Archiwa tagu: Adam Leszczyński

PiS przegra?

To najprawdopodobniej ostatni sondaż, jakiego wyniki komentujemy przed wyborami. Jeśli ktoś spodziewa się przełomu, niestety go nie otrzyma.

Wspomniany sondaż zrealizowany został przez IBRiS na zlecenie „Rzeczpospolitej“. Jeśli wierzyć temu badaniu, w Sejmie kolejnej kadencji znajdą się tylko cztery siły polityczne.

Kto wygra wybory?

Liderem tego wyścigu pozostaje PiS z wynikiem 41,7 proc. Najsilniejszy komitet po stronie opozycji to nadal Koalicja Obywatelska (KO), ale chce na niego zagłosować tylko 22 proc. wyborców. Z kolei Lewica zdobywa 13,4 proc. głosów. W parlamencie spotkamy też z dużą pewnością posłów Koalicji Polskiej (PSL i Kukiz), ponieważ może ona liczyć według sondażu na 6 proc., co pozwala na przekroczenie progu wyborczego i zdobycia co najmniej kilku mandatów. Pod progiem znajduje się Konfederacja – z 4,3 proc. poparcia. Czy więc – podobnie jak miało to miejsce w czasie eurowyborów – jej kandydaci ponownie będą blisko sukcesu, ale ostatecznie komitetowi zabraknie tzw. „miejsca po przecinku”, by zdobyć mandaty?

Jak licznie pójdziemy głosować?

Wielu ekspertów wskazuje na to, że kluczową rolę może odegrać frekwencja. Ta zaś – jeśli mamy wierzyć badanym – ma wynieść co najmniej 50,9 proc. Tyle bowiem odnotowano „zdecydowanych” osób, które zamierzają wziąć udział w wyborach. Z kolei 7,1 proc. „raczej” zagłosuje. Sumarycznie daje to frekwencję na poziomie aż 58 proc., co przekłada się na bardzo wysoki wynik.

– Im bliżej wyborów, tym szybciej rośnie odsetek osób, które deklarują, że chcą głosować – mówi Marcin Duma, szef IBRiS. – Prawdopodobnie oznacza to, że będziemy mieć rekord frekwencyjny. Nie wiadomo jednak, jaki będzie rozmiar tego rekordu – czy 53, czy 57 proc. – dodaje.

Skąd te ostatnio dość wysokie dane dot. mobilizacji obywateli? Nie można mieć złudzeń. To efekt kampanii, która nie była może i merytoryczna, ale wzbudzała dość wysokie emocje w gronie żelaznych elektoratów. Wystarczy przeczytać wpisy, jakie dziś nadal dominują  w mediach społecznościowych.

Jak przełoży się to na wyniki poszczególnych partii? Odpowiedź poznamy już w niedzielę wieczorem.

Kmicic z chesterfieldem

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się…

View original post 4 375 słów więcej

 

Domy publiczne jak domy własne dla niektórych polityków?

Sprawa seks afery z udziałem prominentnych polityków partii rządzącej wraca jak bumerang, a partia rządząca wydaje się nie mieć żadnego pomysłu na to, jak tę tykającą bombę zegarową rozbroić. Wbrew temu, co próbuje opinii publicznej wmawiać obóz władzy, sprawa jest bardzo poważna, a w słynnym już raporcie byłego funkcjonariusza CBA Wojciecha Janika, oprócz kwestii próby wyciszenia sprawy rzekomej seks-taśmy z udziałem marszałka Sejmu i nieletniej Ukrainki, znajduje się jeszcze wiele kwestii, których pozostawieniem bez rozpatrzenia zainteresowanych jest jeszcze wiele innych osób, pełniących dziś ważne państwowe funkcje.

Politycy opozycji póki co nieśmiało wspominają o dotychczasowych ustaleniach mediów i relacjach agenta Janika, dopytując dlaczego organy państwa nie robią absolutnie nic w celu ustalenia prawdziwego przebiegu zdarzeń. W końcu w najbardziej pesymistycznej wersji, możemy mieć do czynienia z szantażowaniem drugiej osoby w państwie przez osoby zajmujące się na co dzień działaniami przestępczymi i wymuszanie na osobach z kręgów władzy określonych decyzji czy preferencji.

O tym, że sprawie zdecydowanie powinny przyjrzeć się inne służby, niż CBA, które stało się stroną tej sprawy, świadczyć może dzisiejsza publikacja “Rzeczpospolitej”, która z pierwszej strony papierowego wydania dziennika pyta, czy polskie państwo chroniło sutenerów z Podkarpacia. My dodajmy pytanie, czy nie robiło tego właśnie wskutek szantażu seks-taśmami?

Przypadek braci R. jest bowiem niezwykle obfity w dziwne zbiegi okoliczności, dziwną pobłażliwość organów ścigania i niskie wyroki za udowodnione przestępstwa. Jak piszą autorki publikacji w “Rz” Aleksiej i Jewgienij R. prowadzili przestępczy biznes na Podkarpaciu. Wiadomo już, że parasol ochronny nad ich działalnością roztoczyli m.in. wysoko postawieni funkcjonariusze CBŚ, którzy w rewanżu korzystali za darmo z usług prostytutek.

Dziś dowiadujemy się natomiast, że Ukraińcy otrzymali w tym czasie także polskie obywatelstwo i to w czasie, gdy zapewne za wiedzą tychże funkcjonariuszy handlowali kobietami. Dziś Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy nie chce udzielić odpowiedzi na pytanie, czy decyzję o zrobieniu przestępców Polakami podjął Aleksander Kwaśniewski czy może Lech Kaczyński. Ma to znaczenie niebagatelne, bowiem by móc zrealizować pozytywnie taki wniosek, w sprawie braci R., którzy prowadzili w końcu obrzydliwą działalność przestępczą (ukraińska prokuratura przez lata próbowała alarmować w tej sprawie) opinię dla Kancelarii Prezydenta musiały wydać przecież polska policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Nic dziwnego, że dziś nie chcą pokazać tych dokumentów, gdyż albo potwierdzałyby one na piśmie zakłamane opinie, albo winę za ich zignorowanie po stronie administracji prezydenta.

Depresja plemnika

„Rozumiem, że część Kościoła, w tym również hierarchów, czapkuje prezesowi Kaczyńskiemu i robi wszystko, żeby mu się przypodobać (…) Kościół, który się upartyjnia, przestaje być Kościołem Powszechnym-Katolickim” – można między innymi przeczytać w liście otwartym, jaki napisał poseł Krzysztof Brejza do biskupa Diecezji Włocławskiej.

Zamieszczony na Twitterze list jest reakcją posła PO na peany, które biskup wygłaszał z ambony pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Publikowane szeroko słowa duchownego wywołały lawinę oburzenia wśród internautów.

Swego zażenowania nie kryje także pochodzący z Inowrocławia poseł Brejza, zadając biskupowi istotne pytania: „Czym ksiądz biskup jest tak zachwycony? Demontażem konstytucji i instytucji odpowiedzialnych za funkcjonowanie demokratycznego państwa prawa? Zszarganą opinią Polski na arenie międzynarodowej? Szeregiem afer z działaczami PiS w roli głównej? Butą, pychą i arogancją działaczy PiS? Opłacaniem za publiczne miliardy medialnej machiny propagandy, nienawiści i pogardy?”

W alternatywnym kraju Kaczyńskiego lojalność wobec wodza i wierność jego ideom z powodzeniem zastępuje doświadczenie i…

View original post 1 701 słów więcej

 

Odszedł Karol Modzelewski

>>>

Prof. Karol Modzelewski – historyk mediewista, dysydent, więzień polityczny, jeden z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca nazwy „Solidarność” – nie żyje. Miał 81 lat. Odszedł jeden z ostatnich wielkich autorytetów naszych czasów.

– „Postać wybitna. Człowiek – intelekt. Autorytet. Jeden z największych, polskich intelektualistów ostatnich 100 lat. Jeśli myślałem o tym czym może być moralność, to natychmiast przychodził mi do głowy profesor”; – „Powiedzieć, że odszedł ktoś ważny dla Polski, to nic nie powiedzieć”; – „Bez takich ludzi będzie łatwiej kłamać, omamiać, manipulować. Smutny wieczór dla wszystkich myślących ludzi”; – „Ludzie trzeźwo myślący utracili wybitną postać, zostały świetne dzieła i duża bibliografia, którą można pochłaniać. Karol Modzelewski – człowiek solidarności i Solidarności” – pisali internauci na Twitterze, żegnając profesora.

*

W normalnym kraju byłby zapewne wybitnym demokratycznym politykiem i publicznym intelektualistą. PRL zamykał go w więzieniach i wytrwale przez dziesięciolecia szkalował w mediach, utrudniając mu karierę naukową – którą wbrew swoim komunistycznym prześladowcom i tak zrobił, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów od wczesnopiastowskiego średniowiecza w polskiej historiografii.

Symbol wroga dla propagandy PRL

Karol Modzelewski życiorysem mógłby obdzielić kilka znakomitych osób. Urodził się w Moskwie w 1937 roku w rodzinie działaczy komunistycznych i pierwsze lata życia spędził w domu dziecka dla dzieci komunistów. Ojczym Modzelewskiego, Zygmunt, został w 1947 roku ministrem spraw zagranicznych PRL.

Sam Karol przeszedł bardzo szybko edukację, która z dziecka komunisty uczyniła dysydenta i jednego z głównych wrogów rządzącego PRL reżimu. W czasie Października 1956 roku jako 19-letni student obserwował z bliska przygotowania robotników fabryki FSO na Żeraniu do obrony przed sowieckimi czołgami, które miały iść wówczas na zbuntowaną Warszawę.

Z systemem zerwał w 1964 roku, kiedy wraz z Jackiem Kuroniem – również rozczarowanym komunistą – napisał „List otwarty do partii”, krytykę systemu PRL z perspektywy kogoś, kto szczerze wierzył w ideały socjalizmu. Został wyrzucony z partii, do której należał i z pracy na uniwersytecie oraz skazany na 3,5 roku więzienia. Wyszedł na kilka miesięcy przed buntem studentów w marcu 1968, po którym ponownie został skazany na 3,5 roku więzienia.

Był wówczas celem nieustannych ataków propagandy PRL. Duet „Kuroń i Modzelewski” był dla niej symbolem wroga.

Po wyjściu z więzienia poświęcił się pracy naukowej. Był uczniem prof. Aleksandra Gieysztora, wielkiego mediewisty, który nie opuścił swojego podopiecznego nawet w więzieniu. Modzelewski pracował w Instytucie Historii Kultury Materialnej PAN. Napisał opóźniony przez pobyty w więzieniu doktorat (1974) i obronił habilitację (1979). Specjalizował się w historii wczesnego średniowiecza; jego doktorat poświęcony był historii państwa pierwszych Piastów.

W 1980 roku zaczął działać w powstającej „Solidarności”; to on zaproponował nazwę dla związku. Szybko trafił do władz związku, był także jego rzecznikiem prasowym. W czasach stanu wojennego został internowany, a później uwięziony przez komunistyczne władze.

Człowiek lewicy

W latach 90. pracował jako naukowiec – to wówczas powstały jego najważniejsze prace poświęcone „barbarzyńskiej Europie” wczesnego średniowiecza. Działał także jako polityk: był senatorem w „kontraktowym” parlamencie (1989-1991), a później działaczem lewicowej i niekomunistycznej Unii Pracy.

Karol Modzelewski zawsze był człowiekiem lewicy.

Jako historyk stanął w rzędzie największych polskich badaczy średniowiecza – przewyższając zapewne swojego nauczyciela i mistrza Aleksandra Gieysztora. Jego książki o państwie wczesnych Piastów („Organizacja gospodarcza państwa piastowskiego X-XIII wiek”, Wrocław 1975) czy życiu społecznym wczesnego średniowiecza („Barbarzyńska Europa”, Warszawa 2004) należą dziś do klasyki. Młodsi historycy mogą polemizować z teoriami Modzelewskiego, ale pozostają one dla nich głównym punktem odniesienia.

*

Obecna władza sprowadziła kraj do swoich wymiarów – Krainy Niziołków.

