Morawiecki przejdzie do annałów jako życzący źle Robercie Kubicy

 

Ciąg dalszy afery taśmowej. Onet opublikował kolejne nagrania z Mateuszem Morawieckim. „Na szczęście złamał rękę” – mówi o Robercie Kubicy. Na premiera wylała się fala krytyki.

Onet opublikował kolejne taśmy z udziałem Mateusza Morawieckiego, gdzie premier wypowiada się na temat wypadku Roberta Kubicy z 2011 roku.

„Na szczęście złamał rękę” – powiedział o wypadku polskiego sportowca na nagraniach zafery taśmowej. Gdyby tak się nie stało, Robert Kubica najprawdopodobniej przeszedłby do Ferrari, w efekcie czego bank BZ WBK musiałby sponsorować sportowca. (BZ WBK należał do Santandera, który od był sponsorem teamu Ferrari – red.). ” Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj.” – mówił Mateusz Morawiecki.

Taśmy Morawieckiego. Premier o Kubicy: „Na szczęście złamał rękę”

Słowa Mateusza Morawieckiego o Robercie Kubicy wywołały lawinę krytyku pod adresem premiera.

Morawiecki cieszący się z poważnego wypadku wybitnego polskiego sportowca bo już nie musi mu płacić z pieniędzy banku. Morawiecki zastanawiający się jak z pieniędzy banku płacić miernemu politykowi. Nie, nie umiem zrozumieć

– napisała blogerka Kataryna. -„Jak sobie przypomnę, że Morawiecki zastąpił Szydło ze względów wizerunkowych….” – dodała w kolejnym wpisie.

Jakim trzeba być człowiekiem, żeby cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia? Kubica zostaje do końca życia nie w pełni sprawny, my tracimy mistrza, a Premier Morawiecki się z tego cieszy, bo oszczędzi kilka złotych. Hańba!

– skomentowała Katarzyna Lubnauer, szefowa Nowoczesnej.

Niektórzy komentujący twierdzili, że Morawiecki powinien podać się do dymisji.

„Nie chcę, k…, pięć dych co roku płacić. S…” – tak Morawiecki mówił o potencjalnym kontrakcie Kubicy z bankiem BZ WBK „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi” – komentował dramatyczny wypadek polskiego kierowcy. Lider i twarz PiS. Do dymisji!

– napisał Tomasz Siemoniak.

Różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen. Polska naprawdę na kogoś takiego nie zasługuje

– napisał Tomasz Lis.

Cieszyć się, z czyjegoś wypadku, nieszczęścia, utraty zdrowia, złamanej ręki, bo zaoszczędziło się dzięki temu pieniądze? Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.

– skomentował z kolei Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”.

Jak pokazał sondaż, ujawnienie nagrań Mateusza Morawieckiego nie wpłynie na decyzje Polaków przy urnie. Ale zdaniem byłego premiera, prof. Marka Belki, rzeczywiste poparcie dla PiS może być mniejsze, niż wskazują badania opinii społecznej.

Prof. Marek Belka był jedną z pierwszych osób, które Polacy usłyszeli na nagranych w 2014 roku w restauracji Sowa&Przyjaciele taśmach. Ujawnienie rozmów czołowych wówczas polityków przyczyniło się do upadku rządów Platformy i przejęcie władzy przez PiS.

Badania wskazują, że dzisiaj nagrania nie mają już takiej mocy.

Wyniki sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej” nie pozostawiają wątpliwości. Dla 70 proc. Polaków taśmy, na których słychać wypowiedzi premiera, są na tyle bez znaczenia, że nie wpłyną na ich decyzję przy urnie wyborczej 21 października.

– Czy to jest rzeczywiście „odgrzewany kotlet” jak mówi PiS, czy Mateusz Morawiecki jest na razie politykiem teflonowym? – pytała prof. Marka Belkę Karolina Lewicka.

