Archiwa miesięczne: Październik 2019

Pognać Dudę hańbiącego Polskę

Powoli nachodzi nas panika związana ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Czym więcej błazeństw i żenady wszelkiego rodzaju dokłada Andrzej Duda do swego złowrogiego serwilizmu i nieprawdopodobnej pogardy dla prawa – z konstytucyjnym na czele – tym bardziej kłują nas w oczy niezmiennie bardzo dobre dla prezydenta statystyki zaufania i poparcia.

Nie łudźmy się – ponad połowie narodu infantylizm, serwilizm, bigoteria czy tym bardziej łamanie konstytucji najzwyczajniej nie przeszkadza, jeśli w ogóle jest zauważalne. Nie ma szans na przechwycenie tego elektoratu. Ośmieszony i zdegradowany urząd prezydenta może uratować, a wraz z tym hucpiarstwo PiS i Kaczyńskiego poskromić jedynie ktoś, kto w drugiej turze zmobilizuje demokratyczną i światłą mniejszość do gremialnego głosowania.

To potwornie frustrujące, ale prawdziwe. Kandydatka lub kandydat na urząd prezydenta musi się zmierzyć z masą stanowiącą dolną, liczniejszą połowę piramidy społecznej. W demokracji mniejszości wiatr w oczy, nawet jeśli jest to ogromnie liczna mniejszość. Przeciwwagą dla większości może być tylko zaangażowanie i waleczność mniejszości. Może ona liczyć tylko na siebie – dla większości autorytetami są Rydzyk i Kaczyński. I to się nieprędko zmieni.

Niestety, ugrupowania demokratyczne mają zwykle skrupuły moralne i estetyczne. Wzbraniają się przed radykalizmem i ostrymi słowami. Jednak w tej decydującej batalii, jaką musimy stoczyć, aby powstrzymać dyktaturę, nie wolno nam ulec przemocy chamstwa, wulgarnych manipulacji, oszczerstw i szyderstw, stanowiących stałe instrumentarium aparatu propagandy reżimu.

Nie wolno nam dać się zastraszyć i zbrzydzić. Trzeba odpłacać pięknym za nadobne – tyle że w słusznej sprawie. Musimy do znudzenia pokazywać w kampanii Dudę łamiącego prawo, wygadującego żałosne i żenujące bzdury, kompromitującego siebie i Polskę na arenie międzynarodowej. Dudę podpisującego haniebne ustawy, płaszczącego się przed klerem w gestach najokropniejszej klerykalnej minoderii, wygadującego androny i opowiadającego jakieś głodne kawałki i prostackie dowcipasy.

Nasz kandydat musi być na tle Dudy absolutnie jednoznaczny: kulturalny, mądry, wykształcony, oddany wartościom konstytucyjnym. Ten kandydat (kandydatka) musi wzbudzać szacunek i dawać nadzieję. I umieć opowiedzieć, jakim będzie prezydentem, jak będzie sprawować swój urząd. A przede wszystkim w jaki sposób będzie pomagać w ratowaniu demokracji i praworządności, w jaki sposób będzie się starał ograniczyć bądź naprawić dewastujące dla państwa skutki antykonstytucyjnego pożaru, jaki w substancji państwa polskiego rozniecił Kaczyński z Ziobrą, Macierewiczem, Piotrowiczem, Dudą i innymi.

Są dwie możliwości: albo KO, PSL i Lewica wysuną każdy swojego kandydata, albo wysuną wspólnego. W pierwszym przypadku w drugiej turze spotka się kandydat(ka) KO z Dudą. W drugim przypadku spotka się z nim wspólny kandydat(ka) całej opozycji.

Co przemawia za pierwszym wariantem? Ano tylko to, że dwoje polityków i dwie partie będą mogły się trochę polansować do czasu pierwszej tury. Czy pomoże to jednak kandydatowi głównemu, wystawionemu przez KO? Nie widzę, w jaki niby sposób start Biedronia albo Kosiniaka-Kamysza miałby pomóc osobie mającej stanąć w szranki z Kaczyńskim/Dudą.

Dlatego postuluję, a właściwe przemawiam do rozumu narcystycznych polityków: powściągnijcie swoje głupie ambicje, przez które po raz drugi Kaczyński sięgnął po władzę. Tylko ogłoszony jak najszybciej wspólny kandydat opozycji może wygrać z masą i jej prezydentem – Andrzejem Dudą.

Wybory prezydenckie po pierwszej kadencji nie są równe – urzędujący prezydent, otoczony królewskim nimbem swego urzędu, ma łatwiej. A gdy za prezydentem stoi cały aparat państwa, zawłaszczony przez rządzącą partię, przewaga tytularnej głowy państwa jest przytłaczająca.

Trzeba wielkiej mobilizacji i skoordynowanej akcji z użyciem wszelkich dostępnych środków, aby tej machinie się przeciwstawić. Tylko połączenie sił całej opozycji – parlamentarnej i pozaparlamentarnej – i ciężka praca na rzecz wspólnego kandydata może przynieść efekt.

Kto to mógłby być? Małgorzata Kidawa-Błońska? Ze swoim flegmatycznym temperamentem i chwiejnością nie ma szans. A może Barbara Nowacka? Zbyt kontrowersyjna, za mało wiarogodna zarówno dla lewicy, jak i centroprawicowego, chadeckiego mieszczaństwa. No to może któryś z polityków PO? Trzaskowski? No, to już lepiej, ale PiS ma cały basen z błotem do obrzucania Trzaskowskiego, przez co jego szanse byłyby niewielkie.

Już znacznie większe szanse miałby Tusk, ale czy zaryzykuje porażkę? Kampania nienawiści, jaką rozpętałby PiS, mogłaby okazać się skuteczna. Tusk to jednak za duże ryzyko.

No to może szukać poza polityką? Owszem, mamy autorytety – wybitnych profesorów prawa, sędziów, tylko czy profesorska głowa jest w stanie oddziałać na wyobraźnię milionów? Wątpliwe.

No więc kto? Kto ma potencjał polityczny, bo od lat się o polityce wypowiada, lecz nigdy formalnie w polityce nie był lub nie była? Kto ma ogromny prestiż społeczny i wielką rozpoznawalność? Kogo cenią i lubią miliony bardziej wykształconych Polaków?

Jest tylko jedna taka osoba. Nazywa się Olga Tokarczuk. Dziś to właśnie ona może pokonać Dudę i Kaczyńskiego. I powinna to uczynić. Olgo, myśl i nie daj się zwieść gadaniem o apolityczności pisarza. Ojczyzna Cię potrzebuje!