Depresja plemnika

„Przymila się Polakom i zamiast zachować neutralność nakazaną unijnym urzędnikom, zakłóca nam polskie święto 3 Maja, by robić sobie na Polsce, jak Timmermans, kampanię wyborczą. I znów traktuje Polskę przedmiotowo” – napisała na Twitterze Krystyna Pawłowicz, dowodząc natężenia niepokoju, jaki zapanował na prawicy po tym, gdy Donald Tuska zapowiedział swój wykład na Uniwersytecie Warszawskim w dniu 3 maja.

Były premier, szef Rady Europejskiej dwa tygodnie wcześniej powiedział, że jest bardzo dużo dobrych powodów, dla których trzeba się spotkać właśnie tego dnia. „I powiedzieć sobie parę poważnych słów na temat konsytuacji, miejsca Polski w Europie – jest to przecież też rocznica przystąpienia do UE – i o znaczeniu wolności, i o wolnych wyborach” – oznajmił Donald Tusk.

„Czekamy z niecierpliwością”, „Będziemy” – zareagowali z radością użytkownicy mediów społecznościowych. Nie wszyscy jednak…

Pierwsza oczywiście do ataku ruszyła PiSowska funkcjonariuszka Pawłowicz, ale zdecydowanie „przebił” ją prawicowy publicysta Marcin Rola. Stwierdził, że 3 maja…

View original post 865 słów więcej

Nieudolność PiS i fałszywa twarz. Orżnąć Polaków

>>>

Marsz 11 listopada pod znakiem neofaszystów. Będzie prelekcja włoskiej organizacji oskarżonej o zabójstwa na tle rasowym, a dla relaksu koncert z pieśnią: „Mein Kampf drogę nam wskazało, na której końcu czeka ład aryjskiego człowieka”

Rok temu w Marszu Niepodległości faszyści śpiewali o „białej Europie”, nieśli ksenofobiczne transparenty. Nikt nie został za to ukarany. W tym roku ich „program” będzie jeszcze bardziej rozbudowany.

Autonomiczni Nacjonaliści, jedna z grup, która podpięła się pod marsz sprzed roku, zapowiada: „Obowiązuje czarny ubiór i strój. Chusty, szaliki i kominy [kominiarki] mocno wskazane”, „flagi, banery i wszelkie symbole organizacji, ekip i kolektywów mogą być swobodnie prezentowane”. To ostatnie z zastrzeżeniem, że usuwane będą te, które wymierzone są w „bratnie narody”.

Ale już dzień przed marszem, w Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym przy ul. Wilczej, w centrum stolicy, neofaszyści organizują konferencję, na której wystąpią działacze skrajnej prawicy z Serbii, Czech i Włoch. Ostatnich reprezentować będzie Nicola Piscopello, działacz organizacji CasaPound oskarżanej we Włoszech o organizowanie ataków na imigrantów, Żydów i zabójstwa na tle rasowym. Jej lider Gianluca Iannone, muzyk faszystowskiego zespołu, mówił w jednym z wywiadów: – Jesteśmy faszystami i koniec. Mussolini na całe życie.

>>>

Premier Giuseppe Conte i jego zastępcy z Ruchu 5 Gwiazd i Ligi Północnej mówią: „Jesteśmy populistami i bronimy ludu włoskiego”. Wicepremier Salvini tweetuje cytaty z Mussoliniego, np. „Wielu wrogów, wielki zaszczyt”. A wspierająca go skrajna prawica odbija kolejne bastiony lewicy.

Nadruk na koszulce przedstawia ogrodzenie obozu w Auschwitz i tory prowadzące do jego bramy. „Auschwitzland” – głosi zrobiony disneyowską czcionką podpis. W koszulkę ubrana jest Selene Ticchi. Ma też czapkę z krzyżem celtyckim. To wszystko Selene prezentuje z uśmiechem, a dopytującemu reporterowi odpowiada, że to manifestacja „czarnego humoru”.

Predappio, północno-wschodnie Włochy, miejsce urodzin Benito Mussoliniego. 28 października 2018 r. dwa tysiące faszystów – wielu z nich w czarnych koszulach, wykonując tzw. salut rzymski i niosąc portrety Duce – celebruje kolejną rocznicę „marszu na Rzym”.

Selene należy do straży porządkowej tego wydarzenia. Narzeka, że próbowano do niego nie dopuścić. – To byłby zamach na demokrację! – wykrzykuje.

96 lat temu w wyniku faszystowskiego zamachu stanu władzę we Włoszech objął Benito Mussolini. Potem uwikłał kraj w wojnę po stronie hitlerowskich Niemiec i podpisał ustawy rasowe, na mocy których włoskich Żydów wysłano do nazistowskich obozów koncentracyjnych.

4 listopada w polskich kościołach zostanie odczytany list pasterski Episkopatu na stulecie niepodległości. Według biskupów główne zagrożenie dla naszego kraju to „odstępowanie od wiary chrześcijańskiej i katolickich zasad jako podstawy funkcjonowania państwa”. Wyliczamy manipulacje i przekłamania

Czy Polak w ogóle może być patriotą, nie będąc katolikiem? Na to pytanie – i wiele innych frapujących zagadnień – odpowiada list pasterski Episkopatu z okazji święta niepodległości.

Dokument episkopatu, datowany na 14 marca 2018, ale opublikowany 29 października, można przeczytać w całości na stronie tej instytucji (tutaj). Dla każdego, kto zna historię Polski ostatnich dwóch stuleci – o niej głównie mówią autorzy – jest to lektura poruszająca, przede wszystkim ze względu na zawarte w nim przekłamania i manipulacje przeszłością. Ale nie tylko. Ważne jest także zupełnie aktualne przesłanie biskupów – „pasterzy Kościoła katolickiego w Polsce”, jak podpisali się pod listem.

Do przodków katolików

Zacznijmy od historii: według biskupów odzyskanie wolności przez Polskę to „dar Bożej Opatrzności”. 

Biskupi składają w liście hołd „naszym przodkom”, którzy w czasach zaborów dali przykład miłości ojczyzny. Piszą:

„Życiową postawą potwierdzili, że droga do odzyskania przez Naród Polski swego niepodległego i suwerennego państwa wiodła nie tylko poprzez walkę zbrojną, starania polityczne, dyplomatyczne i pracę kilku pokoleń Polaków, ale przede wszystkim przez miłość do Boga i bliźniego, wytrwałą wiarę oraz modlitwę”.

Przy odrobinie wysiłku można to zdanie uznać za opinię. Duchowni mają prawo myśleć, że rola modlitwy w odzyskaniu niepodległości jest ważniejsza niż walka zbrojna czy dyplomatyczna. Jest to pogląd trudny do obrony, ale być może dla kogoś głęboko wierzącego możliwy do zaakceptowania.

W istocie jednak to zdanie zawiera daleko idące historyczne przekłamanie. Polacy walczący o wolność wcale nie wszyscy byli wierzący, a ci wierzący nie wszyscy byli katolikami: byli wśród nich protestanci, prawosławni i Żydzi. 

Niesłychanie krytyczny stosunek do Kościoła – zwłaszcza do jego roli społecznej – mieli socjaliści, z których wywodził się Józef Piłsudski, i którzy byli jedną z głównych sił niepodległościowych. Krytykowali Kościół za wspieranie władz zaborczych oraz za popieranie wyzysku chłopów i robotników w kraju (tak, używali takiego słownictwa). Także narodowcy Romana Dmowskiego mieli często dystans wobec Kościoła, który uważali za wsparcie dla sił konserwatywnych, związanych z tradycyjną arystokracją i ziemiaństwem – podczas gdy sami uważali się za radykałów. Dmowski sojusz polskiego nacjonalizmu z Kościołem ogłosił później, w książce „Kościół, naród i państwo” wydanej w 1927 roku. Bardzo wpływowe na wsi było także krytyczne wobec Kościoła i jego pozycji wśród ludu skrzydło ruchu ludowego. 

Nie jest więc prawdą, że polski patriotyzm był nierozerwalnie związany z wiarą katolicką. 

Dodajmy również, że Kościół często krytykował w XIX w. polskie zrywy niepodległościowe. Pisaliśmy o tym w maju 2018 roku, kiedy zapomniał o tym abp. Stanisław Gądecki (tutaj). 

Dzieła Mickiewicza na katolickim indeksie zakazanym

Oczywiście, nie brakowało księży, którzy cierpieli za wolną ojczyznę – jak arcybiskup warszawski Zygmunt Szczęsny Feliński, kanonizowany przez Jana Pawła II, który został przez władze carskie zesłany nad Wołgę za słowa protestu wobec brutalnego tłumienia powstania styczniowego (1863-1864). Ks. abp. Feliński spędził w Jarosławiu nad Wołgą 20 lat.

Ale w liście czytamy: „Kolejne zrywy narodu do walki zbrojnej o niepodległość Ojczyzny – poczynając od insurekcji kościuszkowskiej, poprzez okres napoleoński, Wiosnę Ludów, powstanie listopadowe i styczniowe – nie przynosiły rezultatów i powodowały nasilające się represje ze strony zaborców oraz niszczenie polskiej kultury i prześladowanie Kościoła, który zawsze wspierał narodowe zmagania o odzyskanie wolności”.

Otóż nie. Kościół nie zawsze „wspierał narodowe zmagania”.

Watykan potępiał wszystkie ruchy, które uważał za radykalne i godzące w monarchie europejskie – w tym Konstytucję 3 Maja, Powstanie Listopadowe (1830-1831) oraz Powstanie Styczniowe (1863-1864). Biskupi zachęcali poddanych zaborczych mocarstw do lojalności wobec władców, których prawa do rządzenia ziemiami polskimi nie kwestionowali. W kościołach modlono się za zaborczych monarchów.

Biskupi skwapliwie zawłaszczają dla Kościoła największych polskich twórców XIX w., zapominając, że wielu z nich miało z Kościołem relacje bardzo skomplikowane i często napięte. 

Na pierwszym miejscu wśród „chrześcijańskich” twórców wymieniają Adama Mickiewicza, którego dzieła w 1848 roku Kościół wpisał na indeks ksiąg zakazanych. Mickiewicz był mesjanistą i religijnym radykałem, który uważał, że Kościół porzucił oryginalne ideały chrześcijaństwa.

Przypomnijmy, że za czytanie dzieł znajdujących się na indeksie groziła katolikowi ekskomunika. Niektóre dzieła Mickiewicza były na indeksie jeszcze sto lat później. 

Dzisiaj Adam Mickiewicz w liście biskupów staje się przykładem twórcy katolickiego. Zabawne, prawda? Mickiewicz był autorem głęboko wierzącym, ale z Kościołem było mu często nie po drodze. Przed zawłaszczaniem Mickiewicza biskupom wypadałoby najpierw powiedzieć „przepraszamy”, ale tego słowa nie udało im się napisać.

Katolicki Naród Polski?

W całym tekście listu pasterskiego biskupi utożsamiają wiarę katolicką, patriotyzm oraz „Polski Naród” (pisany wielką literą). Wzmianka o „innych wyznaniach chrześcijańskich” pojawia się raz:

„Drogi Polaków do niepodległości motywowane wiarą katolicką prowadziły najpierw do umocnienia wiary i odrodzenia moralnego, a następnie do pogłębienia świadomości narodowej. Nastąpiło upodmiotowienie społeczne, narodowe i religijne szerokich warstw społeczeństwa polskiego, przede wszystkim ludności wiejskiej, rzemieślników oraz robotników. Prześladowania ze strony zaborców doprowadziły do jeszcze głębszego związania Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich z Polskim Narodem”.

Jest to, powtórzmy, całkowite zafałszowanie historii: ani Kościół nie wspierał bez zastrzeżeń polskich zrywów niepodległościowych, ani Polacy nie byli bez wyjątku wierzący.

W cytowanym fragmencie znajduje się jeszcze jedno nieuprawnione utożsamienie – odrodzonej RP z „Polskim Narodem”. Przypomnijmy, że II RP była państwem wielonarodowościowym, w którym mniejszości narodowe stanowiły ok. 30-40 proc. obywateli (spis powszechny 1931 roku pytał o języki ojczyste, co zaniżało w danych faktyczny odsetek mniejszości narodowych: według niego polski był językiem ojczystym 68,91 proc. obywateli). 

