Archiwa tagu: afera podsłuchowa

Duda w pocie czoła pracuje, aby stanąć przed Trybunałem Stanu. Kłamie ws. postanowień NSA

>>>

Prezydent i jego żona pojechali do Watykanu. Andrzejowi Dudzie nie udało się jednak uciec od pytań dziennikarzy, dotyczących polskiej polityki. Reporterka TVN 24 poprosiła go o komentarz do stanowiska sędziów Sądu Apelacyjnego w Krakowie. – „Wyrażamy dezaprobatę wobec działań prezydenta, który wręczył nominacje pomimo zabezpieczenia zastosowanego przez Naczelny Sąd Administracyjny” – napisali. Więcej w artykule „Krakowscy sędziowie przepowiadają Andrzejowi Dudzie Trybunał Stanu”.

„Sędziowie odnoszą się do postanowień wydanych przez NSA w sprawie, w której ja jako prezydent w ogóle nie uczestniczyłem. Ja w ogóle nie otrzymałem tych postanowień, nie byłem tam stroną” – powiedział wyraźnie zdenerwowany Duda. A ma powód do zdenerwowania, bo to nieprawda.

Jak podaje Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”, do Kancelarii Prezydenta wpłynęły dokumenty, wśród których był między innymi odpis postanowienia NSA. Stało się to na dwa dni przed nominowaniem przez Dudę nowych sędziów Sądu Najwyższego. Pisma złożył adwokat Michał Jabłoński, który reprezentuje radcę prawnego z Katowic Mariusza Czarskiego. Radca nie został wybrany do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN i odwołuje się od wyników konkursu. Na złożonych w Kancelarii dokumentach widnieje pieczątka „Kancelaria Prezydenta RP. Kancelaria Główna. Wpłynęło 8 października 2018 r.”.

Konstytucjonalista prof. UW Marcin Matczak kwestionuje też słowa Dudy, że „prezydent nie jest stroną”. – „Prawomocne orzeczenie wiąże nie tylko strony i sąd, który je wydał, lecz również inne sądy organy państwowe. Czy prezydent jest organem państwowym?” – retorycznie pyta w rozmowie z „GW” prof. Matczak.

„Głosujcie na tych kandydatów, którzy nie boją się świata, którzy nie chcą was zamknąć za murem strachu. Wybierzcie wolność. Nieuczestniczenie w wyborach to tak, jakbyście pozwolili Lechowi Wałęsie decydować, z kim pójdziecie na randkę. Nie pozwólcie sobie wmówić, że wasz głos nic nie znaczy” – apeluje do młodych wyborców były prezydent.

W swoim apelu Lech Wałęsa sięga pamięcią wstecz i pisze, że sam miał dwadzieścia kilka lat, kiedy postanowił zawalczyć o swoją wolność. – „Doprowadziło to do buntu, który w efekcie zmienił świat. Taka była siła zwykłego robotnika z komunistycznej fabryki. Bardzo bym nie chciał, żebyście musieli walczyć o waszą wolność tak, jak ja to robiłem, bo za tę walkę płaci się ogromną cenę” – napisał.

Opisuje, czym jest brak wolności: „ciągłe poczucie, że ktoś cię obserwuje. To ten ścisk w brzuchu, że nie wolno ci być sobą, że musisz cały czas udawać przed światem. Wszystko podlega ocenie: jak wyglądasz, z kim się spotykasz, co mówisz, a o czym milczysz. Wkrótce tak się boisz, że sam stajesz się dla siebie strażnikiem więziennym”. 

Lech Wałęsa przyznaje, że przez ostatnie 30 lat nie wszystko potoczyło się tak, jak powinno. – „Popełnialiśmy błędy, ale nigdy nie ograniczaliśmy wolności. Dzięki temu dzisiaj wy niczym się nie różnicie od młodych ludzi z Francji, z Niemiec, z Hiszpanii. Możecie studiować, pracować, jeździć, podążać za miłością i spełnieniem po całej Europie” – napisał były prezydent. I właśnie dlatego – jak pisze Wałęsa: – „Pójście na wybory jest nie tylko waszym obywatelskim obowiązkiem, ale także powiedzeniem sobie: tak, chcę być wolny”.

>>>

Kubica może pogrążyć Morawieckiego, że puści bąbelki

Na taśmach, opublikowanych dziś przez Onet, słychać, jak ówczesny prezes BZW BK Mateusz Morawiecki … cieszy się z wypadku Roberta Kubicy. Trudno użyć innego słowa, skoro ze strony obecnego premiera padają takie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi. Ja nie chcę, k…a, co roku pięć dych płacić”.

Z nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” wynika, że ówczesny szef BZ WBK uznał dramatyczny wypadek Roberta Kubicy za zdarzenie pozytywne z punktu widzenia interesów „własnego” banku. Dlaczego?  Gdyby bowiem do wypadku nie doszło, bank BZ WBK prawdopodobnie musiałby zostać sponsorem polskiego kierowcy, czytamy w portalu Onet.

Do treści nagrań odnieśli się politycy, dziennikarze i internauci. Zarówno w tonie żartobliwym, jak i poważnym.

Były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak: „Już powoli da się rozpoznać premiera Morawieckiego po niepowtarzalnym wulgarnym stylu. Ale żeby tak o Kubicy!?”.

Wicemarszałek Sejmu i poseł Kukiz’15 Stanisław Tyszka: „Jakim trzeba być człowiekiem, by powiedzieć »na szczęście złamał rękę, raz, drugi…«?”.

Redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”, Tomasz Lis: „różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen.”

Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”: „Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.” – pisze.

Kamil Durczok na swoim profilu napisał: „A tak po ludzku, panie Morawiecki, to co pan wygaduje o Kubicy, to regularna chamówa”.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec przypomniał, że wypadek Kubicy, który „podsumował” Morawiecki, kwalifikował się jako „zagrażający życiu”.

Z kolei popularna na Twitterze komentatorka Kataryna celnie skwitowała postawę premiera – inną wobec narażonego na kontuzje sportowca niż względem mogącego być przydatnym polityka. Jak podkreśliła, w tym kontekście nie potrafi zrozumieć postawy premiera.

Co interesujące, politycy PiSu ten „wątek taśmowy” potraktowali nadzwyczaj poważnie. Adam Bielan powiedział dziś w rozmowie z Moniką Olejnik, że Mateusz Morawiecki spotkał się z Robertem Kubicą. Ta troska również nie umknęła uwadze komentatorów.

Dziennikarz TVN24 Konrad Piasecki:„Jeśli taśmy są »odgrzewanym kotletem« i »znaną od paru lat prywatną rozmową bez znaczenia«, to dlaczego premier spotyka się nagle z Robertem Kubicą dziś, by się z nich wytłumaczyć?”.

Michał Kolanko: „Spotkanie PMM z Kubicą o którym mówił @AdamBielan najlepiej świadczy o powadze sytuacji i próbach „damage control” w wykonaniu PiS. Po ujawnieniu innych fragmentów reakcja była inna”

Afera podsłuchowa może pogrążyć Mateusza Morawieckiego. I tylko jeden wątek – z Robertem Kubicą.

>>>

Reklamy

Kaczyński schodzi w dół po miskę ryżu, budiet kuszać

w : „Ludzie mają dość PIS-u”. Takie są fakty.

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o równaniu w dół Kaczyńskiego.

Przedstawiciele opozycji nie mają racji, zarzucając obozowi władzy kłamstwa wyborcze. Bo oni jednak mówią prawdę. Nawet jeśli tylko wtedy, kiedy się pomylą.

Wreszcie poznaliśmy równanie, na którym opierać się będą dalsze rządy PiS-u. Jest to równanie w dół! Planowane działania rządzących, w praktyce oznaczające odejmowanie i dzielenie, zapowiedział osobiście sam prezes PiSokracji podczas spotkania wyborczego w Gorlicach. Partia będzie teraz pracować nad systematycznym „obniżaniem poziomu życia” obywateli. A to w imię – jak wyjaśnił dalej szef PiS-u – „sprawiedliwości społecznej”.