Kmicic z chesterfieldem

– „Nie ma niedzieli, żeby proboszcz nie prosił o pieniądze. Czasem człowiek ma wrażenie, że to mamona jest ważniejsza niż Ewangelia. Styl, w jakim mówi jest skandaliczny. Człowiek ma wrażenie, że on żąda, a nie prosi” – powiedział „GW” jeden z parafian kościoła pw. Zmartwychwstania Pańskiego w Poznaniu. Proboszcz ks. Stanisław Pankiewicz ogłosił bowiem, ile trzeba zapłacić za tzw. wypominki za zmarłych.

Roczne „kosztują” 50 zł – przez cały rok po mszy o godz. 8.00 wyczytywane będzie nazwisko zmarłego.   – „Doszliśmy do ściany, skoro na ambonie padają konkretne kwoty. Jeśli tak, to chyba warto wprowadzić oficjalne cenniki i zainstalować kasy fiskalne” – skomentował inny parafianin.

Inny w mailu nadesłanym do „GW” napisał: – „Jest to dla nas bulwersujące zjawisko godzące w nasze postrzeganie wiary, instytucji Kościoła i nie mające prawa bytu w świetle nauk papieża Franciszka. (…) Jest to nie pierwsza sytuacja, w której zachowanie naszego obecnego proboszcza jest dla…

View original post 1 135 słów więcej

 

Anarchia prawna. O to chodzi Kaczyńskiemu, aby pogrążyć kraj w apatii i nim zarządzać

Tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do Sądu Najwyższego. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany – mówi prof. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego. – Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS-u dotyczący okręgu 75. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD BALICKI: Informacja o tym, że skład trzyosobowy pozostawił bez dalszego biegu protest, który był zgłoszony bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, nie może zaskakiwać. Ten protest nie miał żadnych podstaw prawnych, więc tak należało z nim postąpić, ale prawdą też jest, że po tym składzie Izby mogliśmy się spodziewać wszystkiego.

CIESZĘ SIĘ JEDNAK, ŻE PRZEWAŻYŁA WIEDZA I PROFESJONALNE PODEJŚCIE WŚRÓD CZŁONKÓW TEGO SKŁADU. TO JEST INFORMACJA POZYTYWNA I OPTYMISTYCZNA.

Liczy pan na podobne decyzje przy pozostałych protestach?
Uważam, że w każdej sprawie, w której nie ma potwierdzonej informacji o złamaniu prawa, takie rozstrzygnięcie powinno zapaść. Taka jest konsekwencja procedury protestów wyborczych, które składa się wtedy, kiedy są wątpliwości co do prawidłowości przebiegu wyborów albo rozstrzygnięcia, które zostało uczynione. W innej sytuacji protest jest bezzasadny i tyle.

Co należy zrobić z szefem NIK-u Marianem Banasiem? Co kilka dni pojawiają się kolejne obciążające go informacje.
Musimy mieć świadomość, że nie mamy dostępu do wszystkich informacji i tak naprawdę nie wiemy, co było w tych zeznaniach majątkowych pana Banasia. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wszczęcie procedury odpowiedzialności konstytucyjnej, ale musielibyśmy analizować szczegóły, bezpośrednio dotyczące danej osoby, a nie mamy takiej możliwości. Najważniejszy wniosek z tej całej sytuacji powinien być jednak jeden –

NIE MOŻNA WYBIERAĆ NA NAJWAŻNIEJSZE URZĘDY OSÓB WYŁĄCZNIE W OPARCIU O KRYTERIA POLITYCZNE. WAŻNE SĄ KRYTERIA MERYTORYCZNE I MORALNE, A W TYM PRZYPADKU OKAZAŁO SIĘ, ŻE KANDYDAT ICH NIE MIAŁ.

Czy należy próbować zmienić konstytucję, aby móc go odwołać? A może próbować zwykłą ustawą zmienić zasady odwołania szefa NIK-u, tak jak PiS próbował w przypadku I prezes SN? Jak rozwiązać tę patową sytuację?
Oczywiście nie należy zmieniać konstytucji w związku z pojedynczym przypadkiem, który tak naprawdę jest dowodem na błąd ugrupowania rządzącego. Konstytucja jest dokumentem ważnym i nie można z byle powodu, nawet tak poważnego jak obecna sytuacja szefa NIK-u, próbować w niej manipulować. Tym bardziej, że mamy taki a nie inny czas polityczny i obecnie każda próba zmiany konstytucji skończyłaby się dla tej konstytucji na pewno źle.

Po drugie: czy należy stosować jakieś kruczki ustawowe? Nie ja jestem od doradzania partii rządzącej, ale gdyby mnie o to spytano, to na pewno nie doradzałbym stosowania żadnych „wytrychów” prawnych. Mogę zachęcić tylko do jednego, aby na stanowiska, które należy obsadzić, wybierać osoby kompetentne, o wysokich kwalifikacjach merytorycznych, ale i moralnych. To jest tak naprawdę jedyny sposób na uniknięcie problemów podobnych do obecnego.

SPRAWA PANA BANASIA WZIĘŁA SIĘ Z BŁĘDNYCH DECYZJI PARTII RZĄDZĄCEJ I TO ONA MUSI ZNALEŹĆ JEJ ROZWIĄZANIE.

Pytanie, czy będzie chciała.
No cóż, sposób i efekty postępowania w sprawie pana Banasia będą tylko potwierdzeniem, jakie zamiary ma partia rządząca i jakie wartości są dla niej ważne.

Sędzia SN Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów, nie znalazł podstaw, by wszcząć postępowania dyscyplinarne wobec bohaterów afery hejterskiej, m.in. wiceministra Piebiaka. To polityczna decyzja?
Trudno ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sędziowie i prokuratorzy są ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych z bzdurnych powodów, a czasami bez powodu. Opinia „nic się nie stało” w odniesieniu do sytuacji, w którą zamieszane były osoby na najwyższych stanowiskach obecnej władzy, musi zaskakiwać, ale

JEŻELI TO PAN RZECZNIK SCHAB, POWOŁANY DO PEŁNIENIA TEJ FUNKCJI PRZEZ PANA ZBIGNIEWA ZIOBRĘ – MINISTRA, PROKURATORA I POLITYKA W JEDNYM – WYSTAWIA CERTYFIKAT DLA PANA MINISTRA PIEBIAKA, TO NIE MAM NIC WIĘCEJ DO POWIEDZENIA.

Czy pana zdaniem żyjemy w państwie prawa?
Niestety nie. Konstytucja co prawda taką formułę wprowadza, ale rzeczywistość polityczna pod rządami partii rządzącej doprowadziła do sytuacji, że to nie normy prawne, lecz decyzje określonych osób mają charakter decydujący. Nie jesteśmy już państwem prawa takim, jak opisuje to nasza konstytucja.

