Archiwa tagu: Andrzej Kosztowniak

Układy Kaczyńskiego: PCK, radomski. Niech koleś od chorych głowy i kolana zajmnie się tymi aferami

W minioną sobotę Jarosław Kaczyński wraz z premierem Morawieckim odwiedzili Zduńską Wolę.  Jak zwykle, była mowa o dokonaniach partii rządzącej, planach, pracy na rzecz wspólnego dobra i nieustająca krytyka rządów PO/PSL.

Tym razem jednak prezes PiS mocno zaskoczył. Nie wiadomo, czy stracił kontrolę nad tym, co mówi czy też po prostu się przejęzyczył, ale gdy nagle powiedział, że „Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć, że to my kłamiemy”, wprawił osoby słuchające go w wielkie zdziwienie.

Trzeba przyznać, że nikt się takich słów po prezesie nie spodziewał. Do tej pory jego partia oszukiwała ludzi, manipulowała nimi, głosząc kłamliwe informacje o budowie dróg, powstaniu Solidarności, wprowadzeniu Polski do UE. Te kłamstwa pozwalają partii rządzącej utrzymać swój elektorat w ryzach, dając całkowicie sfałszowany obraz rzeczywistości, w który tak wielu ludzi wierzy. Kaczyński dobrze wie, że nie może już wrócić do prawdy, bo to będzie oznaczało koniec władzy.

Zapewne zrobiłby wszystko, by cofnąć te słowa, ale nie ma na to szans. Internauci już je podchwycili i internet aż huczy. Ludzie piszą – „na kłamstwie zdobywają laury. kłamstwo ma krótkie nogi .Liczyłem że będzie to władza myśląca o dobrobycie wszystkich POLAKÓW ale tak nie jest życie jest krótkie ,żyje sie raz a tu człowiek człowiekowi czyni tyle zła”, „Kłamać trzeba umieć.Ale jak się zaplącze taki ( nawet Jaki -taki ) w swoich kłamstwach to już nie ma odwrotu.Trzeba powiedzieć wtedy że ten co słuchał ,słuchać nie umie .Brawo panie JK.Lubię patrzeć jak sobie kłamcy strzelają w piętę” czy „Opozycjo, wykorzystajcie dobrze, te słowa” .

Jest nawet prośba do opozycji, by rozpowszechnić słowa Kaczyńskiego na 1000 billboardach w całej Polsce. Trzeba przyznać, że pomysł świetny.

„Uważamy, że układ radomski, czyli to wszystko, co dzieje się w Radomiu powinno być pod szczególnym nadzorem służb państwa. Przypadek radomski wyjaśnia, dlaczego Mateuszowi Morawieckiemu i PiS tak spieszy się do tego, by wyznaczać nowe trasy i budować więcej dróg. Rozumiem, że mogą być za tym ukryte różne motywacje, niekoniecznie, żeby dostarczyć Polakom dróg” – powiedziała szefowa Nowoczesnej Katarzyny Lubnauer Dodała, że sprawą powinna zająć się prokuratura.

Chodzi o przedstawione w „Superwizjerze” TVN24 powiązania biznesmena z branży budowlanej Romana Saczywki z radomskimi politykami PiS m.in. z Dariuszem Wójcikiem, wieloletnim przewodniczącym Rady Miasta oraz z byłym wiceprezydentem Radomia, nadzorującym miejskie inwestycje, Igorem Marszałkiewiczem. Więcej szczegółów w artykule „PiS-owski układ radomski – rozjedzie gminę Kowala”.

Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna powiedział, że sprawa jest bulwersująca. – „Mamy sygnały także z innych miejsc, że drogi krajowe są przez „ekspertów” pisane w sposób absolutnie dziwny. Będziemy żądać informacji od ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, czy taki sposób pracy nad wyznaczeniem korytarzy dróg krajowych to jest norma, czy wyjątek, który tylko potwierdza regułę. Chcemy wyjaśnienia tej kwestii. Nie zostawimy tego” – powiedział  Schetyna.

Także PSL chce natychmiastowych wyjaśnień w tej sprawie. – „Będziemy się domagać na najbliższym posiedzeniu Sejmu informacji i działań służb” – zapowiedział prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz.

Już w lutym 2016 CBA miała materiał dla prokuratury. Zarzutów korupcji nie postawiono. Rozpracowani to posłowie PiS Andrzej (wieloletni prezydent Radomia) i Krzysztof . Dodatkowo : radny Karol i jego kuzyn, wiceprezydent Radomia Igor .

Smarzowski: Hipokryzja dotyczy 90 proc. księży

„Newsweek” Nakręcił pan „Kler” ze złości czy bezsilności wobec poczynań Kościoła?

Wojciech Smarzowski: Zawsze robię filmy o tym, co mnie boli.Oczywiście wiele rzeczy uwiera mnie pod czapką, ale czasami przychodzi moment, w którym trzeba powiedzieć: dość. Czułem i czuję się osaczony Kościołem i religią. Religia jest wszędzie – w prasie, w telewizji, w urzędach i na ulicy. Kroplą, która przepełniła czarę, było zderzenie się z religią w szkole. Moi synowie rozpoczęli edukację i nagle uświadomiłem sobie skalę zjawiska. Nie chodzi o jednostkowy przypadek moich synów ani o konkretnego księdza, ale o to, że wszystko zaczyna się w szkole. Społeczeństwo jest przyzwyczajane od najmłodszych lat do wszechobecności Kościoła z życiu. Efekt jest taki, że nasze dzieci mają wyprane mózgi, bo wychowuje się je w przesądach.

Religia uczy bierności wobec działań Kościoła?

Nasze pokolenie wydaje się stracone, ale może uda się z tego zaklętego kręgu wyzwolić nasze dzieci? Obecność w życiu katechety, a potem księdza powinna być wyborem, a nie sytuacją zastaną, na którą jesteśmy skazani.

Naprawdę jesteśmy skazani?

Oczywiście istnieje margines wyboru. Jestem ateistą i nikt nie zmusza mnie do ochrzczenia dzieci albo chodzenia na mszę, jednak gdy wchodzę na pocztę, to mam wrażenie, że ilość kalendarzy z papieżami, śpiewników oazowych i żywotów świętych nie pozostawia już miejsca na listy. Gdy jadę przez Polskę i mijam coraz brzydsze kościoły, coraz wyższe krzyże – to myślę, że ktoś zabiera mi mój kraj. Gdy państwo łoży coraz większe kwoty na kościelne inwestycje albo uroczystości – również z moich podatków – to czuję się oszukany, bo finanse kościelne są poza prawem. Tak samo jak poza prawem, a właściwie ponad prawem jest kler. Gdy Ministerstwo Sprawiedliwości ujawniło rejestr pedofilów, to nie znalazł się w nim żaden ze skazanych za takie przestępstwa księży. Na taką rzeczywistość nie ma we mnie zgody!

W Polsce jest 33 tysiące duchownych, w tym ponad stu biskupów. Ilu z nich dotyczą problemy pokazane w „Klerze” – chciwość, pomiatanie ludźmi, korupcja, zblatanie z władzą, hipokryzja, kochanki, alkoholizm, pedofilia?

Moim zdaniem hipokryzja dotyczy 90 procent księży. Pozostali są izolowani i mają zakaz wypowiedzi. A ryba psuje się od głowy. Myślę, że w grupie hierarchów musi być wielu mających coś za uszami, bo to daje przyzwolenie reszcie. Mnie zarzuca się pokazywanie wyłącznie ciemnej strony Kościoła, ale przygotowując się do tego filmu, zrozumiałem, że wiedza o tej instytucji jest bardzo rozproszona. Powstają porażające reportaże, pojawiło się kilka książek, czasami zapadnie jakiś wyrok w sprawie księdza pedofila, jest o tym głośno przez dzień, a następnego ludzie w sutannach zamiatają wszystko skrzętnie pod dywan. A przecież pedofilia wśród duchownych wciąż ma miejsce, wciąż rodzą się dzieci księży, wciąż duchowni powodują po pijanemu wypadki, potępiają z ambony homoseksualizm, choć – jak pokazują badania – w ich szeregach 30 procent to geje. Dopiero gdy spojrzy się całościowo, widać, jak to zepsuta instytucja. Wszystkim krytykom odpowiadam więc: „Kler” to film fabularny, nie dokument, film, który pozwala pokazać opisywany świat w pigułce.

Grupa skrajnie prawicowych aktywistów nie czeka na masowe blokady kin – doszło do ataku w jednym z sieci kin. Oczywiście chodzi o „KLER”.

Pięciu mężczyzn nabyło bilety na jedne z pierwszych seansów – widzów nie ma wtedy zbyt dużo – jak krzyczeli po ataku  – „Daliśmy przestrogę”.

