Kaczyński na Halloween – mistrz destrukcji

Dzień doberek.

Proboszcz parafii w Brzeźnie Lęborskim zaprosił do odprawiania rekolekcji księdza Wincentego Pawłowicza, skazanego za molestowanie ministrantów. Zawiadamiamy o tym prokuraturę. I apelujemy do Episkopatu: nie pozwólcie, by to się powtórzyło!

Jak wykazało śledztwo OKO.press, ksiądz Wincenty Pawłowicz, skazany w 2003 r. za molestowanie chłopców we wsi pod Łowiczem, po wyjściu z więzienia, w 2006 r. został proboszczem w Krasosiłce pod Odessą na Ukrainie. Odprawiał tam msze w kilku parafiach, miał ministrantów, a z jednym z nich wyjechał nawet na wycieczkę do Włoch.

 

Według informacji, które uzyskaliśmy od mieszkańców Krasnosiłki, ks. Pawłowicz w 2017 r. wrócił do Polski. Nie wiemy, gdzie teraz przebywa. Zapytaliśmy o to kurię łowicką i odesko-symferopolską, ale od ponad tygodnia nie udzieliły nam żadnej odpowiedzi.

Wiemy jednak, że ks. Pawłowicz od 7 do 10 grudnia 2017 r. prowadził rekolekcje adwentowe w parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Brzeźnie Lęborskim, małej wsi na Kaszubach, gdy jej proboszczem był ks. Wojciech Czajkowski.

Zawiadamiamy o tym prokuraturę, ponieważ podejrzewamy, że ks. Czajkowski nie sprawdził, czy Wincenty Pawłowicz figuruje w rejestrze sprawców przestępstw na tle seksualnym, czyli tzw. “rejestrze pedofilów”. A zgodnie z ustawą, która powołała ten rejestr, każdy, kto „dopuszcza do pracy lub do innej działalności związanej z wychowaniem, edukacją, wypoczynkiem, leczeniem małoletnich lub z opieką nad nimi”, ma obowiązek obowiązek sprawdzania, czy dopuszczona do kontaktu dziećmi w  rejestrze przestępców seksualnych z dostępem ograniczonym.

Tu trzeba wyjaśnić, że rejestr przestępców seksualnych ma dwie części. W publicznej zgromadzono m.in. dane sprawców gwałtów ze szczególnym okrucieństwem, gwałtów na dzieciach poniżej 15 roku życia i osób, które przestępstw seksualnych dokonywali wielokrotnie. We wrześniu 2018 r. Ministerstwo Sprawiedliwości informowało, że w rejestrze publicznym umieściło 826 nazwisk.

W części rejestru z dostępem ograniczonym umieszczono sprawców także innych kategorii przestępstw seksualnych, łącznie 3355 nazwisk. O przejrzenie ich danych do Ministerstwa Sprawiedliwości mogą wnioskować m.in. sędziowie, prokuratorzy i funkcjonariusze służb, o ile jest im to potrzebne w prowadzonych postępowaniach.

Natomiast pracodawcy muszą zapytać resort, czy dana osoba figuruje w rejestrze, zanim jeszcze dopuszczą ją do kontaktu z dziećmi. Żeby to zrobić, muszą zarejestrować się na stronie rejestru.

Jeśli ktoś tego obowiązku nie dopełni lub – co gorsza – dowie się z rejestru, że dana osoba jest przestępcą seksualnym, a mimo to pozwoli jej uczyć, opiekować się czy leczyć dzieci, może być ukarany aresztem, ograniczeniem wolności albo co najmniej tysiącem złotych grzywny.

Naszym zdaniem ks. Wojciech Czajkowski mógł zasłużyć na taką karę.

A oto dowody

Dowody można znaleźć na stronie parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Brzeźnie Lęborskim.

Znajdujemy tam dziewięć zdjęć, na których widać ks. Wincentego Pawłowicza, skazanego w 2005 r. z art. 200 kodeksu karnego na trzy lata więzienia za molestowanie pięciu ministrantów. Pawłowicz stoi za ołtarzem, czyta Pismo Święte, kroczy między ławkami z kropidłem w ręku. Nietrudno go rozpoznać. Charakterystyczną obfitą sylwetkę oraz bujną, siwą brodę znamy z wielu zdjęć Pawłowicza publikowanych przez media i filmów z kanału jego pododeskiej parafii.

Rekolekcje “ks. Antoniego Pawłowicza z parafii pw. św. Ojca Pio w Odessie na Ukrainie” zapowiadały ogłoszenia parafialne z 3 grudnia. A po ich zakończeniu ówczesny proboszcz parafii w Brzeźnie ks. Wojciech Czajkowski dziękował: „Dziękuję Księdzu Antoniemu, który przyjechał do nas z Odessy na Ukrainie”. Choć Antoni to drugie imię Wincentego Pawłowicza, nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia z tym samym księdzem, który w 1999 roku molestował chłopców.

Opiekował się i edukował

Nie mamy też wątpliwości, że prowadzenie czterodniowych rekolekcji jest “działalnością związaną z wychowaniem, edukacją małoletnich lub opieką nad nimi”. Na zdjęciach widzimy, że w kościelnych ławach stoi kilkanaścioro dzieci, w tym sześciu ministrantów.

Rekolekcje według słownikowej definicji, to “nauki połączone z mszą, mające na celu umocnienie wiary i odnowę moralną”. W ich trakcie ksiądz rekolekcjonista – w tym przypadku ks. Pawłowicz – wygłasza kazania i udziela sakramentu spowiedzi. Z wielu historii wykorzystania nieletnich przez księży wiemy, że spowiedź jest szczególnie niebezpieczna. Kapłani wykorzystują ją do spoufalenia się z dzieckiem, poznania jego tajemnic i uwiedzenia, a gdy ono się powiedzie – do wymuszenia na ofierze obietnicy milczenia.

