Archiwa tagu: Andrzej Sadoś

Śrubokręty PiS, czyli świry

Rebloguję tylko stare teksty Mystkowskiego. Tyle, to nie jest złamanie ciszy wyborczej.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły.

Jarosław Kaczyński nie gardzi żadną manipulacją ani kłamstwem. Na finiszu kampanii samorządowej słupki poparcia dla PiS spadły, zatem PiS stosuje sprawdzone chwyty z poprzednich kampanii. Spot wyborczy o imigrantach przypomina ostrzeżenia prezesa sprzed trzech lat o cholerze, pierwotniakach i pasożytach.

Dla dobra pisowskiej sprawy jego najważniejsi nominowani do ubiegania się o fotele prezydenckie wypierają się PiS. Ani Patryk Jaki oficjalnie nie przyznaje się do partii Kaczyńskiego, ani Małgorzata Wassermann. Św. Piotrowi kur zapiał trzy razy, faworyci Kaczyńskiego najwyżej dwa razy usłyszą kukuryku i to pod warunkiem, że wejdą do drugiej tury, a potem jak w staropolskim powiedzeniu: „myślał kogut o niedzieli (wyborczej), a w sobotę (w ciszy wyborczej) łeb mu ucięli”.

Był taki moment, że prezes starał się w demokratycznych procedurach sięgnąć po wymarzony fotel prezydenta RP, ale nie pomogła mu nawet żałoba po bracie, gdy…

View original post 1 136 słów więcej

Reklamy

Srebrna – złoty interes Kaczyńskiego

O spółce Srebrna pisano już wielokrotnie. Jej historia sięga lat 90-tych, kiedy to Kaczyński założył Porozumienie Centrum i wymyślił Fundację Prasową Solidarności. Kiedy w 1990 r Sejm zlikwidował koncern RSW Prasa – Książka – Ruch, Fundacja przejęła „Express Wieczorny”. Niby wygrała przetarg, ale sam Kaczyński nie ukrywa, że ówczesna władza nieco pomogła.

W 1993 r. Fundacja sprzedała gazetę szwajcarskiej spółce Marquard Media za 2,59 mln zł. Pozostają jednak nieruchomości RSWPrasa – Książka – Ruch, na których Fundacja uwłaszczyła się, kupując je bez przetargu, w czym pomogła jej ustawa Glapińskiego, dzisiaj szefa Narodowego Banku Polskiego, oczywiście z rekomendacji PiS.  W rękach Fundacji znalazło się więc 20 tys m. kw. Gruntów i tyle samo powierzchni w biurowcach na warszawskiej Woli. Stopniowo, owe nieruchomości zostały wprowadzone do nowych spółek i fundacji i z całej Fundacji Prasowej Solidarność pozostał ostatecznie  tylko parking na podwórku między dawną redakcją „Expressu Wieczornego” a siedzibą partii przy Nowogrodzkiej

Spółkę Srebrna założył Jarosław Kaczyński już w połowie lat dziewięćdziesiątych.  Jej kapitał zakładowy to dzisiaj 11,8 mln zł. Prawie 100% udziału ma w niej Instytut im. Lecha Kaczyńskiego, w którego radzie zasiada prezes Kaczyński. Spółka zlokalizowana jest na Woli, u zbiegu ulic Srebrnej i Towarowej.

Teoretycznie spółka Srebrna idzie swoją drogą, a PiS swoją, jednak związki personalne pomiędzy nimi są bardzo ścisłe. Jej prezesem jest Małgorzata Kujda, żona obecnego prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, a w zarządzie znajduje się też przyjaciółka prezesa Janina Goss i Jacek Cieślikowski, warszawski radny PiS, terenowy asystent Kaczyńskiego. W radzie nadzorczej znalazło się też miejsce dla kuzyna prezesa Grzegorza Tomaszewskiego i jego asystenta oraz kierowcy Jacka Rudzińskiego.

Gdy Partia Centrum znalazła się poza Sejmem, Srebrna dała schronienie i pozwoliła przeczekać złe czasy m.in. Markowi Suskiemu, Adamowi Lipińskiemu, Ludwikowi Dornowi, Krzysztofowi Tchórzewskiemu i Wojciechowi Jasińskiemu. Wszyscy oni w odpowiednim momencie wrócili do polityki, zajmując eksponowane stanowiska.

Dzisiaj Srebrna płaci za ochronę prezesa, pokrywa koszty czynszu za willę, w której mieści się Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jest też powiązana kapitałowo z wydawcami „Gazety Polskiej Codziennie” i tygodnika „Gazeta Polska” Tomasza Sakiewicza.

2 lutego 2018 r. rada Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego wydaje zgodę na „podjęcie przez zarząd Fundacji czynności związanych z realizacją przedsięwzięcia deweloperskiego przez spółkę Srebrna”. Na obszarze 5,4 tys. m kw., gdzie znajduje się zabytkowa fabryka Kotłów, ma powstać potężny wieżowiec. Na rozkręcenie tej inwestycji spółka przeznacza 350 tys. zł. Pod dokumentem podpisali się Jarosław Kaczyński i Krzysztof Czabański.

Wieżowiec ma liczyć 190 m wysokości, 49 pięter i prawie 100 tys. m kw. powierzchni. Mają się w nim znaleźć sale konferencyjne, hotel, apartamenty, „sky bar” na ostatnim piętrze. Tutaj również ma mieć swoją siedzibę Instytut im. Lecha Kaczyńskiego.

Szacowany koszt przedsięwzięcia to 800 mln – 1 mld zł, a zająć ma się tym spółka Nuneaton, zakupiona przez Instytut i Srebrną.

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” wysłali do Srebrnej pytania, na jakim etapie jest projekt biurowca, czy są już wszystkie niezbędne zezwolenia, na kiedy planowane jest rozpoczęcie prac, czy PiS przeniesie tutaj swoją siedzibę i jaki jest koszt tej inwestycji. Odpowiedź jest króka i zwięzła – „Zarząd Spółki Srebrna nie posiada żadnych pozwoleń na budowę inwestycji przy ul. Srebrnej 16, choć wniosek o wydanie decyzji o warunki zabudowy został złożony w 2015 roku, co można w ramach staranności i rzetelności dziennikarskiej sprawdzić w organach Miasta. Spółka Nuneaton nie prowadziła i nie prowadzi żadnej inwestycji przy ul. Srebrnej 16. Pozostałe pytania w tej sytuacji są całkowicie chybione i bezprzedmiotowe”.

Zastanawiam się nad jednym. Wiadomo, że od listopada 2014 roku spółka Srebrna próbuje negocjować warunki zabudowy w warszawskim ratuszu i do tej pory były to działania bezskuteczne. Wydaje się więc, że jedyną szansą na zrealizowanie planów postawienia biurowca w tak atrakcyjnym miejscu jest zmiana prezydenta stolicy i zdobycie większości w radzie miasta. To kolejny więc powód tak zaciętej walki o stolicę.

Kaczyński z kumplami buduje w Warszawie PIS-tower, wieżowiec za miliard. Czy jest w Polsce ktoś inny, kto tak się na polityce uwłaszczył? Po 30 latach walki Kaczyńskiego z patologiami III RP, okazało się, że w wielkiej patologii sam tkwi po uszy.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

W rolach głównych tym razem wystąpili Zbigniew Ziobro i ambasador w Brukseli Andrzej Sadoś.

Dzień świstaka ponoć zdarza się raz na rok, ale jego charakterystyką jest powtarzalność i może trwać bardzo długo, jeżeli nie potrafimy sobie z nim poradzić. W Polsce dzień świstaka trwa circa 3 lata. Dzień świra – wiadomo, dzień w dzień, acz natężenie świrowania jest różne. Dzisiaj 17 października 2017 przeżywamy dzień śrubokręta, który najzgrabniej podsumował Donald Tusk, bo to on symbolicznie został zaatakowany śrubokrętem.