Co to za „sprawiedliwość”, która „równa do dna”? Cóż, chyba ta sama, o której mówił premier PiSokracji u „Sowy”, kiedy postulował „obniżanie oczekiwań” zwykłych ludzi i sugerował, żeby „zap…li” za miskę ryżu, dla dobra gospodarki. Ta – jak się domyślamy – musi rosnąć w siłę i spółki skarbu państwa, by ludzie żyli dostatniej. Ludzie władzy, ma się rozumieć. Oraz ich koledzy.

Natomiast dla reszty rodaków partia ma program „równania w dół”, który – skądinąd – już powoli wprowadza w życie, ku niekłamanej satysfakcji niemal polowy społeczeństwa. Bo to równanie bardzo się niektórym Kowalskim podoba.

Cieszy ich, że walec „sprawiedliwości” rozjeżdża właśnie tak zwane „stare elity”, teraz „odrywane od koryta”. W celach edukacyjnych, ma się rozumieć, żeby pożyły „jak wszyscy”, za pensję minimalną. Niech znormalnieją, dotąd oddzielone od rzeczywistości szybą „nienależnego” dobrobytu. I niech poznają „zwyczajne życie”, jakie prowadzą miliony zwolenników partii aktualnie rządzącej wśród blokowisk, w tłoku osiedlowych bazarków i w środkach komunikacji publicznej. Niedawno nawet sławna pisarka Masłowska ogłosiła zresztą, że prawdziwe życie jest w autobusie do Lublina…

Być może, jak się już „gorszy sort” przeprowadzi do wielkiej płyty, to przy okazji zacznie się też ubierać jak pani prezydentowa, polubi Zenka Martyniuka i zacznie oglądać TVPiS?

Eksperyment już się zaczął. Na wsi nikt nie chodzi w niedzielę do galerii handlowych (z braku tychże?), więc tym z miast sklepy też przykładnie zamknięto. Pora na robotnicze praktyki studenckie oraz szkolne wykopki.

Tak jest prościej niż zbudować w każdej wsi „Galerię Mokotów”, no a poza tym chodzi – zdaje się – o nauczkę dla „gorszego sortu”, bo wielkie miasta nie kochają szczególnie partii pana prezesa, a i jej członkowie wyraźnie źle znoszą klimat mentalny metropolii. Kiedyś za komuny na siłę „cywilizowano” polską prowincję. Teraz ma być odwrotnie. Znaczy –  w dużych miastach też mają zapanować mody i obyczaje, jak w zaścianku. No, „żeby nie było niczego” – by zacytować klasyka. Przynajmniej w sensie wyboru stylu życia. I wtedy odbudujemy narodową jedność i poczucie wspólnoty, a przedstawiciele i zwolennicy formacji władzy nawet w stolicy poczują się nareszcie jak u siebie.

Cóż, kiedy nie da rady dać wszystkim tyle krów, co u sąsiada, to można przynajmniej sprawić, żeby mu te jego padły! Wtedy będzie może skromniej, ale za to sprawiedliwie. I taki jest – zdaje się – plan!

Niektórzy sugerują wprawdzie, że mówiąc o „obniżaniu poziomu życia” pan prezes się zwyczajnie przejęzyczył. Że to pomyłka i w zasadzie nie powiedział wcale tego, co właśnie powiedział. No, ale – z drugiej strony – to dowód, że przedstawiciele opozycji nie mają racji, zarzucając obozowi władzy kłamstwa wyborcze. Bo oni jednak mówią prawdę. Nawet jeśli tylko wtedy, kiedy się pomylą.

Macierewicz wraca pokątnie, objawił się jako peronowy

„Z okazji 12. rocznicy zbudowania peronu na stacji Włoszczowa Północ – w obecności najbliższych, ks. bp Andrzeja Kalety oraz wojewody świętokrzyskiej Agaty Wojtyszek – odsłonięta została tablica upamiętniająca śp. Przemysława Gosiewskiego, który poległ w tragedii smoleńskiej” – poinformował Antoni Macierewicz. Do wpisu dołączył zdjęcie z uroczystości.

Internauci w komentarzach podkreślali dwa wątki wpisu byłego szefa MON. Pierwszy dotyczył samej uroczystości. – „Zaleciało Bareją („okrągła trzydziesta pierwsza rocznica”)…”;

 „Wspaniała uroczystość! Czy przewidywane są równie podniośle obchodzone kolejne miesięcznice otwarcia peronu?”; – „Nie wstyd wam? Na peronie, co go sobie śp. Gosiewski kazał wybudować? Jeden z pomników prywaty i zawłaszczania publicznych pieniędzy. Już całkiem was odkleiło od rzeczywistości”; – „Przecież to jest jakaś czarna komedia…”.

Drugim wątkiem było stwierdzenie, użyte przez Macierewicza, że Gosiewski „poległ” w katastrofie pod Smoleńskiem.  – Zginął!!! W Smoleńsku i okolicach 8 lat temu nie było żadnej wojny”; – „Zginął w tragicznym wypadku, bo jego szef musiał wystartować kampanię wyborczą… BTW, gdzie te miliony na pana ekspertów wydane?”;

„Pan poległ w tej farsie, którą pan przedstawia przez 8,5 roku za pieniądze podatników”.

Macierewicz wraca pokątnie – we Włoszczowej objawił się jako peronowy.

Morawiecki przejdzie do annałów jako życzący źle Robercie Kubicy

 

Ciąg dalszy afery taśmowej. Onet opublikował kolejne nagrania z Mateuszem Morawieckim. „Na szczęście złamał rękę” – mówi o Robercie Kubicy. Na premiera wylała się fala krytyki.

Onet opublikował kolejne taśmy z udziałem Mateusza Morawieckiego, gdzie premier wypowiada się na temat wypadku Roberta Kubicy z 2011 roku.

„Na szczęście złamał rękę” – powiedział o wypadku polskiego sportowca na nagraniach zafery taśmowej. Gdyby tak się nie stało, Robert Kubica najprawdopodobniej przeszedłby do Ferrari, w efekcie czego bank BZ WBK musiałby sponsorować sportowca. (BZ WBK należał do Santandera, który od był sponsorem teamu Ferrari – red.). ” Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj.” – mówił Mateusz Morawiecki.

Taśmy Morawieckiego. Premier o Kubicy: „Na szczęście złamał rękę”

Słowa Mateusza Morawieckiego o Robercie Kubicy wywołały lawinę krytyku pod adresem premiera.

Morawiecki cieszący się z poważnego wypadku wybitnego polskiego sportowca bo już nie musi mu płacić z pieniędzy banku. Morawiecki zastanawiający się jak z pieniędzy banku płacić miernemu politykowi. Nie, nie umiem zrozumieć

– napisała blogerka Kataryna. -„Jak sobie przypomnę, że Morawiecki zastąpił Szydło ze względów wizerunkowych….” – dodała w kolejnym wpisie.

Jakim trzeba być człowiekiem, żeby cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? Kubica zostaje do końca życia nie w pełni sprawny, my tracimy mistrza, a Premier Morawiecki się z tego cieszy, bo oszczędzi kilka złotych. Hańba!

– skomentowała Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej.

Niektórzy komentujący twierdzili, że Morawiecki powinien podać się do dymisji.

„Nie chcę, k…, pięć dych co roku płacić. S…” – tak Morawiecki mówił o potencjalnym kontrakcie Kubicy z bankiem BZ WBK „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi” – komentował dramatyczny wypadek polskiego kierowcy. Lider i twarz PiS. Do dymisji!

– napisał Tomasz Siemoniak.

Różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen. Polska naprawdę na kogoś takiego nie zasługuje

– napisał Tomasz Lis.

Cieszyć się, z czyjegoś wypadku, nieszczęścia, utraty zdrowia, złamanej ręki, bo zaoszczędziło się dzięki temu pieniądze? Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.

– skomentował z kolei Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”.

Jak pokazał sondaż, ujawnienie nagrań Mateusza Morawieckiego nie wpłynie na decyzje Polaków przy urnie. Ale zdaniem byłego premiera, prof. Marka Belki, rzeczywiste poparcie dla PiS może być mniejsze, niż wskazują badania opinii społecznej.