Mężczyźni zaatakowali widzów – oblali ich colą i obsypali popcornem oraz opluli i wybiegli z sali. Cała sytuacja miała miejsce na jednym z pokazów w Warszawie – na prośbę kina nie ujawniamy miejsca zdarzenia.

Do ataku nie przyznała się żadna organizacja, a całość na szczęście skończyła się tylko na zniszczonej odzieży, ale napastnicy krzyczeli, że później „już nie będzie pobłażania…

Macierewicz, gdzie jesteś smrodzie!

Andrzej Karmiński na dokuj24.pl pisze o tym, co ma w pompie.

W tej sprawie mam w pompie poprawność polityczną, cywilizacyjną i każdą inną.  Uczciwie przyznaję: nie lubię Obcych. Nie rozumiem ich, nie akceptuję, organicznie nie znoszę, a czasem po prostu ich się boję. Łączy mnie z nimi niewiele ponad przynależność do rasy homo sapiens, a dzieli właściwie wszystko: język, wiara, poglądy, kultura, obyczaje i sposób na życie. Dlatego nie interesuje mnie z jakich pobojowisk się wywodzą i jest mi obojętne dokąd się wyniosą. Byle prędko, bo każdego dnia Obcy poszerzają sferę swoich wpływów i infekują umysły rodaków.  Niektórzy przyglądają się ich poczynaniom z ciekawością, ale też przybywa ludzi gotowych akceptować obce obyczaje i podporządkować się chorym ideom. Coraz mniej Polaków dostrzega zagrożenie cywilizacyjne, a coraz więcej obawia się przeciwstawić najazdowi prymitywnego ludu.

Obcy promują obcą kulturę – wciskają nam swój obraz historii i współczesnego świata, ale sami żyją w zamkniętych enklawach, w irracjonalnej krainie, na przekór cywilizacji. Kultywują obyczaje plemienne i za nic mają reguły demokracji. Ich struktura władzy nie wywodzi się z wyborów. Funkcyjni są wyznaczani, a wódz, który sprawuje rządy absolutne, wybiera się sam. Obcy to plemię agresywne, którego celem jest podbój i narzucenie podbitym swojej władzy, woli oraz prymitywnej wizji powrotu do dawno minionych czasów. Nie akceptują kodeksów państwa swojego pobytu, tylko narzucają współmieszkańcom własne prawa, wymyślane, poprawiane i zmieniane zgodnie z aktualnymi fanaberiami wodza. Słabo skrywają, że ich prawa służą legalizacji własnego bezprawia i zastraszaniu przeciwników, a docelowo usunięciu ich z życia politycznego.

Obcy to ludzie obcej wiary – dziwacznej, całkowicie odmiennej od naszej, powstałej w wyniku schizmy w kościele miłości bliźniego. Ci egocentryczni innowiercy wierzą w wieczną szczęśliwość tylko dla swoich. Straszą dzieci herezjami o diabłach i karzącej ręce mściwego Boga. Praktykują wypędzanie złych duchów, które z jakiegoś powodu lubią włazić w ciało i umysł człowieka. Cenzurują naukę i kulturę. Wierzą, że przychylność Stwórcy można kupić, składając daniny Jego funkcjonariuszom… Wiara Obcych to pogańskie zabobony – mroczne i nienawistne wobec niewiernych.  To wierzenia fanatyczne, a jednocześnie powierzchowne, rytualne, zapewniające status człowieka religijnego każdemu, kto gorliwie i wystarczająco demonstracyjnie uczestniczy w obrzędach. Obcy wierzą, że symbioza Kościoła z państwem zapewnia ludziom władzy akceptację wszelkich decyzji, nawet sprzecznych z nakazami wiary, a dary składane Kościołowi dają im prawo naruszania dowolnych kanonów w życiu publicznym i prywatnym.

Obcy używają obcego języka. Języka swoistego, niezrozumiałego, krzykliwego. Ich słownik pełen jest bogoojczyźnianych frazesów, ale także inwektyw i nowotworów, właściwych dla wyrażania pogardy.  Sporo tam przymiotników wielce przydatnych w konstruowaniu kampanii nienawiści do kolejnych grup niepokornych. W słowniku Obcych znaleźć też można wyrazy dla wielu ludzi niezrozumiałe, takie jak omnipotencja, imposybilizm czy ojkofobia, niezbędne dla podkreślania fałszywego dostojeństwa prymitywnych machinacji politycznych. Tym swoistym narzeczem Obcy oszukują, kłamią, mamią, a bywa, że również hipnotyzują.

Obcy odbierają nam pracę. Zwalniają ludzi, którzy ośmielają się oponować przeciw okupacyjnym prawom najeźdźców. Na atrakcyjnych stanowiskach zatrudniają wyłącznie swoich pobratymców. Płacą sobie niebotyczne premie kosztem obietnic podniesienia wynagrodzeń grupom zawodowym, których nie muszą się obawiać.  Nie interesują się prawidłami gospodarki. Nie oglądają się na koszty, nie przejmują rosnącym zadłużeniem, nie myślą o przyszłości – całkiem jak prymitywne i agresywne ludy, funkcjonujące wedle zasady: napaść, zagarnąć, obłowić się i zniknąć, pozostawiając za sobą dymiące zgliszcza.

Obcy są niebezpieczni. Już zdążyli rozbroić mój kraj. Pozbawili nas nowoczesnego sprzętu, usunęli doświadczonych dowódców, a teraz cichcem podkopują sojusze. Ku uciesze wrogów pozbywają się kolejnych przyjaciół Polski. Są zadufani, bezczelni i gotowi do awantur z całym światem w obronie godności, którą już dawno zastąpili kompromitacją.

Za granicą kpią ze mnie pytając, dlaczego dopuściłem do najazdu i jak długo jeszcze zamierzam tolerować okupantów? Otóż chcę właśnie powiedzieć, że nie zamierzam.  Choćby nie wiem co.

Waldemar Mystkowski pisze o Gowinie.

Jarosława Gowina jakby nie było, nie chce głośno popierać bezprawia PiS, stosuje się do swej wymyślonej naprędce dialektyki: „głosuje jak PiS, ale z tego się nie cieszy”. Sformułowanie padło po głosowaniach nad ustawami sądowymi w lipcu ubiegłego roku. Wówczas obiegło media zdjęcie Gowina, na którym przyjął pozę Stańczyka: rząd PiS klaszcze i tańczy z radości kazaczoka, a on siedzi smutny i niemal z tej depresji palec wskazujący wkłada do nosa.

Od tamtego czasu sprawy sądownicze potoczyły się wartko, jesteśmy w innym miejscu – dużo mniej demokratycznym, a Gowin nadaje tej sytuacji nowe znaczenia dialektyczne. Tym razem mimowolnie odkrywają one strategię PiS w stosunku do polityki wewnętrznej i unijnej.

W dwóch wywiadach udzielonych niemieckiej gazecie „Sueddeutsche Zeitung” i polskiej „Rzeczpospolitej” (pełny wywiad w „Rz” ukaże się w wydaniu poniedziałkowym) padają te same sformułowania i bodaj niechcący Gowin puścił juchę. Mianowicie o ustosunkowaniu się rządu PiS do przyszłego werdyktu Trybunału Sprawiedliwości UE mówi: „Należymy do grona nielicznych krajów, które respektują wszystkie orzeczenia TSUE.”

Zauważmy, że dotyczy to werdyktów, które zapadały, a które nie dotyczą rządu PiS. Twardo stwierdza także Gowin, iż „prawo unijne stoi ponad prawem krajowym (ustawami)”.  Chciałoby się bić mu brawo. Lecz powstrzymajmy się, bo wracamy do dialektyki Gowina (nie cieszy się): „Ale w Europie coraz szersze kręgi zatacza dyskusja czy Trybunał Sprawiedliwości ma prawo ingerować w rozstrzygnięcia konstytucyjne państw członkowskich. Podobnie jak niemiecki Trybunał Konstytucyjny uważam, że nie.”

W tym Gowin grzebie pisowskiego psa („pies pogrzebany”, palec w nosie też). Darujmy sobie, co sądzi niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, bo to nieprawda, co twierdzi Gowin. Akurat tego nie mówi dla niemieckiej gazety, ale dla „Rzeczpospolitej”. Clou pada w tym oto określeniu: TSUE nie powinien ingerować w rozstrzygnięcia konstytucyjne. Może tylko na podstawie tychże rozstrzygnięć konstytucyjnych wydawać werdykty, być poza tym arbitrem w sprawach między członkami UE.

Kto zatem powinien rozstrzygać wg konstytucji? Tylko krajowe Trybunały Konstytucyjne. Gowin więc na razie poddaje się werdyktowi TSUE (in spe) o Sądzie Najwyższym, ale z tego się nie cieszy. Na tym opiera się strategia PiS. Gdyby ją zastosować, to musiałby być zmieniony traktat akcesyjny. A to oznacza, że Unia przestaje być organizmem wspólnych wartości demokratycznych, sprowadzona byłaby do strefy wspólnego handlu i wschodniego sobiepaństwa władz, do której mogłaby przystąpić nawet Rosja, bo spełnia standardy, z którymi zgadzają się Gowin i PiS.