Jakie to rodzi konsekwencje? Mieliśmy przykład, czym to grozi przy składaniu protestów wyborczych, które budziły realne obawy o uczciwy wynik nowej Izby SN.
Jeżeli mówimy o protestach wyborczych, to musimy sobie uświadomić, że problemem nie jest sam protest wyborczy, zwłaszcza gdyby był dobrze uzasadniony. Taka procedura przysługuje zarówno wyborcom, jak i przedstawicielom komitetów wyborczych. Oczywiście zdziwienie musiało budzić uzasadnienie protestów co do niektórych z nich, czyli brak wykazania złamania zasad prawa wyborczego. Sytuacja staje się jednak poważniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, w jakim państwie żyjemy.

ISTNIEJE POWAŻNA OBAWA, ŻE PARTIA RZĄDZĄCA, WYKORZYSTUJĄC WCZEŚNIEJ PODJĘTE POLITYCZNE DECYZJE I UKSZTAŁTOWANY W TEN SPOSÓB SKŁAD IZBY, MA WPŁYW NA STWIERDZENIE WAŻNOŚCI WYBORÓW I MOŻE W TYM TRYBIE DOKONAĆ ZMIANY WERDYKTU WYBORCÓW. TO JEST PRZERAŻAJĄCE.

My tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Dotychczas sprawa była jasna: werdykt SN był uznawany za ostateczny i nawet jeżeli strony się z nim czasem nie zgadzały, to wiedziały, że był to wyrok wydany w oparciu o literę prawa przez najlepszych sędziów, ekspertów z danej dziedziny prawa. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do SN. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany.

Co, jeżeli niekonstytucyjny sędzia SN wyda decyzję? Gdzie się od niej odwołać?
W chwili obecnej takiej procedury nie ma, chyba że będziemy próbować dochodzić sprawy w sądach międzynarodowych. Jestem przekonany, że docelowo potrzebne będą rozwiązania ustawowe, które będą musiały odnieść się do ważności takich orzeczeń. Z jednej strony mamy do czynienia z osobą nieuprawnioną do wydawania orzeczeń, ale z drugiej strony – z konkretnymi sprawami konkretnych osób, które mają prawo do rozwiązania sporu na drodze sądowej. Tego nie można pozostawić bez rozstrzygnięcia.

DEMOKRATYCZNE PAŃSTWO – KIEDY ZNOWU TAKIM SIĘ STANIEMY – BĘDZIE MUSIAŁO SIĘ DO TEGO W JAKIŚ SPOSÓB ODNIEŚĆ.

Pana zdaniem nie jesteśmy obecnie demokratycznym państwem?
Demokracja to nie tylko wybory. Wybory się odbyły i wybraliśmy ugrupowanie, które może i powinno rządzić, ale demokracja to również poszanowanie zasad konstytucyjnych. Niestety, tych zasad partia rządząca nie przestrzega.

Kmicic z chesterfieldem

16 księży archidiecezji gdańskiej w oświadczeniu wysłanym do nuncjusza apostolskiego w Polsce abpa Salvatore Pennacchio potwierdziło prawdziwość informacji zawartych w reportażu TVN24 „Czarno na białym” na temat metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia. „Ksiądz o abp Głódziu: „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”.

W swoim oświadczeniu duchowni wyrażają gotowość powtórzenia zarzutów wobec abpa Głódzia nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce. Mówią o publicznym poniżaniu przez metropolitę gdańskiego, wymuszaniu pieniędzy i ubliżaniu im za zbyt niskie datki.

Nazwiska 16 księży zostały podane do wiadomości nuncjusza. Treść oświadczenia przekazano też do wiadomości Sekretariatu Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

Z reportażu TVN24 wynikało, że składane wcześniej przez księży skargi na postępowanie Głódzia pozostały bez echa. Nie zareagował na nie ani poprzedni, ani obecny nuncjusz  apostolski w Polsce.

– „W tym wypadku tylko systematyczna akcja typu: nie idziemy do kościoła (i nie dajemy na tace i inne) wywoła jakiś efekt, na reakcję z…

View original post 489 słów więcej

 

PiS ma w czterech literach swoje wyborcze gruszki na wierzbie, ciemny ludzie polski

Emilewicz: Przygotowaliśmy tzw. congestion tax. To jest podatek wprowadzony od sklepów wielkopowierzchniowych. Nie od obrotu, ale od trudności, jakie taki sklep tworzy w tkance miejskiej

– Przygotowywaliśmy dla premiera Morawieckiego, rozmawialiśmy o tym wiosną, rozwiązanie podatkowe, które zostało wprowadzone np. w Hiszpanii w ubiegłym roku, tzw. congestion tax, który nie będzie kwestionowany przez Komisję Europejską. To jest podatek wprowadzony od sklepów wielkopowierzchniowych, ale nie od obrotu, od poziomu uzyskiwanych dochodów, ale od trudności, jakie taki sklep wielkopowierzchniowy tworzy w tkance miejskiej. Zwiększone korki, większe inwestycje drogowe, które muszą powstać. Jest przelicznik, algorytm, który się wylicza i który można nałożyć na sklepy – mówiła Jadwiga Emilewicz w rozmowie z Joanną Komolką w programie „Gość Radia ZET”.

– Będziemy chcieli ten podatek wprowadzić. On nie budzi żadnych wątpliwości. Jesteśmy na końcu listopada. Myśmy przygotowywali założenia koncepcyjne, przegląd prawny. Jeśli rząd powstanie stosunkowo szybko, to być będziemy w stanie dopracować go do końca tego roku. Mógłby zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku – dodała Emilewicz.

Na naszych oczach umierają kolejne kluczowe obietnice wyborcze PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego zdążyła zapowiedzieć, że może nie zdążyć z pakietem ustaw dla przedsiębiorców i emerytów, które miała uchwalić w ciągu 100 dni od ponownej wygranej. Nie dojdzie również w przyszłym roku do kwotowo-procentowej waloryzacji emerytur dla najbiedniejszych. A co najważniejsze – z dużą dozą prawdopodobieństwa nie dojdzie także do uchwalenia pierwszego w historii zrównoważonego budżetu.

Zacznijmy od pakietu, określanego w kampanii wyborczej jako „kluczowe rządowe projekty”. Chodzi o mały ZUS-u dla firm, 13. i 14 emerytury, pakiet badań profilaktycznych, program budowy 100 obwodnic i plan na rzecz równych dopłat dla polskich rolników. Już w dzień po wyborach 14 października w Radiu ZET szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk stwierdził, że może się nie udać ich wdrożyć. Dlaczego? „Nie ma jeszcze decyzji, który z tych projektów, część z nich to ustawy, a część programy, będzie realizowany jako pierwszy. Natomiast w ciągu pierwszych 100 dni zostanie rozpoczęta realizacja tych programów” – powiedział enigmatycznie Dworczyk.