Prof. Marek Belka był jedną z pierwszych osób, które Polacy usłyszeli na nagranych w 2014 roku w restauracji Sowa&Przyjaciele taśmach. Ujawnienie rozmów czołowych wówczas polityków przyczyniło się do upadku rządów Platformy i przejęcie władzy przez PiS.

Badania wskazują, że dzisiaj nagrania nie mają już takiej mocy.

Wyniki sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej” nie pozostawiają wątpliwości. Dla 70 proc. Polaków taśmy, na których słychać wypowiedzi premiera, są na tyle bez znaczenia, że nie wpłyną na ich decyzję przy urnie wyborczej 21 października.

– Czy to jest rzeczywiście „odgrzewany kotlet” jak mówi PiS, czy Mateusz Morawiecki jest na razie politykiem teflonowym? – pytała prof. Marka Belkę Karolina Lewicka.

– Ani to, ani to. Po prostu w 2014 nie było ani jednego medium, które pominęło ten temat. Dzisiaj w TVP nie mówi się o tym. A pewnie znaczna część Polaków, szczególnie tych, którzy głosują na Morawieckiego, ogląda telewizję publiczną – odpowiedział były premier.

Mateusz Morawiecki był kretem?

Zdaniem gościa Wywiadu Politycznego wyborcy PiS o całej sprawie dowiedzieli się tylko z drugiej ręki. – Czyli od prezesa Kaczyńskiego, który stwierdził, że jest to „ogrzewany kotlet”, a język, którego używał obecny premier, był po prostu językiem „męskim”. Nikt nie zastanawia się nad tym, o czym były prowadzone rozmowy – stwierdził prof. Belka.

Lewicka przypomniała, że Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się też „wszystkim wytłumaczyć, że Mateusz Morawiecki to był swój chłop także przed 2015 rokiem”.

– Kret? Tak by nazwał Jarosław Kaczyński człowieka, który by się w drugą stronę przepoczwarzył – zaznaczył prof. Belka.

– Raczej figura literacka. Konrad Wallenrod? Nie przypisałby pan tej postaci do Mateusza Morawieckiego? – dopytywała dziennikarka TOK FM.

– To przede wszystkim postać wyobrażona. A Morawiecki nie jest postacią z bajki – nie zgodził się były premier.

Konrad Szołajski: Nie umiemy się wyzwolić z narracji obozów politycznych. Mamy klapki na oczach

Zdaniem byłego szefa NBP „sprawa taśm potwierdza, że państwo jest słabe i do dzisiaj takie pozostało”. – W dalszym ciągu te taśmy kołyszą sceną polityczną – dodał.

„Wyborcy mają w nosie taką narrację”

Lewicka zastanawiała się, czyja kampania okaże się skuteczniejsza w nadchodzących wyborach samorządowych. Prawa i Sprawiedliwości, które zapewnia, że nastał czas, by „dobra zmiana” zawitała do gmin i powiatów, czy Platformy Obywatelskiej próbującej przekonać obywateli, że jeśli działacze PiS kradli w centrali, to będą kraść i w terenie.

– Jakiś czas temu była cała seria wyborów uzupełniających  w różnych miejscowościach. Większość z nich PiS sromotnie przegrał, co oznacza, że rzeczywiste poparcie dla rządzących jest chyba mniejsze, niż mówią sondaże – stwierdził były premier.

Komisarz nadany przez PiS nie wygrał wyborów. Zwolniona za organizację koncertu Natalii Przybysz wróciła do pracy>>>

Prof. Marek Belka odniósł się również do wypowiedzi m.in. Patryka Jakiego i Mateusza Morawieckiego, sugerujących, że tylko głosowanie na działaczy Zjednoczonej Prawicy, zapewni samorządom środki z budżetu centralnego.

–  To jest skandaliczne. Myślę, że wyborcy mają taką narrację głęboko w nosie – podsumował gość Karoliny Lewickiej.

Europoseł PiS Ryszard Czarnecki mówił dziś w Radiu ZET m.in. o swojej politycznej przeszłości. Nie przesądzał o ponownym kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego i stwierdził, że jeśli tak zdecyduje Jarosław Kaczyński, to wystartuje na wójta.

Za niecały tydzień odbędą się wybory samorządowe, jednak część polityków myśli już o dalszej perspektywie. W przyszłym roku wybierzemy najpierw polskich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, a później Sejm i Senat. Od dawna pojawiają się spekulacje, że niektórzy czołowi politycy PiS mogą przenieść się z Warszawy do Brukseli.

W tym kontekście mówi się m.in. o wicepremier Beacie Szydło. Przez pierwszą część kadencji PiS kierowała ona rządem, jednak teraz jest wicepremierem ds. społecznych i nie kieruje żadnym ministerstwem. – Nie wykluczam startu w tych wyborach – powiedziała w czerwcu. Dodała, że „decyzje zostaną ogłoszone wtedy, kiedy zapadną”. Nie wiadomo też zatem, co z obecnymi europosłami PiS.

Członek Europarlamentu Ryszard Czarnecki na antenie Radia ZET podkreślał, że zależy to od decyzji Jarosława Kaczyńskiego. – O tym, kto będzie startować, zdecyduje kapitan naszej drużyny – PiS-u – czyli Jarosław Kaczyński – powiedział.

– Jarosław Kaczyński decyduje, kto będzie startować. Jak każe mi startować do Parlamentu Europejskiego, to wystartuję, a jak na wójta, to też wystartuję.

– powiedział. Stwierdził, że nie wie nic o plotkach, jakoby do PE miał kandydować minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

– Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę – o wyborczym eksperymencie, którego dokonało Prawo i Sprawiedliwość opowiada w rozmowie z Gazeta.pl politolog prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Opublikowane dzisiaj sondaże Kantar Millward Brown dla „Gazety Wyborczej” oraz IBRiS dla Onetu pokazują, że pięć dużych miast – Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Warszawa – trafi jednak w ręce opozycji. Zaskoczenie?

Nie powinniśmy być zaskoczeni. Powiem więcej, obserwując uważnie działania PiS-u w ostatnich miesiącach można zauważyć, że partia przyjęła określoną strategię w wielkich miastach.

Na czym ona polega?

Na Nowogrodzkiej są świadomi, że ich ludzie nie byli i nie są faworytami w metropoliach, więc partia może pozwolić sobie na kandydatury, będące swego rodzaju eksperymentem. Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę. To kandydatury, które miałyby pracować na przyszłość, zwiększać oddziaływanie PiS-u na pokolenie 30- i 40-latków, które przecież w ostatnich wyborach prezydenckich głosowało mniej licznie na Andrzeja Dudę niż pozostałe grupy wiekowe. Jedyne, co może nieco zaskakiwać w wynikach tych badań, to wysoki wynik Rafała Trzaskowskiego.

Dlaczego?

Bo jest wyraźnie wyższy niż wynik samej Koalicji Obywatelskiej do rady miasta.

Badanie było przeprowadzone po niedawnej debacie kandydatów na prezydenta stolicy.

To fakt. Trudno tę debatę uznać za udaną dla Patryka Jakiego. Chyba po raz pierwszy w tej kampanii Rafał Trzaskowski i jego sztab nie popełnili najmniejszego nawet błędu. To mogło zaprocentować na tle głównego kontrkandydata, ale też pozostałych startujących.

Kandydaci PiS-u w żadnym z miast nie wygrywają nie tylko w drugiej, ale nawet w pierwszej turze. „Szklany sufit” dla prawicy w metropoliach?

Oczywiście, że istnieje coś takiego jak „szklany sufit” dla prawicy w wielkich miastach. Nie ma w tym nic zaskakującego. Aczkolwiek czasami wybory prezydenckie w miastach zakłócają utarte podziały partyjne.

To znaczy?

Spójrzmy na Kraków i prezydenta Jacka Majchrowskiego. Jego droga do politycznych sukcesów jest naprawdę trudna do wyjaśnienia. Przecież to były członek SLD, a Sojusz w stolicy Małopolski niknie w oczach – trwale próg 5 proc. przekracza chyba tylko w niewielkiej części Nowej Huty i obu Prądnikach. Zdarzały się już wybory, które prezydent Majchrowski wygrywał dzięki życzliwej neutralności PiS-u, a także takie, w których triumfował z poparciem Platformy. Jego elektorat to wyborcy Platformy, lewicy, ale także ludzie z mniej zamożnych osiedli.