Niepokojący jest też fakt, że ks. Pawłowicz miał kontakt z małoletnimi ministrantami. Jako rekolekcjonista mógł pełnić wobec nich rolę opiekuna lub przełożonego. Pełnienie tej roli z kolei mogłoby ułatwić mu przebywanie z chłopcami bez niczyjego nadzoru oraz nadużywanie swojej władzy i autorytetu kapłana.

Czy ks. Czajkowski wiedział?

Nie wiemy, czy ks. Wojciech Czajkowski, proboszcz parafii w Brzeźnie Lęborskim, wiedział o tym, że ks. Wincenty Pawłowicz był skazany za molestowanie ministrantów. W zapowiedzi rekolekcji z 3 grudnia 2017 r. i w podziękowaniach za nie przedstawiał Pawłowicza jako “księdza Antoniego, proboszcza z Odessy na Ukrainie”. Antoni to drugie imię Wincentego. Domyślamy się, że ta zamiana imion miała na celu ukrycie przed parafianami faktu, że mają do czynienia z przestępcą seksualnym. Czy ks. Czajkowski świadomie wziął udział w tej mistyfikacji?

Jeśli tak, oznacza to, że prawdopodobnie był z Pawłowiczem w zmowie, celowo oszukał swoich parafian i naraził ich na niebezpieczeństwo.

Jeśli nie wiedział, oznacza to, że niewiele zrobił, by przekonać się, kim jest osoba, której pozwolił na prowadzenie rekolekcji. Do zweryfikowania nazwiska księdza powinno wystarczyć poproszenie go o dowód osobisty. Do sprawdzenia przeszłości Wincentego Pawłowicza wystarczy wstukanie jego nazwiska w wyszukiwarkę. Kilka pierwszych wyników, których dostarcza Google, dotyczy popełnionego przez niego przestępstwa.

Jesteśmy za to niemal pewni, że to za sprawą księdza Czajkowskiego ksiądz Wincenty Pawłowicz został rekolekcjonistą w Brzeźnie. Jak dowiedzieliśmy się rzecznika od kurii pelplińskiej, której podlega Brzeźno Lęborskie,  “kuria nie była w posiadaniu informacji o wspomnianych rekolekcjach w Brzeźnie Lęborskim. Nie sprawdza też ani nie zatwierdza rekolekcjonistów w poszczególnych parafiach. Reaguje w przypadku ewentualnie zgłoszonych wątpliwości”.

Nawet jeśli ks. Czajkowski osobiście nie zlecił prowadzenia rekolekcji (mógł to zrobić np. inny ksiądz z tej parafii), to i tak można powiedzieć, że jako proboszcz dopuścił do ich prowadzenia. Inaczej mówiąc: nie zrobił nic, by Pawłowiczowi przeszkodzić  A to „dopuszczenie”, a nie zlecanie jest karalne.

Rejestr i tak nic by nie zdradził

Prokuratura ma więc przed sobą dwa zadania. Po pierwsze, musi ocenić, czy prowadzenie rekolekcji przez Wincentego Pawłowicza było “działalnością związaną z wychowaniem, edukacją, wypoczynkiem małoletnich lub z opieką nad nimi”. Po drugie, musi sprawdzić, czy słusznie podejrzewamy, że ks. Czajkowski nie sprawdził, czy ks. Pawłowicz figuruje w rejestrze przestępców seksualnych z dostępem ograniczonym. Nie powinno to być trudne, bo wszystkie takie zapytania zapisuje sobie Ministerstwo Sprawiedliwości.

Jeśli odpowiedź na oba pytania będzie twierdząca, wystarczy to, by oskarżyć księdza Wojciecha Czajkowskiego o naruszenie przepisów ustawy o rejestrze przestępców seksualnych.

Będzie mógł zostać skazany, nawet jeśli nazwisko Wincentego Pawłowicza w rejestrze nie figuruje.

A prawdopodobnie jego nazwiska tam nie ma. Znalazłoby się w rejestrze, gdyby Pawłowicz został skazany z tego samego paragrafu (art. 200 kk) po wejściu w życie ustawy, czyli po 1 października 2017 r. Wyrok, w którym przywołano ten paragraf, nie kwalifikuje jednak do umieszczenia w rejestrze, jeśli przestępstwo popełniono przed 1 października 2017 r. Ustawa działa wstecz w dużo węższym zakresie: obejmuje skazanych tylko za wybrane przestępstwa seksualne, m.in. zgwałcenie dziecka poniżej 15 roku życia lub zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem.

Dlaczego więc składamy zawiadomienie?

Dlaczego składamy zawiadomienie do prokuratury, choć wiemy, że ks. Wojciech Czajkowski i tak nie znalazłby ks. Pawłowicza w “rejestrze pedofilów”?

Z kilku powodów. Po pierwsze, wcale nie mamy pewności, że Wincenty Pawłowicz nie figuruje w rejestrze. Nie możemy wykluczyć, że popełnił przestępstwo seksualne po wejściu w życie ustawy o rejestrze, podobnie jak nie można takiej okoliczności z góry wykluczyć w każdym innym przypadku.

Po drugie, chcemy by to zawiadomienie zadziałało prewencyjnie. Domyślamy się, że niewielu księży wie o obowiązku sprawdzania  w rejestrze przestępców seksualnych nazwisk osób, mających pracować z dziećmi. Nie dowierzamy natomiast zapewnieniom przedstawicieli Kościoła, według których wszyscy zakonnicy i księża dostają wystarczające informacje o skazanych duchownych.

Dlatego apelujemy do Konferencji Episkopatu Polski o znowelizowanie “wytycznychdotyczących nadużyć seksualnych popełnionych przez duchownych wobec osób niepełnoletnich” tak, by uwzględniały obowiązek korzystania z rejestru sprawców przestępstw na tle seksualnym. Apelujemy także o przeprowadzenie szkoleń w tym zakresie, obejmujących wszystkich duchownych oraz pracowników kościelnych i monitorowania realizacji tych wytycznych.