Jeśli chodzi o renty i emerytury, rząd obiecywał w kampanii zmianę sposobu ich waloryzacji. Obecnie rosną one o ustalony procent (wskaźnik inflacji + 20 proc. realnego wzrostu płac). W efekcie najbiedniejsi dostają jedynie groszowe podwyżki, bogatsi natomiast- sporo większe. W kampanii usłyszeliśmy, że lepsza będzie waloryzacja procentowo-kwotowa. PiS obiecał więc, że minimalna coroczna procentowa waloryzacja nie będzie niższa niż 70 zł. Po wygranych wyborach okazało się, że sprawa jest już nieaktualna. Zniknął też zupełnie temat podwyżki dodatków pielęgnacyjnych dla emerytów w wieku 75 lat lub starszych (dziś jest to 222 złote brutto)…

Mało tego, także i głośna zapowiedź PiS dot. zrównoważonego budżetu jest najpewniej już nieaktualna. Za wszystkim stoi upadek pomysłu zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS. W efekcie resortowi finansów zabraknie do zamknięcia budżetu bez deficytu ok. 5 mld zł netto! Za to odetchnęły najbardziej innowacyjne branże w naszym kraju. Jarosław Gowin już jakiś czas temu powiedział, że budżet na przyszły rok – zachwalany jako pierwszy taki od 30 lat – trzeba będzie znowelizować i zrobi to „przyszły rząd i przyszły parlament”.

Wicepremier miał stwierdzić też, że niewielki deficyt „byłby i tak wielkim sukcesem”. To samo powtórzył kilka dni temu rzecznik rządu Piotr Müller, który dodał, że to „prawdopodobny wariant”. Warto zauważyć przy tym, że PiS nawet nie wpisał do budżetu 13. emerytury. Tymczasem, gdyby chciał forsować ten pomysł za rok, dojdzie do złamania reguły finansowej, zgodnie z którą każdy „sztywny wydatek” z państwowej kasy powinien być zrównoważony wpływami. A 13. emerytura wyniosłaby ok. 10 mld zł rocznie.

Kmicic z chesterfieldem

– „Złożyliśmy do sądu zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie zarzucanego przez G. Birgfellnera Jarosławowi Kaczyńskiemu oszustwa wielkich rozmiarów” – poinformował na Twitterze Roman Giertych. On i Jacek Dubois są pełnomocnikami austriackiego biznesmena.

11 października prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z zawiadomienia austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o budowę w centrum Warszawy dwóch wieżowców przez pisowską spółkę Srebrna.

Prokuratura, którą nadzoruje Zbigniew Ziobro, podjęła tę decyzję tuż przed wyborami do parlamentu. „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Dodajmy, że tego samego dnia prokuratura odmówiła również wszczęcia śledztwa w sprawie zawiadomienia, które złożyli posłowie PO. Dotyczyło ono możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego poprzez m.in. płatną protekcję, powoływanie się na wpływy oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Internauci w komentarzach obawiali się, że po ewentualnym uwzględnieniu przez sąd zażalenia, prokuratura niewiele zrobi:…

View original post 1 329 słów więcej

 

Frasyniuk radzi. Opozycja musi wykreować silnego przywódcę

Skończyła się kampania wyborcza i skończyła się dokładnie tak samo, jak do parlamentu europejskiego. Wszyscy wygrali. Wszyscy są zadowoleni. Wszyscy mają sukces, dostali mandat – mówi Władysław Frasyniuk

–  No, gdyby po przecinku dodali „i pamiętamy o naszych deklaracjach, pamiętamy, że żyjemy w państwie, w którym łamana jest konstytucja, pozbawiani jesteście praw obywatelskich”, to mam wrażenie, że nasza satysfakcja z tych wyborów byłaby większa, a tak zaczyna się to samo, co było. Platforma Obywatelska, jak ma głosować w trudnych głosowaniach, to wyciąga karty do głosowania. My wyborcy powinniśmy zapytać, to po co tam poszliście? Zmieńcie pracę, jak nie potraficie zagłosować w trudnej sprawie – dodaje legendarny opozycjonista z czasów PRL.

O roli opozycji, w tym opozycji ulicznej, w powyborczej rzeczywistości, o roli organizacji pozarządowych oraz o tym, czym jest przywództwo rozmawia z Pawłem Wrabecem

Kmicic z chesterfieldem

Ta afera świadczy źle nie tylko o Marianie Banasiu i obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Afera rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych. Pokazuje, że wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe jest pozbawiony jakichkolwiek standardów – pisze Grzegorz Makowski

Sprawa Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli wybranego z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości, mimo zaklęć prawicowych polityków i zapewnień o krystaliczności jego osoby nie chce zejść z publicznej agendy. Wręcz przeciwnie, zaczyna się rozgałęziać.

Okazuje się, że bliscy, wieloletni współpracownicy prezesa NIK, Arkadiusz B. i Krzysztof B. wiedli podwójne życie. Niby poprawiali wraz z Banasiem system kontroli skarbowej, ale wiele wskazuje na to, że równolegle korzystali z jego luk i wyłudzali miliony z podatku VAT. Obaj panowie już wiele miesięcy temu byli zatrzymani, aresztowani i mają postawione zarzuty.

Nic więc dziwnego, że nawet politycy PiS i jego satelitów zaczynają tracić…

View original post 6 344 słowa więcej

 

Pożar w burdelu trolli

Więcej >>>

Trolling to specjalność PiS, taki był też hejt w ministerstwie Ziobry. Każde ministerstwo rządu PiS ma takie komórki do walki z „totalną” opozycją.

Xerofas

„Wszyscy o nich słyszeli. Nikt nie wie, jak naprawdę działają na Facebooku i Twitterze. Ja wiem. Przez pół roku byłam trollem” – tymi słowami zapowiada kolejne „trzęsienie ziemi” w internecie jedna z autorek artykułu „Największa znana polska farma trolli bierze państwowe dotacje. Pracowała m.in. dla TVP [ŚLEDZTWO NEWSWEEKA]” – opublikowanego na stronie internetowej newsweek.pl

Jak u Hitchcocka – „najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie”. „Fałszywe konta na Twitterze i Facebooku czyszczą wizerunek prezesa TVP, prowadzą kampanie wyborcze politykom, lobbują na rzecz firm zbrojeniowych. Docierają do milionów odbiorców. Współfinansuje ten biznes państwowy fundusz. Tropy z farmy trolli prowadzą do podejrzanego o korupcję Bartłomieja Misiewicza” – rozpoczynają spektakularnie artykuł Katarzyna Pruszkiewicz, Julia Dauksza, Konrad Szczygieł oraz Wojciech Cieśla.

Jako się rzekło, jak amerykańskich filmach, dziennikarka pod przykryciem wchodzi w struktury firmy by od środka sprawdzić rządzące nią mechanizmy. Wysłała CV i dostała się na trzymiesięczny okres próbny. Na początku współpracy otrzymała…

View original post 500 słów więcej

 

Pod czaszką byłej posłanki PiS

W odpowiedzi na krążący w  sieci filmik Jachiry sprzed żoliborskiej willi Jarosława Kaczyńskiego Krynicka napisała na Twitterze: „Kup sobie blaszkę i j***ij się w czaszkę …”

W ten sposób Krynicka słynąca z licznych wulgaryzmów i bezduszności, jaką się wykazała podczas strajku rodziców osób niepełnosprawnych, wyrażała swoją niechęć wobec Jachiry we wcześniejszych tweetach.

