Autystyczna miłość, 10.04.2020

Miejscowość Hamm, 150 km od słynnego Hameln. Nie ma to większego znaczenia w tej impresji, choć nie dla głównej bohaterki, która będąc hipnotyzerką i tam niejednokrotnie jeździła.

Dziewczyna ma swoje lata, zanurza się w siebie, w zdarzenia, które dla niej są ważne, a może nawet decydujące.

Swoje lata, gdyż decydujące zdarzenia miały miejsce w czasie 40 lat do tyłu. Wówczas była poważnym podlotkiem, dzisiaj takim samym w swoich latach.

Tak jest zwykle, gdy dotykamy wnętrza. Najwznioślejsze, najpiękniejsze, najbardziej chciane, zawsze uczucia bolą. Czyżbyśmy lubili ból? Nie! To głębokość doznań jest bolesna, schodzi na poziom, którego nie widać z powierzchownej całości.

Dajmy pokój wywoływaniu bólu, bo przecież nie chodzi o Hameln i wygrywanie melodii, która prowadzą od śmierci do innej śmierci. Ocalenie ma zmierzać w jeszcze innym kierunku, właściwym, czyli tylko nam właściwym.

Do Hamm, do Hameln. Wszystkie drogi prowadzą do Hamm. W swoich latach zdecydowała się na krok, które jej koleżanki nauczycielki zrobiły wieki temu. Niedawno na Facebooku założyła profil.

Dlaczego? Tłumaczyła sobie, że tylko w jednym celu. Aby odnaleźć siebie nie w swoim wieku, kiedy nie miała wieku, a tylko siebie, swoje aspiracje i tego ślicznego chłopca, starszego o 3 lata.

W swoim wieku siedzi w wynajętym mieszkaniu u państwa Cleofas, palma przebija się na podwórzu na poziom jej pierwszego piętra. To na niej zawiesza wzrok i tych kilka ozdób z przeszłości.

Odnalazła jego profil na Facebooku. Nie zmienił się, nawet nie posiwiał, a może zdjęcie pochodzi sprzed lat. Wprosiła się pod obecnym nazwiskiem.

Przyjął ją do znajomych bez niczego. Z automatu wyświetla się komunikat: pozdrów swego znajomego.

Niby proste. Napisać, że nosiłam nazwisko, jakie nosiłam? A jak nie pamięta, już wówczas inne ganiały za nim i w tym tłumie mógł mnie zapomnieć.

Pamięta się imiona, ale Małgorzata to żadne niecodzienne imię, biegają całe tabuny Małgorzat za mistrzami. Może już nie jest mistrzem, ale kimś upadłym, któremu przeszłość jest obojętna. Tak jak przyszłości nie ma, tym bardziej martwej przeszłości. Pamięć nie jest przeszłością, jest pretensją do samego siebie, że pozwoliło się rozpaść kilku rzeczom, osobom, a teraz wokół tylko pustka, pustynia.

Napisała i czeka. Obejrzała jego profil, niezbyt często przez niego odwiedzany, coś tam linkował, głównie politykę. Długo go jednak nie było.

On do niej przyszedł, bo nie mogła do niego. Zwykle siedziała koło jego biurka, a on wykręcał ostatni arkusz z maszyny do pisania i jej czytał.

Jeżeli nie było świeżego papieru w maszynie, od razu zabierał się za całowanie. Taki był u niego odruch Pawłowa, a może u niej. Nie ma papieru, zamykała oczy i czekała na jego język wędrujący po jej jamie ustnej.

Przyciśnięta czuła jego członek, wkładał jej rękę w swoje majtki, to samo robił z jej majtkami i swoją ręką. Potem się śmiała, gdy ręcznie została zaspokojona, że brak papieru powodował mokrość jej waginy.

A powinno być odwrotnie, mówił, mokro ci się powinno robić, gdy usłyszysz nowy wiersz, bo mi się robiło mokro, gdy go pisałem, moja ty inspiracjo.