Bez katolicyzmu nie ma wolności

Sedno listu pasterskiego dotyczy jednak przesłania na przyszłość. Biskupi są tu bezkompromisowi: odejście od zasad katolickich to zagrożenie dla „suwerennego bytu” Polski. Przytoczmy:

„Odstępowanie od wiary katolickiej i chrześcijańskich zasad jako podstawy życia rodzinnego, narodowego i funkcjonowania państwa, to najpoważniejsze z zagrożeń, które doprowadziły już raz w przeszłości do upadku Rzeczypospolitej.

Szerzące się zniewolenia szczególnie wśród młodej generacji Polaków – alkohol, narkotyki, pornografia, zagrożenia płynące z Internetu, hazard, itd., prowadzą do osłabienia moralnego i duchowego narodu.

Spośród wad narodowych coraz bardziej dochodzą do głosu prywata, egoizm jednostek i całych grup, brak troski o dobro wspólne, szkalowanie i znieważanie wiary katolickiej, polskiej tradycji narodowej i tego wszystkiego, co stanowi naszą Ojczyznę”.

Nie ma tu rozróżnienia pomiędzy pornografią, hazardem a kwestionowaniem „chrześcijańskich zasad życia rodzinnego” (a więc zapewne np. dopuszczeniem związków jednopłciowych czy liberalizacją prawa do przerywania ciąży) oraz „brakiem troski o dobro wspólne” – tak jakby wszystkie były jednym rodzajem „zniewolenia”.

Oto i w całości przesłanie biskupów na stulecie niepodległości: Polaku, bez katolicyzmu nie istniejesz, nie ma Polski bez Kościoła. Polacy-niekatolicy są w tej optyce w najlepszym wypadku gorszym sortem obywateli, a w najgorszym – wypisują się sami z polskości. Naprawdę, w czasach rzeczywistych zagrożeń dla Polski, Europy, świata i planety, spodziewalibyśmy się po najważniejszych dostojnikach polskiego Kościoła czegoś więcej.

Hojnie wspierany z publicznych środków, produkowany przez twórców „Smoleńska” rocznicowy film o Legionach Piłsudskiego, premierę będzie miał najpewniej dopiero w 2019 roku. Państwo, jak się okazuje, nie jest w stanie zorganizować ponadpartyjnych, prawdziwie otwartych dla wszystkich, uroczystych obchodów.

Wszystko to pod rządami formacji, która o rocznicy 1918 roku mówiła przez ostatnia trzy lata bez przerwy. Której przedstawiciele przy każdej okazji powtarzają, że w przeciwieństwie do swoich politycznych konkurentów, będą prowadzić politykę historyczną przywracającą Polakom dumę z ich państwa i jego historii.

Organizacyjny chaos na stulecie Niepodległości

Pokaz nieudolności

Tymczasem w trakcie wyjątkowej, zdarzającej się raz na stulecie rocznicy, władza, zamiast okazji do przeżycia dumy z polskiej historii daje rodakom pokaz własnej nieudolności. Rocznica 11.11. zaskoczyła ją, jak przysłowiowa zima drogowców. Przy tym, o ile w naszym klimacie czasem faktycznie trudno przewidzieć dokładny początek zimy, to o tym, że w niedzielę 11.11. przypadnie setna rocznica odrodzenia państwa po latach zaborów, wiadomo było od dawna i naprawdę można było się przygotować.

Najbardziej nieudolnie w tym wszystkim wypada ośrodek prezydencki i prezydent Duda osobiście. To od prezydenta, jako głowy państwa, można było oczekiwać zorganizowania uroczystości, otwartych dla wszystkich niezależnie od poglądów i partyjnych sympatii. Pałac Prezydencki nie wywiązał się z tego zadania, choć z okazji setnej rocznicy 11.11. 1918 roku obiecywał wiele.

Prezydent Duda planował referendum, w którym Polacy mieli dostać szansę, by wypowiedzieć się w sprawie ewentualnych zmian w ustawie zasadniczej. Konsultacje konstytucyjne z obywatelami trwały miesiące. Ostatecznie, głowa państwa do idei referendum nie była nawet w stanie przekonać nawet swojej byłej partii – inicjatywę utrącił kompletnie zdominowany przez PiS Senat. Senatorowie bez wątpienia ośmieszyli wtedy prezydenta, choć mogli oszczędzić mu jeszcze większego upokorzenia – do jakiego doszłoby, gdyby referendum przyciągnęło do urn zaledwie garstkę wyborców, podobnie jak referendum ogłoszone w 2015 roku przez prezydenta Komorowskiego w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.

Prezydent Duda upokorzył się jednak sam, gdy zaczął negocjować z Ruchem Narodowym warunki swojej obecności na tzw. Marszu Niepodległości. Negocjacje spełzły na niczym – narodowcy wyprosili głowę państwa ze swojego marszu. Nie wiadomo, co jest bardziej smutne i groteskowe w całej tej sytuacji. Czy fakt, że prezydent należącego do Unii Europejskiej, demokratycznego państwa serio rozważa udział w marszu skrajnej prawicy, gdzie padają rasistowskie hasła? Czy to, że głowa państwa, wybrana w drugiej turze przez 8,6 miliona osób negocjuje z politycznym marginesem, notującym poparcie na poziomie błędu statystycznego? Czy może to, że grupa dziarskich chłopców z Ruchu Narodowego pokazała prezydentowi miejsce w szeregu, wysyłając wszystkim sygnał, że w setną rocznicę odrodzenia państwa polskiego to skrajna prawica będzie rządzić polską stolicą?

Czy potrafilibyśmy w ogóle wspólnie świętować?

Chaos wokół 11.11. pokazuje przy tym na problem znacznie głębszy, niż nieudolność obecnej władzy. Zastanówmy się bowiem przez chwilę, co byłoby, gdyby prezydent (albo rząd) nie przespali rocznicy i faktycznie zorganizowali pełne rozmachu, państwowe uroczystości, na które zaproszeni zostaliby wszyscy? Czy potrafilibyśmy wtedy wspólnie świętować niezależnie od podziałów? KODowiec z PiSowcem? Zandberg z Balcerowiczem? Nowacka z prawnikami Ordo Iuris? Jacek Kurski z Jackiem Żakowksim? Trudno to sobie wyobrazić – nie udało się przecież przy okazji obchodów 550-lecia polskiego parlamentaryzmu, ani święta wojska polskiego.

W Polsce podziały polityczne przybrały tak głęboko toksyczną formę, że nie jest ich w stanie zawiesić największe nawet święto. Można się obawiać, czy byłby w stanie zawiesić je największy nawet, zagrażający przetrwaniu państwa kryzys. Niezależnie, czy taki kryzys nadejdzie, czy nie toksyczność polskich podziałów to fatalna perspektywa dla polskiej demokracji. Demokracja nie ogranicza się bowiem do zasady rządów za zgodą większości. Wymaga ona czegoś jeszcze: uznania prawomocności opozycji. Tego, że także przeciwny naszemu obóz polityczny jest pełnoprawnym uczestnikiem życia politycznego, a nie siłą zła, od której trzeba ocalić ojczyznę, jak od potopu szwedzkiego, lub inwazji bolszewików.

Dziś niemal nikt tak nie postrzega przeciwnika politycznego. Główną winę ponosi za to PiS. I to nie tylko dlatego, że sam konsekwentnie, od swojego powstania, oskarża ciągle swoich przeciwników o złe intencje, zepsucie, mroczne powiązania, a nawet o mord na ofiarach katastrofy w Smoleńsku. Problem ten poprzedza zresztą PiS, kryminalizacja politycznego przeciwnika i absolutyzacja politycznego konfliktu była podstawową techniką mobilizowania własnego elektoratu przez Jarosława Kaczyńskiego już w czasach Porozumienia Centrum. Jeszcze większym problemem jest stosunek rządzącej partii do polskiej konstytucji i państwa, jakie ukształtowało się po roku ’89. Trudno mieć do opozycji pretensje, że nie chce świętować wspólnie z władzą, która oskarża ją o najgorsze, a przy tym wyraźnie zmierza do zniszczenia instytucji, stanowiących instytucjonalne rusztowanie, konieczne do tego, by demokracja nie miała wyłącznie fasadowego charakteru.

Państwo bez narracji

Zwłaszcza, że trudno wyobrazić sobie narrację, jaka nawet przy tak niekontrowersyjnej uroczystości, jak 11.11. byłaby w stanie włączyć faktycznie szeroką grupę obywateli, niezależnie od ich politycznych afiliacji. Przy okazji setnej rocznicy niepodległości doskonale widać problem, z jakim w ciągu prawie 30 lat nie potrafiła poradzić sobie III RP: brak narracji, wiążącej wszystkich obywateli i obywatelki z państwem. Nie mamy żadnej opowieści tworzącej obywatelską wspólnotę wyobrażoną.

Widać wyraźnie, że wbrew obietnicy PiS jej nie zbuduje – i chyba mu nawet nie bardzo na tym zależy. Cały wysiłek rządzącej partii na froncie narracji i symboli skierowany jest bowiem na budowanie narracji partyjnych. Konstruowane są one wokół tak kontrowersyjnych symboli jak martyrologia smoleńska, kult Lecha Kaczyńskiego, czy tzw. Żołnierzy Wyklętych.

Gdy 11.11. stolicą znów zawładnie skrajna prawica, środowiska przestępczo-kibolskie, rasiści i neofaszyści z Marszu Niepodległości przekonamy się raz jeszcze do jakiego zdziczenia prowadzi sferę publiczną sytuacja, gdy w próżnię wywołaną przez brak obywatelskiej narracji wkracza ta partyjna.

PiS desperacko próbuje rozpuszczać efekty trzech lat wojny z Unią Europejską. Nieobecny od dawna w mediach Adam Lipiński w rozmowie z „Wyborczą” opowiedział się za rezygnacją przez PiS z ostrej polityki i za marszem w stronę centrum

Samo pojawienie się Adama Lipińskiego w przestrzeni publicznej jest sygnałem, że przed drugą turą wyborów samorządowych rządząca partia zrobi wszystko, by zmyć konsekwencje prowadzenia polityki starcia z Unią Europejską.

Jednak to, że Lipiński wypowiedział się publicznie nie oznacza wcale, że jego wypowiedzi są prawdziwe.

Dwie wpadki przed I turą

Nogę Prawu i Sprawiedliwości tuż przed wyborami samorządowymi dwukrotnie podstawili ludzie pracujący dla PiS.

Po pierwsze, był to wyemitowany na kilka dni przed I turą wyborów kłamliwy, agresywnie antyuchodźczy i antysamorządowy spot, a m.in. rolę straszliwego muzułmańskiego uchodźcy, który pod wpływem alkoholu i narkotyków kopnięciem zrzucił kobietę ze schodów prowadzących na peron metra w Berlinie, „zagrał” w nim 27-letni obywatel Bułgarii.

Po wyborach spot skrytykował, m.in. Jarosław Gowin. „To był zły spot. Wstydziłem się” – mówił wicepremier i minister szkolnictwa wyższego w rządzie Mateusza Morawieckiego.

Z motyką na Trybunał Sprawiedliwości UE

Dużo większym echem odbiło się jednak to, co zmalował minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. W sierpniu postanowił skierować do skolonizowanego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego wniosek o sprawdzenie, czy zgodny z Konstytucją RP jest art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który pozwala sądom krajowym zadawać Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytania prejudycjalne.

Ale na początku października – czyli krótko przed I turą wyborów samorządowych – rozszerzył wniosek, zadając TK pytanie, czy TSUE w ogóle wolno orzekać „w sprawach dotyczących ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej oraz postępowania przed organami władzy sądowniczej państwa członkowskiego UE”.

Podjęcie przez Trybunał Konstytucyjny wyroku zgodnego z oczekiwaniami Ziobry oznaczałoby de facto wycofanie się Polski z Unii Europejskiej, ponieważ bez Trybunału Sprawiedliwości UE nie ma mowy o jednolitej przestrzeni prawnej, która jest jednym z fundamentów Unii Europejskiej.