Teraz napisała: „Myślę, że dopiero z immunitetem Jachira pokaże na co ją stać. Współczuję koleżankom i kolegom, którzy będą zasiadać w ławach poselskich z tą aktoreczką” – pisała była posłanka PiS i coś w tym jest…

Nowo wybrana parlamentarzystka Koalicji Obywatelskiej celnie i w punkt żartuje teraz w swoim filmiku z ponownego liczenia głosów do Senatu na wniosek PiS.

Przekonuje, że Kaczyński przeprowadzi je we własnym domu, aby uniknąć „pomyłki”. „Tiry z kartami do głosowania wypełnią całą tę ulicę” – mówi i drwi: „Jak widzimy są tutaj dwa garaże. W jednym spokojnie da się upchnąć dwa miliony kart do głosowania; myślę, że nie będzie z tym problemu”.

„Będzie to więc idealne miejsce na zamontowanie najlepszej kserokopiarki, której wydruków nie będzie można odróżnić od oryginałów” – sugeruje, podkreślając z ironia, że w okolicy domu Kaczyńskiego jest bezpiecznie, bo „kręcą się ochroniarze”.

Kończy wreszcie emocjonalnie: „No to co? Śpij dalej, Polsko!”

Kmicic z chesterfieldem

Arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego duchowieństwa. Hierarcha, który co miesiąc otrzymuje od 10 do 17 tysięcy złotych emerytury, jest właścicielem 20-hektarowego rancza we wsi Bobrówka na Podlasiu.

Tam też znajduje się pałac arcybiskupa. „To odnowiony budynek starej szkoły, który duchowny odkupił od gminy za 60 tys. zł. Teraz jest warty kilka razy więcej.” Na co dzień duchowny mieszka i urzęduje w rezydencji w Gdańsku.

Od lat krążą legendy o wydawanych przez niego biesiadach, podczas których alkohol leje się strumieniami. „On ma taka głowę, że nigdy nie potrafiliśmy się zorientować, jak dużo wypił. Nic po nim nie widać. Picie przerywał tylko po to, by rzucić niewybrednym żartem o polityku, którego nie lubił, albo żeby kogoś skląć” – komentują współpracownicy arcybiskupa w artykule na portalu wp.pl.

To również oni zwrócili uwagę na zachowanie przełożonego. Przemoc, publiczne poniżanie, znęcanie się, ubliżanie – to tylko część…

View original post 2 238 słów więcej

 

Pisowski folwark zwierząt

Słowa „Kradną, ale się dzielą” to jawne wyrzeczenie się polskiego obywatelstwa. Bo jak to rozumieć? „Kradną”? Komu?? Kradną państwowe czyli nasze, wspólne polskie dobra.”Dzielą się” tym co ukradli Polsce czyli nam wszystkim? Ktoś, kto się z tego cieszy, nie jest Polakiem. Proste!

Więcej >>>

Folwark zwierząt – to hołd in spe złożony PiS przez Orwella.

Xerofas

Cała pierwsza kadencja rządów PiS, a szczególnie okres poprzedzający ostatnią kampanię wyborczą, upływał pod znakiem nowego „panświnizmu”. Przekaz prawicowych polityków, publicystów, nawet niektórych ludzi Kościoła do socjalnego elektoratu był prosty. Wszyscy polscy politycy to „świnie” (kradną, przyznają sobie nagrody, nadużywają przywilejów władzy), jednak PiS-owskie „świnie” są lepsze od „świń” z PO, bo dały ludziom 500 plus – pisze Cezary Michalski

“Panświnizmem” polska prawica – kiedy jeszcze sama nie rządziła państwem – nazwała polityczną i propagandową strategię użytą przez Jerzego Urbana (i jego tygodnik “Nie”) przeciwko nowej postsolidarnościowej elicie władzy na początku lat 90. Ponieważ tuż po upadku PRL-u trudno było bronić biografii ludzi kojarzonych z dawnym systemem, postsolidarnościowa klasa polityczna przez jakiś czas (raczej bardzo krótko) dysponowała przewagą moralną i estetyczną nad politykami postkomunistycznymi.

Strategia Urbana polegała więc na tym, aby ludziom dawnej opozycji i “Solidarności” tę przewagę odebrać. Argumentów dostarczali mu ci spośród członków nowej postsolidarnościowej elity, których faktycznie świeżo zdobyta władza bardzo szybko zepsuła, uwikłała w afery korupcyjne lub obyczajowe.

ARGUMENT URBANA BRZMIAŁ: WSZYSCY POLITYCY, A JUŻ SZCZEGÓLNIE WSZYSCY POLITYCY…

View original post 2 299 słów więcej

 

Złodziejskie państwo PiS

Chodzi o Arkadiusza B. – wysokiego urzędnika w Ministerstwie Finansów i bliskiego współpracownika Mariana Banasia, w czasach, kiedy obecny szef NIK był wiceszefem, a potem szefem tego resortu. Arkadiusz B. miał kierować zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą podatek VAT.

Banaś nie jest jedynym bliskim znajomym Arkadiusza B. Według portalu wp.pl, zna się on też dobrze z Piotrem Pogonowskim, obecnym szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która ma pod kontrolą właśnie… Ministerstwo Finansów. Kilka lat temu Pogonowski zasiadał w radzie nadzorczej spółki „Agencja Monitoringu Wywłaszczeń”, której prezesem jest Arkadiusz B.

Wp.pl twierdzi, że w 2015 r. razem z Pogonowskim do rady nadzorczej tej spółki wszedł także Konrad Raczkowski, który kilka miesięcy później został…   wiceministrem finansów. W 2016 r. z kolei przeniósł się na stanowisko wiceprezesa do Banku Ochrony Środowiska, kontrolowanego przez Skarb Państwa. Jak przypomina portal, to właśnie ten Bank udzielił kredytu synowi  obecnego prezesa NIK Jakubowi Banasiowi.

Arkadiusz B. od stycznia tego roku siedzi w areszcie. Jest podejrzany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzającą VAT oraz o oszustwa podatkowe. Grupa miała wyłudzić ok. 5 mln zł.

A o błyskawiczną karierę Pogonowskiego w ABW premiera Mateusza Morawieckiego pytał ówczesny poseł PO Krzysztof Brejza. Pogonowski bowiem w półtora roku miał awansować od kaprala do pułkownika, czyli o czternaście stopni. – „Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie posiada wnioskowanych informacji” – odpisano Brejzie. Pogonowski przed dojściem PiS do władzy był pełnomocnikiem spółki Srebrna.

