomas Lukaszuk. Wprawdzie Kanada zniosła wizy dla Polaków w 2008 r., ale w niektórych przypadkach władze mogą odmówić wjazdu do tego kraju.

Rydzyka nie chcą w Kanadzie – i słusznie. To potwór, który sieje nienawiść i wyciąga lepkie łapy po szmal.

Depresja plemnika

Uwierzycie? Teraz przebrali się z narodowych w pelerynki europejskie. Polska PiS jako bijące serce Europy. To propagandowy bubel trzylecia.

View original post 2 107 słów więcej

Morawieccy – ojciec i synuś okrutnie umoczeni. O debacie warszawskiej, klerze i pisowszczyźnie

Politycy PiS o zdradę i zaprzaństwo zwykle oskarżają swoich przeciwników. Opozycja to targowica, a sędziowie cierpią na ojkofobię. Nie zdarzyło się jednak, by zarzut takiego kalibru polityk PiS postawił ministrowi pisowskiego rządu.

Antoni Macierewicz, były minister obrony i ciągle wiceprzewodniczący partii, powiedział, że szef MSZ prof. Jacek Czaputowicz, „zamiast wspierać interes narodowy i bezpieczeństwo Polski, wspiera bezpieczeństwo Niemiec i sojuszu niemiecko-rosyjskiego”.

Poszło o słowa Czaputowicza wypowiedziane tydzień temu podczas dyskusji w Fundacji Batorego. Szef polskiej dyplomacji podkreślał, że Niemcy mimo coraz ostrzejszego sporu z UE o praworządność „widzą potrzebę i chęć rozwijania stosunków z Polską”. – Będziemy bronić Niemiec, jeśli będą one niesprawiedliwie traktowane np. przez USA. Musimy bronić zasad i obowiązuje nas solidarność – powiedział.

Niemcy a polska racja stanu

Trzy lata temu podobne słowa uznane by zostały za truizm. Utrzymywanie dobrosąsiedzkich relacji z Niemcami dla wszystkich rządów było racją stanu. Tak jak konieczność udzielenia partnerom w UE solidarnej pomocy. Rządy PiS – ten z poprzedniej dekady i ten obecny – uznały, że stosunki z Niemcami można złożyć na ołtarzu narodowej propagandy: współpracę ograniczyć i szczuć na sąsiada. Antyniemiecka propaganda w przekazach partii i podporządkowanych jej mediów osiągnęła poziom z epoki Gomułki. Wówczas jednak Polska mogła się obawiać zachodnioniemieckich rewizjonistów, a RFN w sensie wojskowym i politycznym był naszym przeciwnikiem. Dziś z Niemcami jesteśmy w NATO i UE.

Lobbysta aresztowany w aferze GetBacku trzyma gdzieś w charakterze polisy dwa nagrania z udziałem ojca premiera. Mają dowodzić, że Morawiecki senior obiecywał państwową pożyczkę dla pogrążonej w kryzysie spółki windykacyjnej.

Niedziela, 15 kwietnia 2018 r., lobbysta Piotr B. telefonuje do prezesa GetBacku Konrada Kąkolewskiego. Mówi, że jest w warszawskim hotelu Marriott na spotkaniu z Kornelem Morawieckim, ojcem szefa rządu. Na dowód przesyła Kąkolewskiemu zdjęcie. Informuje, że pożyczka 200 mln zł dla GetBacku jest załatwiona. Kąkolewski puszcza rozmowę na głośnik i ją nagrywa. Nagrywa też Piotr B.

Nie znamy treści tego nagrania. Według informatorów związanych z Kąkolewskim, który im to zrelacjonował, lobbysta podczas rozmowy w hotelu przekazał telefon Morawieckiemu seniorowi. On zaś miał potwierdzić, że pożyczkę załatwił.

Następnego dnia GetBack wydaje słynny komunikat o tym, że PKO BP oraz Polski Fundusz Rozwoju dofinansują spółkę taką właśnie kwotą. Ale kilka godzin później bank i PFR zdecydowanie dementują tę informację. Wybucha skandal, Kąkolewski traci stanowisko, giełda zawiesza notowania GetBacku.