Księża biskupi! Nie pozwólcie, by księża skazani za molestowanie uczyli i spowiadali dzieci!

Po trzecie, chcemy sprawdzić, jak w praktyce działają przepisy ustawy o rejestrze. Zakreślenie przez prokuraturę i sąd granic dość nieprecyzyjnych terminów, takich jak “działalnością związaną z wychowaniem lub edukacją” oraz “opieka nad małoletnim” może pomóc w rozwianiu wątpliwości, co do tego, kogo i w jakiej sytuacji ta ustawa dotyczy.

Po czwarte, chcemy przy okazji sprawdzić, czy prokuratura będzie poddawana naciskom politycznym w sprawie dotyczącej duchownego katolickiego oraz jak na takie naciski zareaguje. Chcemy jednak ufać w jej niezależność.

Koalicja Obywatelska wygrała w miastach, PSL oberwało w sejmikach. Po trzech latach rządów PiS jest nadal partią mniejszości. Przy takim podziale głosów jak w wyborach samorządowych, a mądrzejszym zachowaniu liderów PSL, SLD i „ambitnych rozłamowców lokalnych” (wystarczy że wszyscy ze zrozumieniem przeczytają większościową ordynację wyborczą, dającą ogromną premię za współpracę na listach), PiS przegra wybory europejskie i straci władzę po wyborach parlamentarnych.

Po ogłoszeniu pierwszych sondażowych wyników PSL czuło się potęgą (18 procent), liderzy ludowców oddychali z ulgą, a nawet wysuwali nowe żądania pod adresem KO. Po ogłoszeniu realnych wyników (12 procent) ludowcy znaleźli się na skraju przepaści.

Jak do tego doszło? Nie tylko 500 plus (na wsi żyje najwięcej rodzin wielodzietnych), nie tylko szczelna propaganda (mieszkańcy wsi są skazani na media państwowe, media Rydzyka i Polsat, który od paru miesięcy „pragmatycznie” skręcił w stronę PiS). Ale PiS miało mocniejszy argument. Efektywne zjadanie PSL-u przez PiS trwało przez trzy lata od 2015 roku.

Z PSL-em w ogóle jest problem (każda polska partia ma jakiś problem, więc nie oznacza to „stygmatyzowania” ludowców). Wyborcy, klientela i aparat tej partii składa się z dwóch typów ludzi – farmerów i ludzi całkowicie uzależnionych od państwa. Pierwsi są na wsi realną elitą, skorzystali na transformacji, rozumieją wartość naszych związków z UE, bo często produkują na eksport albo są stałymi dostawcami dla dużego spożywczego biznesu. Jednak druga grupa ludzi PSL to rodziny i całe środowiska od pokoleń zatrudnione w urzędach państwowych i sieciach państwowych instytucji działających na prowincji i na wsi. Na nich Kaczyński po przejęciu władzy w 2015 miał łatwego bata.

W Warszawie PSL-owcy zawsze byli potrzebni do różnych koalicji, więc wszyscy (od SLD po PO) płacili im monopolem zatrudniania w agencjach rolnych, w straży pożarnej, w wielu innych rozbudowanych sieciach instytucji gospodarczych, politycznych, społecznych na polskiej prowincji.

Po roku 2015, po przejęciu władzy w Warszawie, PiS wcale nie urządziło tam totalnej czystki ludzi PSL-u, ale zrealizowało wobec nich totalny szantaż – częściowo udany.We wszystkich instytucjach obsadzanych z „centrali” można było po roku 2015 bez żadnego problemu uratować robotę dla siebie, rodziny, przyjaciół, klientów (nawet wielokrotnie karanych), ale wyłącznie pod jednym warunkiem – za cenę przejścia z PSL do PiS. W ostatnich wyborach lokalni ludzie PSL na prowincji masowo znaleźli się na lokalnych listach PiS. W konsekwencji nastąpiło zniszczenie lub silne osłabienie wielu struktur organizacyjnych PSL, w wielu regionach i gminach. PSL zostało przez 3 lata w dużej części zniszczone, wynik wyborów samorządowych jest konsekwencją. Spadek liczby głosów w wyborach do sejmików województw z 23 do 12 procent.

Teraz jednak przyszedł jeszcze silniejszy cios, a co za tym idzie zagrożenie przetrwania PSL-u w europarlamencie i w Sejmie – utrata przez ludowców sejmików na ścianie wschodniej. PSL miało tam marszałków i urzędy marszałkowskie. Wynik ostatnich wyborów to dla ludowców utrata setek stanowisk w województwach wschodnich, które były do tej pory bazą polityczną PSL.

Po tych wyborach PiS ponawia wobec ludowców szantaż z 2015 roku. Mając nadzieję już nie tylko na przejęcie lokalnych działaczy, ale na przejęcie i zniszczenie całego PSL. Na razie mamy twarde wypowiedzi Władysława Kosiniak-Kamysza i Adama Jarubasa (tracącego właśnie stanowisko marszałka województwa świętokrzyskiego). Oni rozumieją, że kapitulacja wobec PiS i tak oznacza zniszczenie PSL. Jednak mogą stać się ofiarą „puczu” setek działaczy PSL ściany wschodniej, którzy stanęli przed perspektywą utraty pracy i są zupełnie otwarcie szantażowani przez PiS. Kosiniak-Kamysz już dziś nie może zablokować koalicji PSL i PiS w radach niektórych powiatów ściany wschodniej, stąd jego defensywne wypowiedzi na temat tego, że takie koalicje „gdzieniegdzie były tradycją” i były „owocne”.