Tym krokiem Ziobro podał rękę opozycyjnej Koalicji Obywatelskiej, która dużo energii poświęcała na pokazanie konsekwencji wrogiej Unii Europejskiej polityki PiS. Już w połowie września Grzegorz Schetyna pisał na Twitterze:

Rozszerzenie wniosku było więc wodą na młyn opozycji. 17 października na wspólnej konferencji prasowej z Rafałem Trzaskowskim (PO) posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz (.N) nazwała wniosek „wypchnięciem Polski z Unii Europejskiej”, a Borys Budka (PO) domagał się jasnej deklaracji od premiera Mateusza Morawieckiego, czy „odetnie się od próby wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, czy zdymisjonuje ministra Ziobrę” – podkreślał poseł PO Borys Budka.

Politycy opozycji nie musieli jednak naciągać rzeczywistości, żeby oskarżyć PiS o demolowanie stosunków Polski ze zjednoczoną Europą. Jak pisaliśmy w OKO.press, Polska po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości miałaby problemy z przyjęciem do UE, ponieważ nie tylko nie spełnia kryteriów kopenhaskich, ale również nie ma żadnych politycznych sojuszników w UE (poza Węgrami, które również są w Unii na cenzurowanym).

Dzwon od wyborców

Wybory boleśnie dla PiS zweryfikowały, gdzie leżą sympatie Polaków. Choć partia Kaczyńskiego wygrała wybory, to nie udało się jej poszerzyć elektoratu w stopniu pozwalającym pokazać wynik jako potwierdzenie poparcia Polek i Polaków dla polityki PiS.

Jednocześnie przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego bardzo się zmobilizowali, szczególnie w dużych miastach, gdzie PiS przekonało się, że nie ma czego szukać – na 39 miast o liczbie mieszkańców ponad 100 tys. w zaledwie jednym – Katowicach – kandydat niezależny popierany przez PiS wygrał wybory. Jak na złość był to Marcin Krupa, którego popiera nie tylko PiS, ale również SLD.

Również na wsi wyniki nie spełniły oczekiwań – nieco ponad 12 proc., które osiągnęło PSL mimo zmasowanego ataku PiS na partię, oznacza, że poza dużymi miastami antyeuropejska retoryka szkodzi notowaniom prezesa.

Zwrot przez rufę

Po pierwszej turze wyborów rządząca partia robi dobrą minę do złej gry. Oficjalnie cieszy się ze zwycięstwa i zapowiada kontynuację dotychczasowej polityki, ale jednocześnie stara się osłabić skutki sporu z Unią Europejską.

Zaczął Jarosław Kaczyński, przekonując podczas konwencji PiS w Radomiu, że jego partia i rząd będą przestrzegać unijnego prawa oraz opowiadając, że „wielu mieszkańców dużych miast zostało okłamanych, zostało zmanipulowanych i w centrum tej manipulacji jest jedno twierdzenie, że PiS przygotowuje polexit”.

„To kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo” – powtarzał prezes.

Ma to nawet pewien wymiar praktyczny – MSZ w stanowisku przesłanym do Trybunału Konstytucyjnego zmieszał argumentację Zbigniewa Ziobry z błotem.

Dzień później jednak szef MSZ Jacek Czaputowicz zmienił zdanie i wydał specjalne oświadczenie, w którym ogłosił, że „w pełni popiera wniosek Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego”, a swoje stanowisko zredukował do „charakteru informacyjnego i eksperckiego”.

Lipiński z odsieczą

PiS dysponuje niewieloma politykami, którzy mogą zapewniać o swoim zbliżeniu do pozycji centrowych i nie zostać rozniesieni przez media za hipokryzję – jak to jest na przykład w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, który mówi zwykle to, co pasuje do obecnego przekazu politycznego partii.

Biorąc pod uwagę potrzebę mieszania wyborcom w głowach przed II turą (4 listopada) nic dziwnego, że wiceprezes PiS Adam Lipiński nagle pojawił się w przestrzeni publicznej – i to udzielając wywiadu wideo znienawidzonej przez PiS „Gazecie Wyborczej”.

Tam ogłosił, że „wyniki wyborcze pokazują, że jeśli chcemy zdobyć znacznie większe poparcie niż mieliśmy, to się musimy bardziej do centrum przesunąć, to jest oczywiste”.

Jego odpowiedzi na pytania dziennikarki „Wyborczej” Justyny Dobrosz-Oracz o sprawy europejskie najlepiej pokazują, że to, co jego zdaniem jest „oczywiste”, jest w zasadzie niewykonalne – bo PiS nie jest w stanie zachować obecnego elektoratu, zbudowanego na wojnie z III RP i jej osiągnięciami (m.in. wejściem do Unii Europejskiej i poparciu dla pogłębiania integracji europejskiej), wojnie z Unią Europejską, a jednocześnie wędrować w stronę politycznego centrum.

Ta wypowiedź jest nie tylko fałszywa, ale również sprzeczna. Wiceprezes PiS może oczywiście opowiadać, że jego partia jest gorącym zwolennikiem Unii Europejskiej (mając pewnie na myśli przede wszystkim euro, które płyną z Brukseli), co jakoś łączy z „walką o podmiotowość”.

Niezależnie od tego, jak bardzo PiS lubi transfery z unijnego budżetu, udawać „gorącego zwolennika” UE jest mu tym trudniej, że od objęcia rządów aktywnie zwalcza to, na czym zbudowana jest Unia Europejska.

Występuje nie tylko przeciwko opisanym w traktatach wartościom, ale również przeciwko instytucjom, które powołały państwa członkowskie i dobrowolnie przekazały im część swoich kompetencji, aby umożliwić zaistnienie choć częściowo zjednoczonej w sensie prawnym, politycznym i gospodarczym Europy.

Tę sprzeczność wyraźnie widać u Adama Lipińskiego, kiedy Justyna Dobrosz-Oracz pyta go, czy Polska zastosuje się do decyzji Trybunału Sprawiedliwości.

Pokrętna mowa ani tak, ani nie

Zamiast zadeklarować wprost, że tak będzie, Lipiński odpowiada: „Na pewno podejmiemy decyzję racjonalną. Nie mogę powiedzieć jaką, polityka ma swoje dyskretne strony. Jest druga tura wyborów i nie powinniśmy wprowadzać tematów mega politycznych do obiegu publicznego”.

„To nie my zaczęliśmy”

Tłumacząc tę polityczną nowomowę na język polski Adam Lipiński powiedział, że PiS chętnie da centrowemu elektoratowi nadzieję na to, że rząd Mateusza Morawieckiego podporządkuje się decyzji i przestanie kombinować nad przejęciem Sądu Najwyższego, ale nie może zadeklarować tego otwarcie, żeby nie demobilizować antyunijnego elektoratu, który PIS właściwie w całości zagarnęło dla siebie.

Drugim elementem tej strategii narracyjnej jest próba zmycia przez polityków PiS z siebie odpowiedzialności za wojnę polityczną z instytucjami unijnymi. To oczywisty fałsz – nikt nie zmuszał Jarosława Kaczyńskiego ani do rozpoczynania wojny o sędziów Trybunału Konstytucyjnego już pod koniec 2015 roku, od czego krok po kroku upór PiS doprowadził do wszczęcia przez Komisję Europejską przeciwko Polsce procedury naruszenia praworządności z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej.

Nikt nie zmuszał też do pozwalania nadzorowanym przez rząd Lasom Państwowym na wycinanie Puszczy Białowieskiej, co skończyło się miażdżącym dla PiS wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE), ani do rozpoczęcia frontalnego ataku na instytucje niezależności sądownictwa – od Krajowej Rady Sądownictwa po Sąd Najwyższy, w obronie którego stanął ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE.

Fałszywa łagodność

Wywoływaniu wrażenia, że PiS jest zróżnicowaną partią, w której wrodzy integracji Europy politycy tacy jak Antoni Macierewicz i Krystyna Pawłowicz są równoważeni przez rozsądnych, bardziej centrowych, chcących korekty Czaputowicza i Lipińskiego, służy również łagodne skrytykowanie ministra sprawiedliwości przez wiceprezesa PiS.

O wniosku do TK Lipiński mówi, że Ziobro może „nie zdawał sobie sprawy z tego, jak to może zostać wykorzystane przez naszych przeciwników, ale w polityce trzeba sobie [z tego] zdawać sprawę”.

Zaraz dodaje jednak, że „dymisja Ziobry to raczej są bajki” – podobnie jak w przypadku Czaputowicza, który jako „liberalne” skrzydło PiS może starać się łagodzić skutki ostrej polityki, ale nie w taki sposób, który przeszkodzi mobilizacji żelaznego elektoratu partii.

To daje jakąś wskazówkę co do tego, jak PiS się zachowa, gdy przestanie im zależeć na wynikach kampanii wyborczej.

MSZ skierował do Trybunału Konstytucyjnego stanowisko do wniosku prokuratora generalnego o zbadanie przez TK, czy unijny przepis o pytaniach prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE jest zgodny z konstytucją. Wynika z niego, że rząd – bo MSZ w Trybunale prezentuje stanowisko rządu – uważa, iż polskie sądy mają pełną autonomię w kierowaniu pytań do TSUE, mogą zawieszać stosowanie przepisów, o które pytają do czasu otrzymania od TSUE odpowiedzi, a TSUE jest jedynie właściwy do interpretowania prawa UE.

Tymczasem to właśnie kwestionował w swoim wniosku prokurator generalny Zbigniew Ziobro, domagając się uznania tych uprawnień sądów za sprzeczne z konstytucją. MSZ w swoim stanowisku przytaczał też głosy doktryny kwestionujące prawo Trybunału Konstytucyjnego do badania traktatu o UE. A także kwestionujące nadrzędność polskiej konstytucji wobec traktatu. Wyglądało na to, że PiS kwestionuje nie tylko stanowisko Ziobry – uznane powszechnie za zapowiedź polexitu – ale w ogóle paradygmat, według którego działa od trzech lat: wyższości woli politycznej nad władzą sędziów i prawa Polski do własnej interpretacji unijnych przepisów.

W kilka godzin po nagłośnieniu przez media stanowiska MSZ (rządu) premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że Trybunał Konstytucyjny „może i powinien badać zgodność traktatów z naszą konstytucją”. Zaś szef MSA Jacek Czaputowicz – że w pełni popiera stanowisko prokuratora generalnego wyrażone we wniosku do TK.

O co tu chodzi?

W warstwie politycznej zapewne o to, że media nagłośniły rozdźwięk w rządzie PiS, co PiS uznał za zagrożenie i postanowił zewrzeć szyki. Tak jak stanowisko MSZ mogło być pomyślane jako uspokojenie nastrojów społecznych dotyczących polexitu, jakim groził wniosek prokuratora Ziobry, tak „przedefiniowanie” stanowiska MSZ mogło by służyć uspokojeniu nastrojów przed wyborczą dogrywką. Tym bardziej że niepisowskie media donosiły o sprawie w tonie sensacyjnym: że MSZ „zmiażdżył” wniosek Ziobry, że uznał go za „bezpodstawny”.

A w warstwie faktycznej i prawnej? Kto ściemnia w sprawie wniosku MSZ?

Obie strony. Niepisowskie media rzeczywiście go nadinterpretowały. Nie pada tam bowiem wprost żadna ocena wniosku prokuratora generalnego, a tym bardziej sformułowanie, że jest on „bezpodstawny”. Jednak cały przeprowadzony przez MSZ wywód i cytaty z orzeczeń polskiego TK i TSUE prowadzą do takiego wniosku. Stanowisko MSZ jest pod tym względem nietypowe dla stanowisk posyłanych przez rząd do TK. Zwykle bowiem strona rządowa zajmowała stanowisko wprost.

Minister Czaputowicz wydał w środę wieczorem oświadczenie. Pisze w nim: „Dokument nie zawiera konkluzji ani wniosków, jakie sugerują niektóre media. Dokument nie kwestionuje w szczególności dopuszczalności wniosku złożonego przez prokuratora generalnego i nie polemizuje z tezami zawartymi w tym wniosku”.