Ojciec znalazł dedykowane wiersze złożone w tomik, zabrał je bezpowrotnie, jemu nie przyznała się do tego. Już nie chodziła do niego i nie stawała przed biurkiem z maszyną, w którą wkręcona była kartka papieru, albo nie. Inna starsza dziewczyna urodziła jego dziecko, zaprowadził ją do niej, aby zobaczyła niemowlę. Nie mogła mu tego darować, ale poszła, wiedziała, że to koniec, choć przysięgał, że wpadka będzie miała swój koniec w rozwodzie, musi być tylko cierpliwa.

Nie zamierzała czekać. W sobotę rano umówił się z nią na wkładanie rąk do majtek w mieszkaniu jej rodziców. Matka pracowała do 13-tej, ojciec naprawiał zegarki od 10 do 18, do roboty brał wałówkę.

Ostatni rok w Liceum Pedagogicznym był luźny, przygotowywali się do matury, nie widziała miejsca dla siebie w tym zawodzie, coraz mniej widziała miejsce dla siebie. Tłumaczyła sobie, że to z jego powodu. Internat opuściła już w środę, aby zobaczyć jego dziecko.

Jechała specjalnie kilkadziesiąt kilometrów. Niemowlę było rozwrzeszczane, na jej widok czołgało się do barierki łóżeczka, chciało się podnieść, ale to jeszcze nie jego pora. Było pomarszczone, miało opryszczkę, albo skazę mleczną.

Z tej niemocy najpierw rozpłakało się dziecko, potem ona. I dlatego mu nie wyszła szybka kopulacja. Płakała jeszcze bardziej. Płakało, płakała.

Wysoki parter na centralnej ulicy Paryża północy, jak nazywali miasto lokalni patrioci, miał tę właściwość, że widziało się głowy wysokich przechodniów. Opierała swoją głowę na rękach, czekała i rozmazywała się w homunkulusach.

Nie bała się, że go nie dojrzy, czarne włosy hipisa działały jak czerwony guzik ostrzeżenia: on, właśnie idzie. Guzik się nie włączał. Matka zawsze w soboty przychodziła siedemnaście minut po trzynastej.

Chciała mu powiedzieć, że nadal ma cnotę, zanurzył się w niej na pół gwizdka, tylko był w udach. Nasienie, który wysychało na wewnętrznych stronach ud, wpychała do pochwy, chciała, aby plemniki zapieprzały wewnątrz cipy i wreszcie ją zapłodniły. Chciała takiego samego rozwrzeszczanego pomarszczonego bachora, które miał z inną.

Miała błonę i nie wiedziała, co o tym myśleć. Dwunasta minęła, wsadziła rękę między uda, aby się rozładować. Zsiniały jej palce, jeszcze, jeszcze.

Jeżeli nie przyjdzie, ręce będzie trzymać tak długo między udami, że z powodu niedokrwienia, będą musiały być amputowane. Godzina powinna wystarczyć, aby zostać kaleką. Wytrzyma.

Hipis blondyn. To jego kumpel muzyk. Co on tu robi? Podniosła się, aby sprawdzić, rozwarła uda, ręce z nich wypadły, guzik z amputacji. Faktycznie stał pod jej oknem z tym kumplem. Palili papierosy, zauważył ją i dał sygnał, że zaraz wejdzie.

Jeszcze niejedną okazję będzie miała do obcięcia rąk. Zaczęły ją boleć, piec, chodziły po nich mrówki, a potem wbijane igły. Ciężka jest dola przyszłego kaleki. Współczuła sobie.

Co on myśli, matka zaraz też przyjdzie. Może powinni iść gdzie indziej, ale gdzie. Przez pół godziny dziecka nie można zrobić. A przez ile robi się dziecko? Nie wiedziała.

Wewnątrz uda miał zaczerwienione, gdy otworzyła drzwi, chwiała się. Złapał ją i zaniósł do jej pokoiku.

– Co ci jest? – zapytał. Ręce rwały, ciemniało w oczach, ale przyciągnęła go i położyła na sobie. To nic, to nic, mówiła sobie i na głos, wyciągnęła mu członek z rozporka i bez rozpinania paska włożyła w siebie.

– Czekaj – powiedział. – Jesteś pewna? – zapytał.

– Czego pewna?

– Że chcesz mnie ot tak bez ceregieli.

Nie ma czasu, matka zaraz przyjdzie. Wzięła jego półdupki w spodniach w swoje bolejące ręce i wprawiała w ruch.