Premier Mateusz Morawiecki lubi w swoje wypowiedzi wtrącać różne – nie zawsze celne – dygresje. Jedna z nich, o radzeniu sobie z wilkami, wprawiła w osłupienie dyrektora Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Premier Mateusz Morawiecki spotkał się w tym tygodniu z pracownikami Biebrzańskiego Parku Narodowego. Krótki film z jego wystąpienia zamieszczono na stronie Kancelarii Premiera na YouTube, ale to nie opowieści szefa rządu o tym, jak w przeszłości „zasadzał się a łosie”  w parku, zwracają uwagę.

Podczas wystąpienia warto przyjrzeć się postaci za premierem, czyli dyrektorowi Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzejowi Grygorukowi. Wszystko po to, by zobaczyć minę, jaką robi człowiek dbający o park narodowy, gdy premier przechodzi do opowieści o wilkach.

– Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało. Ale, mniejsza z tym, myślę, że z waszą pomocą z wilkami sobie też poradzimy – powiedział Morawiecki. A dyrektor BPN zrobił wielkie oczy – dosłownie. Czy przeraziła go wizja „poradzenia sobie z wilkami”? Tego się pewnie nie dowiemy.

Warto za to przypomnieć, że dyrektor BPN dał się poznać jako obrońca dzikich zwierząt. Portal OKO.press opisywał w ubiegłym roku jego pismo do ówczesnego ministra środowiska Jana Szyszki, w którym sprzeciwił się odstrzałowi łosi na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

W 21 miastach Polski zawisły billboardy z pytaniem „Polska państwem wyznaniowym?”. To element kampanii społecznej Fundacji Wolność od Religii, która uważa, że w Polsce mamy do czynienia z postępującą klerykalizacją.

„Jej celem jest zwrócenie uwagi opinii publicznej na ten problem. Coraz częściej zdarza się, że władze przedkładają interes hierarchów kościelnych nad prawa i wolności obywatelskie. Polska zmierza w niebezpiecznym kierunku: autorytarnego państwa wyznaniowego” – mówi „Gazecie Wyborczej” Dorota Wójcik, szefowa fundacji.

>>>

Jako przykłady podaje m.in. zrezygnowanie przez rząd PiS z finansowania procedury in vitro czy ograniczanie pełnego dostępu do antykoncepcji. – „Dzieciom i młodzieży odmawia się prawa do rzetelnej edukacji seksualnej. Na lekcjach religii, nauczanej za pieniądze publiczne, zamiast tolerancji uczy się dzieci homofobii oraz lekceważenia i braku szacunku dla ludzi o odmiennych poglądach. Wymusza się katechizację, utrudniając dostęp do lekcji etyki” – dodaje Wójcik.

W Rzeszowie na jednym z billboardów pod hasłem „Polska państwem wyznaniowym?” nieznany sprawca napisał „won do Izraela”. Zdjęcie zdewastowanego plakatu umieścił internauta z facebookowej grupy mieszkańców Rzeszowa. – „Polska Jagiellonów była wielonarodowa, wieloreligijna i przetrwaliśmy jako naród wiele trudnych wieków. Dokumentujmy nietolerancję, publikujemy jej przejawy. Wytykajmy nietolerancję w życiu codziennym. Bądźmy uwrażliwieni na nietolerancję” – napisał internauta.

Złożenie legitymacji partyjnej przez Patryka Jakiego trwało tyle, ile wczorajsza telewizyjna debata kandydatów na prezydenta Warszawy. Na jej początku zadeklarował on, że rezygnuje z członkostwa w Solidarnej Polsce. Dla przypomnienia – to nieznane szerszej publiczności ugrupowanie założył Zbigniew Ziobro i ma ono znikome poparcie w sondażach. Jest za to w „koalicji” z PiS i kanapową partią Jarosława Gowina.

Jaki po zakończeniu debaty, podczas której zrzekł się członkostwa w SP, wsiadł do autokaru… z napisem „PiS”. – „Bezpartyjny Patryk Jaki i jego środek lokomocji.  Tradycyjna hatakumba” – napisała blogerka Obserwator XY i dołączyła zdjęcie rzeczonego autokaru.