– Ani to, ani to. Po prostu w 2014 nie było ani jednego medium, które pominęło ten temat. Dzisiaj w TVP nie mówi się o tym. A pewnie znaczna część Polaków, szczególnie tych, którzy głosują na Morawieckiego, ogląda telewizję publiczną – odpowiedział były premier.

Mateusz Morawiecki był kretem?

Zdaniem gościa Wywiadu Politycznego wyborcy PiS o całej sprawie dowiedzieli się tylko z drugiej ręki. – Czyli od prezesa Kaczyńskiego, który stwierdził, że jest to „ogrzewany kotlet”, a język, którego używał obecny premier, był po prostu językiem „męskim”. Nikt nie zastanawia się nad tym, o czym były prowadzone rozmowy – stwierdził prof. Belka.

Lewicka przypomniała, że Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się też „wszystkim wytłumaczyć, że Mateusz Morawiecki to był swój chłop także przed 2015 rokiem”.

– Kret? Tak by nazwał Jarosław Kaczyński człowieka, który by się w drugą stronę przepoczwarzył – zaznaczył prof. Belka.

– Raczej figura literacka. Konrad Wallenrod? Nie przypisałby pan tej postaci do Mateusza Morawieckiego? – dopytywała dziennikarka TOK FM.

– To przede wszystkim postać wyobrażona. A Morawiecki nie jest postacią z bajki – nie zgodził się były premier.

Konrad Szołajski: Nie umiemy się wyzwolić z narracji obozów politycznych. Mamy klapki na oczach

Zdaniem byłego szefa NBP „sprawa taśm potwierdza, że państwo jest słabe i do dzisiaj takie pozostało”. – W dalszym ciągu te taśmy kołyszą sceną polityczną – dodał.

„Wyborcy mają w nosie taką narrację”

Lewicka zastanawiała się, czyja kampania okaże się skuteczniejsza w nadchodzących wyborach samorządowych. Prawa i Sprawiedliwości, które zapewnia, że nastał czas, by „dobra zmiana” zawitała do gmin i powiatów, czy Platformy Obywatelskiej próbującej przekonać obywateli, że jeśli działacze PiS kradli w centrali, to będą kraść i w terenie.

– Jakiś czas temu była cała seria wyborów uzupełniających  w różnych miejscowościach. Większość z nich PiS sromotnie przegrał, co oznacza, że rzeczywiste poparcie dla rządzących jest chyba mniejsze, niż mówią sondaże – stwierdził były premier.

Komisarz nadany przez PiS nie wygrał wyborów. Zwolniona za organizację koncertu Natalii Przybysz wróciła do pracy>>>

Prof. Marek Belka odniósł się również do wypowiedzi m.in. Patryka Jakiego i Mateusza Morawieckiego, sugerujących, że tylko głosowanie na działaczy Zjednoczonej Prawicy, zapewni samorządom środki z budżetu centralnego.

–  To jest skandaliczne. Myślę, że wyborcy mają taką narrację głęboko w nosie – podsumował gość Karoliny Lewickiej.

Europoseł PiS Ryszard Czarnecki mówił dziś w Radiu ZET m.in. o swojej politycznej przeszłości. Nie przesądzał o ponownym kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego i stwierdził, że jeśli tak zdecyduje Jarosław Kaczyński, to wystartuje na wójta.

Za niecały tydzień odbędą się wybory samorządowe, jednak część polityków myśli już o dalszej perspektywie. W przyszłym roku wybierzemy najpierw polskich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego, a później Sejm i Senat. Od dawna pojawiają się spekulacje, że niektórzy czołowi politycy PiS mogą przenieść się z Warszawy do Brukseli.