Grzegorz Schetyna robi wszystko, aby jak najwięcej PSL-owców uratować w województwach, w których KO wygrało. Oferuje im tam więcej, niż by wynikało z ich siły – i słusznie. Rozbicie lub przejęcie PSL-u oznaczałoby bowiem władzę PiS w prawie wszystkich polskich województwach. Do tego PiS próbuje przejąć pieniądze i siłę organizacyjną PSL przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi. Po zniszczeniu PSL poza miastami nikt poza PiS-em nie będzie prowadził kampanii wyborczej, ani nikt poza ludźmi PiS-u nie będzie liczył głosów.

Jeśli PiS przejmie PSL i przejmie władzę w prawie wszystkich sejmikach, pod znakiem zapytania stanie cały program decentralizacji państwa i wzmocnienia samorządów przygotowany przez Platformę i zaakceptowany przez Koalicję Obywatelską. Zakłada on wzmocnienie kompetencji marszałków województw. Jeśli PiS zniszczy PSL i zdobędzie sejmiki, nawet po odsunięciu PiS od władzy w państwie ludzie Kaczyńskiego mieliby gigantyczne pieniądze i rozbudowane struktury w większości województw. Gdzie nie zajmowaliby się samorządem, ale przygotowywali ofensywę „prawicowej wsi, przeciwko liberalnemu miastu”.

Dlatego kluczowe dzisiaj jest zachowanie suwerenności PSL wobec PiS-u. A w przypadku uratowania partii – widoczna już dla obecnego kierownictwa PSL konieczność wspólnej z KO listy do Parlamentu Europejskiego. Pod własnym sztandarem, ale bez marnowania głosów. Ludowcy mają dobre alibi dla wielu swoich bardziej konserwatywnych działaczy i wyborców. Od zawsze są bowiem w Parlamencie Europejskim w jednej grupie politycznej z Platformą – w chadecko-ludowej EPP. EPP ma swoje bardziej liberalne i bardziej konserwatywne skrzydło. Mechanizmy wypracowane tam do ucierania ideowych kompromisów – bez paraliżu i bez rezygnacji z pozytywnej wizji Europy – mogą zadziałać także w Polsce. Stworzenie wspólnych list z Koalicją Obywatelską na wybory europejskie, a potem na wybory parlamentarne to dla PSL ryzyko, ale i jedyna szansa przetrwania. A dla Polski szansa na zakończenie terroru PiS-owskiej mniejszości łamiącej Konstytucję, przejmującej państwo i niszczącej to, czego nie potrafi przejąć. Zsumowane głosy KO i PSL już dziś pozwalają odsunąć partię Kaczyńskiego od władzy. W przypadku wspólnej listy obie partie będą miały wyraźną przewagę. Wynikającą także z większościowej ordynacji w Polsce.

Gra idzie o wszystko. Jeśli demokratyczna, proeuropejska Polska nie będzie miała swoich przyczółków poza miastami, przegra. Przeżycie PSL jest dziś jednym z warunków, żeby polskie miasta – które totalnie odrzuciły PiS – nie stały oblężonymi twierdzami. Taki był scenariusz niszczenia demokracji na Węgrzech (gdzie „duże miast” jest właściwie jedno), w Turcji, w Iranie, w Wenezueli (tam też do samego końca Chavez i Maduro przegrywali wybory na burmistrzów miast, a dziś ci burmistrzowie siedzą w więzieniach albo są na emigracji). Zawsze prowadził do pacyfikacji liberalnych miast. Polska może się obronić przed tym scenariuszem, ale tylko wówczas, jeśli przeżyje PSL.

Niecałe 2 lata temu został powołany Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, który ma funkcjonować aż do 2021 r. Na działalność tegoż komitetu PIS wyłożył 200 mln zł.  11 listopada 2018 miało być hucznie i uroczyście, tymczasem – jak już dziś wiadomo – zapowiada się wielka kompromitacja.

Najwyraźniej nie zanosi się na jakiekolwiek centralne uroczystości, żadne głowy państwa nas z tej racji nie odwiedzą, za to tradycyjnie głównymi ulicami stolicy przemaszerują bandy narodowców, którzy w żaden sposób nie chcieli się ułożyć w tej sprawie z rządzącymi.

Prezydent najpierw zapraszał na marsz po czym oznajmił, że sam udziału w nim nie weźmie. Nie zobaczymy tam też żadnego prominentnego PiS – owca… Wszystko co PiS–owski rząd oferuje to wspólne śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego. Czy to ma właśnie kosztować 200mln zł? – zastanawiają się internauci.

„Ja myślałem, że pieniądze pójdą na organizację jakiejś wielkiej i hucznej…”; Czy ktoś się orientuje, na co dokładnie ma pójść te 200 mln zł? Ktoś coś słyszał o jakichś oficjalnych uroczystościach organizowanych przez rząd? – pytają.

Inni drwią: „Mam takie przeczucie, że te 200 mln zamiast na obchody Dnia Niepodległości, te pieniądze poszły na pomniki, jeden nielegalny już stoi, a drugi nielegalny pomnik L.Kaczyńskiego, który ma być odsłonięty 10 listopada, dlatego i obchody DN marginalizują, oddajcie 200 baniek-złodzieje”– czytamy na Twitterze

Poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz zapowiada interpelację i wniosek do Najwyższej Izby Kontroli. Ma też sugestię na temat spożytkowania 200 baniek. PiS ma taką zasadę, że karmi swoich Misiewiczów pieniędzmi z budżetu – mówi.

Formacja, która słynęła z najlepszych kierowców, teraz jest pośmiewiskiem – powiedział w „Faktach po Faktach” Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych o ostatnich wypadkach z udziałem SOP.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz komentował pracę SOP w kontekście ostatniej kolizji kolumny wiozącej Beatę Szydło.

Uszkodzeniu uległy dwa pancerne samochody rządowe rządowe – ABW i audi. Według byłego szefa BOR ich naprawa może pochłonąć nawet 100 tys. zł.