Inni internauci też komentowali tę „bezpartyjność” Jakiego. – „Odjechał autokarem PiS, zrezygnował z SP i zapisał się do PiS. Tak wygląda bezpartyjność Pana Jakiego. NIEWIARYGODNY do bólu”; – „Rzucił legitkę Solidarnej Polski, pojechał odebrać nową od PiS :)”; – „Kwintesencja „autentyczności” Jakiego”; – „Jeszcze trochę, a Patryk Jaki powie, że Ziobro nie zna, a Kaczyńskim brzydzi się”; – „Słabiutko wygląda taka deklaracja, a potem odjazd autokarem z wielkim logiem PiS w otoczeniu pisowskich funkcjonariuszy”.

Trudno też na poważnie przyjąć deklaracje o jego bezpartyjności, skoro Jaki nieustająco pojawia się w towarzystwie pisowskich ministrów i obiecuje, że jeśli wygra, Warszawa dostanie rządowe dotacje.

Rafał Trzaskowski wygrał debatę warszawską >>>

Oczywiście już sam tłum kandydatów (czternastu) mocno przeszkadzał w zaprezentowaniu ich poglądów, programów, charakterów i zdolności argumentowania. Jednak gwoździem do trumny Debaty Warszawskiej okazał się zbyt krótki czas odpowiedzi na poszczególne pytania. 45 sekund nie pozwalało sformułować żadnej myśli, żadnego argumentu, zachęcało wyłącznie do recytacji hasłowych obietnic lub zaczepiania wybranego przez siebie przeciwnika.

Jak wyglądała Debata Warszawska? Zobacz relację

Katastrofą okazały się też pytania zadawane przez prowadzących debatę dziennikarzy trzech największych polskich telewizji. Szczególną łatwizną były pytania otwarte (na oścież), w rodzaju „czego jest w Warszawie za dużo?” i „czego jest w Warszawie za mało?”.

Korwin-Mikke trafia w punkt

Zobaczyliśmy przy tej okazji, że nieco już przygasła gwiazda Janusza Korwin-Mikkego, pierwszego polskiego oryginalnego populisty, który w tego typu medialnym chaosie dawał sobie kiedyś radę najlepiej. Dwadzieścia lat temu, pojawiając się w różnych „studiach otwartych”, Korwin-Mikke zdecydowanie wyprzedzał epokę, która dziś nadeszła. W Debacie Warszawskiej prześcignęli go jednak w jego własnej dyscyplinie – oryginałów, którzy prezentują się jako jedyni wyraziciele zdrowego rozsądku – zarówno Marek Jakubiak z Kukiz ’15, jak też Paweł Tajno reprezentujący komitet wyborczy równie oryginalny, jak jego lider.

Jednak to Janusz Korwin-Mikke trafił w punkt, kiedy po wypowiedzianym z ogromnym nadęciem pytaniu redaktor Edyty Lewandowskiej z TVP S.A., które brzmiało „do kogo kierują państwo swój program wyborczy, czy do Warszawiaków z krwi i kości, czy do obywateli, którzy urodzili się poza stolicą”, powiedział (ryzykując wyłączenie mikrofonu, albo nawet wyproszenie ze studia): „kolejne idiotyczne pytanie reżimowej telewizji”.

Poza ekstremistami, uczestnicy debaty podzielili się na dwie podstawowe grupy. Pierwsza składała się z Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego reprezentujących dwa największe ugrupowania i prowadzących w Warszawie zarówno kampanię lokalną, jak też ogólnopolską. Druga grupa kandydatów akcentowała swoją „lokalność” i „bezpartyjność”, zachęcając dość rytualnie do „zakończenia polsko-polskiej wojny”.

Patryk Jaki poniżej oczekiwań

Patryk Jaki w tej akurat debacie wypadł poniżej oczekiwań. Kwestie napisane dla niego lub zaaranżowane przez specjalistów od PR-u wygłaszał i odgrywał wyjątkowo sztucznie. Szczególnie nienaturalnie wypadła jego „publiczna rezygnacja z przynależności do partii”, żeby także stać się wyłącznie „bezpartyjnym kandydatem lokalnym”. Jaki w swoim nie tak długim życiu zdążył się już zapisać do PO, by szybko wypisać się z niej i zapisać do PiS, po czym wypisać z PiS-u, a od wielu miesięcy wraz ze swoim politycznym patronem Zbigniewem Ziobro próbuje do PiS-u wrócić, bo PiS znowu rządzi. W tej sytuacji Rafałowi Trzaskowskiemu łatwo było odpowiedzieć na propozycję Jakiego, żeby on także wypisał się z Platformy Obywatelskiej, słowami: „ja nie wstydzę się swojej partii, tak jak swojej wstydzi się Patryk Jaki”.