Kmicic z chesterfieldem

Reportaż TVN24 wystawia świadectwo nie tylko metropolicie, ale przede wszystkim Kościołowi jako instytucji, która wyniosła abp. Głódzia na szczyty.

Telewizja TVN24 poświęciła reportaż w magazynie „Czarno na białym” nieprawościom arcybiskupa gdańskiego. Dużo było o hołdowaniu przez niego materialistycznym wartościom. Przejawiają się one zarówno w wystawnym stylu życia (rezydencja, bez której obywali się wszyscy dotychczasowi biskupi gdańscy, specjalne wymagania kulinarne), jak i w pazerności na pieniądze (wymuszanie wysokich danin na proboszczach, powiązanie awansów z wysokością przekazywanych hierarsze kwot). Było też o dogadzaniu sobie, przedkładaniu własnych potrzeb i odsuwaniu na plan dalszy tych dotyczących diecezji oraz jej duchowieństwa (miał powstać dom emerytów dla księży, ale ważniejszy był arcybiskupi pałac w Gdańsku-Oruni).

Wreszcie o stosowaniu przemocy w stosunku do podwładnych, zwłaszcza młodych, z samego dołu kościelnej hierarchii. O upokarzaniu, publicznym poniżaniu, ubliżaniu podwładnym wulgarnymi słowami. O łamaniu charakterów, niszczeniu zdrowia tym mniej odpornym psychicznie. Słowem: o stosunkach folwarcznych wprowadzonych przez abp. Głódzia.

Ikona Kościoła oderwanego od współczesnego świata

Podwładni oskarżają Głódzia

Mówili o tym wszystkim duchowni…

View original post 3 337 słów więcej

 

Pokonać Dudę! Zadanie dla kandydatów opozycji. Nie powinno być trudne

Donald Tusk, Rafał Trzaskowski czy Małgorzata Kidawa-Błońska? Zanim największa partia opozycyjna postawi na kandydata na prezydenta, musi się rozliczyć z Grzegorzem Schetyną.

Słoneczny poranek przy Wiejskiej. W gmachu Sejmu atmosfera uroczysta, nowi posłowie zwiedzają budynek. W holu prowizoryczne atelier, parlamentarzyści robią sobie zdjęcia. Przy stoliku obok podpisują listę obecności, debiutanci szkolą się przed czteroletnią kadencją.

Godzina 18, modna ulica Foksal w centrum Warszawy. Cicha knajpka pełna gości. Gospodarzem jest nowy senator niezależny, były poseł PO Stanisław Gawłowski. Minione miesiące były dla niego pełne niespodzianek – w 2018 r. spędził czas w areszcie, ma zarzuty o korupcję.

– Dostałem zaproszenie na spotkanie Gawłowskiego. Kilkudziesięciu gości, większość baronów PO – opowiada jeden z biesiadników. – Podpisali wyrok na Schetynę. Chcieli, by to wiedział. Dlatego umówili się w centrum Warszawy, dali przecieki do tabloidów.

– Nie wszystkim się to podobało. Chcemy zmian, ale nie w takim stylu. Zależy nam, by po rewolucji nie zostały tylko zgliszcza. Rywalizacja powinna być fair play – mówi inny uczestnik biesiady.

Relację ze spotkania daje tygodnik „Wprost”. Wśród gości tzw. frakcja młodych: Borys Budka, Cezary Tomczyk, Sławomir Nitras, Bartosz Arłukowicz i szef partii w Warszawie Marcin Kierwiński, do niedawna kojarzony ze Schetyną.

Jest czołówka PO i polityczni przyjaciele: mecenas Roman Giertych, europoseł Radosław Sikorski, Cezary Grabarczyk, Michał Kamiński, Paweł Poncyljusz, Izabela Leszczyna, z Białegostoku przyjeżdża prezydent Tadeusz Truskolaski.

Lista zaproszonych jest długa, ale niektórych brakuje: Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Tomasza Siemoniaka, Andrzeja Halickiego.

Goście Gawłowskiego sypią anegdotami, bohaterem jest Schetyna. Wznoszą toasty na pohybel przewodniczącego PO.

– Schetyna jak Balcerowicz!

– Czyli jak?

– Musi odejść!

Trzaskowski wraca do gry

Ten wieczór lider PO spędza daleko. W Strasburgu ostrzega Radę Europy o „próbie zmiany werdyktu wyborczego przez PiS”. Gdy pozuje do zdjęcia z sekretarz Rady, jego przeciwnicy liczą szable w stolicy.

– Pytali, czy dołączę. Odmówiłem, bo nawet jeśli ze Schetyną już nie wygrywamy, to jaka jest gwarancja, że wygramy z Budką? – mówi nam polityk PO.

Są różne pomysły, jak odsunąć Schetynę. Kilka osób forsuje stanowisko wicemarszałka Sejmu dla szefa PO i marginalizację jego najbliższych współpracowników. Inni chcą blokować nominatów Schetyny do Senatu.

Ale naprzeciw jastrzębi w PO stają też gołębie. Mówią, że na koniec chcieliby przybić piątkę ze Schetyną. Wszystko ma się rozegrać po 12 listopada, gdy opozycja ułoży się w Senacie. Pierwszym testem będzie wybór szefa klubu parlamentarnego. Budka już się zgłosił.

Ciszej o samego siebie walczy Schetyna. Odwołał wyjazdowe posiedzenie klubu, ale znalazł czas na spotkanie z posłami debiutantami. Natychmiast pojawiły się komentarze, że szuka sojuszników, bo parlamentarzyści z automatu wchodzą do rady krajowej PO. To zaplecze partii.

Jak opowiadają nasi rozmówcy, miał zaproponować drugiej stronie, by do gry o prezydenturę wrócił Rafał Trzaskowski związany z młodymi w PO. – Jego kandydatura upadła, gdy wyskoczył z kartą LGBT. W partii uznali, że jest za bardzo lewicowy, że nie pozbiera głosów tradycyjnych wyborców, a prezydent musi mieć jak najszersze poparcie. Ostatnio młodzi podnieśli głowy, Schetyna da im wszystko, na czym im zależy. Na ich: „Grzegorz, zabijemy cię”, odpowiedział: „Chłopaki, nie zabijajcie mnie, Trzaskowski na prezydenta” – ujawnia polityk PO.

Z prezydentem Warszawy jest pewien problem. Zwycięski scenariusz to komisarz w stołecznym ratuszu, którego wskaże premier. To oznaczałoby, że stolica – wyborczy bastion PO – dostanie się w ręce nominata PiS. Komisarz będzie rządził miastem do nowych wyborów, które muszą być rozpisane w ciągu trzech miesięcy.

Samorządowa ekipa PO jest już przyzwyczajona do kontroli wysłanych przez państwowe służby. Ostatnia to CBA, które przysłało agentów w kominiarkach, co dobrze wygląda w TVP. Zażądali dokumentów oczyszczalni ścieków Czajka. – Czytamy to jako sygnał, że druga strona obawia się kandydata Trzaskowskiego – mówi warszawski polityk PO.