Według byłego szefa MSWiA są to konsekwencje likwidacji Biura Ochrony Rządu i zastąpienia go Służbą Ochrony Państwa. W wyniku tej zmiany z pracy zrezygnowali najlepiej wyszkoleni profesjonaliści. Zastąpiła ich, jak mówił Sienkiewicz, „parada pajaców”.

Rozwoził paczki, został kierowcą Szydło

Zdaniem Sienkiewicza ekipa rządząca zlikwidowała Biuro Ochrony Rządu z zemsty za „wyimaginowane winy” związane z katastrofą smoleńską.

– To po prostu jest zemsta polityczna na tej formacji. Przy tworzeniu fałszywego mitu smoleńskiego BOR był jednym ze współwinnych w oczach PiS-u  – mówił Sienkiewicz.

Według byłego szefa MSWiA Biuro Ochrony Rządu „miało swoje słabości”, ale pracujący tam funkcjonariusze byli świetnie wyszkoleni. Jego zdaniem po zmianach wprowadzonych przez PiS, czyli likwidacji BOR i powołaniu SOP, profesjonalistów zastąpiła „parada pajaców”.

>>>

Po tym, jak na wybory samorządowe wpłynęło hasło polexitu, rząd podjął pracę naprawczą, ale skierowaną na własny wizerunek, a nie na to, żeby się włączyć do głównego trzonu UE – uważa prof. Artur Nowak-Far z Instytutu Prawa SGH, były wiceminister spraw zagranicznych.

Polexit jako temat wyborów samorządowych

Profesor Artur Nowak-Far pytany o faktyczny polexit – nie wyjście Polski z Unii Europejskiej, tylko zepchnięcie jej na margines Wspólnoty – podkreśla, że już teraz nie jesteśmy w centrum procesów decyzyjnych UE, a miejsce Polski w znacznej mierze zajęły inne kraje.

Co w kwestii przyjęcia euro

W Polsce od paru lat obrzydza się Unię Europejską i euro – mówi prof. Nowak-Far, który uważa, że nie powinniśmy wspólnej waluty odrzucać. Jego zdaniem Polska nie wybierając euro, zaczyna być marginalizowana.

Zapowiedź rezygnacji Angeli Merkel z szefowania CDU

– Pani kanclerz Merkel z naszego punktu widzenia jest nie do przecenienia. Ona wie, czym jest komunizm, rozumie nasze doświadczenie historyczne – uważa prof. Nowak-Far. Jego zdaniem zmiana na stanowisku kanclerza Niemiec oznacza wzrost ryzyka dla Polski.

Waldemar Mystkowski pisze o krętactwach PiS ws. TSUE.

Niczego nowego nie proponuje PiS w sprawie Sądu Najwyższego. Kwestia oparła się o najwyższy czynnik prawny w Unii Europejskiej, o Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

A więc premier i podlegli mu ministrowie rozgrywają, jak potrafią – czyli kłamiąc i matacząc, patentowany kłamca (otrzymał ten patent już dwukrotnie w czasie tej kampanii samorządowej) Mateusz Morawiecki swego czasu pochwalił się, że negocjacje z instytucjami unijnymi ma opanowane w małym paluszku.

Najpierw gruchnęła wieść, iż szef dyplomacji Jacek Czaputowicz – mało kto wie, że ktoś taki nim jest – przesłał do Trybunału Konstytucyjnego elaborat kwestionujący zasadność zapytania Zbigniewa Ziobry, czy Sąd Najwyższy może zwracać się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE, bo TK nie ma takich kompetencji, aby badać prawo unijne, które Polska przyjęła „jako dorobek wspólnotowy” wchodząc do UE.

Po ujawnieniu interwencji Czaputowicza w atrapie Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się spekulacje, czy to Ziobro został kozłem ofiarnym 32-procentowego poparcia PiS w ostatnich wyborach. Tak, tak, tak! – komentatorzy przyklasnęli tej wykładni, bo PiS już od trzech lat podobnymi im wodzi za nos, czyli prowadzi na rzeź rozumu

A wraz z tą spekulacją Ziobrze podsunięta została informacja, iż w rządzie – uwaga! uwaga! – pracuje się aż nad trzema ustawami o Sądzie Najwyższym, które mają wdrożyć postanowienie TSUE o zawieszeniu ustawy o SN dotyczącej wieku emerytalnego sędziów. Nad trzema! – a dlaczego nie nad jedną? Tak oni mają! – wspinają się na szczyty absurdów. Ba! – nad ustawą ma ponoć pracować minister nauki i szkolnictwa wyższego. Dlaczego nie minister środowiska? – był zapytać konstytucjonalista prof. Marcin Matczak.

No i wyszło szydło z worka – poprawiam się: wyszło szydło z pisowskiego chachmętu – gdy gruchnęła kolejna wieść, iż Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu nadzwyczajnie przyspiesza rozpatrywanie skargi Komisji Europejskiej na Polskę za ustawę o Sądzie Najwyższym.

To jest clou partaniny PiS w kwestii SN. I jak to w PiS jest, przystępują do dalszego mataczenia. Bo oto Ministerstwo Spraw Zagranicznych (a konkretnie biuro rzecznika prasowego) – dystansuje się od swego szefa, przyznając, iż Ziobro mógł złożyć wniosek o Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej.

Jeszcze inaczej kręcić poczęli zastępcy Ziobry, w tym wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, który stwierdził, iż odwołają się od postanowienia szefa TSUE Koena Lenaertsa, który podjął decyzję jednoosobowo.

Tak wyrażają się ponoć prawnicy z wykształcenia. Wygląda na to, że nie znają prawa – ani unijnego, ani uniwersalnego w Europie obowiązującego – prawa rzymskiego, ani prawa polskiego, bo od postanowienia sędziego o zawieszeniu decyzji, bądź aresztowania – nie ma odwołania.