Inny ciekawy przypadek to Gdańsk. Cytując klasyka, tutaj wiemy, że nic nie wiemy. Wszystko z powodu minimalnych różnic między dwójką prowadzących kandydatów – Pawłem Adamowiczem i Jarosławem Wałęsą. Faworytem i tak jest ten drugi, bo jednak matecznik jest i zawsze będzie bastionem partii. Gdyby nie start obecnego prezydenta Gdańska, być może byłoby to miasto, w którym Koalicja Obywatelska mogłaby się pokusić o zwycięstwo już w pierwszej turze.

Wciąż może się o nie pokusić w Poznaniu. Jackowi Jaśkowiakowi brakuje do tego ledwie 2 proc. głosów.

Z perspektywy historycznej wydaje się to niesłychane. Przecież przed wojną Poznań był stolicą polskiej prawicy, w mieście bezsprzecznie dominowali narodowcy. Zwłaszcza w latach 20. ubiegłego wieku otrzymywali poparcie, od którego nawet dzisiaj mogłoby się zakręcić w głowie.

Skąd zmiana o 180 stopni?

To rezultat powojennych zmian geopolitycznych, ale przede wszystkim transformacji ustrojowej, w efekcie której Poznań jest miastem o stabilnej nadreprezentacji wyborców liberalnych. Widać to na przykładzie osób, które chcą głosować na prezydenta Jaśkowiaka – pokolenie 25-34 lata, ludzie z wyższym wykształceniem. Ale Poznań jest elementem szerszego podziału. W Wielkopolsce wysokie poparcie dla PiS-u zaczyna się na obszarach, graniczących z dawnym zaborem rosyjskim, tam, gdzie żyje się biedniej. Natomiast stolica jest bardzo liberalna i jest to bardzo trwały podział.

Wynika to z tego, że Poznań w dobie transformacji dobrze sobie poradził – ma, pomimo widocznych ubytków, nie najgorszą demografię, dobrze rozwinięty sektor usług i bujne życie akademickie. To wszystko sprawia, że prawica ma w stolicy Wielkopolski mocno pod górę. Poza tym, tutejszy kandydat PiS-u, pan Tadeusz Zysk, zupełnie nie pasuje do eksperymentu wyborczego, który PiS podjęło w innych dużych miastach, gdzie wystawiło relatywnie młodych i mniej znanych polityków. To dobitnie pokazuje, że w Poznaniu PiS nie liczy na nic.

Ale nie tylko w Poznaniu szans na wyborcze zwycięstwo brak. Co się stało, że na ostatniej prostej kampanii PiS w wielkich miastach wyhamowuje, zamiast przyspieszać?

W sytuacji silnej bipolaryzacji sceny politycznej u części wyborców zawsze pojawia się dążenie do centrowości. W przeszłości obserwowaliśmy to przy okazji wyborców prezydenckich. Gdy w 2005 roku walczył Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim, dobry wynik miał Andrzej Lepper. Gdy pięć lat później zmagali się Bronisław Komorowski z Jarosławem Kaczyński, wszystkich zaskoczył Grzegorz Napieralski.

Nie można porównywać wyborów prezydenckich do samorządowych. To dwie różne bajki.

Wybory samorządowe też temu sprzyjają. Pamiętajmy również o najdziwniejszym aspekcie polskiej polityki – ogromnej dysproporcji wyników PiS-u w wyborach parlamentarnych i wyborach do sejmików wojewódzkich. Nawet politologowi trudno stwierdzić, czym można to wyjaśnić. W tych wyborach PiS walczy przede wszystkim o sejmiki wojewódzkie. Kampania ogólnokrajowa bardzo wyraźnie skoncentrowana była na tematyce wiejsko-rolniczej – zarówno ze względu na rywalizację z PSL, jak również z powodu trudnej sytuacji rolników w ostatnich miesiącach. Ta grupa społeczna to bastion partii rządzącej, więc zarzuty o niedopilnowanie czegokolwiek byłyby dla PiS-u dyskwalifikujące.

PiS jest mocne na wsi, więc w wielkich miastach wypadnie słabiej, niż przypuszczano. Trochę to za proste.

Dochodzi jeszcze jedna możliwość. Chodzi o kandydatów PiS-u w metropoliach. Dla wyborców tradycyjnie popierających formację Jarosława Kaczyńskiego – średnio-starsze pokolenie, bardziej socjalne w podejściu do gospodarki, ceniące politykę w tradycyjnym wydaniu – eksperyment z nowymi, młodymi twarzami może być niezrozumiały. To z kolei przekłada się na spadek poparcia, zwłaszcza na obrzeżach elektoratu prawicy.

A może po prostu kandydaci PiS-u w dużych miastach spisali się poniżej oczekiwań? Popełnili błędy albo nie wykorzystali swoich szans?

To bardziej kwestia strukturalna niż personalna. Patrząc całościowo, jeśli PiS może w tych miastach realnie o coś grać, to o dobry wynik do rady miasta w niektórych z nich (nawet z szansami na zajęcie pierwszego miejsca). Przykładem niech będzie Warszawa. Chodzi o symboliczne pokazanie, że nawet w na wskroś liberalnym mieście potrafimy wygrać. Z kolei wystawieni przez PiS politycy walczą już w kontekście przyszłości, w kontekście wyborów parlamentarnych. W nich PiS może być pewne jedynie tego, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to wejdzie do Sejmu jako największe ugrupowanie. Ale samodzielna większość w Sejmie pewna już nie jest. Dlatego w PiS-ie wiedzą, że cały czas muszą poszukiwać nowych wyborców.

Jak to zrobić?

Chociażby wysuwając Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera. To był pierwszy krok w tę stronę, pierwszy eksperyment – człowiek z zupełnie innego świata nowym reprezentantem PiS-u. Teraz podobny manewr, choć w innych okolicznościach, jest przeprowadzany w metropoliach. Czy to coś PiS-owi da, dowiemy się ze struktury wyników wyborczych.

Jeszcze jedna rzecz jest warta podkreślenia – poza przypadkiem prezydenta Adamowicza w Gdańsku, strategia lidera Platformy prawdopodobnie przyniosła sukces, czyli faktyczną konsolidację liberalnej opozycji, a w niektórych miastach (Łódź, Lublin) nawet nie tylko liberalnej. Kiedy Lech Kaczyński wygrywał wybory na prezydenta Warszawy, zawdzięczał to w olbrzymiej mierze kryzysowi i strukturalnym podziałom w obozie liberalnym. Teraz coś takiego wystąpiło jedynie w Gdańsku, a PiS w tak mocno liberalnym mieście nie ma możliwości wykorzystania tego podziału.

Czyli 21 października, albo raczej 4 listopada, nie spodziewa się pan niespodzianki w którejś z metropolii?

Nie. Oczywiście zawsze pozostaje zagadka w postaci Gdańska, ale to kwestia przepływu elektoratu między dwoma liberalnymi kandydatami. Tylko tu mamy potencjał odstępstwa od schematu. W Krakowie jest co prawda Łukasz Gibała i niewiadoma, jak rozłożą się w drugiej turze oddane na niego głosy. Poza tym, stolica Małopolski to wielki ośrodek akademicki, czyli wielu młodych, wahliwych wyborców. Nie spodziewam się jednak, żeby to oni był reżyserami wyników w drugiej turze w tym mieście. W Warszawie powinniśmy się pochylić nie tyle nad starciem dwóch głównych kandydatów na prezydenta stolicy, co nad wynikami do rady miasta. Gdyby Koalicja Obywatelska nie zajęła pierwszego miejsca w wyborach do rady miasta, PiS z pewnością przedstawiałoby to jako swój wielki sukces i wykorzystywało w wyborach parlamentarnych jako przełamanie dominacji liberałów w wielkich miastach.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła wyniki swojego sondażu prezydenckiego w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu. Wcześniej swoje badania publikowały m.in. gazety lokalne wydawane przez Polska Press oraz Onet i „Fakt”. Jaki obraz się z nich wyłania?