To prawda i nieprawda zarazem. Rzeczywiście nie ma tam zdań w rodzaju: „MSZ uważa wniosek za bezzasadny” albo „postuluje oddalenie wniosku” czy „umorzenie sprawy z powodu niedopuszczalności orzekania”. Nie ma też polemiki z tezami Ziobry w stylu: „w przeciwieństwie do prokuratora generalnego MSZ uważa, że…” albo „nie sposób zgodzić się z twierdzeniem prokuratora generalnego…”.

Z drugiej strony stanowisko MSZ cytuje wyłącznie wyroki TK i TSUE, które zaprzeczają tezom zawartym we wniosku Ziobry.

Dlatego kolejne stwierdzenie środowego „oświadczenia” ministra Czaputowicza: „W pełni popie‎ram wniosek prokuratora generalnego do Trybunału Konstytucyjnego”, jest nieprawdą w stosunku do stanowiska, które przesłał do TK. Choć być może jest prawdą o stanie woli ministra w środę 31 października, gdy pisał swoje „oświadczenie”. Wolę ministra tego dnia ukształtowało zapewne polecenie premiera, a może nawet samego prezesa.

Dalej minister oświadcza: „Polski Trybunał Konstytucyjny ma pełne prawo oceniać konstytucyjność poszczególnych elementów traktatów europejskich i ich stosowania w praktyce”. Takie stwierdzenie może być uznane za prawdziwe w odniesieniu do tego, co napisał w stanowisku do TK. Choć prawdziwe może być też stwierdzenie przeciwne: że w tym stanowisku podważa to prawo polskiego TK, bo przytacza polemiczne głosy doktryny.

„Stanowisko MSZ w tej sprawie przedstawia jedynie stan orzecznictwa polskiego i europejskiego w podobnych sprawach” – pisze dalej w oświadczeniu. I jest to prawda. Ale już następne zdanie prawdą nie jest: „Nie ma wobec tego żadnych podstaw, by traktować je jako podważające podstawy wniosku złożonego przez prokuratora generalnego”, bo całe jego stanowisko składa się cytatów i omówień wyroków i stanowisk zaprzeczających wnioskowi prokuratora Ziobry. Jeśli minister nie chciał „podważać”, to po co w ogóle posłał do TK to stanowisko? Po to, by wyręczyć służby prawne Trybunału w gromadzeniu orzecznictwa TK i TSUE na temat pytań prejudycjalnych i relacji między prawem Unii a prawem krajów członkowskich?

Cała sprawa koniec końców wygląda na kpinę z opinii publicznej, którą PiS manipuluje zależnie od chwilowych potrzeb. Manipuluje mocno nieudolnie, choć, z drugiej strony, żeruje na tym, że opinia publiczna, łącznie z dziennikarzami, nie wgryza się szczegółowo w wielostronicowe prawne wywody, powtarzając sformułowania – jak to o „bezzasadności wniosku” – za innymi, którzy najpewniej też dokładnie nie przeczytali.

Co z tego wynika?

Wniosek Ziobry i polemiczne stanowisko MSZ są w Trybunale Konstytucyjnym. Oznacza to zapewne, że póki co Trybunał nie zajmie się sprawą, bo sam rząd nie wie, jakiego chciałby rozstrzygnięcia. A inne niż to, jakiego chciałby rząd, w tym Trybunale zapaść nie może.

Do Komisji Europejskiej i TSUE poszedł sygnał, że rząd nie będzie – przynajmniej na razie – ich zwalczał za pomocą TK. Czyli że – chwilowo – gotów jest do negocjacji. A więc np. TSUE może nie spieszyć się z rozpatrywaniem pytań prejudycjalnych polskich sądów dotyczących „reformy” sadownictwa. W szczególności pytania Sądu Najwyższego o prawomocność powołania i działania nowej KRS, gdzie wchodzi w grę zastosowanie zabezpieczenia tymczasowego, które oznaczałoby zawieszenie działalności Rady, nazywanej Komitetem Rekomendowania Spolegliwych (sędziów). Jej przejęcie przez PiS było i jest kluczem tej „reformy”.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim i Morawieckim.

Mateusz Morawiecki wyrasta na dziwny typ polityczny, który ma na bakier z prawdomównością i z prawem, co w demokracji powinno wykluczyć z przestrzeni publicznej, lecz w Polsce mamy coraz mniej demokracji, dzięki temu ma się on całkiem dobrze, choć wątpię, czy z nim będzie w porządku, gdy Jarosław Kaczyński odejdzie.

Słynna była szefowa amerykańskiej dyplomacji Madeleine Albright mogła Morawieckiego nie dostrzegać, ale jego szef Jarosław Kaczyński to dla niej postać, która jest godna szerokiego odnotowania w książce „Faszyzm. Ostrzeżenie”, która ukazała się w ubiegłym miesiącu na polskim rynku wydawniczym.

Co? – prezes PiS w pozycji o faszyzmie. Nie róbmy wielkich oczu, bo tak już nas widzą na szerokim świecie, a świat amerykański ma dla nas wymiar największy, tuż zaraz po unijnym. Albright jest szczególnie wrażliwa na nasz region, wszak urodziła się w czeskiej Pradze.

Amerykanka pisze wprost o kontakcie Kaczyńskiego z ludem polskim: „Wydaje się, że znajduje lepsze porozumienie ze swoimi kotami niż z obywatelami”. Choć ten „lud polski” powinienem zamienić na „ciemny lud”, tak prezes traktuje swój elektorat, a do innych wyborców mając pogardę, którą dobrze poznaliśmy przez trzy lata rządów jego partii.

Brak kontaktu Kaczyńskiego z Polakami – z tego wypływają problemy jego partii, prezes PiS postrzega rodaków w perspektywie kuwety. To jest nieuniknione psychologicznie, gdy ktoś taki porusza się za żelaznymi barierkami, otoczony kordonem policjantów i prywatnych ochraniarzy.

Cienka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną, to cienizna jest zauważalna u Kaczyńskiego, nawet w jego przemówieniach, w których wydaje się być dla siebie mądrym, gdy wklei do wygłaszanych zdań jakieś trudniejsze słówko ze słownika wyrazów obcych.

W kuwecie nie tylko załatwiają się koty, z którymi prezes ma bliższy kontakt niż „z obywatelami”, odizolowany od świata taki osobnik innych tym bardziej postrzega na podobnej zasadzie, bo innych perspektyw nie odczuwa, utracił kontakt z normalnym życiem. Wspomniany na początku Morawiecki to dla Kaczyńskiego odpowiednio większy kot, bynajmniej nie tygrys ani lew salonowy.

I Morawiecki tak siebie traktuje, wygłasza pisowskie frazesy, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Tuż przed dniami zadusznymi premier był w Telewizji Republika wygłosić wprost frazesy, jakby znajdował się w kuwecie i za wszelką cenę chciał się przypodobać swojemu panu.

Morawiecki o mediach wyraził się: „Media zostały wyprzedane. Straciliśmy na tym ogromnie dużo. Dzisiaj media są w rękach zagranicznych, w bardzo dużym stopniu w rękach niemieckich”. Nieładnie, premierze, tak grzebać w piasku silikonowym i sypać nam po rozumie, aby ze swej pozycji przypodobać się swemu panu – Kaczyńskiemu, bo ani TVP nie została sprzedana, ani kanały radia publicznego, ani owa TV Republika, w których zostały wygłoszone takie kalumnie przeciw rozsądkowi. Oglądalność programów informacyjnych w mediach publicznych przewyższała o wiele te w najlepszych mediach prywatnych, jak choćby w TVN, ale podobni politykom PiS funkcjonariusze, a nie dziennikarze, je zdewastowali.

Inaczej niż miauczeniem trudno nazwać głos premiera o Trybunale Sprawiedliwości UE: „Nie ma czegoś takiego jak bezpośrednia władza UE nad prawodawstwem Polski. Reformy wymiaru sprawiedliwości należą do krajów członkowskich”. Ani Komisja Europejska, ani TSUE nie reformują polskiego sądownictwa, lecz zajmują się demolowaniem sądownictwa –  w tym wypadku Sądu Najwyższego – w Polsce, które przestaje być niezależne, a staje się partyjne, czyli bezprawne wg wszelakich standardów demokratycznych.

Używanie w polityce kłamstwa dewastuje psychicznie polityka, jak wszystko co jest niemoralne. Złodziej, który raz ukradł, zaznał łatwości bogacenie się kosztem innych, drugi raz złodziejstwo idzie mu łatwiej i nie wie, kiedy staje się psychicznie zależny. Tak jest z politykami PiS. Prezes oderwał się od obywateli, bliżej mu do kotów, tak samo dzieje się z politykami PiS, kłamią i mataczą jak najęci, bo to dla nich stało się „normalne”. Tę cienizną moralną Morawiecki wielokrotnie przekroczył i nie można się spodziewać, aby tak zarządzana Polska była normalna.

>>>

Klasyka krętactwa PiS. 7. nowela ustawy o Sądzie Najwyższym

>>>

Mazurek: Nie pracujemy w tej chwili nad projektem nowelizacji ustawy o SN

– Powtórzę to, o czym mówiliśmy. Będziemy respektować wyroki TSUE, natomiast czekam na propozycję, którą przedstawi ewentualnie rząd, ponieważ to rząd dysponuje materiałami, korespondencją, między polskim rządem a TSUE czy KE – stwierdziła Beata Mazurek na briefingu w Sejmie. – Nie pracujemy w tej chwili [nad żadnym projektem nowelizacji ustaw sądowniczych] – dodała. Jak zarazem podkreśliła, „mamy pełne prawo do tego, by reformować wymiar sprawiedliwości”.

Dworczyk o TSUE: Można zaryzykować stwierdzenie, że w ogóle nie mieli możliwości zapoznania się ze stanowiskiem Polski

– Trudno oprzeć się wrażeniu, że sytuacja była conajmniej dziwna. Przypomnijmy, polski rząd miał czas do 18 października, czyli do czwartku włącznie, żeby odnieść się do stanowiska trybunału, pytań. Zostało w czwartek wieczorem kilkudziesięciostronicowe stanowisko polskiego rządu wysłane do TSUE, a w piątek rano pojawiła się informacja o stanowisku TSUE. To oznacza, że nie mieli szans w sposób wnikliwy ze stanowiskiem polskiego rządu. Można zaryzykować stwierdzenie, że w ogóle nie mieli [sędziowie TSUE] możliwości zapoznania się z tym stanowiskiem, a to stanowisko TSUE było już wcześniej przygotowane – stwierdził Michał Dworczyk w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

Dworczyk: Postanowienie TSUE jest analizowane. W szczególności to, czy trybunał miał w ogóle prawo zajmować się tą problematyką

– W tej chwili jest ono analizowane [postanowienie TSUE]. W szczególności analizowane jest to, czy Europejski Trybunał Sprawiedliwości miał w ogóle prawo zajmować się tą problematyką. Dlatego że jedną z ważniejszych zasad funkcjonujących w ramach UE jest zasada przyznania. Mówi o tym, że organy UE mogą działać tylko w tych obszarach, w których zostało im przyznane prawo przez członków UE. Akurat jeśli chodzi o system sądownictwa, sprawiedliwości to jest obszar, domena państw narodowych. W związku z tym może się okazać, że w ogóle ten Europejski Trybunał Sprawiedliwości nie ma podstawy prawnej, żeby tą sprawą się zajmować. To musi być ocenione – stwierdził Michał Dworczyk w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

Dworczyk pytany o nowelizację ustaw sądowniczych: Nie mam takiej wiedzy. Trwa analiza postanowienia TSUE

– Nie znam tej wypowiedzi ministra Czaputowicza. Wydaje mi się, że chodziło i hipotetyczne działania, które mogą być podjęte po przeanalizowaniu decyzji TSUE. Wieczorem została wysłana kilkunastu stronicowa odpowiedź, a już rano pojawiła się decyzja. Trudno oprzeć się wrażeniu, że komuś zależało żeby wyborcy przed wyborami dowiedzieli się, jaka jest decyzja TSUE – stwierdził Michał Dworczyk w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

Dopytywany, czy ustawa będzie nowelizowana, stwierdził: – Nie mam takiej wiedzy. W tej chwili trwa analiza czy TSUE ma prawo zajmować się tą problematyką.