Tusk mobilizuje wyborców PiS

Trzaskowski to tylko jedna z propozycji, przede wszystkim PO czeka na decyzje jej byłego lidera Donalda Tuska. Ale ma on własne plany, startuje na szefa Europejskiej Partii Ludowej. Rzecz rozstrzygnie się dopiero 21 listopada.

To opóźnienie nie było do końca po myśli Schetyny. Po przegranych wyborach do Sejmu chciał uspokoić wrzenie w Platformie, wprowadzając do partyjnej debaty temat kandydata na prezydenta. Daleko szukać nie musiał. Kidawa-Błońska, którą wcześniej zrobił twarzą kampanii wyborczej, zdobyła w Warszawie 416 tys. głosów.

Schetyna uznał, że to kapitał, który daje jej realne szanse w starciu z Andrzejem Dudą. Ludzie z otoczenia przewodniczącego zaczęli przekonywać, że czas goni i trzeba się błyskawicznie decydować. By pójść dalej, potrzebował deklaracji Tuska, ale szef Rady Europejskiej się nie zadeklarował.

Spotkali się w Brukseli, gdzie Schetyna miał usłyszeć, że Tusk niczego nie wyklucza, ale uważa, że opozycji nie stać na pomyłki i kandydaci, których wybierze PO, muszą być gruntownie przebadani.

W partii mówią też o prawyborach. Jeśli PO się na to zdecyduje, to nie pierwszy raz – w ten sposób nominację dostał Bronisław Komorowski, z którym konkurował w 2010 r. Sikorski.

Tusk wie, że wzbudza skrajne emocje. Jest mocnym kandydatem po stronie opozycji, ale po drugiej stronie barykady ma zdeklarowanych przeciwników. W PiS też to wiedzą. Sztabowcy partii doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich elektorat najbardziej mobilizują Tusk, Wałęsa i Giertych.

– Do 21 listopada raczej nie należy się spodziewać twardych deklaracji po naszej stronie. Jeśli wtedy Tusk zostanie szefem Europejskiej Partii Ludowej, to są marne szanse na start w Polsce. Prezydent jest apolityczny, więc musiałby zrezygnować ze stanowiska, które dopiero co zdobył – słyszymy w PO. Ale są też tacy, którzy twierdzą, że rezygnacja nie będzie problemem.

Kaczyński wskazuje Dudę

W tej politycznej układance pewny jest jeden kandydat. Wskazał go Jarosław Kaczyński. – Prezydent Andrzej Duda odnosi sukcesy, które bardzo sobie cenimy. Byłoby z naszej strony wielce nieroztropne i nierozsądne, gdybyśmy chcieli szukać kogoś innego – stwierdził we wrześniu w „Super Expressie.”

Duda czasu nie marnuje, od czterech lat jest w trasie. Przejechał 117 powiatów już jako prezydent, teraz chce dojechać tam, gdzie nie był jeszcze nigdy żaden prezydent. PiS też się już szykuje, z kampanii parlamentarnej chce przejść płynnie w prezydencką. – Dzień po wyborach parlamentarnych jesteśmy gotowi do ostatniej, czwartej i mam nadzieję zwycięskiej – to usłyszeli dziennikarze na śniadaniu prasowym, które w środę wydał PiS. Na Nowogrodzkiej pokazali szczegółowe analizy poziomu poparcia dla partii Kaczyńskiego. To one m.in. posłużą do rozpisania strategii kampanijnej Dudy.

Wcześniej Joachim Brudziński uchylił rąbka tajemnicy, że w najbliższych dniach partia przedstawi sztab wyborczy. Ponieważ nie spodobało się to w Pałacu Prezydenckim, Brudziński stwierdził, że „palnął”, bo była godzina siódma rano.

Ale niezależnie od tego, co teraz głosi europoseł PiS, partia faktycznie przymierza się do wiosennej kampanii prezydenckiej. Z kilku powodów.

Po odbiciu Senatu przez opozycję w PiS wiedzą już, że mają realnego konkurenta. – Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie spacerek – mówił o kampanii prezydenckiej wicepremier Jacek Sasin. Bo jeśli druga strona ułoży po swojemu Senat i wybierze swojego marszałka, to on, a nie Nowogrodzka, ogłosi termin wyborów prezydenckich.

PiS chce też wykorzystać zamieszanie i wewnętrzne rozliczenia w Platformie, by w ten sposób pokazać wyborcy porządek w obozie władzy i chaos po stronie głównej partii opozycji.

PSL: Zróbmy prawybory opozycji

Bo w PSL i na Lewicy kryzysu nie ma. W grze są Robert Biedroń z Wiosny i szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Schetyna ma wyjście. Może skorzystać z naszego pomysłu i odwrócić uwagę od tego, co się dzieje u niego w partii – mówi „Wyborczej” jeden z ludowców. PSL też proponuje prawybory, w których kandydatów do urzędu prezydenta wystawia cała opozycja. – To jest coś nowego, czego jeszcze w polskiej polityce nie było. Kandydaci spotykają się i debatują, śledzą to media i wyborcy, więc gra toczy się na naszym podwórku. Po trzech tygodniach robimy duże badania, który z kandydatów ma największe szanse, i tego wystawiamy – mówi „Wyborczej” Władysław Kosiniak-Kamysz.

Ale pomysł nie ma wielu zwolenników. – Jeśli faktycznie przegrani w takich prawyborach wycofaliby się ze startu, uznając jednego kandydata opozycji, byłoby to godne rozważenia. Ale jakoś sobie tego nie wyobrażam – mówi ważny polityk PO.

Tomasz Siemoniak, wiceszef PO, stronnik Schetyny, ocenia, że propozycja PSL jest nierealistyczna, bo każdy, kto zajmuje się polityką, pamięta, co się stało z Unią Wolności, gdy nie zgłosiła kandydata na prezydenta w 2000 r. – Skończyło się to fatalnie, UW praktycznie przestała istnieć – przypomina.

To wspomnienie przywołują kolejni rozmówcy od PiS po SLD. Budka uważa, że najlepsze prawybory dla opozycji to pierwsza tura wyborów prezydenckich.

W prezydenckiej grze chce zagrać też lewica, która po czterech latach wróciła do Sejmu i na nowo buduje swoją markę. – Żadnych powszechnych prawyborów a la PSL, wszystko na spokojnie. Testem będzie pierwsza tura – mówi ważny polityk Sojuszu.

Kandydatem będzie Biedroń. To będzie dla niego finał brawurowego politycznego rajdu. Lider Wiosny, eurodeputowany, który obiecał złożyć mandat, ale zmienił zdanie. Do tego krytyk SLD, który został sojusznikiem partii Włodzimierza Czarzastego.