Najpierw wieść gruchnęła, że Zbigniew Ziobro używa śrubokręta, aby jak najszybciej odkręcić Polskę od Unii Europejskiej, bo tym jest skierowanie wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. A to znaczy, iż minister sprawiedliwości i prokurator generalny pyta o potwierdzenie, iż w Polsce nie obowiązuje prawo unijne, więc nie trzeba go przestrzegać, ani nie jest nadrzędne…

View original post 1 122 słowa więcej

Nienawiść PiS – broń, którą kierują wobec nas

Oto czym się różni Platforma od PiS.

Na plaży w Kątach Rybackich prezes Jarosław Kaczyński łopatką wkopał w prasłowiański piasek biało-czerwony kołek. Przekaz był jasny. Taki biało-czerwony kołek to kołek w oko naszym wrogom. Symbolizuje naszą wolność, suwerenność i nasze aspiracje. I ten kołek, to nie jest nasze ostatnie słowo.

W filmie „Miś” Stanisława Barei (niesłusznie uważanym za komedię, choć w istocie jest traktatem polityczno-filozoficznym, służącym za podstawę programową obecnej władzy) jest słynna scena przyznania głównym bohaterom paszportu. Dwójka mocno podstarzałych już dzieci w rytm mazurka przekazuje położone na tacy paszporty, a urzędnik stanu cywilnego recytuje wiersz o miłości do Polski i polskim antracycie. Ta uroczystość ma być elementem „nowej świeckiej tradycji”.

Nigdy nie zapytałem scenarzystę filmu – Stanisława Tyma – czy do napisania tej sceny inspirowały go autentyczne zdjęcia z „Dziennika TVP” (współcześnie to takie „Wiadomości”, wtedy jednak po bloku: „jak kwitnie kraj po rządami PiS” nie było bloku informacji „jak zła jest totalna opozycja, która sprowadzi uchodźców”). W tamtym dzienniku jakiś ówczesny prezenter mówił martwym głosem, że w konkursie na „nową obyczajowość świecką” zorganizowanym przez Towarzystwo Kultury Świeckiej wygrał obrzęd przekazania gospodarstwa rolnego skarbowi państwa. Kamera pokazała dwójkę spłoszonych staruszków, którzy całowali kosę, skakali przez pług, a na koniec odbierali od państwa pieniądze. Przecierałem ze zdumienia swoje młode oczęta, ale tak, to się działo naprawdę.

Z frontu walki „dobrej zmiany”.

Oni już wiedzą, że PiS to mega obciach. A ty?

>>>

Jak PiS wrabia innych w swoje wypadki, przypadek Beaty Szydło

No, proszę. Pisowskiemu ambasadorowi Sadosiowi zmiękła rura.

W najbliższą sobotę z inicjatywy Obywateli RP na fasadzie budynku PKiN zostanie wyświetlony napis „Konstytucja”. – Jeśli dziś konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu – uważa Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

„Wyświetlmy napis KONSTYTUCJA na Pałacu Kultury i Nauki, niech każdy kandydat na prezydenta, radnego, burmistrza, posła do sejmiku wie, czego domagają się Polki i Polacy. Niech każdy wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej” – pisali Obywatele RP, rozpoczynając zbiórkę na swoją akcję w serwisie Zrzutka.pl.

Jak wyliczyli, by móc przez tydzień wyświetlać napis „Konstytucja” na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, potrzebują 30 tys. zł. „Niech każdy w Polsce wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej!” – zachęcali do zrzutki w mediach społecznościowych. Już zebrali ponad 41 tys. Proszą więc o wpłaty na kolejny tydzień.

Napis ma się pojawić na fasadzie budynku PKiN w najbliższą sobotę o godz. 18, a więc na dzień przed wyborami samorządowymi.

„Konstytucja” na fasadzie PKiN

– Nie bez powodów pojawią się z całą pewnością oskarżenia o naruszenie ciszy. W dzisiejszej sytuacji konstytucja – najwyższe prawo wszystkich stron każdego polskiego sporu – dzieli politycznie. Rzeczywiście jest polityczną deklaracją, choć konstytucja – równa dla każdego niezależnie od przekonań stanowiąca podstawę bytu wspólnego państwa – powinna być politycznie niewinna, doskonale obojętna wobec partyjnych preferencji – zwraca uwagę Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

Czy Sebastian K., oskarżony ws. wypadku Beaty Szydło, był skłonny zgodzić się na warunkowe umorzenie śledztwa ze wskazaniem jego winy? – Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna – ujawnia mec. Władysław Pociej.

  • – Prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak, w sposób zupełnie nieograniczony, podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony – mówi mec. Pociej
  • – Nawet gdy są użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie zwalnia kierowcy pojazdu uprzywilejowanego z obowiązku zachowania zasady szczególnej ostrożności – tłumaczy prawnik
  • – Jeśli – jak donosiły media – wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku, to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie – ocenia obrońca Sebastiana K.

***

Szymon Piegza, Onet: Dlaczego zdecydował się pan bronić Sebastiana K.?

Proszę przypomnieć sobie sytuację z dnia, w którym miał miejsce ten wypadek: bardzo młody człowiek, u progu dorosłości, wówczas nawet jeszcze nie maturzysta, staje sam wobec potężnych instytucji państwa oraz mediów i zostaje poddany natychmiastowemu osądowi. Tak nie może być. Trzeba było, by ktoś za nim stanął. Tak widzę swoją rolę jako adwokata: zrobić wszystko, aby prawa należne każdemu obywatelowi były w pełni respektowane w każdej sytuacji.

Każdy aplikant adwokacki pamięta z pierwszych wykładów z historii Adwokatury Polskiej następujący fakt: po odzyskaniu niepodległości Józef Piłsudski dekretem „w przedmiocie statutu tymczasowego Palestry Państwa Polskiego” powołał do życia Adwokaturę Polską. Powiedział wtedy, że tylko adwokat jest w stanie podjąć się obrony obywatela przed państwem. Miał rację.

Przewaga państwa nad obywatelem

Na czym polega przewaga państwa w tej sprawie?

Między innymi na tym, że jako obrońca jestem zagrożony zarzutem karnym z art. 241§1 kk, jeśli ujawnię jakiekolwiek wiadomości z postępowania przed ujawnieniem takich wiadomości na rozprawie głównej. Zwróćmy uwagę, że prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak w sposób zupełnie nieograniczony podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony. Na jakiej podstawie, a przede wszystkim, w jakim celu minister i prokuratura podejmują takie działania?

Kolejny przykład to sytuacja związana z niedopuszczeniem mnie do czynności przesłuchania pani premier Beaty Szydło, mimo iż dostałem oficjalne zawiadomienie o terminie i miejscu. O tym, że nie zostanę dopuszczony do przesłuchania dowiedziałem się już po jego rozpoczęciu. Informację tę przekazała mi protokolantka. Niestety zgodnie z obowiązującym mnie prawem nie wolno mi było komukolwiek udzielić żadnej informacji o tej odmowie, a jednak wiadomość o tej decyzji prokuratury pojawiła się w internecie kilka minut później. Po prostu prokuratura powiadomiła o tym media. Dlaczego jednej stronie procesu wolno udzielać w nieskrępowany sposób każdej informacji o postępowaniu, a druga strona jest takiej możliwości pozbawiona?

Nie można się było odwołać od tej decyzji?