Kandydat rządzącej prawicy parokrotnie powrócił także do bardzo nieudanego argumentu, że tylko jemu rząd da pieniądze na inwestycje w Warszawie. „Pieniądze rządu” są pieniędzmi polskiego państwa, pochodzącymi z podatków wszystkich polskich obywateli. Powtarzanie, że PiS uważa te pieniądze za własność swojej partii, to błąd, który jednak Patryk Jaki postanowił w swojej kampanii powtarzać.

Trudna rola Rafała Trzaskowskiego

Rafał Trzaskowski miał w tej debacie do odegrania najtrudniejszą rolę – centrysty, reformisty, człowieka, który nie wstydzi się kilkunastu lat rządów Platformy Obywatelskiej w Warszawie. I pragnie korekty tam, gdzie wszyscy inni obiecują przełom. Prowadził tę linię konsekwentnie, nawet jeśli nie dawała mu ona w tej debacie wyraźnej przewagi. Jedynym jego błędem było zbyt częste odnoszenie się do Patryka Jakiego. Trzaskowski nie jest mistrzem walki wręcz czy pojedynków w błocie, więc nie były to zaczepki specjalnie udane. Tracił w ten sposób cenne sekundy, w czasie których mógł choćby wyskandować kilkanaście dodatkowych obietnic, tak jak robili to inni kandydaci.

Spośród reprezentantów lewicy zdecydowanie najlepiej zaprezentował się Andrzej Rozenek. Wyraźne akcentowanie lewicowej wrażliwości społecznej, odcinanie się od prawicy i centroprawicy potrafił połączyć z polityczną odpowiedzialnością. Pokazał, że jest przedstawicielem lewicy prodemokratycznej, który – w przeciwieństwie do Jana Śpiewaka atakującego w tej debacie wyłącznie Platformę Obywatelską i Rafała Trzaskowskiego – nie będzie pomagał PiS-owi niszczyć demokracji w Warszawie i w Polsce. Rozenek wykorzystał nawet swoje 30 sekund „prawa do riposty” nie na finalną autopromocję, ale na wyliczenie wszystkich fałszywych zagrań Patryka Jakiego. Na przypomnienie kompletnego braku wiarygodności obietnic kandydata prawicy, który w rządzie PiS robi i mówi rzeczy zupełnie sprzeczne z tym, co obiecuje bardziej liberalnym mieszkańcom Warszawy. To był też jedyny moment, kiedy przedstawicielka TVP S.A., nazwanej całkiem trafnie przez Korwin-Mikkego „reżimową telewizją”, wyszła z roli arbitra i zaczęła bronić Patryka Jakiego mówiąc, że „kandydat wielokrotnie już na te zarzuty odpowiadał”. Lęk przed wyrzuceniem z pracy jest u dziennikarzy telewizji Jacka Kurskiego większy, niż lęk przed zawodową autokompromitacją.

Reszta kandydatów rozgrywała strategię „jesteśmy kandydatami spoza dwóch głównych partii, nie chcemy w Warszawie polityki partyjnej”. Jednak jedyną osobą, której się ta strategia udała, był Jacek Wojciechowicz. Starał się w każdej swojej odpowiedzi znaleźć choćby kilka sekund (więcej czasu nie było), aby wysłać sygnał, że jest pragmatykiem, znającym się na rządzeniu Warszawą, który także pragnie jakiegoś rodzaju kontynuacji polityki miejskiej Hanny Gronkiewicz-Waltz. Sam tę politykę przecież przez wiele lat realizował jako wiceprezydent Warszawy. Słuchając tych wypowiedzi można było jedynie żałować, że czysto personalny konflikt Wojciechowicza z panią prezydent Warszawy podzielił elektorat liberalnego centrum w sytuacji, kiedy każdy głos jest potrzebny do tego, żeby uratować miasto. Ale niestety, rozsądek w polskiej polityce bardzo często rozbija się o personalia.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o pisowskiej demokracji.