Warszawa: zacięty wyścig

Wybory samorządowe w stolicy są zazwyczaj najbardziej upolitycznione w kraju. To stąd Lech Kaczyński ruszał po prezydenturę kraju, a z kolei zwycięstwo Hanny Gronkiewicz-Waltz oznaczało zmierzch poprzednich rządów PiS. Tym razem partia Jarosława Kaczyńskiego także wybrała Warszawę na miejsce głównej bitwy z opozycją w metropoliach. To jedyne wielkie miasto, w którym kandydat PiS ma realne szanse na zwycięstwo.

Odbiło się to niespotykaną w innych miastach polaryzacją: według sondaży kandydaci PiS i Koalicji Obywatelskiej mogą uzyskać w I turze grubo ponad 70 proc. głosów wszystkich warszawiaków, a żaden z pozostałych kandydatów nie może liczyć nawet na 5-proc. poparcie.

Warszawa dekoracją w konflikcie PO-PiS

Kampania miała swoją dynamikę: na początku wyraźnie prowadził Rafał Trzaskowski (Koalicja Obywatelska), potem Patryk Jaki (Zjednoczona Prawica, czyli PiS i mniejsi koalicjanci) zaczął go doganiać. Ostatnie dni przyniosły jednak sondaże, w których Trzaskowski zaczął odbudowywać przewagę. W opublikowanym dziś badaniu IBRiS dla Onetu kandydat opozycji ma 42 proc. poparcia, a przedstawiciel obozu władzy – 32 (w tym samym badaniu z 27 września Trzaskowski prowadził tylko 38:35).

Decydująca będzie więc II tura. Na razie wszystkie dotychczasowe sondaże przewidywały zwycięstwo kandydata opozycji, niektóre bardzo wyraźne. Przed nami jednak dwa tygodnie wyjątkowo zaciętej kampanii między turami, co – jak pokazały krajowe kampanie prezydenckie – potrafi odwrócić wyniki z pierwszego głosowania.

Autokary Jakiego straszą Trzaskowskiego

Łódź: W wyborach Zdanowska pewna

Obecna prezydent, niezależna, ale popierana m.in. przez PO, PSL, SLD i KOD, jest zdecydowaną faworytką wyborów. W różnych sondażach jej poparcie sięga 60–65 proc. To oznacza, że Hanna Zdanowska może realnie liczyć na zwycięstwo już w I turze. Jej głównym rywalem jest Waldemar Buda z PiS, ale może on liczyć na 20–25 proc. głosów.

Zdanowska po raz trzeci

Nie wiadomo jednak, co będzie po wyborach, bo szef komitetu stałego rządu Jacek Sasin sugerował niedawno, że rząd może robić problemy Zdanowskiej z objęciem mandatu. Prezydent Łodzi została bowiem niedawno skazana za poświadczenie nieprawdy w dokumencie bankowym sprzed dekady. Zdaniem większości ekspertów ten wyrok nie jest jednak przeszkodą w sprawowaniu urzędu.

Gdańsk: II tura, ale kto z kim?

W stolicy Pomorza druga tura jest przesądzona, ale o udział w niej walczy trzech kandydatów: niezależny, dotychczas reprezentujący Platformę Paweł Adamowicz, obecny kandydat Koalicji Obywatelskiej Jarosław Wałęsa, syn byłego prezydenta oraz rekomendowany przez PiS Kacper Płażyński, syn byłego marszałka Sejmu.

Wszyscy trzej mają szanse na druga turę, bo różnice między nimi są niewielkie: według „Wyborczej” prowadzi Adamowicz z 30 proc., za nim plasuje się Wałęsa z 26 proc., a trzeci jest Płażyński z 23 proc. W innych sondażach (dla „Dziennika Bałtyckiego”, Onetu i „Faktu”) prowadził Wałęsa, i to wyraźnie, z 32–37 proc. poparcia, a Adamowicz i Płażyński byli bardzo blisko siebie (20–22 proc.).

W drugiej turze faworytem sondaży jest Wałęsa, ale w ostatniej „Wyborczej” prowadzi z Adamowiczem minimalnie (45:43). To oznacza, że bratobójcza kampania przed 4 listopada może być bardzo zacięta. Jeśli to Płażyński wejdzie do drugiej tury, sondaże nie dają mu szans na zwycięstwo.

Gdańsk, iskrzy w obozie demokratycznym

Kraków: Faworyt Majchrowski

Według najnowszego sondażu „Wyborczej” obecny prezydent Jacek Majchrowski (40 proc.) ma już w pierwszej turze wyraźną przewagę nad Małgorzatą Wasserman (PiS). To dość zaskakujący wynik, bo we wcześniejszych badaniach różnica między nimi była raczej minimalna, w jednym z nich (Estymator dla „Do Rzeczy”) to kandydatka PiS prowadziła jednym punktem.

Łukasz Gibała (prywatnie siostrzeniec wicepremiera Jarosława Gowina), trzeci kandydat, jeśli chodzi o wynik w sondażach, z poparciem do 16–17 proc. ma raczej małe szanse zagrozić prowadzącej parze.

W drugiej turze, według sondażu „Wyborczej”, Majchrowski ma wyraźną przewagę nad Wasserman (61:35). Inne badania też wskazywały na sukces Majchrowskiego (np. w badaniu „Dziennika Polskiego” 58:42).

Majchrowski ma z kim przegrać

Poznań: Jaśkowiak bliski sukcesu już w I turze

W stolicy Wielkopolski zdecydowanym faworytem jest obecny prezydent Jacek Jaśkowiak z Koalicji Obywatelskiej. Sondaż „Wyborczej” daje mu 48 proc. poparcia, co mogłoby oznaczać, że w jego zasięgu byłoby nawet zwycięstwo w I turze (potrzebne ponad 50 proc. głosów). Wcześniejsze badania też dawały mu ponad 40 proc. poparcia.

Tadeusz Zysk z PiS ma szanse na około 20–25 proc. głosów i jeśli dojdzie do drugiej tury, to on zmierzy się w niej z Jaśkowiakiem. Trzeci z kilkunastoprocentowym poparciem jest były wiceprezydent miasta, popierany przez lewicę Tomasz Lewandowski.

W ewentualnej II turze wszystkie sondaże pokazują miażdżącą przewagę Jaśkowiaka nad Zyskiem (np. 70:22 w „Wyborczej”).

Jaśkowiak w drodze do reelekcji

Wrocław: Prowadzi Sutryk

Na Dolnym Śląsku największe problemy były z wyłonieniem kandydata opozycji: Platforma przez jakiś czas forsowała Michała Kazimierza Ujazdowskiego, startować chciał też poseł Nowoczesnej Michał Jaros. W końcu kandydatem popieranym przez dotychczasowego prezydenta Rafała Dutkiewicza i Koalicję Obywatelską jest Jacek Sutryk, obecnie urzędnik wrocławskiego ratusza.

Wszystkie sondaże dają mu prowadzenie w I turze („Wyborcza” – 38 proc.). We wcześniejszych badaniach sięgało ono nawet 47 proc., ale wygląda na to, że także we Wrocławiu potrzebna będzie II tura. W niej jednak Sutryk będzie zdecydowanym faworytem.

Jego rywalką będzie zapewne kandydująca kolejny raz z poparciem PiS Mirosława Stachowiak-Różecka. Kandydatka prawicy ma poparcie sięgające w różnych sondażach 20–30 proc. (w „Wyborczej” 22 proc.). Szanse na dwucyfrowy wynik ma jeszcze Katarzyna Obara-Kowalska z Bezpartyjnych Samorządowców.

Prawie pewne, kto będzie prezydentem Wrocławia

Waldemar Mystkowski pisze o Morawiecki i jego słowach o Robercie Kubicy.

Premier zyskuje wizerunek człowieka, który nie ma ludzkich odruchów.