W tym kontekście mówi się m.in. o wicepremier Beacie Szydło. Przez pierwszą część kadencji PiS kierowała ona rządem, jednak teraz jest wicepremierem ds. społecznych i nie kieruje żadnym ministerstwem. – Nie wykluczam startu w tych wyborach – powiedziała w czerwcu. Dodała, że „decyzje zostaną ogłoszone wtedy, kiedy zapadną”. Nie wiadomo też zatem, co z obecnymi europosłami PiS.

Członek Europarlamentu Ryszard Czarnecki na antenie Radia ZET podkreślał, że zależy to od decyzji Jarosława Kaczyńskiego. – O tym, kto będzie startować, zdecyduje kapitan naszej drużyny – PiS-u – czyli Jarosław Kaczyński – powiedział.

– Jarosław Kaczyński decyduje, kto będzie startować. Jak każe mi startować do Parlamentu Europejskiego, to wystartuję, a jak na wójta, to też wystartuję.

– powiedział. Stwierdził, że nie wie nic o plotkach, jakoby do PE miał kandydować minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

– Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę – o wyborczym eksperymencie, którego dokonało Prawo i Sprawiedliwość opowiada w rozmowie z Gazeta.pl politolog prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Opublikowane dzisiaj sondaże Kantar Millward Brown dla „Gazety Wyborczej” oraz IBRiS dla Onetu pokazują, że pięć dużych miast – Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Warszawa – trafi jednak w ręce opozycji. Zaskoczenie?

Nie powinniśmy być zaskoczeni. Powiem więcej, obserwując uważnie działania PiS-u w ostatnich miesiącach można zauważyć, że partia przyjęła określoną strategię w wielkich miastach.

Na czym ona polega?

Na Nowogrodzkiej są świadomi, że ich ludzie nie byli i nie są faworytami w metropoliach, więc partia może pozwolić sobie na kandydatury, będące swego rodzaju eksperymentem. Chodzi o wystawienie do wyborczej walki polityków z roczników, które historycznie najrzadziej głosowały na prawicę. To kandydatury, które miałyby pracować na przyszłość, zwiększać oddziaływanie PiS-u na pokolenie 30- i 40-latków, które przecież w ostatnich wyborach prezydenckich głosowało mniej licznie na Andrzeja Dudę niż pozostałe grupy wiekowe. Jedyne, co może nieco zaskakiwać w wynikach tych badań, to wysoki wynik Rafała Trzaskowskiego.

Dlaczego?

Bo jest wyraźnie wyższy niż wynik samej Koalicji Obywatelskiej do rady miasta.

Badanie było przeprowadzone po niedawnej debacie kandydatów na prezydenta stolicy.

To fakt. Trudno tę debatę uznać za udaną dla Patryka Jakiego. Chyba po raz pierwszy w tej kampanii Rafał Trzaskowski i jego sztab nie popełnili najmniejszego nawet błędu. To mogło zaprocentować na tle głównego kontrkandydata, ale też pozostałych startujących.

Kandydaci PiS-u w żadnym z miast nie wygrywają nie tylko w drugiej, ale nawet w pierwszej turze. „Szklany sufit” dla prawicy w metropoliach?

Oczywiście, że istnieje coś takiego jak „szklany sufit” dla prawicy w wielkich miastach. Nie ma w tym nic zaskakującego. Aczkolwiek czasami wybory prezydenckie w miastach zakłócają utarte podziały partyjne.

To znaczy?

Spójrzmy na Kraków i prezydenta Jacka Majchrowskiego. Jego droga do politycznych sukcesów jest naprawdę trudna do wyjaśnienia. Przecież to były członek SLD, a Sojusz w stolicy Małopolski niknie w oczach – trwale próg 5 proc. przekracza chyba tylko w niewielkiej części Nowej Huty i obu Prądnikach. Zdarzały się już wybory, które prezydent Majchrowski wygrywał dzięki życzliwej neutralności PiS-u, a także takie, w których triumfował z poparciem Platformy. Jego elektorat to wyborcy Platformy, lewicy, ale także ludzie z mniej zamożnych osiedli.