W ramach tej pisowskiej demokracji policja wyłapuje protestujących, ciąga po komisariatach, by wymierzyć im karę, bo każdy, kto występuje przeciwko tej władzy, będzie rozliczony.

W polityce istne szaleństwo. Nie ukrywam, że czekam niecierpliwie na ciszę wyborczą, bo mój intelekt powoli przestaje już cokolwiek przyjmować i dosłownie pada na twarz. Jednak kampania kampanią, ale i poza nią są sprawy, obok których nie można przejść obojętnie. Ot, chociażby ranking demokracji, opracowany już po raz trzeci przez ekspertów niemieckiej Fundacji Bertelsmanna. W grupie 41 państw OECD i UE Polska spadła aż o 29 miejsc i zajmuje teraz 37 lokatę. To największy spadek, jaki odnotowano od 2011 roku. Za nami już tylko Rumunia, Meksyk, Węgry i Turcja. Brawo my?

Co ciekawe, obecna władza na każdym kroku karmi nas informacją, że polska demokracja wręcz kwitnie. Jarosław Kaczyński wciąż podkreśla, że „Nie uchybiliśmy demokracji, realizujemy to, co jest istotą demokracji, bo ona nie może polegać na manipulacji”. No tak, według niego bowiem, podważanie polityki PiS to ewidentne naruszenie demokracji, a przecież władza jest demokratyczna, gdy spełnia obietnice wyborcze, więc w czym problem? Do swoich „mądrości życiowych” dorzuca jeszcze stwierdzenie, że w demokracji nie liczy się łamanie Konstytucji i prawa UE i dodaje, że przecież mamy demokrację, bo pozwalamy protestować ludziom w koszulkach z napisem „Konstytucja”. Czyli wszystko jasne. Gdyby ktoś pytał „o miarę wolności i demokracji w Polsce i Europie, to jesteśmy w czołówce, a ja nawet bym zaryzykował, że na pierwszym miejscu”. Tako rzecze prezes PiS i tak właśnie jest.

W podobnym tonie wypowiada się Andrzej Duda. W orędziu, wygłaszanym przed Zgromadzeniem Narodowym, mówił, że „Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji programu. Spełnianie zapowiedzi jest obowiązkiem względem obywateli. Podważanie tych zasad jest sprzeczne z podstawami demokracji przedstawicielskiej. Podmywa fundamenty parlamentaryzmu”. Na zarzuty łamania Konstytucji twierdzi z całą odpowiedzialnością, „że w Polsce wszystkie przemiany odbywają się zgodnie z polską Konstytucją”. Zapewnia, że „Demokracja w Polsce czuje się bardzo dobrze. Polskie sprawy są wreszcie prowadzone w dobrym kierunku”. Nie ma też nic przeciwko pojawianiu się na spotkaniach z nim osób protestujących, bo „mają prawo, żyjemy w demokratycznym państwie; jest wolność słowa, wolność zgromadzeń, można wyrażać swoje poglądy”. Jakoś zapomniał tylko wspomnieć, jakimi inwektywami obrzuca opozycję uliczną i jakim tańcem reaguje jego żona na obecność jego oponentów.

Zasady demokracji ma też w małym paluszku premier Mateusz Morawiecki. Jest przekonany, że „jesteśmy jednym z krajów najbardziej doświadczonych w budowaniu demokracji i nikt nie musi nas uczyć, czym jest demokracja; my doskonale to wiemy” i właśnie teraz, „gdy powiew prawdziwej wolności i głębokiej demokracji dotarł do Polski, nie pozwólmy, by został on zatrzymany”. Nawet porównał stan naszej demokracji z Węgrami, Bułgarią, Rumunią i Czechami, które „pełne korupcji (…), chce mi się śmiać i płakać”.

Politycy PiS wycierają sobie usta demokracją na okrągło i chyba wierzą w to, co mówią, a ja zastanawiam się, gdzie oni byli, gdy w szkole omawiano demokrację. Wagarowali czy też zajęci byli podrywaniem koleżanek? A może po prostu jeszcze wtedy nie wiedzieli, że znajomość tematu przyda im się, gdy zechcą w swoim dorosłym życiu zająć się polityką? Jest wśród nich wielu prawników, politologów, socjologów i historyków. Przepraszam, ale też kończyłam studia przed 1989 rokiem i jednak dobrze pamiętam zajęcia o systemach ustrojowych, tak więc tłumaczenie, że wtedy o tym nie nauczano bądź nauczano źle to po prostu farsa. Czyli to nie wina uczelni, ale kiepskich studentów. A może oni świetnie znają zasady demokracji, ale wiedzą, że lud nie wie, o co chodzi, więc można mu wmówić każdą głupotę?