Jedyny nasz kierowca jeżdżący w Formule 1 Robert Kubica nie dorósł do patriotyzmu Mateusza Morawieckiego, a przynajmniej nie cieszył się jego sympatią, gdy jeszcze nie uległ wypadkowi. Taśma z podsłuchu z „Sowy & Przyjaciele” odkrywa psychologiczną prawdę o premierze. Już wcześniej poznaliśmy jego knajacki język – kiedyś nazywany: spod budki z piwem – a teraz także brak empatii do ciężko poszkodowanego kierowcy. W tym kontekście zrozumiałe jest, iż Morawiecki ma gdzieś niepełnosprawnych, którzy protestowali w Sejmie oraz głodujące pielęgniarki.

Ależ bezwzględnym okazuje się być człowiekiem. Gdy Kubica uległ wypadkowi, a przed wypadkiem załatwiono jego przejście do teamu Ferrari, Morawiecki cieszył się jak dziecko, że jednak do tego nie dojdzie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi”. Taka radość zapanowała u Morawieckiego, ówczesnego prezesa BZ WBK, który to bank w wyniku sprzedaży stał się częścią hiszpańskiego banku Santander. Morawiecki, aby udokumentować swoją niechęć do polskiego kierowcy musiał puścić wiązankę przekleństw: – „Nie chcę, k…a, pięć dych co roku płacić. Sp…aj…”.

Myślę sobie, że Kubica mimowolnie może się cieszyć. Po wypadku długo nie było wiadomo, czy wyjdzie z niego cało i czy wróci do swego ulubionego sportu, wszak ciągle o to walczy. Morawiecki w niechęci do sponsorowania polskiego sportowca mógł postąpić iście filmowo – przecież lubi Chucka Norrisa, który w reklamie nabierał klientów banku: „ludzie są tacy głupi, że to działa” – i wysłać kogoś do szpitala albo sam podjąć się zadania wyrwania rurek i wenflonów, które ratowały Kubicy życie. Przesadzam? Nie bardzo, acz to figura narracyjna.

Postać Morawieckiego wygląda na coraz bardziej przerażającą. Z zimną krwią kłamie, jest zdecydowanie w tym lepszy od samego prezesa Kaczyńskiego, zyskuje wizerunek takiego człowieka, który nie ma ludzkich odruchów. To ktoś odhumanizowany, nie tylko na bakier z odczuciami patriotyzmu, które winny budzić empatię do Kubicy, a przejmowała się nim cała Polska.

W słowach Morawieckiego odczuwam zgrzyt nienaoliwionych nożyc używanych przez postać z horroru Freddy’ego Nożycorękiego. „Chrum-chrum” – zdaje się zgrzytać Morawiecki („k…a, sp…aj”), aby zrobić krzywdę tym, których napotka na swojej drodze. Pamiętacie jego zachowanie, gdy raz spotkał się z protestującymi niepełnosprawnymi w Sejmie? Nie patrzył im w oczy – jak to Nożycoręki – był zimny, a niepełnosprawni mieli nieprzyjemne odczucia. Nożycoręki obecnie ma narzędzia, aby dobrać się do całej Polski, a nie tylko do Roberta Kubicy, zrobić nam kipisz i horror – „k…a, sp…aj”.

Niedzielny wysyp bredni Kaczyńskiego i Morawieckiego

Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można być na widowni i słuchać bredni Matołusza Morawieckiego i prezesa Kaczyńskiego.

Trzeba być spaczonym!

W Krakowie puścili się prezes ze swoim nominantem Kłamczuchem wpław rynsztokiem półprawd, kłamstw i brudu moralnego, który tylko mogą oni wyprodukować. Ależ szajs.

Warto w tym miejscu przypomnieć, iż jedną z najlepiej sprzedających się gazet „Express Wieczorny” dostało Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego i sprzedało Marquard’owi.

Schetyna: Zderzamy naszą kampanię z falą politycznego kłamstwa. Mówię do premiera Morawieckiego: proszę przestać kłamać. To nie jest język, którego oczekują Polacy

Zderzamy naszą kampanię, wielką ilość pomysłów na rozwiązywanie lokalnych problemów z falą kłamstwa politycznego, partyjnego, centralistycznego kłamstwa PiS. Dlatego tak bardo wyraźnie będziemy powtarzać do końca kampanii jak ważne jest szukanie prawdy w języku politycznym, żeby szukać prawdy w relacjach z wyborcami, żeby nie kłamać, nie oszukiwać. Mówię do premiera Morawieckiego: proszę przestać kłamać. To nie jest język, którego oczekują Polacy” – mówił podczas konwencji KO w Legnicy przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna. 

Więcej >>>

Kaczyński będzie zmniejszał poziom życia

Na spotkanie prezesa PiS z wyborcami w małopolskich Gorlicach, nie wpuszczono niesprzyjającego mu burmistrza, więc Kaczyński mógł pozwolić sobie na całkowitą szczerość.

Mówiąc, że dobra zmiana powinna dojść do każdej gminy, do każdego powiatu oznajmił bez ogródek:

„Zależy nam na tym, aby poziom życia w poszczególnych regionach zmniejszał się, bo Polska jest jedna. Sprawiedliwość społeczna jest bardzo ważna”. Prezesa czym prędzej z dumą zacytował na Twitterze oficjalny profil PiS.

Dość szybko autorzy tego lapsusa połapali się i screen został już usunięty. W internecie jednak nic nie płonie, więc użytkownicy Twittera nie pozostawili na liderze PiS suchej nitki.

„Niesłychana szczerość prezesa Kaczyńskiego. Przebił premiera Morawieckiego z miską ryżu. /…/ Ceny pójdą jeszcze w górę. Przynajmniej nie kłamie jak Morawiecki – skomentował były szef resortu obrony Tomasz Siemoniak.

Kaczyński znalazł rozwiązanie na sprawiedliwość – najlepsi mają równać do najgorszych.

Kaczyński lepszy od miski ryżu Morawieckiego

Sędziowie z krakowskiego Sądu Apelacyjnego w przyjętej w sobotę uchwale potępiają działania prezydenta Andrzeja Dudy, który – wbrew wydanemu przez sąd zabezpieczeniu – powołał nowych sędziów do Sądu Najwyższego. Nie mogło do tego dojść – zdaniem sędziów – ponieważ procedurę wstrzymał prawomocnym orzeczeniem Naczelny Sąd Administracyjny. Kwestionują fakt, że kandydatów oceniała Krajowa Rada Sądownictwa, której sposób wyboru budzi poważne wątpliwości prawne i konstytucyjne.

Sędziowie zarzucają też głowie państwa, że nie poczekał na orzeczenie unijnego Trybunału Sprawiedliwości, który bada polską ustawę o Sądzie Najwyższym. Uważają, że działanie prezydenta „destabilizuje sytuację prawną i obniża zaufanie do sądów oraz wydawanych przez nie orzeczeń”.

„Ponadto czyni realnym problem odpowiedzialności Prezydenta przed Trybunałem Stanu” – podsumowują.

Ponadto sędziowie krytycznie oceniają działania rzecznika dyscypliny, który wzywa „na dywanik” kolejnych sędziów „niepokornych”.

Potępiają Zbigniewa Ziobrę, zarzucając ministrowi doprowadzenie do dramatycznych braków kadrowych w większości sądów.

Wzywają też swoich kolegów-sędziów do „czynnego i powszechnego zaangażowania się w promowanie wartości konstytucyjnych”.

– Taśma z premierem Morawieckim została nagrana tego samego dnia, co taśma ówczesnego szefa CBA. Myślę, że tego powodu ona w ogóle znalazła się w tym zestawie, ponieważ było to na jednym pliku – mówił Roman Giertych w programie „Tomasz Lis.”.

Giertych: afery, które będą się teraz pojawiać, będą dotkliwsze dla PiS-u

– Wiele plików nie zostało ujawnionych. One gdzieś krążą, ktoś je ma. W tym przypadku ktoś chciał uderzyć w Wojtunika i tak przy okazji premier Morawiecki załapał się na ujawnienie afery taśmowej. Wydaje mi się, że taka była przyczyna ujawnienia rozmowy premiera – mówił Giertych.