Partanina PiS w tej kwestii, jak w innych jest uniwersalna. Spartaczyli nam święto 100lecia odzyskania niepodległości, spartaczą naszą obecność w Unii Eureopejskiej, bo to kolejny krok partaczy na drodze do Polexitu.

Społeczeństwo musi się obudzić, choć już może być za późno, w tej chwili na naszym unijnym zegarze jest za kwadrans dwunasta, po wyroku TSUE i nałożeniu sankcji będzie za pięć dwunasta. Wskazówka Polexitu zmierza do nieuchronnego hejnału: żegnaj bratku, czeka cię prezes PiS na ostatku.

Brak szacunku dla zmarłych i ich rodzin jest elementem większej całości – obniżenia standardów etycznych w debacie publicznej. Skończyły się czasy mówienia przeciwnikowi politycznemu „nie zgadzam się z szanownym przedmówcą”, nastąpiły czasy mówienia „jesteś idiotą” – mówi prof. Paweł Łuków, filozof, etyk, kierownik Zakładu Etyki w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Rozmawiamy o pojmowaniu śmierci we współczesnym świecie, podziałach społecznych, erozji wartości, wspólnocie, demokracji, wolności. – Albo pojawi się charyzmatyczny przywódca, który ujmie wszystkich – to jest mało prawdopodobne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach; albo po prostu dojdzie do cywilizacyjnej katastrofy, w wyniku której przestaniemy być zdolni do funkcjonowania w takich społeczeństwach. Nie wiem, jaką formę miałaby ona przybrać. Mogłaby to być katastrofa polityczna albo katastrofa gospodarcza. Ale myślę, że tylko katastrofa jest w stanie pokazać ludziom, że to, o co się teraz kłócą, nie jest najważniejsze – mówi rozmówca

KAMILA TERPIAŁ: Wszystkich Świętych to czas, w którym powinniśmy się zatrzymać, pomyśleć, powspominać, zastanowić się nad własnym życiem. W dzisiejszym pędzącym świecie to jest w ogóle jeszcze możliwe?

łukow 2

Prof. Paweł Łuków

PAWEŁ ŁUKÓW: Pewnie jest możliwe, ale wymaga treningu. Powinniśmy przez całą resztą roku pamiętać o zmarłych i potrafić zdystansować się do tego, co się dzieje. Możemy to częściowo zaliczyć do higieny psychicznej. Jeżeli nie udaje nam się przez cały rok, to małe szanse, że uda nam się to zrobić nagle jednego dnia.

W ciągu roku też trudno się zatrzymać i trenować… Nie ma miejsca na zadumę, refleksję, przeżywanie życia.
Powinniśmy być ostrożni z takimi uogólnieniami. Mamy tendencję do oceniania innych przez pryzmat własnych doświadczeń. Ja spędzam większość mojego życia w Warszawie, ale zapewne w niewielkiej miejscowości żyłbym inaczej, wolniej.

Być może my mieszczuchy mamy czasami zaburzony obraz tego, jak wygląda życie. Wydaje nam się, że wszyscy tak gnają, a może wcale nie, może spora część ludzi żyje normalnie.

Czyli jak?
Załatwia sprawy, które są im potrzebne do tego, aby mieli zwyczajne, ludzkie życie. A potem jeszcze ewentualnie jakieś „dodatki”, jeśli wystarczy czasu. W większych miastach natomiast ścigamy się z samymi sobą – ze sobą nawzajem i z samymi sobą. Częściowo dlatego, że tak zdecydowaliśmy, ale także dlatego, że zmuszają nas do tego różne okoliczności.

Cały czas słyszymy, że powinniśmy być konkurencyjni, elastyczni, uczyć się nowych rzeczy, dostosowywać do wyzwań rynku. To bardzo mądre, ale często ci, którzy takich rad udzielają, wcale z nich nie korzystają.

Może dlatego niektórzy uciekają na wieś, najlepiej tam, gdzie nie ma ludzi. To zmęczenie światem?
Tak robią osoby, które na to stać i nie mam na myśli zdolności płatniczych, ale reformę świadomości. Wiele osób, które wynoszą się poza miasto, po prostu na nowo zdefiniowały swój pomysł na życie i dzięki temu są w stanie zrezygnować z wielu rzeczy, z których my nie potrafimy zrezygnować. To nie jest wcale proste, bo wymaga procesu przekształcania oczekiwań życiowych.

A może niektórzy wolą się nie zatrzymywać, bo uświadomienie sobie pewnych rzeczy jest trudne i bolesne?
Nie sądzę, żeby to był świadomy wybór.

Można stwierdzić, że wielu z nas nie przeprowadza refleksji nad ważnymi sprawami, bo boi się, że bilans okaże się poniżej ich oczekiwań. Ale myślę, że to nie jest aktywność zamierzona, po prostu jest to element czegoś, co nazwałabym wyuczoną bezmyślnością, w analogii do wyuczonej bezradności.

Uczymy się funkcjonowania w sposób szybki, sprawny, skuteczny, a to nie pozostawia czasu na zastanowienie się nad sobą i nad tym, czy to, co mamy, jest dla nas najlepsze. Nie zadajemy sobie pewnych pytań, a rozmaite okoliczności uczą nas, żebyśmy ich nie zadawali.

Umiemy rozmawiać o śmierci?
Ludzie zawsze zadawali, zadają i będą zadawać pytania o przemijanie. Zawsze jest potrzeba emocjonalna wyjaśnienia, dlaczego właśnie tak, dlaczego ja, dlaczego mój bliski. Ale też zmieniamy sposoby mówienia o śmierci

Obecnie można zaobserwować kilka nurtów, których skala jest trudna do oceny: jeden to trywializowanie śmierci, co obserwujemy w świecie rozrywki; drugi to udawanie, że jej nie ma i nienazywanie jej po imieniu, niemyślenie o własnej śmierci; trzeci to nurt, który czyni ze śmierci damoklesowy miecz, czyli coś, o czym powinniśmy mówić cały czas i bez przerwy mieć to w świadomości, co może nas doprowadzić do przekonania, że nasze życie jest tak naznaczone obecnością śmierci, że nie ma sensu go kontynuować.