Zrozumiałe więc jest, iż Kornel Morawiecki tak a nie inaczej mówi o Rosji, i to nie spotyka się z potępieniem syna Mateusza, ani nikogo z rządzących. Praworządność unijna w rozumieniu Gowina szybko doprowadziłaby do rozpadu UE – i zdaje się o to chodzi. Jemu i rządzącej partii nie o Polexit, ale rozpad Unii – w to gra PiS.

A gdzie nas prowadzi partia rządząca? Ano – do marzeń prezesa Kaczyńskiego. W Bydgoszczy Mateusz Morawiecki zacytował książkę prezesa z poprzednich kampanii: „zbudujemy taką Rzeczpospolitą naszych marzeń”W PiS można mieć tylko marzenia takie, jak prezes i te marzenia będą narzucane wszystkim Polakom.

Na czym miałyby polegać „nasze marzenia PiS”? Na rechrystianizacji – to już jakiś czas temu słyszeliśmy, ale także na reindustrializacji. Zaleciało Leninem, prawda? Chcą nas cofnąć ideowo do Średniowiecza, a marzenia do PRL-u.

Kler 2. Scenariusz pisze się sam

W czerwcu ujawniono akta służb specjalnych PRL wskazujące, że ksiądz Sławoj Leszek Głódź był wykorzystywany jako informator wywiadu wojskowego PRL. Sprawę opisały portal Onet.pl i dziennik „Rzeczpospolita”. Z dokumentów, do których dotarła Wirtualna Polska wynika, że równolegle, w latach 80., dzisiejszy metropolita gdański był zarejestrowany przez wywiad cywilny ludowej Polski, któremu przekazywał wyjątkowo cenne informacje na temat polityki wschodniej Jana Pawła II. Sprawę opisujemy jako pierwsi.

30 kwietnia 1986 roku do Centrali Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej wpłynął tajny szyfrogram (nr 3281) z placówki wywiadu w Rzymie. Zawierał informacje pozyskane sześć dni wcześniej przez jednego ze szpiegów od źródła o pseudonimie „Guastar”. Dotyczyły kulisów odejścia arcybiskupa Luigiego Poggi – odpowiedzialnego w Watykanie za przywrócenie stosunków dyplomatycznych z krajami Europy Środkowo – Wschodniej, w tym z Polską. Na stanowisku zastąpił go arcybiskup Francesco Colasuonno. W najważniejszym fragmencie szyfrogramu czytamy: „Mianowanie Colasuonno było dużą niespodzianką dla lobby polskiego (…) Colasuonno jest osobą nieznaną polskim duchownym pracującym nawet na eksponowanych stanowiskach w Watykanie (…) niektórzy z lobby twierdzą, że będzie trudnym partnerem dla władzy, jak i dla hierarchii”.

Tego samego dnia, do centrali wywiadu wpłynął drugi szyfrogram (nr 3321) podpisany przez tego samego oficera, sporządzony na podstawie informacji od agenta „Guastara”. Dotyczy on przebiegu obrad podczas Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Czytamy w nim: „W kościele unickim z dużym niepokojem odnotowano inicjatywę prawosławia Moskiewskiego w kwestii obchodów w 1988 r. 500-lecia utworzenia patriarchatu. Ocenia się, że jest to kolejna inicjatywa prawosławia, uzgodniona z władzami ZSRR by w ten sposób obniżyć rangę obchodów organizowanych przez kler i kościół greckokatolicki, zarówno w diasporze jak i na Ukrainie. W związku z powyższym, hierarchia unicka zamierza swoim obchodom nadać jeszcze większy wymiar propagandowy”.

Pod obydwoma szyfrogramami znajduje się adnotacja „informacja wiarygodna”. Takie zapisy umieszczono pod wiadomościami, które potwierdzano jeszcze w innych źródłach.

Donos na biskupów

Miesiąc później, do centrali wywiadu w Warszawie trafił szyfrogram napisany ponownie na podstawie informacji od „Guastara”. Tym razem dotyczył opinii arcybiskupa Poggi na temat nawiązania stosunków dyplomatycznych miedzy PRLem a Watykanem. Hierarcha (jeden z najbliższych współpracowników Jana Pawła II) wyrażał ją po odbyciu podróży do komunistycznej Polski. W donosie czytamy: „Rozmówcy P. (Poggiego – L.Sz.) wyrażali opinie, że obecna ekipa rządowa przeżywa mały kryzys. Uważa się jednak, że po Zjeździe zostanie to zażegnane i linia gen. Jaruzelskiego umocni się. Pozwoli to na definitywne rozstrzygniecie całokształtu dot. stosunków Państwo – Kościół i PRL – Watykan. Uważa się, że na jesieni dojdzie do wizyty gen. Jaruzelskiego w Rzymie i Watykanie”. W szyfrogramie zawarta jest również wiadomość, że podczas poufnych rozmów polscy biskupi mówili w Warszawie arcybiskupowi Poggiemu, iż nie sprzeciwiają się nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Była to bardzo ważna informacja dla wywiadu PRL i jego zwierzchników – generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Wywnioskowali oni, ze polski Kościół będzie popierał nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem.

Tuż przy papieżu

Cytowany wyżej stenogram, z uwagi na charakter i wagę informacji, był jednym z najważniejszych meldunków przesłanych do Warszawy przez rezydenturę „Baszta” (taki kryptonim nosiła placówka wywiadu PRL w Rzymie). Po upadku PRL i rozwiązaniu Służby Bezpieczeństwa materiały „Baszty” przejął Urząd Ochrony Państwa, a potem, po zmianach w służbach – Agencja Wywiadu. Ta ostatnia instytucja przekazała je później do Instytutu Pamięci Narodowej – w 2007 roku zostały częściowo odtajnione (sygnatury akt: BU 0449/5/42, BU 0449/9/4). Wynika z nich, że w 1978 roku, gdy kardynał Karol Wojtyła został wybrany na papieża, w centrali MSW w Warszawie zwołano pilną naradę, w trakcie której dyrektor Departamentu I (odpowiedzialnego za wywiad cywilny) – pułkownik Jan Słowikowski – ogłosił: „Teraz celem numer jeden staje się Watykan”.

Władze PRL spodziewały się, że Papież – Polak będzie prowadził politykę wrogą komunizmowi (tak się też stało) i za wszelką cenę chciały znać jego plany. Do Rzymu pojechało więcej szpiegów, a na ich działalność znalazły się dodatkowe fundusze. W rezultacie, w latach 80. udało się pozyskać ponad setkę agentów w środowiskach polonijnych, instytucjach kościelnych, oraz w samej Kurii Rzymskiej. Najcenniejsi byli ci, którzy należeli do grona najbliższych współpracowników Papieża i mieli dostęp do sekretów watykańskiej polityki.

Jednym z nich był właśnie „Guastar”. Z odtajnionych dokumentów nie wynika, aby był najbardziej płodnym agentem. W odtajnionych zbiorach dokumentów odnaleźliśmy zaledwie 4 meldunki napisane na podstawie jego informacji, oraz 3 notatki zbiorcze (dokumenty dotyczące jakiegoś zagadnienia, o którym rozmawiano z wieloma informatorami), w których wykorzystano jego wiedzę. To niedużo, bo archiwa IPN znają przypadki agentów w Watykanie, którzy przekazywali dziesiątki meldunków (rekordzista – agent o pseudonimie „Prorok” – przekazał ich ponad 600). Jednak informacje przekazywane przez „Guastara” miały ogromne znaczenie ze względu na rangę spraw, których dotyczyły. Informator ten przekazywał wiadomości na temat spraw wyjątkowo ważnych, które zdobywał wśród osób z najbliższego otoczenia Jana Pawła II. Jego wiadomości określano jako „sprawdzone”, a on sam definiowany był jako „źródło wiarygodne” o czym świadczą adnotacje na szyfrogramach.

Kim był agent wywiadu PRL o pseudonimie „Guastar”? W dzienniku rejestracyjnym MSW (prowadzono tam ewidencję wszystkich osobowych źródeł informacji) wpisano jego dane personalne: Głódź Sławoj Leszek, oraz datę urodzenia: 13 sierpnia 1945. To dane dzisiejszego arcybiskupa metropolity gdańskiego. W dzienniku rejestracyjnym MSW znajduje się również informacja, iż „Guastar” jest księdzem katolickim. Również i to odpowiadało prawdzie. Dzisiejszy metropolita przyjął święcenia kapłańskie 14 czerwca 1970 roku, a więc w chwili sporządzania szyfrogramów był już od kilkunastu lat kapłanem.