W takiej sytuacji nie przysługują żadne środki odwoławcze.

Złożył pan natomiast zażalenie na niesłuszne zatrzymanie Sebastiana K. w dniu wypadku.

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu wydał postanowienie, że to zatrzymanie było legalne, ale bezzasadne, czyli nie było przyczyny dla której mój klient został zatrzymany. Przypominam, że zatrzymanie jest formą pozbawienia wolności. Człowiek zostaje pozbawiony możliwości dysponowania własną osobą w nieskrępowany sposób.

Dla jakiej przyczyny zastosowano zatrzymanie? To był uczestnik zdarzenia, który nie uciekał, nie stawiał oporu, nie był pod wpływem narkotyków lub alkoholu. Wystarczyło spisać jego dane i wezwać na przesłuchanie następnego dnia. W jakim celu ktoś podjął decyzję, żeby postawić zarzut i przesłuchać go jeszcze tego samego dnia? Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w sprawach o wypadki komunikacyjne takie działanie się nie zdarza. Zarzut został postawiony mojemu klientowi niemal tuż po zdarzeniu.

Przypomnijmy, że prokuratura prowadziła śledztwo przez ponad półtora roku i winy nadal nie udowodniono.

Chcąc być lojalnym wobec trojga prokuratorów, którzy stanowili zespół prowadzący czynności w tej sprawie, muszę powiedzieć, że długotrwałość tego postępowania na pewno w znacznej części była powodowana koniecznością prowadzenia dowodów w ramach pomocy zagranicznej. Pojawiło się wiele dokumentów, które podlegały rygorom tłumaczenia przez tłumaczy przysięgłych.

Jednak końcowy wniosek prokuratora okręgowego, który był wnioskiem o warunkowe umorzenie tego postępowania, był oczywiście nie do przyjęcia dla mojego klienta.

Dlaczego?

Zarysowałem mojemu klientowi wszelkie konsekwencje; plusy i minusy związane z tym rozstrzygnięciem. Obrońca nie ma prawa wymagać od klienta, żeby zajął takie a nie inne stanowisko. Jego rolą jest udzielenie klientowi wszelkich możliwych informacji, ale decyzja zawsze należy do klienta. Dokonałem mojej oceny tej sytuacji i uznałem, że okoliczności, które nie zostały na początku wyjaśnione, mogą decydować o tym, czy on jest winny czy nie.

Wydaje się, że w trakcie wypadku doszło do wielu zaniechań. O jakich dokładnie okolicznościach mówimy?

Okoliczności te były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na pierwszej rozprawie, w dniu wczorajszym. Wobec treści postanowienia Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, zakazującego upubliczniania wyjaśnień oskarżonego, zmuszony jestem do odmowy udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Wątpliwości od samego początku dotyczyły też tego, czy kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany.

Nie do mnie, a do sądu należy rozstrzygnięcie czy samochody rządowe używały sygnałów uprzywilejowania, a jeśli tak to jakich. Media powoływały się na relacje świadków, którzy twierdzili, że sygnałów dźwiękowych nie było. Proszę nadto zważyć na jedną ważną okoliczność: nawet, gdyby były użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie przesądza o sprawstwie.

Kolumna uprzywilejowana czy pojazd uprzywilejowany nie mają prawa jechać bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na innych użytkowników ruchu. Także te pojazdy muszą się poruszać z zasadą zachowania szczególnej ostrożności. Co to oznacza w praktyce? Jeśli inny użytkownik ruchu nie daje pierwszeństwa przejazdu, to pojazd uprzywilejowany ma obowiązek jechać tak, aby nie spowodować wypadku. Jeśli warunki tego wymagają to kolumna, choć uprzywilejowana, ma bezwzględny obowiązek nawet się zatrzymać.

Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: ostateczna treść zarzutu, który usłyszał mój klient to nieumyślne spowodowanie wypadku poprzez nieustąpienie pierwszeństwa samochodowi uprzywilejowanemu, a nie kolumnie uprzywilejowanej. W jaki sposób był oznakowany ten samochód uprzywilejowany? Procedury mówią jasno: samochód uprzywilejowany musi mieć zamontowane światła uprzywilejowania w taki sposób, by były one widzialne w promieniu 360 stopni od tego samochodu, czyli tylko na dachu. Czy tak było w tym przypadku? Odpowiedź na te pytania musi dać proces, który właśnie się rozpoczął.

Jak się szybko okazało, ze świadkami również był problem, ponieważ kierowcom, którzy byli najbliżej całego wypadku BOR natychmiast kazał odjechać z miejsca zdarzenia.

Tu znów dotykamy okoliczności, które były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na rozprawie.

Brak dowodów w sprawie

Prokuratura przez ponad półtora roku nie znalazła jednoznacznych dowodów potwierdzających, że kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany. Czy w takiej sytuacji brak tak naprawdę jasnych dowodów na winę Sebastiana K.?

W moim przekonaniu tak właśnie jest. Od samego początku czekaliśmy na ewentualne całkowite umorzenie postępowania przeciwko mojemu klientowi wobec braku winy. Mamy ostatecznie akt oskarżenia.

Do tej pory prokuratura chciała warunkowego umorzenia śledztwa ze wskazaniem winy oskarżonego Sebastiana K. Trzy miesiące temu nie zgodziliście się na takie zakończenie. Sebastian powiedział mi, że gdyby nie pana pomoc, sam byłby skłonny przyjąć taką propozycję, by jak najszybciej zakończyć sprawę i mieć święty spokój.

Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna. Rolą obrońcy jest pokazać mu elementy, które wskazują na jego korzyść.

Warunkowe umorzenie jest przesądzeniem wyłącznej winy. Oskarżony ponosi wtedy odpowiedzialność za całość zdarzenia. Z jego polisy OC są pokrywane szkody naprawy rządowej limuzyny. Mój klient podjął decyzję, że nie da sobie przypisać winy za to zdarzenie.

Co z zasadą domniemania niewinności?

Zdaję sobie sprawę z tego, w jak niezwykle trudnej sytuacji stoi obywatel w sporze z państwem. Absolutna przewaga instytucji państwa na każdym polu powoduje, że obywatel staje przed ogromnym wyzwaniem. Prokuratura zbiera materiały i twierdzi, że ów obywatel jest winien. Powstaje zatem pytanie, czy państwo poprzez prokuraturę prawidłowo oceniło tę sytuację?

Sebastian obawiał się również, że w momencie wzięcia na siebie winy poszkodowani członkowie BOR oraz pani premier mogliby wytoczyć proces ze względu na uszczerbek poniesiony na zdrowiu.

Jest to teoretycznie możliwe. Wtedy szkody na osobach, które doznał uszczerbku, są również regulowane z OC.

Wczoraj przed oświęcimskim sądem rejonowym ruszył proces w sprawie zderzenia FiataSeicento i kolumny BOR, do którego doszło 10 lutego 2017 roku. Przypomnijmy, że wcześniej ten sam sąd chciał, by sprawa była rozpatrywana w Krakowie.

Było oficjalne wystąpienie Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, żeby przenieść sprawę do innego sądu. Sąd Apelacyjny w Krakowie odmówił temu wnioskowi uznając, że skoro wypadek zdarzył się w Oświęcimiu, to rozpozna tę sprawę sąd właściwy wg zasad ogólnych.

Jak pan skomentuje doniesienia medialne mówiące o tym, że w tym samym sądzie w ubiegłym roku pojawił się wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak i miał rozmawiać z sędziami o tej sprawie?

Jeśli, jak donosiły media, wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie. Podkreślam, iż informacja taka dotarła do mnie tylko z mediów. Jest oczywistym, że dla obrońcy to poważny sygnał ostrzegawczy.