Jego zdaniem rządząca partia powoli przestaje być teflonowa. – Wszelkie afery, które będą się teraz pojawiać, będą dotkliwsze dla PiS-u z tego powodu, że ta pancerna osłona, którą mieli dotychczas, została skruszona, albo się kruszy – stwierdził adwokat.

Tusk jeździ sobie hulajnogą po Paryżu. Zestawcie tego wybitnego polityka z pokracznym Kaczyńskim obstawionym chmarą ochrony i w limuzynie za zaciemnionymi oknami.

W restauracji u „Sowy” nagrane zostały także sekstaśmy — tak wynika z akt śledztwa. Wbrew plotkom, które wciąż krążą w politycznym i biznesowym światku, nie są to jednak nagrania wideo, lecz materiały dźwiękowe.

Plotka na ten temat krąży od początku afery taśmowej — kelnerzy z restauracji „Sowa i Przyjaciele” mieli nagrywać polityków i biznesmenów nie tylko podczas rozmów, ale także w sytuacjach intymnych, z kochankami i prostytutkami.

Po lekturze kompletu akt sprawy wiemy, ile jest w tym prawdy.

„Mogło być tak, że się całowaliśmy”

Po pierwsze — nie ma sekstaśm wideo. Plotki na ten temat nie są prawdziwe. Kelner Łukasz N., który nagrywał w „Sowie” zeznał: „Ja nigdy nie dokonywałem nagrań filmowych tylko zawsze dźwięk” (To przesłuchanie kelnera prokuratura zarejestrowała na wideo. Jako pierwsi publikujemy je poniżej)

Po wtóre — takich taśm nie jest wiele. W aktach udokumentowane są trzy historie.

Pierwsza historia dotyczy bardzo znanej i wpływowej Polki, która miała w restauracji uprawiać seks z lobbistą związanym z PO. Znamy ich nazwiska, ale nie podajemy ich, ponieważ sprawa ma wymiar jedynie prywatny.

Z zeznań wynika, że para miała romans. „To były relacje prywatne i zażyłe, jest to możliwe, abyśmy w trakcie naszych spotkań okazywali sobie bliskość fizyczną” – zeznała kobieta. Dodała też, że nikt tymi nagraniami jej nigdy nie szantażował i nigdy nie otrzymała propozycji ich odkupienia. „W tym czasie ja byłem z [tu pada nazwisko] w zażyłej relacji. Mogło być tak, że się tam całowaliśmy” — zeznał jej partner. Przyznał też, że u „Sowy” spotykali się kilka razy, najczęściej sam na sam. „Nikt się ze mną nie kontaktował w sprawie takiego nagrania” — stwierdził.

„Mam w pamięci taki przebłysk”

Druga historia dotyczy zamożnego biznesmena, potentata na rynku nieruchomości, który spotkał się w „Sowie” z dwiema kobietami — 25-letnią Magdaleną oraz 35-letnią Sabiną. W spotkaniu brał też udział nieustalony przez prokuraturę „urzędnik”.

Obie kobiety zeznały w prokuraturze, że są koleżankami biznesmena, a nie prostytutkami.

Z zeznań pani Sabiny: „Ja niewiele z tego wieczoru pamiętam. Mam w pamięci taki przebłysk, że w czasie tego spotkania uprawiałam seks oralny. Jednak nie jestem tego pewna. Nie pamiętam jednak, z kim to robiłam”. Zeznała też, że wcześniej pracowała w firmie biznesmena i miała z nim romans.

Kelner stwierdził podczas przesłuchania, że nagrał owego biznesmena jeszcze raz, z innymi kobietami. Biznesmen zeznał za to, że „nie pamięta” czy uprawiał seks u „Sowy”.

„Nikt mnie nie szantażował nagraniami o charakterze intymnym” — oświadczył podczas przesłuchania, ale nie złożył wniosku o ściganie sprawców nagrywania.

W „Sowie” biznesmen bywał często — spotkał się tu m.in. z Aleksandrem Kwaśniewskim.

„Nie pamiętam seksu z wiceministrem”

Wreszcie trzecia — i politycznie najbardziej kontrowersyjna — historia dotyczy ważnego wiceministra gospodarczego w rządzie Platformy. Miał się on spotykać w restauracji z jedną ze wspomnianych kobiet, które twierdziły, że są koleżankami biznesmena od nieruchomości. To sytuacja o poważnym znaczeniu dla opinii publicznej, bowiem oznacza, że osoba podejmująca kluczowe decyzje o polityce gospodarczej rządu, stawiała się w sytuacji niezwykle łatwej do wykorzystania do celów korupcyjnych lub po prostu do szantażu.

Z zeznań kelnera: „Znam osobę o danych [tu pada nazwisko wiceministra]. Mam wiedzę, że ta osoba została nagrana w sytuacji obyczajowej, to było jedynie nagranie dźwięku. (…) Ja zarejestrowałem tę sytuację. Nie mam wiedzy czy to nagranie zostało w jakikolwiek sposób wykorzystane”.

Przesłuchiwana w prokuraturze pani Magdalena zeznała: „Nie pamiętam czy w czasie tego spotkania odbyłam z [tu pada nazwisko wiceministra] stosunek seksualny. Po zakończeniu spotkania z restauracji wyszliśmy oddzielnie”.

Przekonywała też: „Ja nie świadczę usług seksualnych. Nie jestem również osobą do towarzystwa. Ja na swoje spotkania umawiam się sama”. Prokuratura słusznie badała, czy kobieta mogła zostać ministrowi podstawiona, by zrobić nagranie i go szantażować. Pani Magdalena jednak zaprzeczyła: „Nikt mnie nie prosił, abym zarejestrowała spotkanie z [tu pada nazwisko wiceministra]. Nikt również nie nakłaniał mnie do spotkania z [tu pada nazwisko wiceministra]”.

Kelner Łukasz N. opisuje panią Magdalenę tak: „Była brunetką z długimi, do ramion włosami, była młoda i ładna”. W aktach są jej zdjęcie i dane. Wiceminister był z nią u „Sowy” dwa razy, ale raz kelner nie zdążył ich nagrać. „Ja nie mam żadnej wiedzy na temat, aby Marek Falenta szantażował kogoś nagraniami o charakterze seksualnym” — stwierdził kelner podczas przesłuchania w Centralnym Biurze Śledczym Policji.

Dlaczego nie podajemy nazwisk

Rozmawialiśmy w redakcji Onetu o tym, czy podawać nazwiska osób nagranych w sytuacjach intymnych. Mogliśmy to zrobić, bowiem wszystkie udostępnione dziennikarzom akta są formalnie dostępne dla opinii publicznej.

W sprawach znanej Polki i lobbisty związanego z PO oraz poważnego biznesmena z koleżankami sprawa jest dość prosta — to osoby prywatne, które nie zajmują funkcji państwowych i nie odpowiadają za wydawanie publicznych pieniędzy. Ich relacje seksualne są więc ich sprawą prywatną.

Inaczej ma się sprawa wiceministra. Za swej kadencji odpowiadał on za strategiczne sektory gospodarcze. Sekstaśma mogła się stać elementem szantażu wobec niego. W śledztwie wiceminister grał rolę przykładnego męża martwiąc się, że kariera jego żony cierpi z powodu jego pracy w administracji państwowej.

Zdecydowaliśmy, że podamy jego nazwisko, jeśli w aktach sprawy znajdziemy dowód, że w jakiejkolwiek kwestii poszedł on na rękę Markowi Falencie, uznanemu przez sąd za reżysera afery. To właśnie do Falenty trafiać miały, wedle zeznań kelnerów, wszystkie taśmy nagrane przez obu kelnerów, w tym także nagrania intymne.

Sprawdziliśmy kilka tropów dotyczących ewentualnych powiązań wiceministra z Falentą. Najpoważniejszy dotyczył tego, że Marek Falenta próbował naciskać na wiceministra, by państwo odkupiło jedną z przeżywających właśnie kłopoty spółek Falenty. Tyle, że presja okazała się bezskuteczna. Według ustaleń dziennikarzy Onetu, wiceminister wie o istnieniu tej taśmy, ale rzeczywiście nigdy nie był nią szantażowany.