Część akt wywiadu PRL nadal spoczywa w Zbiorze Zastrzeżonym i opatrzona jest klauzulą tajemnicy państwowej. Wśród nich wg naszych informacji, znajduje się też teczka z dokumentami opisującymi okoliczności pozyskania tego źródła do współpracy. Z powodu jej utajnienia, nie możemy poznać okoliczności nawiązania kontaktów księdza arcybiskupa z wywiadem cywilnym PRL.

Nie zna ich również pułkownik w stanie spoczynku dr Edward Kotowski – w latach 80. oficer wywiadu PRL ps. „Pietro”, skierowany do pracy w Rzymie, autor książki „Wspomnienia i refleksje oficera wywiadu PRL w Watykanie”. – Nie miałem żadnego związku z „Guastarem” i nie prowadziłem tego agenta, więc nie jestem w stanie nic o nim powiedzieć – powiedział Kotowski. Odwiedziłem go w małej miejscowości na Podlasiu, gdzie od lat mieszka. – Ale nawet gdybym potrafił, nie ujawniłbym żadnych szczegółów jego współpracy. Obowiązuje mnie tajemnica, a dekonspirację źródeł wywiadu uważam za działalność na szkodę państwa. Kotowski przyznaje jednak, że podczas swojej pracy w Rzymie słyszał o informatorze o pseudonimie „Guastar”. Czy podpisałby się pan pod stwierdzeniem, że był to jeden z najcenniejszych szpiegów w otoczeniu Jana Pawła II? – pytam. Byli cenniejsi – odpowiada wymijająco Kotowski.

Łącznik z przeszłością

Ksiądz Sławoj Leszek Głódź w 1981 roku został zatrudniony w watykańskiej Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich na stanowisku kierownika sekcji Kościoła obrządku bizantyjsko-ukraińskiego oraz sekcji Kościoła na Białorusi obrządku bizantyjsko-ruteńskiego. Wiedział o wszystkim, co się działo w kongregacji i miał częsty dostęp do papieża Jana Pawła II. Był więc dla wywiadu PRL idealnym kandydatem do werbunku. 23 lutego 1991 w Częstochowie kapłan przyjął z rąk kardynała Józefa Glempa sakrę biskupią. W tym samym, 1991 roku ustanowiony został ordynariat polowy Wojska Polskiego, a papież mianował księdza Głodzia biskupem polowym Wojska Polskiego. W tym samym roku, kapłan awansował na generała brygady, a trzy lata później – na generała dywizji. W lipcu 2004 został arcybiskupem, a miesiąc później biskupem warszawsko – praskim. 17 kwietnia 2008 papież Benedykt XVI mianował go metropolitą gdańskim. Ten urząd ksiądz Głódź sprawuje do dziś. Wiosną 2009 roku był przedstawiany jako jeden z poważniejszych kandydatów do objęcia stanowiska prymasa Polski.

W 2007 roku, gdy w polskim Kościele wybuchł problem lustracji duchownych, arcybiskup Głódź zachował zaskakujący sceptycyzm. W mediach wypowiadał się wielokrotnie przeciwko lustracji i nawoływał do „powściągliwości w ocenach”. Rok później Episkopat powołał komisje historyczne, aby wyjaśniły sprawę współpracy duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa PRL. Łącznikiem między Episkopatem a historykami został właśnie arcybiskup Głódź. Na ile mógł być bezstronny, skoro sam był zarejestrowany jako informator wywiadu PRL?

Amnezja „Tibora”

Pod większością szyfrogramów wysyłanych do Rzymu na podstawie wiadomości od „Guastara” podpisywał się niejaki „Dis”. Tego kryptonimu używał pułkownik Maciej Dubiel – w okresie 1984 – 1988 szef placówki wywiadu PRL w Rzymie. Dziś jest emerytem, żyje skromnie w Warszawie i nie rozmawia z dziennikarzami. Z kolei z rezydentury „Baszta” i z szyfrogramów wynika również, że osobą, która odbierała informacje od księdza Głodzia był oficer wywiadu o pseudonimie „Tibor”. Pod tym kryptonimem krył się major Janusz Marian Czekaj. Jak wynika z jego teczki personalnej (IPN BU 003175/343) urodził się w Gdańsku w 1948 roku, a pracę w MSW rozpoczął 1 lipca 1973 roku na stanowisku inspektora w Komendzie Wojewódzkiej MO w Łodzi. Do wywiadu cywilnego trafił we wrześniu 1982 roku. Rok później został skierowany do pracy w rezydenturze wywiadu PRL w Rzymie. Oficjalnie był II sekretarzem ambasady PRL we Włoszech. Do kraju wrócił w lipcu 1988 roku i trafił do MSZ, gdzie pracował jeszcze w latach 90. Ze służby w wywiadzie odszedł 31 lipca 1990 roku.

Dziś Czekaj jest resortowym emerytem i szanowanym biznesmenem. Kieruje m.in. spółdzielnią mieszkaniową na eleganckim, nowoczesnym osiedlu między Warszawą a Konstancinem. Bez wahania zgodził się na spotkanie. Spotkaliśmy się w znanym centrum handlowym w południowej części stolicy, niedaleko miejsca, gdzie mieszka. Elegancki i wyjątkowo dla mnie uprzejmy major Czekaj (przyszedł wcześniej aby upewnić się, że nie ciągnę za sobą „ogona” czyli obserwacji) prowadził ze mną osobliwą grę słowną – typową dla ludzi służb specjalnych. Próbował wysondować ile wiem na temat jego źródła i jakie dokumenty udostępniono mi w IPN.

– Nie wiem czy panu coś pomogę – powiedział na wstępie. – Nie wracam już do starych spraw, a odchodząc ze służby podpisałem zobowiązanie do zachowania tajemnicy. Potwierdził, że w latach 80. w Rzymie utrzymywał kontakty z księdzem Głodziem, ale nie chciał mówić jakie. Potem zasłaniał się brakiem pamięci. Nie pamiętam niczego takiego, trudno wymagać, abym pamiętał każdy dokument, który podpisywałem trzydzieści lat temu – mówił Czekaj, widząc kopie szyfrogramów rzymskiej rezydentury, zawierające pozyskane przez niego informacje. W końcu przyznał, że prowadził agenta o pseudonimie „Guastar”, którym był ksiądz Sławoj Leszek Głódź.

Według jego relacji, zarejestrowanie księdza Głodzia jako „Guastara” wcale nie oznacza, że był on świadomym informatorem wywiadu. – Była taka praktyka, dla lepszej ochrony źródeł, że relację jednego agenta w dokumentach przypisywano innej osobie – tłumaczy. – Było też tak, że agenta rejestrowano bez jego wiedzy i zgody. To o tyle ciekawe, że stało w całkowitej sprzeczności z praktyką działania służb specjalnych PRL, która zabraniała rejestracji jako agentów tych ludzi, którzy rzeczywiście nimi nie byli. Na koniec rozmowy, major Czekaj powiedział: Sławek to naprawdę porządny człowiek, dużo nam pomógł w Rzymie i ma swoje zasługi w tym, że podpisano konkordat między Polską a Watykanem. Po co mu robić krzywdę? Tyle, że nie chodzi tutaj o żadne robienie komukolwiek krzywdy. Chodzi o prawdę, która dopiero teraz, po wielu latach, wyłania się z archiwów IPN, a z którą ksiądz arcybiskup musi się zmierzyć. Choćby przez wzgląd na szacunek dla pamięci Jana Pawła II, z którym blisko współpracował przez tyle lat.

Przez niemal trzy miesiące bezskutecznie zabiegaliśmy o kontakt z księdzem arcybiskupem Głodziem. Pytania do niego wysłaliśmy za pośrednictwem jego osobistego sekretarza – księdza kanonika Bartłomieja Starka. Ksiądz Stark obiecał nam przez telefon, że odpowiedzi zostaną nam udzielone niezwłocznie za pośrednictwem maila. Ostatecznie, mimo upływu wielu tygodni, odpowiedzi nie uzyskaliśmy a ksiądz Stark przestał odbierać telefony. Nie odpisywał również na wysyłane do niego SMS-y. Także próby połączenia się telefonicznego z księdzem arcybiskupem spełzły na niczym. Dlaczego metropolita gdański unika pytań o swoje relacje z wywiadem PRL?

Po wczorajszej emisji w TVN 24 reportażu o tzw. “układzie radomskim” i jego planach zdobycia fortuny na zmianie trasy planowanej drogi ekspresowej S12, w wielu mieszkaniach działaczy Prawa i Sprawiedliwości oraz środowiska biznesowego z nimi związanego z pewnością padło wiele niecenzuralnych słów. Wdrażany w życie od wielu lat plan wykupu nieruchomości na obrzeżach Radomia przez lokalnych samorządowców z partii Jarosława Kaczyńskiego i biznesmena, dla którego dobra zmiana trwa już od ponad dekady (PiS Radomiem rządził od 2004 roku) oraz ich korzystne spieniężenie właśnie najprawdopodobniej będzie musiał zostać wyrzucony do kosza. Wszystko za sprawą zdeterminowanych mieszkańców jednej z wsi, którzy przejrzeli na oczy widząc jak ich kosztem wzbogacić planuje się lokalny układ oraz rzetelnie przeprowadzonej pracy dziennikarskiej Bertolda Kittela z TVN.