— TRZASKOWSKI WCHODZI DO PIERWSZEJ LIGI, MOŻE MYŚLEĆ O TYM, BY STAĆ SIĘ NR 1 W PLATFORMIE – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI W RZ: “Gdyby Trzaskowski wymęczył zwycięstwo w II turze, jego wygrana nie byłaby aż tak spektakularnym sukcesem, jakim jest dzisiaj. W efekcie Trzaskowski wchodzi do absolutnie pierwszej ligi polskiej polityki. Staje się osobą numer dwa w Platformie Obywatelskiej i może myśleć o tym, by stać się kiedyś osobą numer jeden”.
https://www.rp.pl/Wybory-samorzadowe >>>

— KOALICJA OBYWATELSKA SAMA NIE DA RADY – KONKLUZJA LESZCZYŃSKIEGO: “Wyborców lewicowych jest dziś w Polsce 10, może 15 proc. Jeśli zagłosują na jedno ugrupowanie – dowolne –  PiS nie będzie miał szans na samodzielną większość w wyborach parlamentarnych, a to od nich zależy przyszłość demokracji w Polsce. Partia rządząca utrzymuje na razie komfortową przewagę nad Koalicją Obywatelską. Nic nie wskazuje, aby mogła ona samodzielnie odsunąć PiS od władzy”.
https://oko.press/jest-taki-kraj-ktory-nie-ma-lewicy/

— CZY PIS UDERZY W MEDIA – LUDWIK DORN w GW: “Jakie jest możliwe drugie rozwiązanie? Od dawna suflują je redaktorzy pisowskich plujek – to uderzenie we wrogie „dobrej zmianie” media, czyli nowa ustawa medialna zwana przez PiS „dekoncentracyjną”. Jeden z niezawodnych braci Karnowskich przyczyny porażki upatruje w tym, „że pełna mobilizacja opozycji i jej mediów jest w stanie znacząco zbić poparcie dla PiS, i to w ostatnim, kluczowym okresie kampanii”. A drugi brat dopowiada: „Machina narracyjno-propagandowa III RP odzyskała siłę. Potężną siłę, zdolną narzucać totalny przekaz, organizować dowolne prowokacje i nagonki. Czy dziś można coś jeszcze zmienić? Na pewno, jeśli się nie spróbuje, będzie źle”. Co zatem zrobi PiS? Co nas czeka? Albo otwarcie kolejnego frontu, albo brak decyzji, który też jest decyzją, na ogół złą”.
http://wyborcza.pl >>>

— PYRRUSOWE ZWYCIĘSTWO NIEPOKOI WŁADZE PIS – Agata Kondzińska na jedynce GW: “– Jest obawa, że wyniki wyborów samorządowych mogą się powtórzyć w sejmowych – mówi mi na koniec doradca Kaczyńskiego. – Jeśli znowu wszyscy zjednoczą się przeciw PiS, to wygramy, ale władzy nie zdobędziemy. Musimy zacząć się wyciszać, zamykać fronty. Ale przyznam, że nasz obóz jest w tej sprawie podzielony”.
http://wyborcza.pl >>>

— KATARZYNA KOLENDA- ZALESKA: JAKIE ARMATY WYTOCZĄ PO TEJ KLĘSCE? – pisze w GW: “Wszystko to pokazuje, że perfekcyjne do tej pory kampanijne umiejętności PiS-u wyraźnie szwankowały. Przeszarżowali. Zwłaszcza Patryk Jaki przeszarżował. A już końcówka kampanii była totalną katastrofą. Spot o uchodźcach i haniebne odwołania do powstania warszawskiego pogrążyły i kandydata, i PiS. Nawet w kampanii są granice i świętości, których szarganie ma wysoką cenę. To z jednej strony pozytywna wiadomość. Z drugiej rządzący do walki o utrzymanie władzy będą musieli wytoczyć inne, potężniejsze armaty. Strach pomyśleć, jak daleko będą się chcieli posunąć”.
http://lodz.wyborcza.pl >>>

>>>

>>>

Kaczyński dał wykładnię, co ciemny lud ma myśleć o taśmach z nagraniami Morawieckiego (2)

„J. Kaczyński twierdzi, że Morawiecki to „był człowiek naszej strony”. I jak mu proponowano stanowisko wicepremiera i ministra finansów to „przyszedł do mnie”. A musiał się stosownie zachowywać w środowisku, jakim przebywał. Czyli Wallenrod. Ps. JK znów „włancza” – podsumował wywiad prezesa PiS w TVP Paweł Wroński. To nie jedyny błąd językowy popełniony przez Kaczyńskiego. Według niego w USA istnieje miasto, którego nazwę wymawia się: „Czikago”…

Wątek wallenrodyzmu w wykonaniu Morawieckiego przewijał się także w komentarzach innych dziennikarzy. – „Był w tym bardzo niedobrym środowisku” – mówi Kaczyński o Morawieckim w czasach, gdy był doradcą Tuska. Ale się nawrócił. Jako i Piotrowicz, Kryże etc.

Taśmy Onetu chyba zabolały, skoro sam prezes pofatygował się do studia TVP-is. Russia Today ogląda i czerpie wzorce” – napisała Hanna Lis.

„Kaczyński wyszedł, by uciszyć bunt przeciwko Morawieckiemu w PiS. „Może coś tam kiedyś powiedział, używając męskiego słowa”, ale „robił wiele dobrego nawet jak był po tej złej stronie”. A zanim odmówił przyjęcia teki ministra finansów w rządzie PO zdał relację Kaczyńskiemu” – to komentarz Patrycji Maciejewskiej.

Dziennikarze zwracali uwagę także na inny kontekst wizyty Kaczyńskiego w studiu TVP. – „To chyba musiał być niezły pożar w wewnętrznych badaniach zamawianych przez Nowogrodzką, skoro sam prezes musiał iść do tv i wystawić PMM świadectwo moralności…” – napisał Michał Szułdrzyński. – „Czyli dwa wnioski z wystąpienia PJK. 1. Morawiecki był w środowisku PO jak Wallenrod i Stirlitz razem wzięci. 2. Musi być jednak problem, skoro sam Naczelnik daje w mediach wykładnię, jak myśleć” – dodał Łukasz Warzecha.

Na sposób przeprowadzania wywiadu przez Danutę Holecką zwrócił z kolei uwagę Marek Migalski. – „Mam nadzieję, że dzieci i młodzież nie oglądają tego, co „red.” Holecka robi przed JK. To nie jest przyzwoite. Właściwa postawa dziennikarza w wywiadzie z Naczelnikiem” – napisał i umieścił zdjęcie Holeckiej, która z uwielbieniem i pokorą wpatruje się w Kaczyńskiego.

„Ulubiona reakcja funkcjodanuśki: „No właśnie”. Prezes też to lubi. I tak sobie rozmawiają” – podsumował wywiad Krzysztof Leski.

Więcej >>>

O tym, że istnieje taśma, na której nagrano Mateusza Morawieckiego, wiadomo było od dawna, do opinii publicznej przedostały się nawet jej fragmenty. Jednak ujawnienie całości nie bez powodu rozpaliło zainteresowanie mediów. Choć na nagraniu nie słychać niczego, co obciążałoby obecnego premiera w sensie prawnym, to politycznie materiał może okazać się bardzo kłopotliwy zarówno dla samego Morawieckiego, jak i dla jego ugrupowania.

Taśma zwraca bowiem uwagę opinii publicznej na cztery kwestie niewygodne dla premiera i jego politycznego zaplecza. Po pierwsze, przypomina jak bardzo Morawiecki był częścią rządzącego Polską przez osiem lat układu. Po drugie, pokazuje, że obraz Morawieckiego jako premiera pro-społecznego, walczącego z elitami o lepsze życie zwykłych Polaków, to dość świeża autokreacja. Po trzecie, skłania do pytań o pozostałe taśmy z udziałem Morawieckiego, o istnieniu których zeznali kelnerzy. Wreszcie, nagranie z udziałem szefa rządu po raz kolejny potwierdza to, jak bardzo cała afera taśmowa od początku była zmanipulowana i nieczysta.

Gdyby się inaczej ułożyła historii sprężyna

Pierwsza kwestia – uwikłanie premiera w świat elit PO – najbardziej szkodzi samemu Morawieckiemu i jego pozycji w PiS. Na trasie kampanii samorządowej premier lubi przedstawiać się jako bicz boży na skorumpowane elity, rządzące Polską przed rokiem 2015.

Taśmy przypominają, że Morawiecki sam był częścią „układu”, który dziś – mijając się czasem z prawdą – oskarża o wszystko, od bezradności w walce z mafiami VAT-owskimi, przez nieporadność w budowaniu dróg, po klękanie przed Niemcami. Na nagraniu słychać bankowca, utrzymującego świetne stosunki z elitą PO, łącznie z Tomaszem Arabskim – znienawidzonym przez twardy elektorat PiS ministrem gabinetu Tuska, obarczanym odpowiedzialnością za katastrofę smoleńską.

Raz jeszcze widzimy, że podział PO-PiS jest tyleż intensywny i naznaczony destrukcyjną dla polskiej demokracji agresją, co w wielu kwestiach dość płytki – o czym świadczą kolejni prominenci gładko przechodzący z jednego obozu, do drugiego. O tym, kto po której znajduje się stronie decydują często czynniki zupełnie przygodne: konflikty personalne, niespełnione ambicje, klęska w zakulisowej grze. Kto wie, gdyby się inaczej ułożyła historii sprężyna, a Platforma przedstawiła Morawieckiemu propozycję na miarę jego ambicji, dziś walczyłby nie o przyszłą schedę po Jarosławie Kaczyńskim, ale po Tusku.

Za miskę ryżu!

Od tego, co premier opowiada dziś wyborcom, radykalnie różnią się także jego poglądy na gospodarkę, jakie słychać w nagraniach. W kampanii domaga się, by Polacy zarabiali więcej, wychwala „przywracające godność” rządowe programy, atakuje elity PO za podwyższenie wieku emerytalnego.

Tymczasem na taśmach narzeka, że państwo dobrobytu tak przewróciło w głowach zachodnim społeczeństwom, że te domagają się coraz więcej i więcej. Bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację traktują jako oczywistość. Tymczasem, gdy Europa rozwijała się najbardziej dynamicznie, ludzie pracowali „za miskę ryżu”. Dlatego też premier z podziwem patrzy na prowadzących politykę austerity polityków Europy Zachodniej: Merkel, Hollande’a, Sakozy’ego. Jak potem oceniano, polityka ta wcale nie pomogła Europie uporać się z długofalowymi problemami ekonomicznymi, a nawet mogła je pogłębić.

Do tej pory z ważnych polskich publicznych postaci, takim językiem posługiwał się chyba wyłącznie Janusz Korwin-Mikke. Od ekscentryka w muszce Morawieckiego różni tylko trzeźwa refleksja, że zachodnie elity popełniają fundamentalny błąd nie dokonując redystrybucji swojego kapitału. Problem w tym, że wizja „pracy za miskę ryżu” nijak do żadnej redystrybucji nie przystaje.

Oczywiście, swobodna rozmowa przy kolacji to nie seminarium, gdzie na poważnie rozmawia się o programie politycznym. Konwencja biesiadna ma swoje prawa. Tym niemniej, nagranie premiera dostarcza opozycji całkiem sporo amunicji do użycia w nadchodzących wyborach. Jeśli uda się przekonać choć część wyborców PiS, że premier tej partii jeszcze niedawno głosił silnie anty-socjalne poglądy, to może się to przełożyć na konkretne, stracone przez Nowogrodzką mandaty.

Równie wiele przeciwnicy PiS mogą ugrać pytając o kolejne taśmy premiera. Zeznania kelnerów wskazują na istnienie co najmniej jednej – gdzie premier ma rozmawiać o kupowaniu nieruchomości na słupy. Pytanie, kto może może dysponować taśmami, potencjalnie obciążającymi szefa rządu, nie jest banalne nie tylko z punktu widzenia wyborczej dynamiki, ale także bezpieczeństwa państwa.