Poddał się. Poruszał się w niej tak, jak chciała. Jeszcze bardziej rozwarła nogi, aby pomóc zapłodnieniu.

– Nie przerywaj – powiedziała, gdy wyczuła, że się z niej wysuwa i kończy.

– Co z twoim palcem? -zapytał po wszystkim. Miała wyłamany wskazujący, wcale nie czuła tego. Ale zaczął ją nagle rwać, dotarł potworny ból. Zamiast skupić się, aby plemniki dotarły, gdzie trzeba, nie zanotowała nawet tego momentu, kiedy skończył, spuścił się.

Wrzasnęła, nie mogła się powstrzymać, dwa bóle napędzały się nawzajem. Sprawdził, czy ma majtki na sobie, wybiegli z mieszkania na pogotowie, które na szczęście znajdowały się na tej samej centralnej ulicy tego kieszonkowego Paryża.

– Adrenalina przestała działać – poinformował ją, dając tym samym sobie pozwolenie, aby pominąć kolejkę oczekujących  i wparować do lekarza dyżurnego.

To było autozłamanie – tylko ona o tym wiedziała, a on podejrzewał, że z powodu jego zbyt gwałtownych ruchów frykcyjnych. Nałożono jej gips i uwiązano rękę na temblaku.

Dzięki znieczuleniu czuła się szczęśliwa, wsłuchiwała w rumor plemników, które w niej walczyły o to, który jest najurodziwszy, aby takie samo było dziecko. Niech będzie podobne do niego.

– Wszystko poszło nader sprawnie. Wziął ją za brodę, stwierdził;

– Widzę, że jesteś szczęśliwa – bo była. Skonkludował:

– To dobrze.

Potwierdziła, że to dobrze i wówczas dowiedziała się, że dobrze nie zawsze świadczy, że jest dobrze, gdyż ten stan zależy od priorytetów, które owe dobrze klasyfikują według widzi mi się.

– To może skończymy, co ciągle nam się nie udaje skończyć.

Otworzyła usta, robiła to tak teatralnie, bo nie dało się skończyć niedokończone.

– To nie skończyłeś, to co ja czuję? – złapała się za brzuch, a powinna niżej.

Co czujesz?

Zapłodnienie – odpowiedziała.

– To nie był nawet stosunek przerywany, to był stosunek złamany przez palec.

– Matka wróciła, nie mamy gdzie – i wówczas się rozbeczała.

Pozostało jej skierować rozpacz na zupełnie innym kierunku.

– Jak ja będę pisała maturę? – trzymała go zdrową rękę, tym bardziej że jego kumpel artysta siedział na ławce kilkadziesiąt metrów dalej i czekał.

Wówczas oceniła, że to był ich ostatni raz, ostatnie spotkanie, że już nic się nie uda, on miał kobietę z dzieckiem, środowisko artystów i przyszłość poety.

– Jeszcze będziemy razem – tak powiedział pod jej domem,  w oknie znajdowała się jej matka, której mina świadczyła, że wszystko wie i nie akceptuje.

A gdy podniosła do góry gips, matka do niego wykrzyczała przez otwierane okno:

– Won stąd, dzieciorobie – na głównej ulicy Paryża północy.

Jak potraktował owo „won!”, domyślała się. Matka oceniła, że złamany palec to jego sprawka, poniekąd miała rację. Uspakajała:

– Do matury się zagoi.

Wróciła do internatu, gdzie wcześniej została zesłana, z ochotą udała się na tę emigrację. Ręką ze złamanym palcem dusiła go w sobie, miażdżyła mu grdykę, czerwieniał na twarzy, choć był śliczny, to po takim wyczynie odrażający.

Pokazywała mu język. Wiedziała, że te dziecięce imaginacje są niegodne, pomagało jej. I to było najistotniejsze. Nauka szła jej kiepsko, teraz ruszyła, może przyszłość była zachmurzona, ale nie beznadziejna.

Chmury związane z porą roku, w życiorysie z etapem dojrzewania, czyste niebo zachodziło paskudną ciemnością zbliżającego się kataklizmu.  Walnęło gradem, obaliło ją, to głupstwo, to tylko palec.