Dlatego potrzebna jest równowaga, czyli z jednej strony zrozumienie, że śmierć i widmo śmierci jest nieuchronnym elementem naszej egzystencji i to nie jest do zmiany, a z drugiej strony zrozumienie, że nie musi to być powód do nieustającej trwogi. To może być przedmiot refleksji, ale podbudowanej wiedzą i więziami społecznymi. Jest też trend oszukiwania śmierci, przedłużania życia, kultu młodości, negowania własnej starości i słabości. Nurtów jest bardzo dużo i myślę, że każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu im ulega.

Dodałabym jeszcze trend wykorzystywania śmierci w grze politycznej. Momentem zwrotnym była chyba katastrofa smoleńska.
Śmierć nigdy nie była obca grze politycznej. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym w jego skali i wymowie społeczno-politycznej, które dotknęło podzielone społeczeństwo. W tym sensie to była rzecz wyjątkowa. Ale śmierć ludzi, jednostek i zbiorowości była od dawna wykorzystywana w polityce – czynienie przeciwnika politycznego odpowiedzialnym za śmierć kogoś ważnego, straszenie, że jeśli przeciwnik zrealizuje swoje plany, to ktoś zginie, czyli paraliżowanie przeciwnika. To znamy z przeszłości.

Mam na myśli odarcie śmierci z aury tajemniczości i wyjątkowości. Publicznie dyskutowaliśmy o tym, jakie części ciała są w trumnach, czyja to ręka, a czyja noga. Dochodziło do ekshumacji wbrew rodzinom ofiar.
Rzeczywiście

targi polityczne i pokazywanie, kto jest bardziej moralny, a kto bardziej niemoralny, doprowadziły do tego, że wiele osób zatraciło umiejętność bycia „oględnym”. Ciała ofiar katastrofy zostały sprowadzone niemal wyłącznie do poziomu dowodów w sprawie, zostały odczłowieczone. A przez to ludzie, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, stali się ofiarami po raz drugi.

Ekshumacje były nawet w mniejszym stopniu uprzedmiotowieniem ciał ofiar, a bardziej bliskich, którzy po nich zostali. To niestety jest w pewnym sensie element współczesnej polityki, w której nie ma świętości, nie ma rzeczy, których nie wypada robić lub mówić. Brak szacunku dla zmarłych i ich rodzin jest elementem większej całości – obniżenia standardów etycznych w debacie publicznej. Skończyły się czasy mówienia przeciwnikowi politycznemu „nie zgadzam się z szanownym przedmówcą”, nastąpiły czasy mówienia „jesteś idiotą”.

Jak można przeprowadzać ekshumacje na siłę, wbrew rodzinom? Ci, którzy to robią, nic nie czują?
Możemy się kłócić o to, jak daleko trzeba być oględnym w obchodzeniu się ze zwłokami, ale na pewno nie będziemy się kłócić, jak daleko trzeba być przyzwoitym wobec tych, którzy żyją, a w szczególności rodzin i bliskich osób zmarłych.

Nierespektowanie i nieliczenie się z wolą rodziny zmarłego jest przede wszystkim objawem braku najbardziej podstawowego szacunku dla innych. Nie wspominam nawet o zwykłym, ludzkim odruchu, jakim jest współczucie.

Być może niektórych na takie odruchy nie stać. Ale brak szacunku, czyli rozpoznania, że ten drugi też jest człowiekiem, jest już sygnałem ostrzegawczym.

Będziemy umieli jeszcze kiedyś ze sobą normalnie dyskutować? Czy ten mur dzielący Polaków będzie coraz wyższy?
Prawda jest taka, że polityka jest domeną polaryzacji…

Aż takiej?
Teraz

mamy do czynienia z nasileniem się tej polaryzacji. Nie widzę niestety oznak jej przezwyciężenia. To jest trend, który dotyczy dużych zbiorowości i trudno powiedzieć, jakim instrumentem można by go powstrzymać lub przynajmniej spowolnić.

Ja widzę tylko dwie możliwości: albo pojawi się charyzmatyczny przywódca, który ujmie wszystkich – to jest mało prawdopodobne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach; albo po prostu dojdzie do cywilizacyjnej katastrofy, w wyniku której przestaniemy być zdolni do funkcjonowania w takich społeczeństwach. Nie wiem, jaką formę miałaby ona przybrać. Mogłaby to być katastrofa polityczna albo katastrofa gospodarcza. Ale myślę, że tylko katastrofa jest w stanie pokazać ludziom, że to, o co się teraz kłócą, nie jest najważniejsze.

Czymś takim miała być katastrofa smoleńska, a stało się odwrotnie.
Katastrofa, o której mówię, to coś innego. Musiałaby ona dotknąć wszystkich osobiście i zmienić świat.

Musielibyśmy zobaczyć, jak bardzo nie docenialiśmy tego, co mamy, że kłóciliśmy się nie o to, co najważniejsze, i zdefiniować swój świat od nowa.

Czym jest dzisiaj wspólnota?
Wspólnoty zwykle definiuje się za pomocą praktyk społecznych i przywiązania do wartości. Wspólnotę można pojmować także konserwatywnie, myśląc o mitycznej wspólnocie ludzi o tych samych poglądach. Na drugim końcu jest wspólnota rozumiana na współczesny, demokratyczno-liberalny sposób, kiedy to mówimy o wspólnocie wartości, przywiązaniu do ideałów, które sprawiają, że wiemy, czego oczekiwać od innych i jak mamy się zachować. Ten drugi model nie jest niemożliwy, ale jest trudny do zrealizowania, zwłaszcza w dużych społeczeństwach.