Taśmowy bumerang

Na ujawnienie taśmy Morawiecki i jego partia zareagowali jak zwykle – przeszli do ataku. „Ujawnienie tych nagrań to część skoordynowanej akcji, nadepnęliśmy komuś na odcisk, nie przypadkiem niemieckie media polskojęzyczne ujawniają te materiały po wizycie Grzegorza Schetyny w Berlinie, przy pomocy odgrzewanych kotletów próbuje się obalić demokratyczny rząd” – brzmi przekaz dnia.

Trudno o większy kontrast z tym, co liderzy PiS mówili o taśmach w roku 2014. Wtedy były to „taśmy prawdy”, a ujawniające sprawę media Kaczyńscy i jego ludzie wychwalali jako strażników polskiej demokracji. Jak zauważył Michał Szułdrzyński w „Rzeczpospolitej”, przekaz, że gra taśmami, to próba nielegalnego obalenia rządu, może w części wyborców umocnić, a nawet wytworzyć przekonanie, że także PiS doszedł do władzy przy pomocy „taśmowego zamachu stanu”.

Kolejna odsłona afera taśmowej pokazuje też, że państwo polskie ciągle zawodzi na odcinkach kluczowych dla jego bezpieczeństwa. Nie wszystkie taśmy są zabezpieczone, nie wiadomo w czyim są właściwie posiadaniu, kiedy pojawią się następne i jak wstrząsną polską polityką. W aferze taśmowej skazane zostały pionki, państwo albo nie jest w stanie pójść głębiej i dotrzeć do jej mocodawców albo rządzący nami obóz nie ma takiej woli. Wszystko to kompromituje rządową narrację „wstawania z kolan”.

Brutalnie rozgrywając kwestię taśm cztery lata temu, elity PiS były przekonane, że dostały do ręki kamienie, jakimi będą mogły obrzucić wrogi polityczny obóz. Teraz okazuje się, że przynajmniej część tych kamieni wraca jak bumerang. Taśmy były jednym z wielu czynników, dzięki którym obóz władzy wygrał wybory. Gdyby przez nie zaczął się sypać, można by to uznać za rodzaj dziejowej sprawiedliwości. Choć jednocześnie dostarczyłoby to kolejnego dowodu na to, jak państwo polskie pozostaje wciąż bytem wyłącznie teoretycznym.

rozmawiającego z bogatymi i ustosunkowanymi znajomymi w „Sowie i przyjaciołach” ukazują go jako aroganckiego przedstawiciela elity,

Ujawnione przez „Onet” nagranie Morawieckiego rozmawiającego z bogatymi i ustosunkowanymi znajomymi w „Sowie i przyjaciołach” pokazuje go jako aroganckiego przedstawiciela elity, doskonale ustosunkowanego w rządzie PO i tak odległego od życia zwykłych ludzi, jak to tylko możliwe. Analizujemy problem Morawieckiego i próby odpowiedzi PiS na tę bombę


Bruksela straciła w końcu do Polski cierpliwość. Komisja Europejska chce bowiem, aby Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał monitoring Polski w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Jako pierwsza do informacji dotarła dziennikarka Polskiego Radia Beata Płomecka, która dowiedziała się nieoficjalnie, o co KE zwróciła się do TSUE.

Komisja oczekuje szybkiego rozprawienia się z Warszawą. Z jednej strony ma nastąpić przyspieszenie procedury w specjalnym trybie, a z drugiej Trybunał ma zabezpieczyć praworządność w Polsce poprzez zawieszenie ustawy o Sądzie Najwyższym do czasu rozpatrzenia skargi i wydania ostatecznego orzeczenia.

Jakby tego było mało, Bruksela oczekuje rzetelnego informowania o sytuacji nad Wisłą. Urzędnicy nie chcą, by rząd dłużej mydlił im oczy fałszywymi informacjami, stąd oczekują, że TSUE będzie ściśle monitorował sytuację w Polsce. Komisja chce zobowiązać instytucję do tego, aby ta co miesiąc przekazywała informacje o tym, jak Polska wykonuje postanowienie.

Na tym jednak wciąż nie koniec. Jeśli bowiem Polska nie będzie respektować dalej zasad i zwyczajnie zawieszenie działania ustawy zignoruje, to wówczas Unia sięgnie po broń ostateczną, czyli bolesne kary finansowe.

Obie strony czeka teraz trudna batalia. Najpierw wiceprezes TSUE ogłosi decyzję wstępną w sprawie, czy przychyla się do wniosku Komisji o środkach tymczasowych. Następnym krokiem jest zaś rozprawa, podczas której obie strony będą mogły przedstawić swoje racje. Co w sprawie kluczowe, od decyzji Trybunału nie będzie odwołania, stąd stawka jest wysoka i PiS będzie starał się postawić na swoim za wszelką cenę.

Widać zatem, że czas na negocjacje się skończył i w Brukseli także zapanowały bojowe nastroje. Unia nie będzie jak widać dłużej tolerować działań PiS, które zaczynają bowiem negatywnie wpływać nie tylko na sytuację w Polsce, ale nastroje w całej Europie. Wspólnota nie może sobie pozwolić, aby jeden członek nie przestrzegał wspólnie przyjętych zasad, ponieważ podważa to zaufania do projektu europejskiego jako całości.

>>>

Prezydent Andrzej Duda nie podejmuje decyzji zgodnych z treścią przysięgi, którą złożył. W mowie inaugurującej prezydenturę trzy razy podkreślał, że jest niezłomny. A ja wiedziałem, że jest złomny już wcześniej – mówił w programie „Tomasz Lis” były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Rzepliński.

>>>

„Tata bił mamę tak, że krew tryskała po ścianach. W szóstej klasie ksiądz zauważył, że płakałam. Powiedział rodzicom, że lepiej będzie mi w szkole z internatem. Zgodzili się – byli źli, że chowam butelki z wódką. Zapisał mnie do gimnazjum salezjańskiego w Szczecinie. Ale nie było internatu, tylko puste mieszkanie ” – publikujemy fragment nowej książki Justyny Kopińskiej „Z nienawiści do kobiet”.

Ksiądz pedofil odprawia dalej

Tata bił mamę tak, że krew tryskała po ścianach. W szóstej klasie ksiądz zauważył, że płakałam. Powiedział rodzicom, że lepiej będzie mi w szkole z internatem w innym województwie. Zgodzili się – byli źli, że chowam im butelki z wódką. Zapisał mnie do gimnazjum salezjańskiego w Szczecinie. Ale nie było internatu, tylko puste mieszkanie jego matki. „Jadę. Mam mszę wieczorną w Stargardzie” – rzucił po gwałcie. Jak skazany za kilkadziesiąt przestępstw seksualnych ksiądz, zaczął odprawiać msze w Puszczykowie, koło Poznania?

Minęło dziesięć lat, a ja nadal nie mogę zasnąć przy zgaszonym świetle. Koszmary wracają. Pamiętam, jak wysłał mi kartkę: ,,Gorące pozdrowienia dla mojej Kasi, za którą często się modlę!”. Miałam dwanaście lat. Kilka miesięcy później wywiózł mnie daleko od rodziców i zgwałcił po raz pierwszy.

Zaufaj, nie skrzywdzę cię

Z domu rodzinnego zapamiętała przerażający chłód. Rodzice nigdy jej nie przytulili, nie mówili, że kochają. Nie miała koleżanek. Bała się je zaprosić do domu. Jej ówczesny kolega z klasy napisał potem na forum internetowym: ,,Kasia była taka ładna i potulna. Słuchała się nauczycieli”.

Kasia opowiada mi o sobie

Tata bił mamę tak, że krew tryskała po ścianach. Mama często leżała na podłodze, zakrwawiona, w podartych ubraniach. Starałam się ich pilnować. Gdy mama chciała się powiesić, śledziłam każdy jej ruch. Czasem rodzice tak się upijali, że zapominali otworzyć mi drzwi. Musiałam spać na zewnątrz. Nie robili tego specjalnie. Po alkoholu nie panowali nad swoim zachowaniem. Za każdym razem jak wracałam autobusem do domu, z nerwów bolał mnie brzuch. Liczyłam drzewa wzdłuż drogi – sto jeden, sto dwa, sto trzy – by choć na chwilę przestać myśleć.

Któregoś dnia, byłam wtedy w szóstej klasie podstawówki, ksiądz uczący nas religii zauważył, że płakałam. Kazał mi zostać po lekcji. Nie chciałam mówić mu o problemach. Miałam zasadę: nie zwierzam się nauczycielom. Później jeszcze kilka razy zatrzymywał mnie na korytarzu i nalegał na rozmowę. Odmawiałam. Chciałam, by przestał mnie wypytywać. Po kilku tygodniach podszedł i łagodnym głosem powiedział: ,,Zaufaj mi, chcę ci pomóc, jestem księdzem, nie skrzywdzę cię”. Wcześniej nikt tak do mnie nie mówił. Po paru miesiącach przyjechał do moich rodziców. Tłumaczył, że chce ich wesprzeć. Mówił, że lepiej będzie mi w szkole z internatem w innym województwie. Wyjaśnił, że tam będę miała najlepsze warunki do edukacji. Rodzice zgodzili się bez wahania. W tym czasie byli na mnie źli, że chowam im butelki z wódką.

Mam mszę wieczorną w Stargardzie

– To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki, która wyjechała za granicę. Zapisał mnie do gimnazjum salezjańskiego przy ulicy Witkiewicza w Szczecinie. Mówił, że pedagog z tej szkoły to najlepsza przyjaciółka jego mamy. To była szkoła dla zamożnych dzieci z dobrych rodzin. Trzeba było mieć wysoką średnią – nawet 5,0 – i pieniądze na czesne. A ja miałam raczej słabe oceny. Ale ksiądz dyrektor po rozmowie z księdzem Romanem przyjął mnie poza rekrutacją w środku roku szkolnego.

Ksiądz Roman kazał mi w szkole z nikim nie rozmawiać i od razu po lekcjach wracać do tego mieszkania. I tak nikt tam ze mną nie chciał rozmawiać. We wszystkim różniłam się od dzieci z bogatych rodzin w Szczecinie. Na lekcjach niewiele rozumiałam, bo poziom był dla mnie za wysoki. Czułam się gorsza. Raz wróciłam trochę później po szkole. Ksiądz szarpnął mnie tak mocno, że skręcił mi rękę. Musieli założyć mi szynę. Kazał powiedzieć w szpitalu, że spadłam ze schodów. Stał i pilnował, co mówię lekarzowi.

Któregoś dnia powiedział: ,,Nawet nie wiesz, jak o tym marzyłem”. ,,O czym, proszę księdza?” – zapytałam. ,,Zaraz zobaczysz, moje słoneczko”. Zasunął zasłony, mocno chwycił mnie za ręce. ,,Nie krzycz, bo wtedy będzie bolało bardziej” – powtarzał. Zaczął zdzierać ze mnie ubranie. To taki strach, że nie możesz oddychać. Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. Gdy skończył, owinęłam się w koc, położyłam przy ścianie i płakałam. ,,Jadę. Mam mszę wieczorną w Stargardzie” – rzucił. Kazał mi wziąć jakieś dziwne tabletki. Otworzył usta i sprawdził, czy na pewno je połknęłam. Krew spływała mi po nogach. Weszłam do wanny. Zaczęłam spłukiwać krew, ale było jej więcej i więcej. Miałam rozciętą wargę, na udach siniaki. Zaczęłam powtarzać: ,,Mamusiu, gdzie jesteś? Pomóż mi”. W tej chwili oddałabym wszystko, aby była przy mnie. Kilka godzin siedziałam w wodzie.

W kolejnych dniach powtarzał, że jak wygadam się nauczycielom, to się dowie, bo u salezjanów zna wszystkich. I zapłaci moim koleżankom, by powiedziały, że sama tego chciałam. Zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. Przychodził, kiedy chciał. Zaczął zmuszać mnie do brania leków. Nie mówił ich nazwy. Ale działały jak psychotropy. Byłam otępiała, senna. Miałam zaburzenia równowagi. Pamiętam, że zaczął powtarzać: ,,Mama i tata już cię nie chcą. Oni cię nienawidzą. Nie masz w życiu nikogo oprócz mnie”.