Ma pan jakieś obawy w sprawie samego procesu?

Powstaje pytanie, z jakąś częstotliwością sąd będzie wyznaczał terminy rozpraw. Zupełnie nieprzewidywalna jest, jak zawsze w sprawach z wieloma dowodami osobowymi, kwestia stawiennictwa świadków, których w tej sprawie jest dużo. Nie mam na razie żadnych przesłanek do utraty zaufania do składu sędziowskiego i wierzę głęboko, że tak pozostanie.

Konstytucja zawędruje na miejsce symboliczne dla Warszawy, na Pałac Kultury i Nauki.

Dobić PiS, dobić szarańczę – chaos i zdezorientowanie w Kaczyńskiego kuwecie

>>>

PiS tak naprawdę mówi: Euro, pa!

Ponoć nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale mamy na raty. W obliczu złych sondaży PiS postanowił proces przyspieszyć, wciąż zapewniając, że są za zostaniem w UE. Aby mieć pewność co do kierunku w jakim idziemy

W sztabie Prawa i Sprawiedliwości nerwowa atmosfera udzieliła się już chyba wszystkim. Co rusz zamawiane są wewnętrzne sondaże i podkręcane obietnice wyborcze.

Gra toczy się o sporą stawkę, dlatego też prezes Kaczyński ogłosił swoistą mobilizację i nakazał wszystkim posłom, którzy akurat nie mają jakiś posiedzeń komisji sejmowych, do wyjazdu w teren i pracy na lepszy wynik wyborów samorządowych.

„Wszyscy parlamentarzyści dostali od prezesa Jarosława Kaczyńskiego nakaz działalności w terenie. – Usłyszałem w partii, że jak ktoś zobaczy któregoś z nas w stolicy, to koniec będzie – opowiada nam z parlamentarzystów”

Zakładane były dwa scenariusze: albo odbijemy się w terenie realnie, albo nie. Bo zwycięstwo ogólne w skali kraju nie oznacza realnej władzy na dole. Dlatego takie nerwy” – tłumaczy jeden z polityków PiS.

Parlamentarzyści swoją agitacją mają wesprzeć przede wszystkim premiera Morawieckiego, który jest lokomotywą tych wyborów z ramienia partii, ale jednocześnie może stać się ich kozłem ofiarnym w wypadku przegranej.

W PiS na finiszu kampanii zapanował potworny chaos. Klęska zajrzała w oczy Kaczyńskiemu. Czy trafi go szlag, apopleksja?

Ziobro raz się pomylił i rzekł prawdę, iż PiS wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej

Morawiecki chciałby Ziobrę wyrzucić?

„Nie mam żalu do Ziobry” – zapewniał w Polsat News prezes Kaczyński, ale wydaje się, że to tylko dobra mina do złej gry, co potwierdzają wypowiedzi innych polityków partii rządzącej.

Sprawa dotyczy wniosku, jaki na początku października minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego. Nie informując nikogo prokurator generalny chce, aby TK uznał „art. 267 traktatu o funkcjonowaniu UE, który umożliwia sądom krajowym zadawanie pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE, został uznany za niezgodny z Konstytucją RP, jeśli pytania będą dotyczyć „ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej”.

Samowolka Ziobry, która wyszła na jaw tuż przed wyborami samorządowymi i która stawia wyraźne pytanie co do przyszłości Polski w UE, wywołała złość wśród partyjnych kolegów.

Minister sprawiedliwości próbuje ratować sytuację tłumacząc, że wywoływanie polexitu to zwykła manipulacja. W wystosowanym oświadczeniu zapewnił, że wniosek nie jest próbą wyprowadzenia Polski z UE, ale jego istotą „jest zbadanie kompetencji polskich sądów do występowania z pytaniami w sprawach, które nie są objęte regulacją prawa europejskiego. Ostatnio niektóre polskie sądy kierowały pytania, które były próbą obrony przywilejów zawodowych. Tymczasem zdaniem polskiego rządu o ustroju sądów decyduje wyłącznie prawo krajowe”.

Zupełnie innego zdania są politycy opozycji, a także konstytucjonalista prof. UW Marcin Matczak, który mówi, że „po korzystnym dla Ziobry wyroku będziemy mieli dwa rodzaje pytań – dobre i złe. Po pytaniu prejudycjalnym polskiego sądu, a w szczególności po odpowiedzi Trybunału UE Ziobro będzie mógł powiedzieć: szanujemy UE, ale to pytanie jest, niestety, niekonstytucyjne. Da to prawo ignorowania decyzji Trybunału, co jest jednoznaczne z podłożeniem bomby pod nasze członkostwo w Unii.

Od wniosku Ziobry odżegnują się politycy PiS, a także sam premier, z którym minister sprawiedliwości od dawna toczy spór. Czy w przypadku słabych wyników w wyborach samorządowych Ziobro poniesie konsekwencje swojej samowolki? Czas pokaże, ale pojawiają się już spekulacje o możliwości wysłania prokuratora generalnego do europarlamentu.

Kolejne środki przekazano ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości na konta podmiotów Tadeusza Rydzyka. Zbigniew Ziobro to jedyny silny stronnik redemptorysty pozostały w rządzie po dymisji Jana Szyszki i Antoniego Macierewicza. Jak donosi “Super Express” toruński biznesmen ma domagać się powrotu tego ostatniego na ministerialne stanowisko, co więcej, opracował już ponoć nawet plan, jak do tego doprowadzić.

Nie jest tajemnicą, że współpraca partii Jarosława Kaczyńskiego z redemptorystą nie opierała się na wzajemnej sympatii. Mimo tego Prawo i Sprawiedliwość korzystało do tej pory z wpływu mediów Tadeusza Rydzyka na istotną część elektoratu, udzielając ludziom Rydzyka miejsc na swoich listach wyborczych. Do frakcji toruńskiej należą m. in. wymienieni byli ministrowie, posłanka Anna Sobecka, czy pozbawiony ostatnio członkostwa w partii exposeł Andrzej Jaworski.

“Mamy media publiczne, więc media o. Rydzyka nie są nam aż tak potrzebne” – powiedział SE ważny polityk PiS.

Informator z środowiska ojca Rydzyka wypowiedź skwitował następująco, zdradzając alternatywny plan: “Jeszcze do nas przyjdą… Jest nawet pomysł, aby stworzyć alternatywne wobec PiS listy do PE, na których mógłby się znaleźć m.in. Macierewicz. Czekamy. Na pewno ojciec Rydzyk chce jego powrotu do rządu. Jeśli będzie miał zapewnienie w tej kwestii, to odpuści temat budowy list”.

Marek Ast z PiS, pytany o szanse powrotu Macierewicza do rządu odpowiedział: “To, czy wróci on do rządu, zależy od premiera i przyszłego rozdania po wyborach parlamentarnych. […] Każdą uwagę ze strony ojca dyrektora przyjmujemy z szacunkiem i jeżeli ona jest trafiona to wtedy należy z pokorą głowę pochylić”.

Spięcie na linii Rydzyk-Prawo i Sprawiedliwość dało o sobie znać choćby podczas wrześniowej fety z okazji corocznego Dziękczynienia Radia Maryja. Mimo przekazania w sumie ponad 164 mln zł na interesy Tadeusza Rydzyka, obecna na niej reprezentacja PiS usłyszała“My w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej pracujemy dla ojczyzny. Studiujący u nas muszą zapłacić. Czy to jest sprawiedliwe? Czesne nie jest duże, ale jest. Dlaczego na jakiś uniwersytet pieniądze daje rząd – miliard czy dwa miliardy, a tutaj nic? […]Dlaczego pieniądze idą na uniwersytety, które są przesiąknięte lewactwem, gender, a wykładowcy są często demoralizatorami przeciwko Bogu i ojczyźnie? Tam ministerstwo daje środki, pomimo tego, że rządzi prawica, a tutaj nie”.