>>>

Kaczyński będzie zmniejszał poziom życia

Na spotkanie prezesa PiS z wyborcami w małopolskich Gorlicach, nie wpuszczono niesprzyjającego mu burmistrza, więc Kaczyński mógł pozwolić sobie na całkowitą szczerość.

Mówiąc, że dobra zmiana powinna dojść do każdej gminy, do każdego powiatu oznajmił bez ogródek:

„Zależy nam na tym, aby poziom życia w poszczególnych regionach zmniejszał się, bo Polska jest jedna. Sprawiedliwość społeczna jest bardzo ważna”. Prezesa czym prędzej z dumą zacytował na Twitterze oficjalny profil PiS.

Dość szybko autorzy tego lapsusa połapali się i screen został już usunięty. W internecie jednak nic nie płonie, więc użytkownicy Twittera nie pozostawili na liderze PiS suchej nitki.

„Niesłychana szczerość prezesa Kaczyńskiego. Przebił premiera Morawieckiego z miską ryżu. /…/ Ceny pójdą jeszcze w górę. Przynajmniej nie kłamie jak Morawiecki – skomentował były szef resortu obrony Tomasz Siemoniak.

Kaczyński znalazł rozwiązanie na sprawiedliwość – najlepsi mają równać do najgorszych.

Kawa w Hiltonie. Marek Falenta uśmiechnięty, ubrany na sportowo, ale z klasą. Właśnie skończył spotkanie biznesowe, ale o tym mówi skromnie. – Nie mam już ani jednej firmy, żyję z doradzania innym. Mam doświadczenie, wiele lat na giełdzie, wiele udanych interesów, więc mam wiedzę, którą mogę się dzielić – tłumaczy.

– Ale liczy się pan z tym, że więzienia nie da się uniknąć?

– Kilkanaście miesięcy za kratami to jeszcze nie koniec świata. Jestem na to przygotowany, ale szkoda mi czasu, szkoda życia.

Więzienie dla Falenty to dwa i pół roku za nagrywanie polityków i biznesmenów. Afera taśmowa w 2014 r. wstrząsnęła Polską i wywróciła rząd PO. W warszawskich knajpach kelnerzy (jeden z nich obciążał w śledztwie Falentę) nagrali ponad 700 godzin rozmów, ponad 80 spotkań: polityków, urzędników i lobbystów. Problem w tym, że prokuratura ma tylko ułamek taśm, raptem 31 rozmów. Gdzie jest reszta?

Od Falenty nie można się tego dowiedzieć. Zapewnia, że jest tylko „kozłem ofiarnym” całej historii. – Poważnie odbiła się na moim biznesie i życiu rodzinnym. Partnerka, która w czasie gdy mnie zatrzymywano była w szóstym miesiącu ciąży, nie wytrzymała napięcia. Rozstaliśmy się – opowiada.

Wyrok jest prawomocny, jednak Falenta się nie poddaje – chce walczyć o kasację. Sąd Najwyższy zajmie się tym za kilka tygodni. Organizator afery taśmowej nie siedzi jeszcze za kratami tylko dlatego, że (przynajmniej oficjalnie) podupadł na zdrowiu.

– Jak to było z próbą samobójczą? Chciał się pan zabić?

– Nie chcę o tym mówić, ale ta afera wykończyła mnie fizycznie i psychicznie. Odchorowałem to. Trafiłem na półtora miesiąca do szpitala.

Ciekawe: odium aferzysty, człowieka, który nagrywa wszystkich dookoła, z wyrokami karnymi na koncie, nie odcięło Falenty od biznesowych kontaktów.

Znany warszawski przedsiębiorca: – Ostracyzm? Bez żartów. Opowiem wam scenkę. Początek roku, Warszawa, bankiet dla ludzi biznesu. Do sali pełnej gości wkracza Marek Falenta, facet z wyrokiem, człowiek dyktafon. I co? I momentalnie otacza go wianuszek gości. Żartuje, dobrze się bawi. Przy mnie jeden z biznesmenów próbował mu puścić w leasing bentleya. Dla sporej części biznesowej Warszawy to po prostu lepszy cwaniak. Powinno go nie być, a on wciąż na powierzchni.

Tajemnica sukcesu towarzyskiego Falenty ma drugie dno. Wielu uważa go za geniusza finansowego, który jak król Midas zmienia wszystko w złoto.

Były współpracownik Falenty: – Pracowaliśmy wspólnie przy jednym z projektów giełdowych. Widziałem go w akcji. Powiem jedno: niesamowity talent, chapeau bas!

Morawiecki kłamie w żywe oczy, a quasi dziennikarz Ziemiec tego nie spostrzega

>>>

Najnowszy Newsweek. Człowiek, który wstrząsnął i wstrząsa Polską. Opowieść o Marku Falencie i o całkiem dużym kraju, którym wstrząsnąć jest wyjątków łatwo.

Wybór takiego środka lokomocji przez szefa Rady Europejskiej pewnie wielu zaskoczył. Donald Tusk podczas wizyty w Paryżu przemieszczał się po mieście za pomocą hulajnogi.

Nagranie z przejażdżki hulajnogą po Paryżu Donald Tusk opublikował na Instagramie (wideo jest dostępne pod tym linkiem >>>).

Donald Tusk jeździ po Paryżu hulajnogą

Na filmie widzimy, jak przewodniczący Rady Europejskiej zjeżdża z górki przez paryską uliczkę i w pewnym momencie uśmiecha się do osoby nagrywającej film, po czym znika za zakrętem. Nagranie jest opatrzone podpisem: „Moja niedzielna eko-wycieczka po Paryżu”.

Zdjęcie Donalda Tuska z Bono

Donald Tusk jest bardzo aktywny na Instagramie, na którym ma ponad 74 tys. obserwujących. Niemal każde udostępnione przez niego zdjęcie jest szeroko komentowane.

Tak było chociażby w przypadku wspólnej fotografii z Bono z zespołu U2.

Prawdziwą furorę zrobiło jednak zdjęcie Donalda Tuska w Nowym Jorku podczas wrześniowych obrad ONZ. Wówczas uwieczniono byłego premiera, jak przechodzi przez przejście dla pieszych. Fotografia wielu skojarzyła się ze słynną okładką płyty „Abbey Road” grupy The Beatles.

Morawiecki w konwoju wstydu jedzie sobie ku dymisji

Sześć ruchomych billboardów z cytatami premiera Morawieckiego i prezesa Kaczyńskiego wyruszyło o godz. 8 rano spod siedziby centrali PiS w Warszawie. Akcję zorganizowała Koalicja Obywatelska, by pokazać, że „PiS to rządy kłamstwa”.

Na przyczepach z wielkimi planszami, które ciągnęły samochody, są fotografie Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego.

Słowa premiera pochodzą z ujawnionych niedawno podsłuchów, które w 2013 r. były zakładane w restauracji Sowa i Przyjaciele. Cytaty: „Jak ludzie zapier….za miskę ryżu, to cała gospodarka się odbudowała”, „Ludzie są tacy głupi, że to działa” (o reklamie BZ WBK), „Ludziom się wydaje, że służba zdrowia będzie za darmo, k….”.

Do tego stwierdzenie, że „Morawiecki załatwiał posadę synowi Ryszarda Czarneckiego” oraz, że „sąd uznał Morawieckiego za kłamcę”.

Do słów Kaczyńskiego odnosił się tylko jeden billboard. Cytowano na nim wypowiedziane podczas konwencji PiS 28 września zdanie: „Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć, że kłamiemy”.

Gdy  konwój ruszył na ulicę stolicy, przed dziennikarzami wystąpił jego organizator, Marcin Kierwiński (PO). – Te cytaty pokazują pogardę Mateusza Morawieckiego dla Polaków. To jest jego prawdziwa twarz. Nie pozwólmy na to, by taki człowiek dłużej był premierem. Na tych billboardach jest historia o Polsce kłamstwa. Ten rząd, którego symbolem jest Mateusz Morawiecki, to rząd oparty na kłamstwie – mówił Kierwiński.

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!