No i mamy właśnie teraz to, co mamy. Pisowskich strażników demokracji, wciskających nam kit, jak jest wspaniale, wreszcie jest wspaniale, jakim wzorem dla wszystkich powinna być polska demokracja. I w ramach tej dojrzałej demokracji policja wyłapuje protestujących, szarpie nimi, a potem ciąga po komisariatach i sądach, by wymierzyć im karę, bo każdy, kto występuje przeciwko tej władzy, będzie rozliczony.

Również w ramach demokracji zamyka się usta opozycji parlamentarnej, nakłada na nią kary za niewłaściwe, podług pisowskiego marszałka, zachowanie czy wypowiedzi, organizuje się nocne obrady Sejmu, by wykończyć polityków pozostałych partii zwykłym, ludzkim zmęczeniem. Z budynku polskiego parlamentu tworzy się twierdzę nie do zdobycia, Straż Marszałkowską zaopatruje się w ostrą broń, wprowadza nowe przepisy, ograniczające pracę dziennikarzy, bo nie mają oni prawa zakłócać prywatności posłów w Sejmie. Najnowszy projekt regulaminu Sejmu zakłada, że marszałek będzie mógł całkowicie zablokować wejście dla osób tzw. niepożądanych. Niepożądanych, czyli tych, którzy nie pieją peanów na cześć obecnej władzy.

Trzeba przyznać, że bardzo „zgodne” z zasadami demokracji jest oddanie w ręce Ziobry polskiego sądownictwa. Politycy PiS udają, że nie ma czegoś takiego w demokracji jak trójpodział władzy, a sędziów, którzy ośmielili się wydać wyroki nie po myśli rządzącej partii, należy ścigać i karać, karać, karać… . Czyha na nich rzecznik dyscyplinarny oraz komisje dyscyplinarne i zrobią oni wszystko, by tych niepokornych przywrócić do pionu. Pod ich lupą jest już sędzia Sławomir Jęksa, który śmiał uniewinnić Joannę Jaśkowiak, żonę prezydenta Poznania, za słowa „jestem wk***ona”. Jest też sędzia Tuleya czy sędzia Żurek. Ich winą jest wierność prawu i Konstytucji.

W zasadach pisowskiej demokracji mieszczą się też słowa ministra Glińskiego, który obiecuje, że po wyborach samorządowych w kulturze zawita cenzura. Koniec więc z niewygodnymi spektaklami, wystawami czy filmami typu „Kler”. Demokratycznie wybrana władza nie pozwoli na takie bezeceństwa.

Demokratyczna władza nie da też kasy samorządom, gdy wybory wygrają ci inni. Nie będzie mostów w Warszawie, inwestycji w województwach niepokornych. A co… wolno jej, bo tak właśnie pojmuje demokrację. Dorzućmy jeszcze nawracający temat repolonizacji mediów, pisowską edukację historyczną, obietnice Ziobry, skierowane w Kielcach do opozycji ulicznej: – „Nie jesteście nadzwyczajna kasta, będziecie siedzieć”.

Kto uważnie słuchał na lekcji WOS-u, ten wie, że demokracja kieruje się siedmioma zasadami.
To zasada suwerenności narodu, pluralizmu, podziału władzy, państwa prawa, konstytucjonalizmu i praworządności, przedstawicielstwa oraz ograniczonych rządów większości. Kto zna te zasady, świetnie wie, że PiS po prostu kłamie, wciska ludziom ciemnotę. Pamiętajmy o tym 21 października, dobrze?

Waldemar Mystkowski pisze o Polexicie, który cały czas się dokonuje.

To bynajmniej nie jest śmieszne. Polska wypisuje się z obowiązującego prawa w Unii Europejskiej, drobnymi kroczkami jesteśmy z niej wyprowadzani, rzec można: bezboleśnie. Na Radzie UE przyjmowany był roczny raport dotyczący kwestii praw człowieka. Reprezentujący Polskę zastępca Zbigniewa Ziobry Łukasz Piebiak zablokował dokument. Zgłosił do niego weto ze względu, iż była mowa o obronie praw mniejszości seksualnych.