Wtedy stwierdził też, że PiS myśli, iż „Radio Maryja to środowisko, które daje im 1-2 procent głosów, więc nawet jeżeli więc ci ludzie by na nich nie głosowali, to i tak wygrają”. W istocie Prawo i Sprawiedliwość dużo zyskało na przejęciu telewizji publicznej i eksploatuje ją do granic topornej propagandy. Partię Kaczyńskiego czeka jednak wielka wewnętrzna walka o władzę z Zbigniewem Ziobrą oraz, jak mówią coraz częstsze pogłoski, dymisja premiera Morawieckiego. Nie jest więc wykluczone, że PiS zabłaga o poparcie strategicznego sojusznika wcześniej niż zamierzało, co czyni powrót Macierewicza do rządu realnym.

Środowy występ prezesa Kaczyńskiego w Polsacie to klasyczny przykład zarządzania kryzysem. U progu wyborów samorządowych PiS ma dwa problemy: nagrania z wypowiedziami Mateusza Morawieckiego, kiedy był jeszcze u boku Tuska, i odebraną jako zapowiedź polexitu akcję prawną ministra Ziobry w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości.

Kto chce wierzyć Kaczyńskiemu, że Morawiecki to człowiek empatyczny, a nie zimny gracz o swoje, ten niech wierzy. Prawda jest taka, że wierchuszka pisowska spanikowała po wycieku nielegalnych nagrań, w których Morawiecki mówi rzeczy moralnie dyskwalifikujące.

A to przecież Kaczyński namaścił go na premiera i broni go jak żadnego innego polityka swojej partii. Więc ewentualne straty wizerunkowe i wyborcze po nagraniach i akcji Ziobry obciążą też konto samego prezesa.

W tej sytuacji szefowie propagandy pisowskiej doradzili ratunkowy wywiad w prywatnej telewizji, a nie w jawnej tubie partyjnej, jaką stały się media dawniej publiczne. Przy okazji Polsat zapunktował w elektoracie „zjednoczonej prawicy” i umocnił poza nim wrażenie, że dołącza do „dobrej zmiany”. Co poza tym elektoratem raczej chwały stacji nie przysparza.

Kaczyński zagrał w Polsacie zdartą płytą: czarne jest białe, delfin Morawiecki jest the best, opozycja jest the worst. Kiedy prezes bajdurzył o pasożytach przywlekanych przez uchodźców, to był to dla jego zwolenników akt odwagi przeciwko brukselskiemu dyktatowi, kiedy Schetyna użył słowa „szarańcza”, to był to zdaniem prezesa język goebbelsowski.

Kiedy nielegalne nagrania służyły do walenia w PO, PiS wołał: larum! Kiedy pokazują obecnego premiera jako człowieka bez moralnych skrupułów, za to z obrotowymi poglądami, Kaczyński usiłuje je zbagatelizować: ot, Mateusz sobie prywatnie pogadał, a który mężczyzna nigdy nie przeklął? No, może z wyjątkiem księży.

OK, to już wiemy, że Kaczyński na „Kler” nie poszedł. Jego prawo, choć jako lider ma obowiązek wiedzieć z autopsji, dlaczego na film Smarzowskiego walą tłumy: na dziś już ponad trzy miliony widzów.

W sprawie polexitu usłyszeliśmy, że PiS chce być w UE, a Kaczyński był pierwszym w Polsce politykiem namawiającym do wstąpienia. Kto chce, niech wierzy. Czy operacja ratunkowa się prezesowi udała, zdecydują w niedzielę obywatele. Oczywiście pod warunkiem, że jak najliczniej pójdą oddać głos.

Wyświetlanie napisu na fasadzie jednego z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Polsce będzie trwało przynajmniej tydzień (a więc obejmie także dzień wyborów – 21 października). Na taki okres udało się zebrać pieniądze w ramach zrzutki w internecie. Koszt tygodnia wyświetlania to aż 30 tys. zł. Ruch zapowiada, że jeżeli darczyńcy wpłacą więcej pieniędzy, grafika na fasadzie PKiN może być widoczna dłużej, np. aż do drugiej tury wyborów. Pojawiły się więc pytania o celowość i sens takich wydatków.

W co najmniej czterech z sześciu największych metropolii czeka nas dogrywka 4 listopada

Poróżnieni w idei

Wysokie koszty tej akcji wywołały wiele krytycznych komentarzy – Obywatelom RP stawiane są pytania, czy nie lepiej przeznaczyć tych pieniędzy na działania wspierające protesty obywatelskie (np. na edukację, pomoc prawną czy inne działania prodemokratyczne), a także kwestie dotyczące samej idei, przypominające, że konstytucję należy stosować w działaniu, a nie promować samo hasło.

„Konstytucja to nie jest w naszym plemieniu (i w ogóle w żadnym porządku) odpowiedź na pytanie podstawowe i nie stanie się takim, choćby napis zawisł na Pekinie do końca świata. To jest sublimacja idei i działań, z którą nigdy w swej masie nie zmierzyliśmy się – czytamy w jednym z komentarzy. – Pytania podstawowe i odpowiedzi na nie leżą – tak mi się wydaje – trochę gdzie indziej, a my zestawiamy uparcie dojrzałe, subtelne relacje obywatel–wspólnota i obywatel–państwo z kwestiami natury bytowej i psychologicznej”.

Skąd ten pośpiech w reformowaniu wymiaru sprawiedliwości

Za 30 czy 60 tys. zł (o ile uda się je zebrać) można zrobić bardzo wiele konkretnego. „Jak myślę o tym w kontekście np. zamknięcia hostelu dla osób LGBT zagrożonych bezdomnością czy rodzin migranckich, które żyją z grzybem na ścianie, albo wyzyskiwanych lokatorek, to na serio mi słabo… – to kolejna wypowiedź. – [Albo w kontekście] organizacji antyprzemocowych, które żebrzą o każdy grosz, czy inicjatyw antydeportacyjnych. Każdej sprawy, która faktycznie pokazuje, że w Polsce łamie się prawa człowieka i obywatela. Po raz kolejny symbol przerósł znaczenie”.

Wydaje się, że dyskusję sprowokowały przede wszystkim koszty tej akcji, bo komentarze nie pojawiały się tak licznie, gdy na początku października dzięki inicjatywie Obywateli RP administracja Sądu Najwyższego na polecenie I Prezes wywiesiła na fasadzie budynku wielki transparent z napisem „Konstytucja”.

Pomniki w koszulkach z napisem „KonsTYtucJA”. Co na to władza?

„Niech takie napisy pojawią się wszędzie tam, gdzie wciąż są ludzie, którzy poczuwają się do obowiązku wobec konstytucji. Ci, którzy dzisiaj niewinne i bezbronne słowo »konstytucja« czytają jak zniewagę, niech wiedzą, że kiedy stracą władzę, to samo prawo najwyższe będzie gwarancją ich wolności i godności, a niezawisłe sądy ochronią ich przed odwetem. To właśnie takiej Polski bronimy” – nawoływali wówczas w swoim apelu Paweł Kasprzak z Obywateli RP i Władysław Frasyniuk.