W sylwestra przyjechał z wódką. Pozasłaniał okna. Pił i powtarzał, że to będzie mój najlepszy sylwester w życiu. Gwałcił mnie przez całą noc. Wtedy zaczęłam się ciąć. Cały czas nasłuchiwałam, czy on nie wchodzi. Krzywdził mnie nawet kilka razy jednej nocy. Miał taki obrzydliwy zapach potu. Powtarzałam, że nie chcę, ale on robił to jeszcze mocniej. Czasem w trakcie krzyczał: ,,I Bóg cię przestał kochać!”. Gdy bardzo się wyrywałam, głodził mnie przez kilka dni.

Znajdę cię i zabiję

– Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad ze wszystkimi księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie reagował. Ja byłam bardzo drobną dziewczynką, wszyscy widzieli, jaka jest między nami różnica wieku, a księża się nie dziwili, że śpię u niego. Jak chciałam skoczyć z okna z ósmego piętra, to powiedział, że opętał mnie szatan. Zabrał mnie do znajomego egzorcysty w Szczecinie i nawet tam poprosił o wspólny pokój na noc.

Któregoś dnia rzucił: ,,Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz”. Zrobił mi test ciążowy. Krzyczał: ,,Nie chcę mieć bachora”. Potem zabrał do znajomej ginekolog. Zabili moje dziecko. Długo później krwawiłam, bardzo mnie bolało. Po kilku miesiącach przestałam chodzić do szkoły, miałam lęki, myśli samobójcze. Chyba ktoś zwrócił uwagę na moją nieobecność, bo ksiądz zaczął mnie zmuszać, bym chodziła. Załatwił lekcje matematyki z jego znajomą pedagog. Ona wyglądała na bardzo dobrą osobę. Zaczęła dopytywać, dlaczego jestem smutna. Powiedziałam jej o wszystkim. Od razu zobaczyłam, że nie jest pewna, czy mówię prawdę. Pytała:,,Czy to nie był sen?”. A później powiedziała księdzu o naszej rozmowie. Przyszedł do domu i zaczął krzyczeć, że szargam jego opinię. ,,Ty sobie nie wyobrażasz, ilu ludzi w tym mieście mnie ceni, podziwia!– krzyczał. – Jak ludzie cię szanują, to nigdy nie uwierzą w takie wymysły dzieciaka. Ale jeszcze raz to zrobisz, to pożałujesz”.

Kazał mi jechać z nim do Częstochowy. On często tam bywał, bo prowadził grupy pielgrzymkowe. Tam, w kościele, kazał mi iść do konfesjonału. ,,Chodź, powiesz całą prawdę i zobaczymy, jak Bóg zareaguje” – krzyczał. Opowiedziałam księdzu w  konfesjonale wszystko. A on zwyzwał mnie od kurew. Powiedział, że nigdy nie dostanę rozgrzeszenia i mam się wynosić z kościoła. Pamiętam, że był taki zbulwersowany, czerwony. Wybiegłam z płaczem. Ksiądz Roman za mną. Uśmiechał się przez całą drogę powrotną.

Po roku i paru miesiącach zawiózł mnie do domu. Rodzice bardzo dziękowali mu za dotychczasową pomoc i liczyli na więcej. Powtórzył mi jeszcze, że jak cokolwiek ujawnię, to zrobi ze mnie kurwę. Postanowiłam sobie, że i tak powiem, ale tym razem byłam ostrożniejsza. Wiedziałam, że rodzice mogą mi nie uwierzyć, bo bardzo go cenili.

Zwierzyłam się pani pedagog w świetlicy środowiskowej. Bałam się, że jak powiem, kim on jest, to ona mi nie uwierzy. Więc powiedziałam, że zgwałcił mnie chłopak. A gdy stwierdziła, że rzeczywiście mam objawy wykorzystania seksualnego, to dodałam, że tak naprawdę to był mój nauczyciel religii, ksiądz. Od razu zgłosiła sprawę na policję. Powiedziała, że moi rodzice muszą wiedzieć, bo będę potrzebowała bardzo dużo wsparcia psychicznego podczas śledztwa i procesu. Zawiadomiła Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie i stamtąd przyszła pani, która miała wyjaśnić wszystko rodzicom. Mama uderzyła mnie wtedy w twarz. Krzyczała, że to nieprawda. Później ta pani długo z nimi rozmawiała. Po tej rozmowie zabrano mnie z domu i umieszczono w sierocińcu. Z księdzem spotkałam się w czasie procesu. Przypomniałam sobie, jak wcześniej mówił: ,,Jeśli mnie kiedyś za to wsadzą, to po wyjściu na wolność nie będę miał nic do stracenia. Znajdę cię i zabiję”.

Niewolnica księdza

Gdy prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko księdzu, w ogłoszeniach duszpasterskich parafii św. Józefa w Stargardzie Szczecińskim zapowiedziano: ,,Decyzją władz Towarzystwa Chrystusowego księdza Romana przeniesiono do pracy w Wielkiej Brytanii. Pożegnanie odbędzie się w czwartek o 19.15. Pragniemy podziękować Bogu za wspólny czas”.

Ksiądz został aresztowany, zanim wyjechał do Anglii, w czerwcu 2008 roku. Miał wtedy trzydzieści dwa lata. W jego laptopie znaleziono treści pedofilskie i korespondencję z innymi dziećmi. Podczas rozprawy ksiądz Roman B. przyznał się do zarzucanych mu czynów. Wyjaśniał sędziemu: – Nie wiem, jak do tego doszło, że dziecko trzymałem u siebie na plebanii i też jeździłem z nią do Lichenia czy Łagiewnik. Po prostu nikogo to nie interesowało. Ojciec Kasi w sądzie: – Jak dzwoniłem do córki, to miałem wrażenie, że ona jest na jakichś lekach, jakaś zamroczona. Ksiądz Roman był tajemniczy. Nie chciał dużo rozmawiać, gdy pytałem o córkę. Później zablokował jej telefon. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że on ją krzywdzi. Zwiodło mnie, że to ksiądz.

Sędzia, ówczesny prezes Sądu Rejonowego w Stargardzie, Mariusz Jasion w lutym 2009 roku skazał księdza Romana na osiem lat bezwzględnego więzienia. Podczas ogłaszania wyroku mówił: „Ksiądz Roman traktował dziewczynkę jak niewolnicę, jak rzecz. Zaplanował swoje działania. Stopniowo izolował dziecko od rodziny oraz przyjaciół. Założył jej w telefonie GPS, aby sprawdzać, gdzie się znajduje. Kontrolował jej billingi w telefonie komórkowym. Cynicznie wykorzystał jej sytuację psychiczną oraz finansową. Prawdopodobnie skutki Kasia będzie odczuwała przez całe życie.

O wysokiej demoralizacji księdza Romana może także świadczyć treść rozmów na Gadu-Gadu. Wynika z nich, że z innymi dziewczętami także utrzymywał kontakty zbyt zażyłe jak na kapłana katolickiego i opiekuna młodzieży. Używał też wulgaryzmów, opisując przełożonych, na przykład o proboszczu swojej parafii pisał ,,ten fiut”.

Ksiądz Roman miał przebywać w więzieniu do 2016 roku. Następnie mógłby zostać poddany tzw. ustawie o bestiach, stworzonej dla osób, które zagrażają życiu lub wolności seksualnej innych. Jeśli według psychiatrów nadal zagrażałby dzieciom, umieszczono by go w zamkniętym ośrodku w Gostyninie.

Wróć do księdza, on cię kocha

Na forum stargard.naszemiasto.pl znajduję list parafianki ze Stargardu: ,,Tyle teraz się słyszy o pedofilii, że pomyślałam o sprawie księdza Romana. Na początku dostał zakaz wykonywania zawodu i został usunięty z kapłaństwa. Potem osiem lat więzienia. A teraz jest księdzem w Puszczykowie. Szaleństwo! Dlaczego najpierw coś ustalają, a potem zamykają ludziom usta? Ksiądz Roman działa też w internecie, prowadzi profil na Facebooku jako Roman Bee (czyli pszczółka). Uczył moją córkę, moją siostrzenicę i wiem od nich, że ma kontakt z młodzieżą. Dlaczego nie siedzi w więzieniu? Przecież nie poszedł tam za skradziony cukierek w sklepie!”.

Sprawdzam: Roman B. rzeczywiście jest księdzem w Puszczykowie koło Poznania. Pytam w sądzie w Stargardzie, dlaczego ksiądz tak wcześnie wyszedł z więzienia. Dowiaduję się, że od wyroku sędziego Jasiona apelację złożyli jego adwokaci. Jeden opłacony przez rodzinę, drugi przez zakon Towarzystwa Chrystusowego. Ksiądz Roman był zakonowi wdzięczny za wsparcie. Przed sądem mówił: ,,Moje zgromadzenie zakonne mnie wspiera. Nie myślą o wyrzuceniu mnie z zakonu. Regularnie odwiedza mnie w więzieniu przełożony”.

To tylko fragment reportażu „Ksiądz pedofil odprawia dalej”, z książki Justyny Kopińskiej pt. „Z nienawiści do kobiet”.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o spiepszającym Morawieckim.

Cofamy się do czasów opisanych przez Bolesława Prusa w „Antku”, gdy leczono szturchańcami, wódką z piołunem, a wreszcie wzywano znachorki.

Ciekawie się rozwija fabuła z Mateuszem Morawieckim. Taśma z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” ma kolejne odcinki. Zawiązuje się akcja godna Hitchcocka. Poznajemy inne wątki, a nawet dochodzi do takich suspensów, jakie mógłby wymyślić słynny scenarzysta hollywoodzki Dalton Trumbo.

Ryszard Czarnecki nie był w „Sowie”, a dał się nagrać. Toż to szczyt frajerstwa. Akurat Morawiecki dał telefon na tryb głośnomówiący i Czarnecki zapisał się na taśmie ku pamięci. Europoseł PiS wciska, gdzie może swoją facjatę. Ostatnio sfotografował się z pucharem mistrzów świata wywalczonym przez siatkarzy.  Takiej dostał nadętości, że Bartosz Kurek i Michał Kubiak zrobili zdziwioną minę.

Czarnecki załatwiał u Morawieckiego posadę dla syna. Morawiecki ma pecha, bo ze wszystkich nagranych polityków najbardziej właśnie jego obciążają te taśmy. Dał się złapać na korupcji, oferując pomoc byłemu ministrowi skarbu Aleksandrowi Gradowi: – „Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania, czy na coś”.

Morawieckiemu grunt solidnie pali się pod nogami. Uciekł na Wall Street do Nowego Jorku, gdzie nie chciał komentować sprawy taśm, gdy poprosiła go o komentarz Magda Sakowska. O losie Morawieckiego zadecydują następne taśmy albo prezes Kaczyński, który choć nie chodzi od kilku miesięcy do pracy w Sejmie, udziela się na konwencjach wyborczych PiS i w mediach, w tym w TVP.

PiS wspiera takie ruchy społeczne, jak antyszczepionkowców, którzy dostarczyli do Sejmu projekt ustawy o dowolności szczepienia dzieci przeciw chorobom zakaźnym. Dzięki wsparciu posłów PiS i Kukiz ’15 projekt przeszedł do dalszych prac w komisjach sejmowych. Cofamy się do czasów przed wynalezieniem antybiotyków, a nawet głębiej. Może dojść do takich sytuacji, jak opisana przez Bolesława Prusa w „Antku”, gdy leczono szturchańcami, wódką z piołunem, a wreszcie wzywano szeptuchy, znachorki.

Można nazwać to syndromem matki Rozalki. Gdy już wymienione domowe sposoby zawiodły, znachorka poradziła matce, aby chorą Rozalkę dla wypocenia umieścić w rozpalonym piecu chlebowym. Niestety po wyjęciu dziecko było martwe, upieczone. Taka też jest ta próba „wolności” od szczepień, która grozi nawrotami epidemii chorób, o których świat już zapomniał.

Do Sejmu przyjechały głodujące od miesiąca pielęgniarki z Przemyśla, ale nie zostały wpuszczone przez Marka Kuchcińskiego. Po czym udały się do Ministerstwa Zdrowia, skąd musiały przejść aż do Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Tam w końcu przyjął je minister Łukasz Szumowski. To ten facet od deklaracji wiary – mentalnie matka Rozalki.

>>>