Inny ciekawy przypadek to Gdańsk. Cytując klasyka, tutaj wiemy, że nic nie wiemy. Wszystko z powodu minimalnych różnic między dwójką prowadzących kandydatów – Pawłem Adamowiczem i Jarosławem Wałęsą. Faworytem i tak jest ten drugi, bo jednak matecznik jest i zawsze będzie bastionem partii. Gdyby nie start obecnego prezydenta Gdańska, być może byłoby to miasto, w którym Koalicja Obywatelska mogłaby się pokusić o zwycięstwo już w pierwszej turze.

Wciąż może się o nie pokusić w Poznaniu. Jackowi Jaśkowiakowi brakuje do tego ledwie 2 proc. głosów.

Z perspektywy historycznej wydaje się to niesłychane. Przecież przed wojną Poznań był stolicą polskiej prawicy, w mieście bezsprzecznie dominowali narodowcy. Zwłaszcza w latach 20. ubiegłego wieku otrzymywali poparcie, od którego nawet dzisiaj mogłoby się zakręcić w głowie.

Skąd zmiana o 180 stopni?

To rezultat powojennych zmian geopolitycznych, ale przede wszystkim transformacji ustrojowej, w efekcie której Poznań jest miastem o stabilnej nadreprezentacji wyborców liberalnych. Widać to na przykładzie osób, które chcą głosować na prezydenta Jaśkowiaka – pokolenie 25-34 lata, ludzie z wyższym wykształceniem. Ale Poznań jest elementem szerszego podziału. W Wielkopolsce wysokie poparcie dla PiS-u zaczyna się na obszarach, graniczących z dawnym zaborem rosyjskim, tam, gdzie żyje się biedniej. Natomiast stolica jest bardzo liberalna i jest to bardzo trwały podział.

Wynika to z tego, że Poznań w dobie transformacji dobrze sobie poradził – ma, pomimo widocznych ubytków, nie najgorszą demografię, dobrze rozwinięty sektor usług i bujne życie akademickie. To wszystko sprawia, że prawica ma w stolicy Wielkopolski mocno pod górę. Poza tym, tutejszy kandydat PiS-u, pan Tadeusz Zysk, zupełnie nie pasuje do eksperymentu wyborczego, który PiS podjęło w innych dużych miastach, gdzie wystawiło relatywnie młodych i mniej znanych polityków. To dobitnie pokazuje, że w Poznaniu PiS nie liczy na nic.

Ale nie tylko w Poznaniu szans na wyborcze zwycięstwo brak. Co się stało, że na ostatniej prostej kampanii PiS w wielkich miastach wyhamowuje, zamiast przyspieszać?

W sytuacji silnej bipolaryzacji sceny politycznej u części wyborców zawsze pojawia się dążenie do centrowości. W przeszłości obserwowaliśmy to przy okazji wyborców prezydenckich. Gdy w 2005 roku walczył Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim, dobry wynik miał Andrzej Lepper. Gdy pięć lat później zmagali się Bronisław Komorowski z Jarosławem Kaczyński, wszystkich zaskoczył Grzegorz Napieralski.

Nie można porównywać wyborów prezydenckich do samorządowych. To dwie różne bajki.

Wybory samorządowe też temu sprzyjają. Pamiętajmy również o najdziwniejszym aspekcie polskiej polityki – ogromnej dysproporcji wyników PiS-u w wyborach parlamentarnych i wyborach do sejmików wojewódzkich. Nawet politologowi trudno stwierdzić, czym można to wyjaśnić. W tych wyborach PiS walczy przede wszystkim o sejmiki wojewódzkie. Kampania ogólnokrajowa bardzo wyraźnie skoncentrowana była na tematyce wiejsko-rolniczej – zarówno ze względu na rywalizację z PSL, jak również z powodu trudnej sytuacji rolników w ostatnich miesiącach. Ta grupa społeczna to bastion partii rządzącej, więc zarzuty o niedopilnowanie czegokolwiek byłyby dla PiS-u dyskwalifikujące.