To ważne słowa, ważne szczególnie w praktyce. Ale może napis i akcja wywieszania koszulek czy transparentów z „Konstytucją” bez głębszej podbudowy dla odbiorców i mediów to umniejszenie pojęcia najważniejszego polskiego aktu prawnego? Na pewno dla niektórych. Bo z punktu widzenia części tych aktywistów i aktywistek, którzy podejmują realne działania w obronie zapisów Konstytucji RP (np. blokowali wstęp do biura przepustek Sejmu, by obnażyć bezprawne zakazy wstępu do parlamentu, jakimi ich objęto, lub uczestniczyli w tzw. kontrmiesięcznicach w imię wolności do manifestacji), to jedynie błaha akcja medialna. Akcja pusta w swych znaczeniach, pusta, bo odwracająca uwagę od nadużyć władzy wykorzystującej instrumentalnie pewne przepisy do własnych celów. W tym do wywoływania tzw. efektu mrożącego w obywatelach.

Oto fragment jednego z komentarzy właśnie takiej aktywistki: „Akcja Konstytucja [plakaty, koszulki na pomnikach] miała swoje walory, ale one moim zdaniem już się wypaliły, a i my działamy na straszliwą tego pojęcia dewaluację. Wypaliły się, bo pozostały w sferze romantycznej symboliki i nie zostały wniesione na wyższy pułap; a może paradoksalnie na niższy, bo zanim zaczniesz recytować Miłosza, upewnij się, że znasz i rozumiesz alfabet [pojęć]”.

Marsze KOD pokazały społeczny sprzeciw. Obywatele RP walczą

Co na to wszystko Obywatele RP?

– Sukces zbiórki mnie trochę zdziwił. Świadczy moim zdaniem o tym, że „nasza strona” jest głodna symboliki godnościowej. Pałac Kultury to, cokolwiek by nie mówiła propaganda, czytelny symbol kulturowy nie tylko Warszawy, ale i Polski (przypomnę choćby „Małą apokalipsę” Konwickiego). Konstytucja wyświetlona na nim zaspokaja potrzeby godnościowe tych, których obecna władza otwarcie wyrzuca poza polskość. Wygląda na to, że działając trochę po omacku, dotknęliśmy czegoś dla części obywateli bardzo ważnego. Mam też nadzieję, że trochę się tym dołożymy do upowszechnienia pojęcia patriotyzmu konstytucyjnego i związanego z tym pojęcia narodu politycznego – wyjaśnia Magdalena Pecul-Kudelska z Obywateli RP.

– Krytyka akcji jest oczywiście zrozumiała – w końcu 30 tys. zł to niebagatelna suma, a i nie wszyscy przywiązani są do symboli. Po części też wynika z tego, że akcja widziana jest jako izolowana, a w istocie jest to część działań rozpoczętych przez nas wywieszeniem baneru na budynku Sądu Najwyższego, a jeszcze wcześniej przez KOD ich na wpół humorystycznymi akcjami „pomnikowymi” – wyjaśnia dalej. – My to traktujemy bardzo poważnie – napis „Konstytucja” jest znakiem instytucji (sądów, samorządów, redakcji mediów), które nadal odgrywają swoją przewidzianą w niej rolę, a nie stały się narzędziami partii rządzącej. Zawisł już na niektórych budynkach samorządowych (m.in. w Gorzowie Wielkopolskim, Sopocie, Gdańsku i Wrocławiu, 17 października zawiśnie w Poznaniu) i na budynku redakcji POLITYKI. To wezwanie, za Timothym D. Snyderem, do obrony niezależnych instytucji. Niewiele już ich zostało – samorządy, media, być może komisje wyborcze, częściowo sądy. Musimy dołożyć starań, by pełniły swoją konstytucyjną funkcję. Do plakatowania konstytucją zamierzamy też zachęcić indywidualnych obywateli, traktując to jako formułę odpowiednią na stulecie niepodległości Polski. W końcu to, czym jest Polska, jest zapisane w konstytucji.

Statuetka za dekorację z konstytucją

Głos zabrał także lider Obywateli RP Paweł Kasprzak. W jego tekście pojawiają się jednak tak zadziwiające kwestie, że trudno nie odnieść wrażenia, że są to raczej zawoalowane tłumaczenia niż przemyślany plan działania. Oczywiście Kasprzak potrafi mówić wzniośle o najważniejszym polskim akcie prawnym, nie raz to robił przy okazji kontrmiesięcznic itd. Sam podejmował też realne, oddolne akcje pokazujące, jak stosować prawa zawarte w konstytucji w praktyce. Domagał się szanowania konstytucji, wraz z innymi Obywatelami RP i aktywistami na własnej skórze sam sprawdzał reakcję władzy.

Tym razem jednak, obok wielkich słów, sprowadza problem do kilku przyziemności. Pisze np.: „Dziś, 17 października, plakat »Konstytucja« autorstwa Luki Rayskiego drukuje w formacie A2 »Gazeta Wyborcza« w całym swoim nakładzie. (…) Policzmy się. Niech plakaty z konstytucją pojawią się w naszych oknach. Drukując plakat, pomyślmy o kopiach dla sąsiadów. Odwiedźmy ich – może zrobią to samo. Fundacja Obywateli RP ogłasza konkurs na najlepiej udekorowane konstytucją budynki mieszkalne. Nagrodą będzie statuetka postaci z naszego znaku”.

Twórca plakatu „Konstytucja” opowiada POLITYCE o sztuce protestu

Czyli co? Rywalizujmy ze sobą o nagrodę, bo to teraz na czasie, bo inni to też zrobią, bo to modne? Niestety za mało – moim zdaniem – w tych słowach (bolesnych przecież) wspomnień praktyka. Kasprzak pisze także o tym, że ruch spodziewa się zarzutów o złamanie ciszy wyborczej, bo napis będzie wyświetlany m.in. 20 i 21 października. Dlaczego w ogóle o tym wspomina? Konstytucja jest przecież apolityczna, jest aktem nas wszystkich. Mówienie o tym, że w ogóle może być inaczej (nawet jeżeli już były przykłady upolitycznienia tej kwestii), to czysta prowokacja. „Jeśli dziś konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu. Ich deklaracje o politycznym wymiarze prawa są z ducha bolszewickie. Niech te deklaracje władzy staną się jasne dla wszystkich obywateli niszczonego” – czytamy w tekście (oświadczeniu?) lidera. Potem pojawia się lekkie w swej formule nawiązanie do najtragiczniejszej porażki opozycji ulicznej, czyli do samobójczej śmierci Piotra Szczęsnego (Szarego Człowieka). „Zapraszamy w przedwyborczy wieczór na pl. Defilad w Warszawie. Dzień po rocznicy samospalenia Piotra Szczęsnego – niech znak »Konstytucja« ma moc przebudzenia, o którym pisał do nas w tamtym tragicznym apelu” – pisze Kasprzak.

Trudno określić, co ma na myśli, szczególnie w tym dramatycznym kontekście, bo już chwilę później nawiązuje do Święta Niepodległości. Ale aż nie chce się wierzyć, że lider Obywateli RP oczekuje przebudzenia społecznego w zasadzie „z niczego”, bo z powodu rozpromowania plakatu czy samego hasła.

Od czasu samospalenia minął już prawie rok, a ruchom obywatelskim, mimo ich setek działań i akcji, nie udało się sprawić, by ludzie naprawdę masowo wyszli na ulice. Aby wyszli i na niej zostali w obronie praw zapisanych właśnie w konstytucji. A teraz ma to sprawić błaha znaczeniowo akcja? Błaha, bo nie idą za nią (jak na razie) większe działania dotyczące edukacji konstytucyjnej, prawnej, społecznej. Jest za to prowokacja – oby do prawdziwej dyskusji, a nie tylko do kolejnej politycznej, przedwyborczej przepychanki na oskarżenia i obelgi.