Dziewczęta wyczuły w niej przemianę, nie tylko dlatego, że nie mówiła o ślicznym poecie, wystawiała palec na pokaz, jak trofeum. być kochaną zamieniła na zdobywać.

Po południu wymykały się z biblioteki, polowały na miejscowych chłopaków, którzy może nie byli interesujący, ale w potrzebie. Razem z dziewczętami napawała się upokorzeniem rówieśników i starszych o kilka lat.

Trafiła na zetemesowca, lokalnego komsomolca, ten miał wysokie mniemanie o sobie i takie potrzeby. Jaki był powód, że stał się w pewnym momencie głównym obiektem zemsty? Tego do końca nie wiedziała, acz jedna cecha była istotna – polityczność.

Nie znosiła jej, choć jej śliczny właśnie był antykomsomolcem, antykiem – jak swoją postawę nazywał – anty ówczesności. Niespecjalnie interesowały ją paryskie Kultury, pisemka  i powieści z sitodruku, powielaczowe.

Niezbyt trudno było je dostać, krążyły w narodzie. Wpadła na pomysł, że jest pasjonatką literatury podziemnej i poezji Miłosza. w tym zestawieniu podziemia i nieznanego jej Miłosza czuła tajemnicę, która miała zdolność zaczarowywania. O, ze znajomością Miłosza nie przesadziła, bo jej śliczny recytował z pamięci Świat i rymowane traktaty. A rymowane wiersze rozwierały jej nogi.

Gdy komsomolec dowiedział się, że podziemna literatura, literatura bez debitu to jej pasja, odegrał teatralnie tajniaka, a może nie odegrał, bo miał to we krwi i zawierzył jej swoją tajemnicę.

Jestem kolekcjonerem takich pozycji.

Siedzieli w kawiarni Mocca. Obejrzał się w prawo i lewo, możliwe, że powiedział prawdę:

– Widzę, co trzeci to tajniak.

Wierzyła mu, nie wierzyła – niepotrzebne skreślić. Tajniacy nie mieli powodu za nią chodzić, czytała książki zakupione w księgarni, albo pożyczone z miejskiej biblioteki, do której śliczny ją zapisał.

A że miała w torbie czarną woalkę z próby szkolnego przedstawienia, gdzie odtwarzała Lady Makbet, wyciągnęła i nałożyła na głowę.  Czarne siatka opadła jej na oczy.

– A ja jestem tajniaczkę – zainspirowała się tym, co trzecim. Wszak kobiety też należą do tajnego stowarzyszenia, prawda?

– Ty nie należysz?

– Skąd wiesz?

– Wiem, bo się na tym znam – odezwał się w komsomolcu znawca przedmiotu.

Nie chciała podważać jego kompetencji, on sam podwyższył swoją, a rękę położył na jej udach.

– Ręką ze złamanym palcem strąciła jego rękę, ale powiedziała:

– Nie tutaj.

Nie tutaj przerobiło się na gdzie bądź w jego mieszkaniu. Miał służbowe mieszkanie z tajną biblioteką, jak ją nazywał. Publikacje w przeważającej części wydawane były nakładem paryskiej Kultury. Dlaczego jednak Dramaty Gombrowicza były w kilkudziesięciu egzemplarzach?

Zadała mu o to pytanie.

– Domyśl się – usłyszała.

Z tajnej biblioteki „pożyczyła” Gombrowicza, choć w niej zamieszkała, jednak na noc wracała do internatu. Mieszkanie służbowe zamieniało się w dom schadzek tajniaków, którymi dowodził jej komsomolec.

Nie czuła z tego powodu wyrzutów, nadrobiła zaległości w szkole, wróciła na pozycję najlepszych uczniów. Kumple komsomolca rechotali, pili wódkę, rzucali się nawet książkami, niektóre z nich darli, a ona wkuwała. To jej pasowało, przed snem w internacie czytała „Ślub”, „Iwonę”. Tego pierwszego nie rozumiała, ale drugi rozśmieszał ją do łez.

Książkę trzymała w poszewce owiniętą ponadto w parę majtek, miały to być barwy ochronne dla zakazanej książki. Gdyby miała wytłumaczyć sens tego kamuflażu, nie potrafiłaby.