PiS jest mocne na wsi, więc w wielkich miastach wypadnie słabiej, niż przypuszczano. Trochę to za proste.

Dochodzi jeszcze jedna możliwość. Chodzi o kandydatów PiS-u w metropoliach. Dla wyborców tradycyjnie popierających formację Jarosława Kaczyńskiego – średnio-starsze pokolenie, bardziej socjalne w podejściu do gospodarki, ceniące politykę w tradycyjnym wydaniu – eksperyment z nowymi, młodymi twarzami może być niezrozumiały. To z kolei przekłada się na spadek poparcia, zwłaszcza na obrzeżach elektoratu prawicy.

A może po prostu kandydaci PiS-u w dużych miastach spisali się poniżej oczekiwań? Popełnili błędy albo nie wykorzystali swoich szans?

To bardziej kwestia strukturalna niż personalna. Patrząc całościowo, jeśli PiS może w tych miastach realnie o coś grać, to o dobry wynik do rady miasta w niektórych z nich (nawet z szansami na zajęcie pierwszego miejsca). Przykładem niech będzie Warszawa. Chodzi o symboliczne pokazanie, że nawet w na wskroś liberalnym mieście potrafimy wygrać. Z kolei wystawieni przez PiS politycy walczą już w kontekście przyszłości, w kontekście wyborów parlamentarnych. W nich PiS może być pewne jedynie tego, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, to wejdzie do Sejmu jako największe ugrupowanie. Ale samodzielna większość w Sejmie pewna już nie jest. Dlatego w PiS-ie wiedzą, że cały czas muszą poszukiwać nowych wyborców.

Jak to zrobić?

Chociażby wysuwając Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera. To był pierwszy krok w tę stronę, pierwszy eksperyment – człowiek z zupełnie innego świata nowym reprezentantem PiS-u. Teraz podobny manewr, choć w innych okolicznościach, jest przeprowadzany w metropoliach. Czy to coś PiS-owi da, dowiemy się ze struktury wyników wyborczych.

Jeszcze jedna rzecz jest warta podkreślenia – poza przypadkiem prezydenta Adamowicza w Gdańsku, strategia lidera Platformy prawdopodobnie przyniosła sukces, czyli faktyczną konsolidację liberalnej opozycji, a w niektórych miastach (Łódź, Lublin) nawet nie tylko liberalnej. Kiedy Lech Kaczyński wygrywał wybory na prezydenta Warszawy, zawdzięczał to w olbrzymiej mierze kryzysowi i strukturalnym podziałom w obozie liberalnym. Teraz coś takiego wystąpiło jedynie w Gdańsku, a PiS w tak mocno liberalnym mieście nie ma możliwości wykorzystania tego podziału.

Czyli 21 października, albo raczej 4 listopada, nie spodziewa się pan niespodzianki w którejś z metropolii?

Nie. Oczywiście zawsze pozostaje zagadka w postaci Gdańska, ale to kwestia przepływu elektoratu między dwoma liberalnymi kandydatami. Tylko tu mamy potencjał odstępstwa od schematu. W Krakowie jest co prawda Łukasz Gibała i niewiadoma, jak rozłożą się w drugiej turze oddane na niego głosy. Poza tym, stolica Małopolski to wielki ośrodek akademicki, czyli wielu młodych, wahliwych wyborców. Nie spodziewam się jednak, żeby to oni był reżyserami wyników w drugiej turze w tym mieście. W Warszawie powinniśmy się pochylić nie tyle nad starciem dwóch głównych kandydatów na prezydenta stolicy, co nad wynikami do rady miasta. Gdyby Koalicja Obywatelska nie zajęła pierwszego miejsca w wyborach do rady miasta, PiS z pewnością przedstawiałoby to jako swój wielki sukces i wykorzystywało w wyborach parlamentarnych jako przełamanie dominacji liberałów w wielkich miastach.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła wyniki swojego sondażu prezydenckiego w Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu. Wcześniej swoje badania publikowały m.in. gazety lokalne wydawane przez Polska Press oraz Onet i „Fakt”. Jaki obraz się z nich wyłania?