Popkultura może służyć

Nie potępiajmy jednak w czambuł ewentualnego potencjału, bo taki oczywiście istnieje. W końcu – z drugiej strony – wieszanie napisów „Konstytucja” na pomnikach to ogromna kampania prodemokratyczna, zainicjowana przez Komitet Obrony Demokracji, podjęta przez wiele osób prywatnych, a teraz także przez Obywateli RP.

Nawiązywanie do polskiej konstytucji przez znane postaci muzyki – Rogera Watersa, Micka Jaggera czy Bono – obiegło wiele krajów świata, co znacząco przyczyniło się do przebicia się informacji o zmianach systemowych, jakie obecnie w Polsce przebiegają. Także w reakcjach polskich polityków, w działaniach policji wobec niewinnej przecież akcji wywieszania koszulek z napisem „Konstytucja” na pomnikach zarówno dziennikarze, jak i widzowie czy czytelnicy mediów często dostrzegali swoistą nadgorliwość władzy. Czy trzeba czegoś więcej?

PiS z pomocą policji walczy z obywatelami. Brzmi znajomo

Trzeba. Aby taki spontaniczny pozornie projekt przełożył się nie tylko na bezrefleksyjne wywieszenie kolejnej koszulki na kolejnym pomniku dla własnej popularności, ale na podejmowanie przez obywateli działań mających na celu coś więcej, musi za nim iść określona akcja edukacyjna lub społeczna. Także częściowo popkulturowa. Np. taka, jaką wywołały w latach 40. historie o komiksowym Supermanie, który zaczął walczyć z Ku Klux Klanem. Emisja kolejnych odcinków „The Adventures of Superman” z serii „Clan of the Fiery Cross” z tym właśnie wątkiem (powstałym zresztą na podstawie prawdziwego śledztwa dziennikarskiego) na falach amerykańskiego radia miała niebagatelny wpływ na zniesienie Apartheidu w USA. Miała, bo nie tylko ujawniła skrywane fakty, obnażyła bolesną prawdę, ale i wypromowała u młodych ludzi określone zachowania, pokazywała wartości płynące z szacunku wobec drugiego człowieka, równości ludzi oraz potrzeby tolerancji.

Podobnym przykładem wykorzystania popkultury do krzewienia wyższych idei była muzyka (a dokładniej teksty piosenek) w historii różnych konfliktów politycznych. Tu można wspomnieć ogromny rynek podziemnych rockowych nagrań w czasach PRL w Polsce, niesamowitą muzyczną historię z RPA opisaną w słynnym filmie dokumentalnym „Sugar Man”, boom nagrań i koncertów hippiesowskich w czasach wojny w Wietnamie czy choćby rolę artystycznej wizji „The Wall” Pink Floyd.

Akcja przyniesie więcej szkody niż pożytku? Niekoniecznie

Jeżeli to zbyt odległe propozycje, wystarczy spojrzeć na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. To nie jest tylko wielka charytatywna zbiórka pieniędzy. To są wieloletnie programy edukacyjne, regularne szkolenia na temat pierwszej pomocy w szkołach, nauka wrażliwości i empatii prowadzona na różne sposoby. To też „stylowe” podziękowania dla młodych – poprzez koncerty i rozmaite programy na Przystanku Woodstock (obecnie Pol’and’Rock). To edukacja medialna. A efekt? Tysiące osób zaangażowanych, samodzielnie i oddolnie organizujących rozmaite wydarzenia w ramach WOŚP. W różnych wsiach, miasteczkach czy miastach, z różnych środowisk, osobno, a jednak wspólnie.

Czy więc napis „Konstytucja” na pomnikach, budynkach, koszulkach ma szansę wpłynąć na jakąś przemianę w Polsce? Sam napis na pewno nie – wytworzenie mody na coś to jeszcze nie sukces. Moda nie jest przecież tym samym co zbudowanie poczucia wspólnoty, a już na pewno nie tym samym co obudzenie świadomości bycia sprawczym i posiadania realnego wpływu na wydarzenia. Niemniej dobrze poprowadzona kampania obywatelska na fali takiej mody już może wywołać zmianę postrzegania samych siebie wobec wartości określonych w prawie. Jeżeli jednak za napisem „Konstytucja” wywieszanym na murach będzie tylko sam mur – akcja przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Początek wyświetlania napisu Konstytucja na PKiN zaplanowano 20 października o godz. 18. O tej godzinie przed głównym wejściem do gmachu będzie można się spotkać z Obywatelami RP.

Ile kradną pisowcy? Zobacz >>>

Waldemar Mystkowski pisze o „skoordynowanej” akcji PiS – „dzień śrubokręta”.

W rolach głównych tym razem wystąpili Zbigniew Ziobro i ambasador w Brukseli Andrzej Sadoś.

Dzień świstaka ponoć zdarza się raz na rok, ale jego charakterystyką jest powtarzalność i może trwać bardzo długo, jeżeli nie potrafimy sobie z nim poradzić. W Polsce dzień świstaka trwa circa 3 lata. Dzień świra – wiadomo, dzień w dzień, acz natężenie świrowania jest różne. Dzisiaj 17 października 2017 przeżywamy dzień śrubokręta, który najzgrabniej podsumował Donald Tusk, bo to on symbolicznie został zaatakowany śrubokrętem.

Najpierw wieść gruchnęła, że Zbigniew Ziobro używa śrubokręta, aby jak najszybciej odkręcić Polskę od Unii Europejskiej, bo tym jest skierowanie wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. A to znaczy, iż minister sprawiedliwości i prokurator generalny pyta o potwierdzenie, iż w Polsce nie obowiązuje prawo unijne, więc nie trzeba go przestrzegać, ani nie jest nadrzędne do prawa stanowionego w kraju. Ziobro w konsekwencji tak naprawdę stwierdza we wniosku, że traktat akcesyjny jest nieważny.

Konsekwencją odpowiedzi TK – nie wątpimy, że magister Julia Przyłębska przyzna Ziobrze rację – jest nieuznanie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, czyli w Polsce obowiązuje tylko bezprawie PiS. A bezprawiem nazywam takie obowiązywanie prawa, w którego przestrzeni sądy są zależne od partii i przestały być niezależną władzą sądzenia – jednym z trzech filarów systemów demokratycznych. Prof. Wojciech Sadurski w krótkiej tweeterowej analizie wniosek Ziobry scedował na jego „znajomość” prawa i określił ministra i prokuratora określeniem „Panie Nieuku”.

Ziobro jednak po południu obudził się z ręką w nocniku. Opublikował komunikat na stronach Prokuratury Krajowej, odkrywając Amerykę: – „Polska należy i będzie należeć do Unii Europejskiej. Jej unijny status musi być silny, nie gorszy niż innych państw. Nie możemy mieć mniej praw niż Niemcy czy inne kraje członkowskie”.

Co mają Niemcy do nieznajomości prawa Ziobry, nie wiem, ale fajerka mu pod siedzeniem przypiekła, tym bardziej, że jego zwierzchnik Mateusz Morawiecki jedzie do Brukseli, aby mamić władze unijne. Lecz tam doszło do naprawdę śmiesznej sytuacji mrożkowskiej. Ambasador Andrzej Sadoś został złapany in flagranti z śrubokrętem w dłoni podczas wykręcania śrub przy tablicy w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE, ponieważ na niej jest nazwisko Donalda Tuska. Tablica upamiętnia ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa, na którą premier Tusk zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. No i popatrzcie wszyscy się wówczas zjawili.

A więc – dzień jak co dzień – dzień świra przemienił się w dzień śrubokręta. Donald Tusk ma cierpliwość lekarza zakładu zamkniętego. Opublikował na Twitterze diagnozę Polski: – „Mniejsza o tabliczkę. Ważne, żeby Polski nie odkręcili od Unii Europejskiej”.