Na czym polegać miał interes życia? Cały reportaż do obejrzenia tutaj, a w dużym skrócie cała sprawa dotyczy planowanej budowy drogi ekspresowej S2 i wariantów jej przeprowadzenia. Przebieg trasy, mającej być potrzebną obwodnicą miasta, można zaplanować tak, by pociągała za sobą jak najmniejsze dla Skarbu Państwa koszty, była jak najkrótsza, najwygodniejsza dla kierowców oraz w możliwie najmniejszym stopniu dotykała okolicznych mieszkańców, których wobec braku innych możliwości będzie konieczność wywłaszczyć w zamian za odszkodowanie. Gdy jednak lokalny układ polityczno-biznesowy staje się właścicielem kilkudziesięciu nieruchomości znajdujących się na obrzeżach miasta, nieznajdujących się na trasie planowanej trasy S12, a były prezydent miasta, z tym układem bezpośrednio powiązany rodzinnie i biznesowo przypadkowo znajduje się w komisji sejmowej zajmującej się opiniowaniem tej konkretnej drogi ekspresowej, to zaczynają dziać się czary. Plany nieoczekiwanie dla wielu się zmieniają, trasa nagle nabiera kilku łuków tak, “by trafić w konkretne działki”. Bo choć, co do zasady, do wywłaszczenia w zamian za odszkodowanie ze Skarbu Państwa może dojść w sytuacji, w której istnieje ważny cel publiczny, to w państwie PiS najwyraźniej podjęto działania, by z tym ważnym celem publicznym powiązać całkowicie nieważny, choć dochodowy interes prywatny ludzi władzy.

Jak jednak wspomniałem na początku, bardzo prawdopodobne, że lokalny układ będzie musiał skapitulować, a w najbliższych dniach na dywanik prezesa Jarosława Kaczyńskiego zostanie wezwany radomski baron PiS Marek Suski. W samym środku kampanii wyborczej przed wyborami samorządowymi, w bastionie PiS, lokalni działacze zostali nakryci na próbie wydojenia polskiego państwa z pieniędzy publicznych, nie zważając jednocześnie na dramat mieszkańców jednej ze wsi, przez której środek dochodowy dla lokalnego układu projekt trasy S12 prowadził. Co więcej, naświetlenie sprawy przez media raczej uniemożliwi do niej powrót. Ehh muszą się w końcu za te media wziąć, bo tyle planów krzyżują. Przecież premier Morawiecki już nawet zaplanował znaczne zwiększenie kwot na nowe drogi lokalne, żal by było zatem nie skorzystać. Na szczęście projekt ustawy dekoncentracyjnej ponoć jest już gotowy. Jak ujawniła wczoraj posłanka Lichocka, choć nie widziała go na oczy, z pewnością jest to dobry projekt.

Polska – Brazylia. Finał mistrzostw świata. Większej rekomendacji, jak powtórka meczu o złoto z 2014 roku nie trzeba było szukać. W niedzielę o 21.15 w Pala Alpitour spotkały się zespoły po przejściach i zmianach. Jeden z nich miał zostać mistrzem świata.

Choć siatkarska finałowa opowieść zaczęła się od błędów serwisowych po obu stronach i słabszego ataku biało-czerwonych, to Bartosz Kurek szybko nadał jej tonu. Jego 3 ataki, blok i as serwisowy do pierwszej przerwy technicznej dały Polsce prowadzenie 8:6. Później Fabian Drzyzga „odblokowywał” w ataku kolejnych graczy, którzy źle zaczęli starcie – Artura Szalpuka, Michała Kubiaka i Piotra Nowakowskiego (14:11). Brazylia w tym momencie słabła, bowiem model gry Bruno (ciągłe ataki Wallace’a) był zbyt czytelny. „Gwoździem” do trumny Canarinhos w tym secie był atak Kubiaka z drugiej linii, dający wynik 16:13. Po nim zespół Renana dal Zotto nie był już w stanie wyjść na prowadzenie mimo dwóch asów Felipe Fontelesa na 20:21 i późniejszego wyrównania na 23:23. Atak Szalpuka na kontrze i blok Kurka zakończyły tę partię zwycięstwem biało-czerwonych (28:26).

Fantastyczną serię w ataku mieli polscy zawodnicy na początku kolejnej partii. 3 udane zagrania Kurka, 2 Szalpuka i 2 bloki Drzyzgi dały im prowadzenie 8:4. Późniejsze przejściowe trudności biało-czerwonych w zdobywaniu punktów w dużej mierze wynikały z większej swobody gry, którą zyskali Brazylijczycy przez słabsze zagrywki rywali (14:12). Choć biało-czerwoni wciąż byli na trzypunktowym prowadzeniu, to przez środkową część seta nie oni rozdawali punkty w meczu, a Brazylijczycy błędami i dobrymi atakami. Trzeba jednak przyznać, że Polacy odzyskali kontrolę nad meczem w widowiskowy sposób – niezwykle mocnym atakiem Kurka z drugiej linii w drugi metr (22:17). Set został zakończony skutecznym atakiem Michała Kubiaka na lewym skrzydle (25:20).

„Pogrom” po czterech dobrych atakach Kurka, dwóch blokach Kochanowskiego i jednym Drzyzgi Polacy zafundowali Brazylijczykom na początku trzeciej partii (11:5). Canarinhos na moment stracili wiarę w zwycięstwo i zaczęli popełniać wiele kosztownych błędów, oddalających ich od perspektywy przedłużenia meczu (8:15). Przy tak dużej przewadze biało-czerwoni grali natomiast spokojnie, jakby przyzwyczajając się do myśli, że są o kilka piłek od obrony tytułu mistrza świata (19:14). Mimo że zespół Renana dal Zotto odrobił straty do stanu 21:22, to wkrótce euforyczną radość dał Polakom Kurek, kończący ten mecz (25:23).

Zwolennik PiS wierzy w brednie, przeciwnik myśli. O przekrętach PiS, Wałęsie i siatkarzach

Święta prawda.

„Poszukujemy byłych studentek, które zdawały egzaminy i uzyskiwały zaliczenia u prof. Jacka Majchrowskiego w pokoju nr 71 w motelu Krak w 2004 r.” – takiej treści ulotki pojawiły się w Krakowie w ramach kampanii samorządowej.

Kto stoi za tą nieczystą akcją wymierzoną w długoletniego prezydenta Krakowa i kandydata na prezydenta (popieranego przez Platformę Obywatelską, Nowoczesną, PSL i SLD)? Nie sposób orzec, bo strona internetowa wpisana na ulotce to fejk, za to numer telefonu, pod który należy donosić na prezydenta to telefon dla widzów… TVP Info.

Co na to wszystko Jacek Majchrowski? Na swoim profilu na Facebooku zdecydował się upublicznić poniżające go ulotki i wpisy, przyznając, że zdążył się już przyzwyczaić do tego, że każda, kolejna kampania oznacza zbieranie na niego haków.

A jednak ta samorządowa kampania wyborcza stoi hakami, oszczerstwami i chwytami poniżej pasa, jak dotąd żadna inna.

Ani dróg ani mostów

Weźmy choćby na tapetę klan Morawieckich. Senior rodu Kornel, reprezentujący partię Wolnych i Sprawiedliwych próbował zarejestrować listę wyborczą z podpisami zmarłych. Komisja wyborcza w Warszawie zakwestionowała 198 z dwustu podpisów, z czego kilkanaście należało do nieboszczyków. Córka Kornela, Anna, która zdecydowała się kandydować na burmistrza Obornik Śląskich w jednym z wywiadów zapewniła,że do kandydowania namawiały ją lokalne środowiska, które „znały jej zaangażowanie w sprawy społeczne”. Dodała, że od lat związana jest z gminą, konkretnie z wioską Golędzinów.

– Tu prawie pół wieku mój dziadek z ojcem wybudowali dom, tu się wychowałam, tu jest nasz dom – podkreślała Morawiecka.

W ulotce wyborczej kandydatka na burmistrza napisała, że mieszka w Golędzinowie na stałe od czterech lat. Miejscowi tymczasem twierdzą, że nigdy nie widzieli Morawieckiej, pamiętają jedynie Kornela, jak ten, dawno temu „w gumowcach śmigał przez pola”.

Więcej, wieloletni sołtys Golędzinowa Janusz Jaworski bije się w pierś, że Morawiecką po raz pierwszy ujrzał na wrześniowych dożynkach w pobliskim Pęgowie. Kandydatka odczytała wtedy list od premiera (czyli brata).