Warszawa: zacięty wyścig

Wybory samorządowe w stolicy są zazwyczaj najbardziej upolitycznione w kraju. To stąd Lech Kaczyński ruszał po prezydenturę kraju, a z kolei zwycięstwo Hanny Gronkiewicz-Waltz oznaczało zmierzch poprzednich rządów PiS. Tym razem partia Jarosława Kaczyńskiego także wybrała Warszawę na miejsce głównej bitwy z opozycją w metropoliach. To jedyne wielkie miasto, w którym kandydat PiS ma realne szanse na zwycięstwo.

Odbiło się to niespotykaną w innych miastach polaryzacją: według sondaży kandydaci PiS i Koalicji Obywatelskiej mogą uzyskać w I turze grubo ponad 70 proc. głosów wszystkich warszawiaków, a żaden z pozostałych kandydatów nie może liczyć nawet na 5-proc. poparcie.

Warszawa dekoracją w konflikcie PO-PiS

Kampania miała swoją dynamikę: na początku wyraźnie prowadził Rafał Trzaskowski (Koalicja Obywatelska), potem Patryk Jaki (Zjednoczona Prawica, czyli PiS i mniejsi koalicjanci) zaczął go doganiać. Ostatnie dni przyniosły jednak sondaże, w których Trzaskowski zaczął odbudowywać przewagę. W opublikowanym dziś badaniu IBRiS dla Onetu kandydat opozycji ma 42 proc. poparcia, a przedstawiciel obozu władzy – 32 (w tym samym badaniu z 27 września Trzaskowski prowadził tylko 38:35).

Decydująca będzie więc II tura. Na razie wszystkie dotychczasowe sondaże przewidywały zwycięstwo kandydata opozycji, niektóre bardzo wyraźne. Przed nami jednak dwa tygodnie wyjątkowo zaciętej kampanii między turami, co – jak pokazały krajowe kampanie prezydenckie – potrafi odwrócić wyniki z pierwszego głosowania.

Autokary Jakiego straszą Trzaskowskiego

Łódź: W wyborach Zdanowska pewna

Obecna prezydent, niezależna, ale popierana m.in. przez PO, PSL, SLD i KOD, jest zdecydowaną faworytką wyborów. W różnych sondażach jej poparcie sięga 60–65 proc. To oznacza, że Hanna Zdanowska może realnie liczyć na zwycięstwo już w I turze. Jej głównym rywalem jest Waldemar Buda z PiS, ale może on liczyć na 20–25 proc. głosów.

Zdanowska po raz trzeci

Nie wiadomo jednak, co będzie po wyborach, bo szef komitetu stałego rządu Jacek Sasin sugerował niedawno, że rząd może robić problemy Zdanowskiej z objęciem mandatu. Prezydent Łodzi została bowiem niedawno skazana za poświadczenie nieprawdy w dokumencie bankowym sprzed dekady. Zdaniem większości ekspertów ten wyrok nie jest jednak przeszkodą w sprawowaniu urzędu.

Gdańsk: II tura, ale kto z kim?

W stolicy Pomorza druga tura jest przesądzona, ale o udział w niej walczy trzech kandydatów: niezależny, dotychczas reprezentujący Platformę Paweł Adamowicz, obecny kandydat Koalicji Obywatelskiej Jarosław Wałęsa, syn byłego prezydenta oraz rekomendowany przez PiS Kacper Płażyński, syn byłego marszałka Sejmu.