Tusk: Mniejsza o tabliczkę. Ważne, żeby Polski nie odkręcili od Unii Europejskiej

Jedna tablica a na niej cztery nazwiska: Tusk, Buzek, Van Rompuy i Barroso. Wisiała w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE przez ponad siedem lat. W weekend 13-14 października nadszedł jej koniec. Do akcji ze śrubokrętem w dłoni wkroczył ambasador Andrzej Sadoś

Stały Przedstawiciel Polski przy Unii Europejskiej ambasador Andrzej Sadoś pokazał się w Brukseli z zupełnie nowej strony – jako złota rączka. Jak donosi Politico, w weekend dyplomata postanowił pozbyć się kompromitującej tablicy przytwierdzonej do budynku Stałego Przedstawicielstwa przy Rue Stevin 139.

Tablica niepoprawna politycznie

Tablicę upamiętniającą otwarcie Stałego Przedstawicielstwa pod tym adresem powieszono w hallu budynku w maju 2011 r. Polska budowała wówczas swoją pozycję w Unii Europejskiej – w lipcu 2011 roku polski rząd miał po raz pierwszy objąć prezydencję w Radzie UE.

Ówczesny premier Donald Tusk na ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa i odsłonięcia tablicy zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. Zjawili się wszyscy.

Ambasador Andrzej Sadoś, 46 lat, Stały Przedstawiciel od stycznia 2018 r., postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wysłać to wydarzenie na śmietnik historii. W poniedziałek 15 października na ścianie miały być jeszcze widoczne dziury po odkręconych przez Ambasadora śrubkach (według innej wersji – odkręcali pracownicy na jego polecenia, a on tylko doglądał). Zostały szybko wypełnione i zamalowane. We wtorek po tablicy pozostało już tylko wspomnienie.

Tablica najwyraźniej musiała zniknąć przed wizytą premiera Mateusza Morawieckiego na szczycie UE w sprawie Brexitu w dniach 17-18 października. Ambasador zapewne nie chciał, by nazwiska politycznych konkurentów – Tuska i Buzka – raziły w oczy przełożonego podczas odwiedzin w Stałym Przedstawicielstwie. Politico nie uzyskało oficjalnej odpowiedzi, czy akcja Ambasadora to pisanie historii na nowo, czy też była podyktowana względami estetycznymi.

Ambasador ministerstwa sprawiedliwości

Ambasador Sadoś dał się ostatnio poznać jako zausznik ministra Zbigniewa Ziobry. To on, na polecenie ministerstwa sprawiedliwości, torpedował obrady Komitetu Stałych Przedstawicieli przy UE (COREPER) na początku października. COREPER opracowywał wówczas tekst konkluzji z kontroli realizacji Karty Praw Podstawowych w krajach członkowskich do przegłosowania przez Radę UE na szczycie 11-12 października.

Ambasador kluczył. Najpierw chciał usunięcia zapisów o prawach osób LGBTI, następnie dodania tekstu o prześladowaniach chrześcijan i Żydów. Z informacji OKO.press wynika, że bez oporów wystąpił w roli tuby ministra Ziobry.

Polska ostatecznie zawetowała przyjęcie konkluzji przez Radę UE 11 października. Nie chodziło jednak ani o LGBTI, ani o chrześcijan i Żydów, a, jak dowiedliśmy w OKO.press, o poparcie dla roli TSUE w obronie rządów prawa w poszczególnych krajach, a więc  – przeciw „reformie” sądownictwa PiS.

Ambasador Sadoś to drugi Stały Przedstawiciel przy UE powołany za rządów PiS. Stanowisko objął 22 stycznia 2018 roku. Zastąpił ambasadora Jarosława Starzyka, który zrezygnował w październiku 2017 r. po doniesieniach, że zataił prawdę o współpracy ze służbami wojskowymi PRL w swoim oświadczeniu lustracyjnym. Oficjalnie chodziło o „względy osobiste”.

Pisowcy jak stalinowcy poprawiają historię na swoje kopyto. Vide: Tusk

„Polska przepisuje historię”- oznajmił na swoich łamach Playbook, codzienny biuletyn informacyjny POLITICO, informując o zniknięciu tablicy upamiętniającej uroczyste otwarcie stałego polskiego przedstawicielstwa w Brukseli.

Przez lata, poczynając od 23 maja 2011 widniała tuż przy wejściu do placówki. Tego dnia bowiem ówczesny premier Rzeczpospolitej Donald Tusk w obecności Jerzego Buzka – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Hermana Van Rompuya – przewodniczącego Rady Europejskiej i José Manuela Barroso – przewodniczącego Komisji Europejskiej, otworzyli siedzibę stałego przedstawicielstwa Polski przy Unii Europejskiej.

Teraz raziło w niej nazwisko było premiera i przewodniczącego Rady Europy Donalda Tuska, więc w poniedziałek po tablicy pozostały tylko otwory na kołki, a we wtorek nie było już po niej śladu.

Co najmniej dwóch świadków widziało jak polski przedstawiciel w Unii Europejskiej Ambasador Andrzej Sadoś, osobiście ją odkręcał.

„Zbrodnia ze strony tablicy polega na tym, że widnieje tam nazwisko @donaldtusk i mógłby ją dzisiaj zobaczyć PMM” – napisał Michał Broniatowski na Twitterze

Playbook, czytany przez unijnych polityków, dyplomatów i urzędników w Brukseli, nazwał ambasadora „utalentowanym rzemieślnikiem” i dodał: „Wtedy, w 2011 roku Polska była wielkim unijnym graczem”.

Florian Eder, redaktor Playbooka napisał: „Sądzić należy, że tablica nie podoba się jego /ambasadora/ nowym szefom. Zadanie to wykonał w samą porę, bo przed kolejną wizytą premiera Mateusza Morawieckiego w Brukseli na dzisiejszy szczyt ws. brexitu”.

Na pytanie, dlaczego do tego doszło i czy może jest to próba przepisywania historii, czy też odrzucenie estetyki z początków XXI wieku? – polskie przedstawicielstwo odmówiło komentarza.

Morawiecki ma przyjechać do Brukseli, więc tablica upamiętniająca otwarcie polskiego przedstawicielstwa z nazwiskiem Donalda Tuska została osobiście odkręcona i zdjęta przez ambasadora Sadosia. Hańba!

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Premier zyskuje wizerunek człowieka, który nie ma ludzkich odruchów.

Jedyny nasz kierowca jeżdżący w Formule 1 Robert Kubica nie dorósł do patriotyzmu Mateusza Morawieckiego, a przynajmniej nie cieszył się jego sympatią, gdy jeszcze nie uległ wypadkowi. Taśma z podsłuchu z „Sowy & Przyjaciele” odkrywa psychologiczną prawdę o premierze. Już wcześniej poznaliśmy jego knajacki język – kiedyś nazywany: spod budki z piwem – a teraz także brak empatii do ciężko poszkodowanego kierowcy. W tym kontekście zrozumiałe jest, iż Morawiecki ma gdzieś niepełnosprawnych, którzy protestowali w Sejmie oraz głodujące pielęgniarki.

Ależ bezwzględnym okazuje się być człowiekiem. Gdy Kubica uległ wypadkowi, a przed wypadkiem załatwiono jego przejście do teamu Ferrari, Morawiecki cieszył się jak dziecko, że jednak do tego nie dojdzie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi”. Taka radość zapanowała u Morawieckiego, ówczesnego prezesa BZ WBK, który to bank w wyniku sprzedaży stał się częścią hiszpańskiego banku…

View original post 1 092 słowa więcej