Poprzedniego dnia zdjęto jej gips, patrzyła na palec, który wyglądał na osowiałego w wesołej ferajnie dłoni, wyglądał na wystraszonego, bo był najgłupszym z palców. Spała z rękę z tym głupcem na swoich obfitych piersiach.

Obudziła się przed pobudką, szarpana przez przyjaciółkę, która też pochodziła z zafajdanego Paryża Północy.

– Małgosiu, wstań – też Małgosia chrzęszczącym szeptem rozbudzała. – Twój śliczny dobijał się.

Nie zrozumiała.

Komsomolec o tej porze odprawiał swoich tajniaków, dlaczego miałby zatem się dobijać. Nigdy go nie nazwała ślicznym, był raczej brzydkim. I zrozumiała.

Pocałowała palec.

Drugiej Małgosi na twarzy pojawiła się figlarność, o jaką jej nie podejrzewała. Palec, którym stał się palicem ze Ślubu (panieńskiego).

– Jest w pakamerze – tłumaczyła. – Wciągnęłam go oknem, siedzi wśród szczotek, mioteł i ścierek, i śpi.

W tym ulubionym miejscu chłopaków wielu dziewczyn odbywały się legendarne ballady i romanse. Nie miała wątpliwości, co ma robić, z poszewki wyciągnęła zawiniętą książkę.

– Majtki nie będą ci potrzebne – usłyszała.

Głowę oparł na szczycie drugiego krzesła i chrapał. Nie znała go od tej strony. Małgosię przegoniła, zamknęła pakamerę na zasuwkę. Niech pośpi, nawet do pobudki, potem się zobaczy.

Gdy pomyślała „się zobaczy” otworzył oczy. Nieprzytomnie przytomny, śliczny zawsze śmiał się ironicznie, miał to we krwi.

– Nie spałem trzy noce.

Pomyślała, że dwie noce to byłoby mniej ironiczne, a cztery noce to istny rechot.

I wtedy od razu powiedziała mu o komsomolcu, bo chciała jego ironię zamienić w dramat, wszak zmierzał do zdjęcia jej majtek. Nie zdziwił się, w zamian opowiedział o ironii trzech nocy.

– Nie przyjechałem, aby odebrać swoje – ironizował. – Przyjechałem do wcześniejszej Małgosi.

– Jej nie ma – odpowiedziała. – I nigdy już nie będzie, bo ciebie nie ma, już tacy się nie spotkamy, jacy byliśmy.

– A teraz to co? – próbował ratować sytuację.

– To jest ironia, mara, sen – definiowała. – Nierzeczywistość.

Wówczas odkryła swoją właściwość, która kiedyś miała jej przynieść pieniądze, przynajmniej zawodowe powodzenie.

Mówiła spokojnie, zdecydowanie i ciepło.

Zapadł w sen.

– I co? – zadała bardzo niekonkretne pytanie.

– Widzę.

– Co widzisz?

– To ty mi powiedz.

– Widzisz dużą kobietę na basenie, jesteś nagi – odkrywała w sobie talenty, których nie znała.

Na basenie znajdowała się wysoka wieża skoków, jakieś 7, 8 metrów. Kobieta była na samym jego czubku i nie wyglądała na małą z tej odległości.

Była duża. Rozmiarów Małgosi, właśnie schodziła z wieży, dlaczego nie skoczyła, przeleciało mu pod czupryną. Basen by się rozstąpił? Szła w jego kierunku, wchłaniała przestrzeni, zjadała ją, ubywało powietrza, najpierw zafascynowany jej widokiem, nie nadążał łapać oddechu, siorbał łyki powietrza coraz szybciej, coraz mniejsze łyczki, aby stać się tylko kroplami powietrza.

Kap, kap – oddychał jak ryba wyrzucona na brzeg basenu. Kobieta go wchłonęła, połknęła go. Już nie potrzebował żadnego powietrza, żył w niej, został Jonaszem własnej kobiety.

Poprawiła go:

– Jonaszem miłości.

Było to wybudzenie.

– Coś ty ze mną zrobiła?

– A jak ty zostałeś poetą? – pytanie na pytanie to jakaś odpowiedź.