Działacz Sojuszu: – Nie gramy w tej samej lidze co Donald Tusk, ale Biedroń weźmie swoje, a my musimy za nim stać z logo lewicy. To nazwisko na kilkanaście procent. Powiem nieelegancko, ale obrazowo: po czterech latach wyszliśmy z czarnej dziury, nikt nie chce tam wrócić. Będziemy stali za Biedroniem murem.

„Donald Tusk jest niezawodnie genialny. Lojalny i uczciwy wobec Wielkiej Brytanii, znacznie wykraczający poza to, czego można oczekiwać. Nie uciekł się do gniewnych tyrad ani nie był mechanicznym technokratą, w przeciwieństwie do innych w Brukseli. Mamy szczęście, że był tam w tym okresie z nami” – napisał wydawca jednego z angielskich serwisów poświęconych polityce, Ian Dunt.

„Gdyby pisiorki umiały czytać po angielsku trafiłby ich szlag.” – skomentował to jeden z internautów.

Kmicic z chesterfieldem

Kaczyński, Kamiński i Ziobro od dawna musieli wiedzieć o majątku Mariana Banasia i jego biznesowych konszachtach z gangsterami. A mimo to karnie podnieśli rękę za powołaniem tego „krystalicznie uczciwego” człowieka na szefa NIK. Dlaczego?

Prezes PiS, prokurator generalny, szefowie służb specjalnych jak jeden mąż zagłosowali 30 sierpnia w Sejmie za tym, by powołać Mariana Banasia na prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Choć od miesięcy było wiadomo, że w sprawie jego majątku są niejasności, a jego byli współpracownicy z resortu finansów mają zarzuty za wyłudzenie VAT, „Pancerny Marian”, jak nazywają Banasia partyjni koledzy, jest mocniejszy, niż nam wszystkim się wydawało.

Gdy „Superwizjer” TVN ujawnił, że od lat wynajmował znanym krakowskim sutenerom kamienicę, którą ci zamienili na hotelik z pokojami na godziny, PiS bronił go jak niepodległości. Sam Banaś brylował w prorządowych mediach, pokrętnie tłumacząc się z biznesów z karanymi w przeszłości gangsterami, którzy mają do niego bezpośredni telefon. I sam się denuncjował, ujawniając…

View original post 2 490 słów więcej

 

Rzeźnik demokracji

Po to Jarosław Kaczyński ze swoim sztabem lizusów partyjno-kościelnych zmienił Kodeks Wyborczy i cały zestaw przepisów oraz decydentów w tych sprawach, aby z niego korzystać. Wobec oczekiwań prezesa PiS, że musi mieć większość w Senacie, można teraz zrobić prawie wszystko.

Zgodnie z prawem, ponowne liczenie głosów może się odbyć tylko z przyczyn przestępczych lub naruszenia Kodeksu Wyborczego. Czy więc przegrana PiS-u jest takim powodem? Z pewnością nie, ale, od czego są ludzie Ziobry, którzy zarządzą takie liczenie i stworzą pozory udowodnienia wygranej PiS-u we wszystkich zaskarżonych przypadkach. A to dlatego, że dokumentacja poszczególnych komisji wyborczych jest w rękach komisarzy wyborczych, których powołał PiS. Dostęp do pieczęci i czystych kart do głosowania mają komisarze wyborczy z PiS. Mieli już dostatecznie wiele czasu, aby zrobić z tą dokumentacją wyborczą wszystko, podmienić karty, dopisać na kartach opozycyjnych dodatkowe skreślenia, zagubić część kart itp. Zestaw możliwości komisarzy jest nieskończenie duży. Ponadto, w razie wątpliwości zawsze jest dyżurne ciało PiS-bezprawia w krajowej izbie dyscyplinarnej SN, aby nie było wątpliwości co do tego, kto ma rację.

W tej sytuacji liczenie głosu jest profanacją wyborczą i nie może niczego wyjaśnić oprócz tego, że PiS w swoim zamordyzmie jest gotowy do wszystkiego. Stworzy pozory swojego zwycięstwa wyborczego, poprzez ponowne przeliczenie tego, co już dawno nie jest wyborem wyborców.

Czas rzeźni prawnej dopiero się zaczyna. Wstęp mamy przy odmowach prokuratury wszczęcia postępowania karnego przy oczywistym łamaniu prawa PiS-nadludzi: Kaczyńskiego, Banasia, Ziobry, Glapińskiego i całej plejady Kamińskich oraz Głódziów.

Niezależnie od tego teatru pozorów, wybory pokazały, że dopóki parafianie wsi i małych miasteczek nie będą mieli dostępu do informacji, a jedynie do propagandy Rydzyka i Kurskiego, otępienie narodu dla swobodnego sprawowania władzy przez partie faszyzmu i bezprawia nie będzie zagrożone. Ich dominacyjnej pozycji z pewnością nie wzruszą też leniwi pozoranci partyjnej opozycyjności.

Tymczasem rzeźnik sprawnym ruchem tasaka ćwiartuje Polskę i oddziela wartościowe kęski od sadła. Dla zatrzymania tego procesu potrzebna jest, już teraz silna opozycja i to na ulicach, ale ją rozbili już liderzy partyjni. Zdradzili opozycję uliczną, zakpili z ich protestów i z ich liderów. Teraz podczepiają się pod ich dokonania i pozostawiają samych w ich licznych procesach sądowych za stawianie pokojowego oporu władzy w łamaniu demokracji i wylęgu faszyzmu.

Czy więc wyjdzie ktoś jeszcze na ulice, zdeterminowany i zaangażowany?
Jednak o tym, już następnym razem.

Kmicic z chesterfieldem

Państwowa Komisja Wyborcza przeanalizowała jeden z sześciu – bliźniaczo do siebie podobnych – protestów wyborczych PiS i uznała, że nie zasługuje na uwzględnienie. – Wnosimy o pozostawienie go bez dalszego biegu – wystąpiła do Sądu Najwyższego.

Protesty wyborcze komitetu PiS ujawniło Oko.press. Serwis wydobył skargi z Sądu Najwyższego. W sześciu podobnych pismach komitet PiS kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych. We wszystkich wygrali kandydaci opozycji lub niezależni. Przewaga nad kandydatami PiS wyniosła od 320 głosów do 3 tys.

Rządząca partia liczy, że uwzględnienie protestów pozwoli jej na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni.

„Wyniki wyborów niemal po połowie dzielą Senat pomiędzy partię sprawującą władzę a opozycję. W tym stanie rzeczy w interesie społecznym jest podjęcie dodatkowych działań weryfikujących” – napisał w uzasadnieniu protestów pełnomocnik komitetu PiS Krzysztof Sobolewski.

PiS myli artykuł kodeksu

„Zgłaszam protest wyborczy przeciwko ważności wyborów do Senatu RP”…

View original post 3 471 słów więcej