Premiera, który wzbił się ostatnio na wyżyny manipulacji. Podczas wyborczego spotkania z mieszkańcami Świebodzina oznajmił, że za rządów Platformy Obywatelskiej „nie było dróg i mostów”.

I będzie już dobrze

– Premier Morawiecki zagrał na emocjach. Tymczasem wystarczy przejrzeć roczniki statystyczne z czasów, kiedy rządziła PO, by przekonać się, że to nieprawda – zauważa Mateusz Zaremba, politolog z Uniwersytetu SWPS, badacz zachowań wyborczych. – Tyle, że wielu wyborców woli wierzyć słowom ulubionych polityków, niż zweryfikować ich wypowiedzi, często brutalne. I wątpliwe etycznie.

Ta kampania jest brutalna, zdaniem Zaremby, również dlatego, że spora część wyborców jest podatna na argumenty populistyczne, które proponują proste rozwiązania takie jak: przyjdą dobrzy ludzie, wyrzucą poza nawias ludzi złych, zrobią kilka prostych rzeczy i będzie już naprawdę dobrze.

– Miejskie imprezy z gwiazdami będą niebiletowane, kamienice podświetlone, Olsztyn będzie piękny – zapewnił ostatnio wyborców Olsztyna Czesław Jerzy Małkowski, były prezydent miasta, skazany w I instancji na pięć lat więzienia za gwałt na urzędniczce w ósmym miesiącu ciąży. To nie przeszkadza mu kandydować po raz kolejny i sugerować, że poprzednie wybory na prezydenta wygrał właśnie on (choć przegrał). Innymi słowy, według Małkowskiego wybory w 2014 roku były sfałszowane. – Niewątpliwie doszliśmy do sytuacji, w której przeważają argumenty emocjonalne, nie rzeczowe – twierdzi Mateusz Zaremba. Powód? – Po 2015 roku zaostrzył się w Polsce konflikt polityczny. Wielu obywateli uważa, że w kraju doszło do złamania standardów konstytucyjnych i wyborczych. Na to nakłada się przekonanie części polityków i części społeczeństwa, że już w 2014 roku, podczas wyborów samorządowych, doszło do nadużyć podczas głosowania. To może elektryzować elektoraty.

– Warto jednak zwrócić uwagę też na to, że tak wielka podaż kłamstw w tych wyborach oznacza, że istnieje spory popyt na oszczerstwa. Przecież premier Morawiecki ma możliwości intelektualne do wypowiedzenia zdania, że „za PO nie wybudowano tyle dróg i mostów, ilu można się było spodziewać”. Ale wolał zagrzmieć, że za czasów Platformy nie było nic! – dopowiada prof. Radosław Markowski, socjolog i politolog z Polskiej Akademii Nauk. – To dowód na to, że dzisiejszy wyborca PiS oczekuje właśnie takich komunikatów. Nieskomplikowanych. I co z tego, że fałszywych?

Jednak nie chwyt retoryczny

– Ta kampania samorządowa tonie w brudzie. Co do technik szkalowania kontrkandydatów mamy ewidentnie sytuację przeniesienia metod z czasu ostatnich wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Już nikogo nie dziwią fałszywe konta i boty, wysyłające kłamliwe informacje, które mają wbić w ziemię przeciwnika – mówi prof. Markowski. Zauważa przy okazji, że pojawiają się także nowe techniki manipulowania wyborcami.

– Mało kto wie, że w Polsce pączkują dziś fejkowe ośrodki badania opinii publicznej. Kowalski odbiera telefon, w świętej wierze odpowiada na dwa proste pytania „ankieterów”, po czym jest zalewany hejtem. „A czy pan wie, że jeden z kandydatów na prezydenta Warszawy nocą zamienia się w przestępcę? Wie pan, że taki, a taki kandydat molestuje kobiety w parkach?”.

Na szczęście, brutalna i brunatna kampania miewa czasem w Polsce twarde konsekwencje. Chociaż Sąd Okręgowy w Warszawie, w kuriozalny sposób oddalił rozpatrywany w trybie wyborczym pozew Platformy Obywatelskiej przeciwko premierowi (poszło o te drogi i mosty), uznając, ewidentne łgarstwo Morawieckiego za „chwyt retoryczny”… to sąd apelacyjny zmienił tę decyzję i premier musiał przeprosić PO za swoje słowa. Także na antenie publicznej, a w praktyce – rządowej telewizji.

Polska mapa politycznego hejtu. Gdzie powstaje najwięcej nienawistnych wpisów?

Najnowszy sondaż dla „Głosu Wielkopolskiego” jasno pokazuje stawkę poznańskiej gry o władzę w mieście. Jacek Jaśkowiak (Platforma Obywatelska) startujący jako kandydat Koalicji Obywatelskiej w pierwszej turze zdobyłby 42,5 proc. głosów, za nim z 25,1 proc. poparcia plasuje się Tadeusz Zysk popierany przez Prawo i Sprawiedliwość. Trzecie miejsce w przedwyborczym rankingu zajmuje kandydat koalicji lewicy, obecny wiceprezydent Tomasz Lewandowski z 14,7 proc. głosów. Popierany przez byłego prezydenta Jarosław Pucek z KWW Dobro Miasta ma szansę na 10,8 proc., kandydatka ruchów miejskich Dorota Bonk-Hammermeister z Prawa do Miasta to 4,6 proc., w końcu Wojciech Bratkowski z KWW Poznań od Nowa to 2,3 proc. potencjalnych głosów.

Kto zdobędzie władzę w największych polskich miastach?

Jacek Jaśkowiak, prezydent z zaskoczenia

Wszystko wskazuje więc na ponowne zwycięstwo Jacka Jaśkowiaka, który wygrał cztery lata temu, zaskakując obserwatorów prognozujących zwycięstwo Ryszarda Grobelnego, wieloletniego prezydenta miasta. Jaśkowiak chętnie podkreśla, że korzenie jego zaangażowania w sprawy miejskie tkwią w ruchach miejskich – w 2010 r. wystartował jako kandydat ruchu My Poznaniacy, zdobywając 7,16 proc. głosów. W 2014 r. Jaśkowiak wygrał w drugiej turze jako kandydat Platformy Obywatelskiej, zwycięstwo było jednak możliwe dzięki mobilizacji sił społecznikowskich i lewicy.

Prawdziwa stawka wyborów samorządowych

Nowy prezydent zasłynął spektakularnymi działaniami, przeciwstawiając się Antoniemu Macierewiczowi, gdy ten forsował pomysł, by uroczystościom ku czci ofiar Czerwca 1956 towarzyszyło odczytanie apelu smoleńskiego; objął patronatem Marsz Równościi sprzeciwił się przywróceniu Pomnika Wdzięczności (Chrystusa Pana) w lokalizacji oczekiwanej przez inicjatorów pomysłu. W ratuszu najtrudniejszy „resort” – zarządzanie infrastrukturą – powierzył wiceprezydentowi Maciejowi Wudarskiemu z ruchów miejskich.

Maciej Wudarski i Joanna Jaśkowiak nie będą rywalizować z prezydentem

Wudarski, mimo że był inicjatorem wspólnego komitetu wyborczego Prawo do Miasta, łączącego miejskie siły społeczne, nie zdecydował się na kandydowanie, uznając, że byłoby to nielojalne wobec szefa, czyli prezydenta Jaśkowiaka. W powstaniu Prawa do Miasta uczestniczyła Joanna Jaśkowiak, żona prezydenta, co wywołało spekulacje, czy aby małżonkowie nie będą z sobą konkurować w wyborczym wyścigu. Joanna Jaśkowiak przecięła dywagacje, wycofując się w ostatniej chwili. Kandydatką ruchów miejskich w Poznaniu została więc Dorota Bonk-Hammermeister.

Wyborcza mobilizacja ruchów miejskich

Czego Poznaniowi trzeba, by stał się metropolią o znaczeniu międzynarodowym

Dorota Bonk-Hammermeister w wywiadzie dla poznańskiego wydania „Gazety Wyborczej” wskazała katalog spraw, jakich dotychczas nie udało się zrealizować, a mieszczą się w wizji dobrego miasta promowanej przez ruchy: program rowerowy, uspokojenie ruchu na Jeżycach, dokończenie buspasu na Garbarach. To szczegółowe przykłady rozwiązań, jakie Poznań podejmuje lub musi podjąć, by zmierzyć się z wyzwaniami przyszłości, jakie w pełni identyfikuje nowa strategia rozwoju 2020+ przyjęta w 2017 r.