Czyli jako naród nie możemy się nazwać wspólnotą?
W Polsce

dominuje wyobrażenie narodu jako wspólnoty historyczno-etnicznej. I to jest nasze nieszczęście, bo zawsze będziemy się kłócili o historię i przynależność etniczną.

Natomiast można też rozumieć wspólnotę narodową i obywatelską w kategoriach wartości, np. patriotyzmu konstytucyjnego. Wtedy wiąże nas uznanie wartości zapisanych w konstytucji, czyli możemy pomijać naszą etniczność i historyczność. Zamiast patrzeć w przeszłość i na to, kto jest bardziej, a kto mniej Polakiem, dzięki wspólnocie wartości możemy patrzeć w przyszłość.

Przywiązanie do wartości zmusza do myślenia o tym, co będzie i jak wspólnie kształtować zbiorowość. Taki patriotyzm być może zaczyna się w Polsce budzić, ale nie sądzę, żeby przybierał jakąś większą skalę.

Na razie jesteśmy w stanie pokłócić się o to, czym jest patriotyzm i kto jest patriotą.
Myślę, że zmiany w Europie i na świecie doprowadzą do tego, że patriotyzm etniczny, lokalny będzie się stawał coraz bardziej poboczny. Na znaczeniu będzie zyskiwał patriotyzm europejski, przywiązanie do pewnej kultury i wartości, które kształtują współczesną Europę. Nie jestem w stanie określić, w jakim stopniu to są przewidywania, a w jakim po prostu wyrażanie moich nadziei. Ale wierzę, że takie właśnie będzie społeczeństwo przyszłości.

Dlaczego Kościół nie chce być ostoją pojednania? Mógłby się włączyć i zaprotestować wtedy, kiedy łamana jest konstytucja, a stoi z boku.
Nie jest pani osamotniona w ocenie, że

Kościół, stojąc na straży pewnych ideałów, powinien się bardziej angażować w życie społeczne i polityczne. I jest to zrozumiałe. Konstytucja nie zawiera norm i wartości niezgodnych z nauczaniem Kościoła, wręcz przeciwnie. Dzisiejsze myślenie o demokracji i konstytucji wyrosło przecież z kultury chrześcijańskiej.

Wydaje mi się, że niewystarczające zaangażowanie Kościoła to kwestia mechanizmów instytucjonalnych. Kościół jak każda wielka instytucja jest ociężały w działaniu. Zmiana w Kościele będzie następowała, ale nie będzie to zmiana szybka. Poza tym ta reforma nie może się dokonywać w sposób rewolucyjny, do zmiany potrzeba odpowiednich ludzi.

Podczas naszej ostatniej rozmowy powiedział pan, że „zdobywając demokrację, nie nauczyliśmy się w niej żyć”. Już się nie nauczymy?
Nauczymy się, tylko pytanie, kiedy i kto z nas.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie mają już spore osiągnięcia, bo dla nich środowisko demokratycznego życia jest czymś oczywistym. To być może skutkuje brakiem czujności. Z drugiej strony ich nauka jest utrudniona, bo uczą się najgorszym możliwym sposobem, czyli przez funkcjonowanie w takiej demokracji, jaką ona jest, ze wszystkimi niedoskonałościami.

W szkole nie dowiadują się, o co chodzi w demokracji. Przeciętny uczeń szkoły średniej niewiele wie na temat ideałów i wartości, które uzasadniają na przykład trójpodział władz. Edukacja obywatelska w polskich szkołach jest niestety efemerydą. Ale i tak młodzi robią postępy, większe niż starsi.

Starsi nie wiedzieli, o co walczą?
No właśnie mieliśmy mało realistyczny obraz demokracji. Większość postulatów gdańskich miała charakter socjalny.

Mało kto w latach 80. miał wyobrażenie, jak wygląda życie w gospodarce, która nie jest centralnie planowana. Nie mieliśmy odpowiedniej wiedzy. Sądziliśmy, że funkcjonowanie w gospodarce rynkowej i państwie demokratycznym przychodzi samo, że nie trzeba się go uczyć. Dzisiaj wiemy i widzimy, że to nieprawda.

Konieczna jest edukacja obywatelska, która jest częścią życia na przykład Amerykanów czy społeczeństw Europy Zachodniej. Tam się nie zakłada, że człowiek jest spontanicznie przystosowany do funkcjonowania w demokracji.

Dlatego tak łatwo poszło PiS-owi zniszczenie podstawowych państwowych instytucji?
Spora część obywateli się nie sprzeciwia, bo pyta: o co chodzi? A to jest spowodowane właśnie brakiem edukacji.

Gdybyśmy wiedzieli, jaką rolę odgrywają poszczególne rozwiązania prawne i porządek publiczny społeczeństwa demokratycznego, to pewne rzeczy od razu by nas raziły.

Jest jeszcze poczucie wolności, o którą też walczyliśmy…
I mamy pewnego rodzaju poczucie wolności. Istnieją co najmniej dwa wymiary wolności jednostki. Jeden to wolność prywatna, czyli układanie sobie życia w sposób, który nam najbardziej pasuje. Jest też wolność w sferze publicznej. Znaczna część obywateli nie dostrzega związku między nimi. Podejrzewam – a może mam nadzieję – że w życiu znakomitej większości z nas nigdy nie dojdzie do sytuacji, w której ograniczenia swobód w sferze publicznej dotkną sfery prywatnej. I w tych sprawach znowu niezbędna jest edukacja. Może się mylę pokładając nadzieje w edukacji publicznej. Ale wciąż wierzę w siłę wiedzy i zdolności człowieka do rozumnego działania.

Reklamy

3 komentarze do “Kaczyński na Halloween – mistrz destrukcji

  1. Pingback: Dudzie mówimy nie | Hairwald

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s