Wszyscy trzej mają szanse na druga turę, bo różnice między nimi są niewielkie: według „Wyborczej” prowadzi Adamowicz z 30 proc., za nim plasuje się Wałęsa z 26 proc., a trzeci jest Płażyński z 23 proc. W innych sondażach (dla „Dziennika Bałtyckiego”, Onetu i „Faktu”) prowadził Wałęsa, i to wyraźnie, z 32–37 proc. poparcia, a Adamowicz i Płażyński byli bardzo blisko siebie (20–22 proc.).

W drugiej turze faworytem sondaży jest Wałęsa, ale w ostatniej „Wyborczej” prowadzi z Adamowiczem minimalnie (45:43). To oznacza, że bratobójcza kampania przed 4 listopada może być bardzo zacięta. Jeśli to Płażyński wejdzie do drugiej tury, sondaże nie dają mu szans na zwycięstwo.

Gdańsk, iskrzy w obozie demokratycznym

Kraków: Faworyt Majchrowski

Według najnowszego sondażu „Wyborczej” obecny prezydent Jacek Majchrowski (40 proc.) ma już w pierwszej turze wyraźną przewagę nad Małgorzatą Wasserman (PiS). To dość zaskakujący wynik, bo we wcześniejszych badaniach różnica między nimi była raczej minimalna, w jednym z nich (Estymator dla „Do Rzeczy”) to kandydatka PiS prowadziła jednym punktem.

Łukasz Gibała (prywatnie siostrzeniec wicepremiera Jarosława Gowina), trzeci kandydat, jeśli chodzi o wynik w sondażach, z poparciem do 16–17 proc. ma raczej małe szanse zagrozić prowadzącej parze.

W drugiej turze, według sondażu „Wyborczej”, Majchrowski ma wyraźną przewagę nad Wasserman (61:35). Inne badania też wskazywały na sukces Majchrowskiego (np. w badaniu „Dziennika Polskiego” 58:42).

Majchrowski ma z kim przegrać

Poznań: Jaśkowiak bliski sukcesu już w I turze

W stolicy Wielkopolski zdecydowanym faworytem jest obecny prezydent Jacek Jaśkowiak z Koalicji Obywatelskiej. Sondaż „Wyborczej” daje mu 48 proc. poparcia, co mogłoby oznaczać, że w jego zasięgu byłoby nawet zwycięstwo w I turze (potrzebne ponad 50 proc. głosów). Wcześniejsze badania też dawały mu ponad 40 proc. poparcia.

Tadeusz Zysk z PiS ma szanse na około 20–25 proc. głosów i jeśli dojdzie do drugiej tury, to on zmierzy się w niej z Jaśkowiakiem. Trzeci z kilkunastoprocentowym poparciem jest były wiceprezydent miasta, popierany przez lewicę Tomasz Lewandowski.

W ewentualnej II turze wszystkie sondaże pokazują miażdżącą przewagę Jaśkowiaka nad Zyskiem (np. 70:22 w „Wyborczej”).

Jaśkowiak w drodze do reelekcji

Wrocław: Prowadzi Sutryk

Na Dolnym Śląsku największe problemy były z wyłonieniem kandydata opozycji: Platforma przez jakiś czas forsowała Michała Kazimierza Ujazdowskiego, startować chciał też poseł Nowoczesnej Michał Jaros. W końcu kandydatem popieranym przez dotychczasowego prezydenta Rafała Dutkiewicza i Koalicję Obywatelską jest Jacek Sutryk, obecnie urzędnik wrocławskiego ratusza.

Wszystkie sondaże dają mu prowadzenie w I turze („Wyborcza” – 38 proc.). We wcześniejszych badaniach sięgało ono nawet 47 proc., ale wygląda na to, że także we Wrocławiu potrzebna będzie II tura. W niej jednak Sutryk będzie zdecydowanym faworytem.