Badania ewaluacyjne przeprowadzone przez poznańskich socjologów pokazały, że największym bodaj problemem rozwojowym miasta jest przekonanie jego mieszkańców o szklanym suficie, który uniemożliwia realizację w mieście ambitnych projektów i pełne wykorzystanie zasobów ludzkich oraz materialnych, w jakie obfituje Poznań. Jacek Jaśkowiak, który wygrywając w 2014 r. zadeklarował, że nie chce kierować miastem dłużej niż przez dwie kadencje, przekonuje, że wie, jak ów szklany sufit usunąć i uczynić z Poznania metropolię o znaczeniu międzynarodowym.

Tadeusz Zysk obiecuje walkę z korkami i wielkie inwestycje

Najpoważniejszym kontrkandydatem w staraniach o drugą, a więc i – zgodnie z deklaracjami – ostatnią kadencję jest Tadeusz Zysk, znany wydawca kandydujący z poparciem PiS. W pierwszym punkcie swojego programu umieścił budowę premetra, czyli szybkiego bezkolizyjnego tramwaju. Dwie linie premetra miałyby rozwiązać problem korków w rozwijającym się mieście. Kolejne pomysły Zyska na miasto to wielkie inwestycje: Park Stulecia, hala widowiskowo-sportowa, Muzeum Powstania Wielkopolskiego (mimo że jego budowę zainicjował już Jacek Jaśkowiak).

Do wyborów 2018 trzeba się dobrze przygotować

Debaty przedwyborcze bez kandydatów

Cechą charakterystyczną rozkręcającej się poznańskiej kampanii jest nieobecność najważniejszych kandydatów podczas przedwyborczych debat. Ostatnio Jacek Jaśkowiak nie dotarł na debatę organizowaną przez TOK Fm, a Tadeusz Zysk opuścił salę w trakcie spotkania.

Wyniki sondaży wskazują na zwycięstwo Jacka Jaśkowiaka, ale on sam najlepiej wie, że do wygranej w I turze jeszcze sporo brakuje, a II tura zawsze oznacza ryzyko nawet dla faworyta, gdy ten musi liczyć się ze sporym negatywnym elektoratem. Należą do niego m.in. ci wszyscy, którym nie odpowiada nadmiernie progresywna ekspresja prezydenta.

75. urodziny Lecha Wałęsy.

Brawo UE! Wstyd polsko!

27 przywódców UE podpisało sie pod życzeniami urodzinowymi dla p.Prezydenta ktore przywiózł do Gdańska p.Prezydent . Wsród nich jest podpis Premiera Węgier ,Victora Orbana. Zabrakło tylko życzeń od Premiera RP

– Wszyscy udają, że dla dobra Kościoła go krytykują i marzą o tym, żeby w Kościele katolickim działo się lepiej. Ja odwrotnie, chcę żeby działo się jak najgorzej – tłumaczył Jerzy Urban podczas premiery „Kleru”, w rozmowie z serwisem przeAmbitni.pl.

Kilka dni temu w Warszawie odbyła się uroczysta premiera filmu „Kler”. Wśród aktorów i celebrytów, którzy przybyli na pokaz, pojawił się również Jerzy Urban. Redaktor naczelny tygodnika „Nie” w rozmowie z serwisem przeAmbitni.pl szczerze przyznał czego życzy Kościołowi katolickiemu.

„Chcę jak najgorzej dla Kościoła”

Zapytany o kontrowersje jakie wzbudza „Kler”, Urban stwierdził: „To wzbudza moje mieszane uczucie, bo ja redaguję pismo silnie antyklerykalne i taki film i jego wielka popularność (…), banalizuje temat i jakby odbiera mi dotychczasową niemal wyłączność na atakowanie kleru, ja tracę jakby silnik swojego biznesu”.

Dalej Urban podkreślił, że taki „aplauz dla tego filmu” to dla niego „bardzo ciekawe zjawisko”. – Ja w tym dostrzegam kawał swojej roboty też, bo to się nie wzięło z niczego. Ja ma tylko inne podejście do tej kwestii niż antyklerykałowie. Ja nie jestem antyklerykalny, tylko antyreligijny – tłumaczył dalej w rozmowie z dziennikarką.

– Wszyscy udają, że dla dobra Kościoła go krytykują i marzą o tym, żeby w Kościele katolickim działo się lepiej. Ja odwrotnie, chcę żeby działo się jak najgorzej. Żeby byli sami pedofile, sami kanciarze i żeby Kościół był jeszcze ohydniejszy niż jest – stwierdził w końcu szczerze Urban.

Jak dodał, problemy Kościoła oznaczałyby „mniej podatnych na oszustwo jakim jest – jego zdaniem – wiara”. – Religijna szczególnie. Inne wiary też są mylące i sam tego doświadczyłem – podkreślił Urban.

Celna obserwacja.

W najnowszym Newsweeku rozmowa z Wojciechem Smarzowskim i reportaż o – tak jest – dobrych księżach : co w Kościele i w Polsce zmieni „Kler”.

Metaforyczna sytuacja.

Trzepanie kasiory, a w alkowie na zakrystii trzepanie…

>>>

Były prezydent Radomia Andrzej Kosztowniak dziś jest posłem. Dogląda w Sejmie projektu obwodnicy miasta, która nagle zaczęła się wić i falować. Przebiegnie dzięki temu przez wiele działek należących do powiązanych z posłem samorządowców, bogatego biznesmena oraz ich rodzin.

– Wie pan, do czego służy poseł w tym kraju? Do przyciskania przycisków – te słowa biznesmena powiązanego z lokalnymi politykami kończą reportaż TVN o „radomskim układzie korupcyjnym”.

Z wyemitowanego w sobotę materiału „Superwizjera” TVN wynika, że samorządowcy i posłowie PiS oraz Roman Saczywko, miejscowy potentat branży budowlanej, przez lata wypracowali korzystny dla siebie układ zależności. Interesy polityków i biznesmena skupiły się m.in. wokół terenów, przez które przechodzić ma droga S12 – część obwodnicy Radomia. Wykupili tam działki, na których zarobić mogą ogromne pieniądze z odszkodowań od państwa.

W Sejmie zespołem ds. budowy trasy S12 kieruje poseł PiS Andrzej Kosztowniak, były prezydent Radomia. Jego siostra zaś jest w grupie właścicieli działek.

„Ktoś wpływowy chce zarobić…”

Reporter TVN Bertold Kittel skupił swoje dziennikarskie śledztwo na nagłych, tajemniczych zmianach planu przebiegu drogi S12, południowej obwodnicy Radomia. W filmie występują mieszkańcy gminy Kowala. Są przerażeni, że w projekcie Generalnej Dyrekcji Krajowych Dróg i Autostrad znienacka umieszczono wariant, w którym S12 biegnie przez tereny zabudowane, przecinając na pół okoliczne wsie i gminę. Szok mieszkańców jest tym większy, że w początkowych planach droga przebiegała przez nieużytki, a jej przeprowadzenie nie wymagało wyburzania domów i wywłaszczania ludzi.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o KOD.

Mamy prawdziwą zagadkę: jak to jest, że od wyborów w 2015 r. namnożyło się takich nadgorliwców…

– „To nie cenzura, lecz nadgorliwość i głupota” – powiedział prezes TVP Jacek Kurski, gdy jego podwładni, nadzorujący transmisję z festiwalu filmowego w Gdyni, wycięli fragment wypowiedzi reżysera Wojciecha Smarzowskiego. Okropnego pecha ma pan prezes TVP. Ktoś mu chyba złośliwie podsyła takich nieinteligentnych pracowników, którzy ni stąd, ni zowąd samowolnie wycinają różne rzeczy. Skąd im w ogóle do głowy przychodzi, że można coś wycinać? Przecież kierownictwo TVP bardzo dba o zachowanie standardów i przestrzeganie reguł dobrego dziennikarstwa i nigdy w życiu nie zgodziłoby się, by tak ingerować w treść transmisji.

Ale nie tylko Kurski ma tak ciężkie życie z podwładnymi. Zbigniewowi Ziobrze i Joachimowi Brudzińskiemu też nie jest lekko. Wśród ich pracowników również trafiają się tacy nadgorliwi. Gdy w Białej Podlaskiej pewien jegomość powiesił koszulkę z wulgarnym słowem „Konstytucja” na szlachetnej figurze Lecha Kaczyńskiego, policjanci wparowali bladym świtem do domu tego chuligana, przeprowadzili rewizję, narobili hałasu, przestraszyli małe dziecko. – „To było działanie nieadekwatne” – przyznał minister Brudziński.

Pewnie było mu strasznie przykro, że jego podwładni zachowali się tak głupio i postawili go w niezręcznej sytuacji. Zwłaszcza, że w tym tygodniu sąd stwierdził, iż robienie rewizji domowej z powodu koszulki na pomniku było działaniem nieuzasadnionym i nieadekwatnym do przedmiotu sprawy: – „Prokurator wydając zaskarżone postanowienie nadał prymat ochronie porządku publicznego rozumianego jako estetyka miejsca publicznego nad chronioną konstytucyjnie nietykalnością osobistą i prawem do prywatności oraz nienaruszalnością mieszkania”.