Słychać było pobudkę, wychowawczynie dzwonkami oznajmiały początek dnia szkolnego. Pakamera nie miała okna, trzeba go było z niej wyprowadzić, na szczęście znajdowała się blisko drzwi wejściowych i WC, miał długie włosy, które zasłaniając twarz, maskowały płeć.

Po kilkunastu minutach wyszła na marcową drżączkę powietrzną. Tak czuła się wewnątrz siebie i tak czuła pogodę, gdy znalazła go chodzącego wokół olbrzymiego dębu na skraju parku.

– Myślałem, że nie przyjdziesz.

– Musiałam, bo nie dałam ci książki.

Dwoje majtek było kolorowych, jedne czerwone.

– I kto tu jest poetą? – zadał pytanie, majtki schował do kieszeni.

– Oddaj, nie mam ich za wiele.

– Zdecydowałem się, aby zostać w tej sytuacji fetyszystą.

Wyszli z parku, szli w kierunku, który sam się narzucił. A tylko ten mógł się napatoczyć jej nogom, same wiedziały, jak iść, bo pokonywały ostatnio tylko tę drogę.

Wcale nie była zdziwiona, gdy zatrzymała ich podmurówka, chciała ją przekroczyć, nie była jeszcze uzbrojona w żelazny płot.

Wziął ją pod łokieć.

– Teren prywatny.

Poszli dalej wzdłuż ogrodzenia, które miało za jakiś czas być postawione.

– Mówiłem o ironii.

– Ironii trzech nocy – podtrzymała.

Z ganku wyszło 3 mężczyzn, a za nimi komsomolec, odwróciła głowę, choć widziała, że ją rozpoznał. Wiedziała też, że nie będzie szedł za nią.

Jej śliczny – były śliczny, poprawmy – ironizował o trzech nocach.

– Mówiłem o trzech nocach i ironii, to nie znaczy, że można te trzy noce nazwać ironiczne – w teoretyzowaniu był dobry.

Chciała go chwycić za rękę, ale wiedziała, że nie może. Ten gest już minął, mieli go poza sobą.

– Przecież 48 godzin, bo na tyle mogą zatrzymać, nijak nie wystarczą na 3 noce.

– Dwie noce siedziałem, a trzecią nocą wiozłem dwie noce do ciebie.

Mamy to poza sobą, krzyczało w niej. Choć wiedziała, że gdyby znalazła się w jego sytuacji, pojechałaby nawet do matki jego dziecka, aby powiedzieć mu o trzech nocach, którym nie wystarcza 48 godzin.

Połazili po tym miasteczku, w którym zaliczył dwie speluny, innych knajp nie było.

– Kiepskie połączenie z tym naszym Paryżem – siedzieli w cuchnącej poczekalni dworcowej.

– Chciałem ci powiedzieć poczekaj, ale widzę, że to już daremne.

Wiedziała, że widział, choć nie patrzył, bo to były jego antypody, a ona tylko w ten sposób mogła przezwyciężyć ciążenie do niego.

– Książkę wezmę, a majtki oddam – odwinął Gombrowicza z dwóch par majtek – podniósł je do nosa.

– Szkoda, że wyprane, ale i tak zapamiętam twój zapach i rozgrzane ciało.

Na zawsze.

Stał w otwartych drzwiach, gdy ruszał pociąg, biegł do niego dyżurny ruchu.

– Nie jestem żadnym Cybulskim – wykrzyczał.

Pociąg ciągniony był przez parową lokomotywę, która naśladowała znakomite onomatopeje z Tuwima, dosłyszała pytanie:

– Za ile dziesiątek lat się spotkamy.

Bez przesady, jakby powiedział ironicznie, widziała go kilka razy w przelocie, w jakiś rozmazanych horyzontach, on pewnie także. Faktycznie rozwiódł się, potem wyjechał, a ona wylądowała dość szybko w Hamm w ramach łączenie rodzin, choć nie lubiła Niemców i ich szwargocącej ojczyzny. Zdaje się, że u niego było dokładnie na odwrót.

Hipnotyzowała Niemców, byli łatwowierni, w Nadrenii Północnej Westfalii zawód ten cieszył się prestiżem, ciągle potrzebowali Szczurołapa, który wyprowadzi z nich zarazę.

Na palmie państwa Cleofas powiesiła daktyle, które nabyła w Aldim. Choć tyle i aż.