Stanowisko PiS polegało w tym wypadku na wykręcie – mianowicie domagano się ujęcia w raporcie obrony praw katolików. W głosowaniu padł słynny już wynik 1:27. Instytucje unijne nauczyły się obchodzić szerokim łukiem „chorego człowieka Europy”. Raport po prostu został opublikowany jako raport prezydencji Rady, którą w tym półroczu sprawuje Austria.

Nie dość, że zrażamy do siebie innych, to jesteśmy traktowani, jak zarażeni, zadżumieni. Jeden z dyplomatów postawę Polski pisowskiej nazwał jako „haniebną”. Wykluczenie naszego kraju będzie polegało właśnie na takim kordonie sanitarnym kruczków, jak publikacja pod innym instytucjonalnym pretekstem. Działania polityków PiS spotykają się z ostracyzmem, nie są brani pod uwagę, nie są dopraszani do dyskusji.

Nas nie trzeba będzie relegować z Unii, nie potrzeba będzie żadnego Polexitu. Po prostu najważniejsze traktaty unijne, czy to z Maastricht, czy z Schengen będą poprawiane albo renegocjowane, ale Polski jako strony się nie uwzględni. Pewnego dnia obudzimy się, a granice będą zamknięte, zaś pan prezes PiS zaserwuje nam mowę zamiast Teleranka: „Drodzy rodacy, wrogie nam siły…”.

Z kolei Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (instytucja nieunijna) przyjęło rezolucję, w której wzywa Rosję do zwrotu Polsce wraku samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Co z tego wynika? Niewiele, acz będzie bita piana jako sukces dyplomacji PiS. Rosja rezolucję potraktuje w swoim stylu, uzna, czy jej się opłaca przyjęcie jej bądź odrzucenie. Złom smoleński w Polsce uznany zostałby za relikwie i mógłby spowodować powrót traumy smoleńskiej, w której pielęgnowaniu – wsadzania palca w ranę – mistrzem jest Antoni Macierewicz, który z miejsca „wybuchnął” radością i nadał rezolucji formę fake-newsa.

Macierewicz napisał na Twitterze m.in.: – „Raport potwierdza stanowisko Polski, że samolot rozpadł się w powietrzu”. Same krętactwa. Otóż Zgromadzenie Rady Europy przyjęło rezolucję na podstawie raportu, a nie sam raport, dzieło zresztą ekspertów prawa międzynarodowego, a nie specjalistów od katastrof smoleńskich. Nigdzie nie ma mowy o żadnym rozpadzie w powietrzu (o żadnych wybuchach), tylko jako dowodzie materialnym, który po 8 latach powinien był oddany Polsce. Tyle.

Mateusz Morawiecki jest mistrzem wpadek, gdyby takich nie miał, uznałby, że dzionek jest stracony. Nie dziwię mu się, bo jego szefem gabinetu politycznego jest Marek Suski. Muszą się tylko podszkolić w szkole aktorskiej i mogą w wersji polskiej zastąpić Jima Carreya i Jeffa Danielsa i zagrać w rodzimym remake’u „Głupi i głupszy”.

Nie wiem, którym jest Morawiecki – tym pierwszym czy drugim, ale minę ze zdumienia, jaką zrobił dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego Andrzej Grygoruk nazwać można wytrzeszczem aż do wypadnięcia gałek ocznych z oczodołów. Grygoruk mógł nie wrócić z twarzą do właściwej mu fizis, gdy usłyszał z ust Morawieckiego: – „Podobno ostatnio coraz więcej jest wilków w naszych lasach. Ja się zaczynam troszeczkę bać wtedy, jak dużo by tych wilków się nazbierało”.

Wytrzeszcz dotyczy nie tylko Grygoruka, bo demokraci w kraju dostają go dzień w dzień po wystąpieniu tego „głupiego” bądź „głupszego”. Nie dość, że Morawiecki nie ma wiedzy, iż wilki są pod ścisłą ochroną, to mu się pomyliły Lasy Państwowe z parkami narodowymi. Taki z Morawieckiego komediant, niestety naraża nas na ciągły wytrzeszcz.