Jego rywalką będzie zapewne kandydująca kolejny raz z poparciem PiS Mirosława Stachowiak-Różecka. Kandydatka prawicy ma poparcie sięgające w różnych sondażach 20–30 proc. (w „Wyborczej” 22 proc.). Szanse na dwucyfrowy wynik ma jeszcze Katarzyna Obara-Kowalska z Bezpartyjnych Samorządowców.

Prawie pewne, kto będzie prezydentem Wrocławia

Waldemar Mystkowski pisze o Morawiecki i jego słowach o Robercie Kubicy.

Premier zyskuje wizerunek człowieka, który nie ma ludzkich odruchów.

Jedyny nasz kierowca jeżdżący w Formule 1 Robert Kubica nie dorósł do patriotyzmu Mateusza Morawieckiego, a przynajmniej nie cieszył się jego sympatią, gdy jeszcze nie uległ wypadkowi. Taśma z podsłuchu z „Sowy & Przyjaciele” odkrywa psychologiczną prawdę o premierze. Już wcześniej poznaliśmy jego knajacki język – kiedyś nazywany: spod budki z piwem – a teraz także brak empatii do ciężko poszkodowanego kierowcy. W tym kontekście zrozumiałe jest, iż Morawiecki ma gdzieś niepełnosprawnych, którzy protestowali w Sejmie oraz głodujące pielęgniarki.

Ależ bezwzględnym okazuje się być człowiekiem. Gdy Kubica uległ wypadkowi, a przed wypadkiem załatwiono jego przejście do teamu Ferrari, Morawiecki cieszył się jak dziecko, że jednak do tego nie dojdzie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi”. Taka radość zapanowała u Morawieckiego, ówczesnego prezesa BZ WBK, który to bank w wyniku sprzedaży stał się częścią hiszpańskiego banku Santander. Morawiecki, aby udokumentować swoją niechęć do polskiego kierowcy musiał puścić wiązankę przekleństw: – „Nie chcę, k…a, pięć dych co roku płacić. Sp…aj…”.

Myślę sobie, że Kubica mimowolnie może się cieszyć. Po wypadku długo nie było wiadomo, czy wyjdzie z niego cało i czy wróci do swego ulubionego sportu, wszak ciągle o to walczy. Morawiecki w niechęci do sponsorowania polskiego sportowca mógł postąpić iście filmowo – przecież lubi Chucka Norrisa, który w reklamie nabierał klientów banku: „ludzie są tacy głupi, że to działa” – i wysłać kogoś do szpitala albo sam podjąć się zadania wyrwania rurek i wenflonów, które ratowały Kubicy życie. Przesadzam? Nie bardzo, acz to figura narracyjna.

Postać Morawieckiego wygląda na coraz bardziej przerażającą. Z zimną krwią kłamie, jest zdecydowanie w tym lepszy od samego prezesa Kaczyńskiego, zyskuje wizerunek takiego człowieka, który nie ma ludzkich odruchów. To ktoś odhumanizowany, nie tylko na bakier z odczuciami patriotyzmu, które winny budzić empatię do Kubicy, a przejmowała się nim cała Polska.

W słowach Morawieckiego odczuwam zgrzyt nienaoliwionych nożyc używanych przez postać z horroru Freddy’ego Nożycorękiego. „Chrum-chrum” – zdaje się zgrzytać Morawiecki („k…a, sp…aj”), aby zrobić krzywdę tym, których napotka na swojej drodze. Pamiętacie jego zachowanie, gdy raz spotkał się z protestującymi niepełnosprawnymi w Sejmie? Nie patrzył im w oczy – jak to Nożycoręki – był zimny, a niepełnosprawni mieli nieprzyjemne odczucia. Nożycoręki obecnie ma narzędzia, aby dobrać się do całej Polski, a nie tylko do Roberta Kubicy, zrobić nam kipisz i horror – „k…a, sp…aj”.

Reklamy

2 komentarze do “Morawiecki przejdzie do annałów jako życzący źle Robercie Kubicy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s