No i znowu powstaje to samo pytanie: co tym nieinteligentnym funkcjonariuszom do łbów strzeliło? Jak mogli wpaść na tak głupi pomysł, żeby robić rewizję w domu? Przecież kierownictwo resortu bardzo pilnuje, żeby zawsze postępować adekwatnie do przedmiotu sprawy i przestrzegać reguł.
Wszystko to dowodzi, że jakieś fatum wisi nad „dobrą zmianą”. Albo mamy do czynienia ze spiskiem. Może jakiś wróg celowo nasyła takich nadgorliwców, którzy podejmują nieadekwatne działania?

W tych dniach mamy nowy przykład z Radomia: pan Dariusz Przytuła sfilmował komórką, jak wrogowie wieszają koszulkę z „Konstytucją” na pomniku (tym razem była to figura Eugeniusza Kwiatkowskiego) – i policja zaraz wzięła go na przesłuchanie, bo skoro widział, sfilmował i umieścił na Facebooku, a nie zgłosił, to znaczy, że sam złamał prawo. Niezgłoszenie przestępstwa jest karalne. W sumie słusznie postąpiła policja, ale chyba znowu nadgorliwie. Może być z tego kolejna afera.

Albo pamiętacie, jak nadgorliwa pełnomocniczka wojewody we Wrocławiu Dominika Arendt-Wittchen przywaliła z liścia wrogowi narodu? Niby się należało, ale wybuchł kolejny skandal i trzeba się było tłumaczyć, że przeholowała.

Gdyby to wszystko zsumować, to mamy prawdziwą zagadkę: jak to jest, że od wyborów w 2015 r. namnożyło się takich nadgorliwców? Zupełnie jakby się uwzięli i celowo postanowili skompromitować obóz władzy. Ciekawe, kto ich podpuścił. Bardzo ciekawe.

Waldemar Mystkowski pisze o Wałęsie.

Wkład Lecha Wałęsy w historię Polski jest nie do przecenienia. Jego miejsce w podręcznikach historii jest obok największych. Gdy dzisiejsze emocje wyparują i znajdą swoje miejsce w obiektywnej narracji, Wałęsa będzie jednym tchem wymieniany wśród 5-10 najważniejszych postaci w dziejach Polski.

Gdyby nie było Wałęsy, czy upadłby komunizm? Tak, ale wyglądałoby to inaczej, najprawdopodobniej dłużej by przetrwał i nie obyłoby się bez rozlewu krwi. Piszę Wałęsa, myślę „Solidarność” – ta klasyczna, bo dzisiejsza Piotra Dudy to antySolidarność, odpowiednik komuszego CRZZ.

Wiele zawdzięczają Wałęsie Rosja (ZSRR) i kraje byłego Układu Warszawskiego. Wałęsa przyspieszył erozję komuszego reżimu, był katalizatorem przemian. To dzięki niemu komuniści rosyjscy zdecydowali się na Gorbaczowa, który zainspirowany „Solidarnością” rozpoczął pierestrojkę. Głównym burzycielem Muru Berlińskiego był Wałęsa. Gdyby Polacy potrafili wykorzystać siłę mitu Wałęsy, Niemcy nie odmówiliby, aby w Berlinie stanął pomnik naszego wielkiego ziomka.

Dlaczego tak się stało, że Wałęsa jest dzisiaj w kraju przez jedną ze stron postponowany? Stało się tak nie dlatego, że jesteśmy narodem wichrzycieli (bo jesteśmy), ale dlatego, że polskie społeczeństwo nie ma w swoim kodzie paradygmatu demokracji i procedur wolności. Jesteśmy powierzchowni, a więc nasza odpowiedzialność za kraj jest śliska, dlatego tak łatwo niektórym politykom przedstawiać kłamstwa jako prawdy. Gombrowicz tę przypadłość nazywał niedojrzałością, zielonością. Tak było w okresie międzywojennym, tak jest dzisiaj. Po czasach bohaterów „Solidarności” przyszedł czas tchórzy – Kaczyńskich, Morawieckich, Dudów.

Tchórz nie stanie na ubitej ziemi, ale się schowa za kordonem ochroniarzy i pomówień. Jeszcze Polska jest bezpiecznie usytuowana geopolitycznie w dużym organizmie politycznym Unii Europejskiej, ale to może się w każdej chwili zmienić. Wówczas przypomnimy sobie o mądrości Wałęsy, o mądrości zbiorowej „Solidarności”. Czy będzie już jednak za późno? Nie chcę kasandryczyć, acz czarno widzę, gdy PiS dłużej utrzyma się u władzy.

Dzisiaj Lech Wałęsa obchodzi 75 lat, trzy ćwiartki wieku. Powinien być wyniesiony w naszej pamięci i grzać się w chwale zwycięzcy, niestety tchórze są innego zdania. Pierwszy przewodniczący „Solidarności” udzielił wywiadu Deutsche Welle, w którym ostro wyraził się o rządzących od 3 lat: – „Mamy nieodpowiednich, niezbadanych medycznie ludzi, ludzi małych, zakompleksionych, którzy przypadkiem zdobyli władzę”.

Polska po przypadkach II wojny i reżimu komuszego przetrwała, acz okaleczona, więc po przypadku PiS też tak będzie, zatem ten „przypadek zdobycia władzy” trzeba im wytrącić z rąk. Wałęsa nam i młodszym dawał przykład, tak jak wcześniej Piłsudski, a jeszcze wcześniej Kościuszko. Lech Wałęsa nie jest przypadkiem bohaterem, jest nim pełną gębą.

>>>

Żeby można było napisać te słowa Polacy musieli pokonać Amerykanów, którzy sprawiali wrażenie, że są nie do przejścia. A jednak w turyńskim półfinale zatrzymał ich zespół Vitala Heynena. Było 3:2 w setach (25:22,20:25,23:25 i 15:11).

Turyn: polscy siatkarze awansowali do półfinału mistrzostw świata

Wielki powrót Bartosza Kurka

Jeśli trzeba byłoby wskazać tego jednego, od którego najwięcej zależało, to prawie wszyscy wskazaliby atakującego Bartosza Kurka. Przeżywa swoje wielkie dni. Cztery lata temu miał być filarem ówczesnej reprezentacji. Trudno było uwierzyć, że skreślił go z kadry, prawie w ostatniej chwili, trener Stephane Antiga. A jednak końcowy triumf sprawił, że mało kto podważał tę zaskakującą decyzję. Kurek nie załamał się, choć kolejne sezony nie były przecież jednym wielkim pasmem sukcesów. Nawet na początku tych zawodów można było mieć wątpliwości, czy stawianie na tego atakującego nie jest jeszcze jedną ekstrawagancją dowodzącego kadrą Belga. Szybko okazało się, że ten wybór, jak wiele innych, sprawdził się w stu procentach.

Polacy mocniejsi od statystyk

Przed półfinałem lepiej było nie zaglądać do statystyk. Jeśli są takie zespoły, które nie leżą Polakom, to Amerykanie byliby na czele listy. Teraz z niej znikną. Również teoretyczne porównanie klasy poszczególnych graczy nie wypadało dobrze dla naszych. Może i tak jest w rzeczywistości, ale to nie Amerykanie, tylko Polacy potrafili stworzyć w sobotni wieczór mocniejszy zespół. Nikt nie może przecież powiedzieć, że sukces jest niezasłużony.

W pierwszym secie poszło nadspodziewanie łatwo dla Polaków, w drugim na odwrót. Po wyrównanym trzecim wydawało się, że nasza ekipa może stracić wiarę w finał. Ale pogodzenie się z porażką jest pojęciem nieznanym w naszym obozie. Analizując na zimno, czwarty set i tie-break to pokaz przewagi sportowej i mentalnej biało-czerwonych.

Czternastka Vitala Heynena

Kilkutygodniowe zawody, w których trzeba wychodzić aż dwanaście razy na plac gry, żeby bić się o najwyższe stawki, są przedsięwzięciem wycieńczającym i wyniszczającym. Tym bardziej widać teraz głęboki sens zabiegów Vitala Heynena mających na celu przygotowane czternastki, z której każdy będzie gotów wejść pod siatkę w najtrudniejszym nawet momencie. Półfinał wywalczyli Bartosz Kubiak, Michał Kubiak, Paweł Zatorski, ich koledzy z pierwszej szóstki i wszyscy pozostali, którzy trochę częściej siedzą na ławce. Przecież ci teoretycznie rezerwowi Dawid Konarski, Aleksander Śliwka, Grzegorz Łomacz i pozostali też mieli swój bardzo wymierny wkład w tak wielkie osiągnięcie, które może być jeszcze większe. Mistrzowie świata chcą przecież obronić tytuł.

To jest to!